Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

podróże i wycieczki

aktywnie z dziećmimój stylmorzemorze z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

Ebb and flow let it go. Morze z dzieciakami.

by Paulina 26 kwietnia, 2016

Morze, ach morze.
Parę dni pełnych jodu (choć i tak wrócili z katarem), wiatru, przepięknych widoków w idealnej kolorystyce i wszechobecnego piasku.


Nasyciliśmy się tym wszystkim, wśród kojącej, pozasezonowej pustki. Ten wyjazd trzeba przyznać mocno różnił się od naszych ostatnich bałtyckich wakacji, błogo leniwych z pojedynczym czteromiesięcznym dzieckiem zainteresowanym jedynie jedzeniem, spaniem i przekręcaniem się na brzuch. Teraz było mocno inaczej. Mocniej i bardziej. Tym razem była dwójka zainteresowana wszystkim, tylko nie jedzeniem i spaniem. Powiedziałabym, że nieletni trochę zdominowali wyjazd. Wspaniale było obserwować ich cudowne pierwsze wrażenie, otwarte z zachwytu buzie i: „duzio wody tam!” „To jest morze Iskro, prawda mamusiu?”. Zabawy w piasku, zbieranie muszelek i kamyczków, długie spacery, obserwowanie fal, z tą totalną fascynacją, podszytą wielkim strachem, podchodzenie jeszcze bliżej, ale mocno-mocno za rękę i ogromniaste emocje w oczach. Emocje, które wychodziły oczywiście w kryzysikach, buntach, jękołkach itd, ale nikt nie powiedział, że będzie idealnie.

Ale, nawet jeśli z dziecięcym chaosem, jest w morzu odpoczynek doskonały i kompletny dla wszystkich zmysłów. Oczy sycą się biało-granatową dwoistością. Szum fal, choć głośny, to jednak kojący dla uszu. Piasek, gładki przyjemny, masujący stopy z przyjemnym trzeszczeniem, cudny do gładzenia, przesypywania. Wwąchiwać się można w ten osławiony zapach morski (kolejny, po leśnym który próbuje się przenieść do pomieszczeń w formie odświeżaczy powietrza zupełnie bezskutecznie). Cudownie.

 

Turbo drzemka regeneracyjna.

Pogodę – jak na kwiecień i kapryśny Bałtyk – mieliśmy bardzo udaną, było słonecznie i dość ciepło, choć wietrznie. W najbardziej pochmurny dzień zrobiliśmy sobie spacer po centrum Gdańska. Lubię to miasto, mimo tłumu turystów. Poza spacerowaniem, i oczywiście długim oglądaniu statków prawdziwych piratów prawda mamusiu, nie robiliśmy nic szczególnego, odpuściliśmy dziecięce atrakcje, bo i tak byli przesyceni wrażeniami w tym krótkim czasie. Chcieliśmy tylko pójść do Ośrodka Kultury Morskiej zobaczyć wystawy, które wydawały nam się ciekawe. Ale, uwaga, o 15.30 już nas nie wpuszczono… Przyznam że miałam spory niesmak. Zdaję sobie sprawę, że byliśmy poza sezonem, ale żeby takie miejsce było czynne do 16? W piątek? W takim mieście jak Gdańsk?
Obraziliśmy się i poszliśmy oglądać statki na rzece.

Neptun szykuje się do sezonu. Tu na depilacji okolic bikini.

Piraci wypływają na szerokie wody.

Z serii życie na krawędzi. Zakazy są po to, by je łamać.

I jeszcze Gdynia. A tam, Centrum Naukowe Experyment, polecany przez czytelników (dziękuję!). Świetna sprawa, bawiliśmy się świetnie, choć nasze dzieci jeszcze za małe na to, żeby to była rozrywka typowo dla nich.

Nad samym morzem zdecydowanie mniej turystów, gwałtownie zmienna pogoda, przejrzyste powietrze i białe żaglówki. A także miłe spotkanie ze znajomymi z Francji.
  

26 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckopasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrozmyślania

Trudne strony podróżowania z dziećmi

by Paulina 8 lutego, 2016

Nie był to dla mnie przyjemny tydzień, chorujące potomstwo stłoczone w czterech kątach, z dnia na dzień bardziej zmęczone infekcją (szczęśliwie dość łagodną) i w związku z tym rozmarudzone, i ja, z dnia na dzień bardziej zmęczona potomstwem i naprzemiennymi fochami, jękami, smuteczkami i kłótniami. Wisienką na torcie był weekend, gdy do towarzystwa zadżumionych dołączył mąż.
A liczyłam na jakąś wycieczkę.

Może trochę na przełamanie tą wycieczkę, bo ostatnia do najudańszych nie należała…

Dlatego dziś o trudnych stronach podróżowania z dziećmi. Są one w zasadzie dość oczywiste, i to one stają przed oczami jako pierwsze, gdy zestawi się ze sobą słowa „podróż” i „dzieci”, na zasadzie, że to się udać nie może. Ja koncentrowałam się dotychczas na pozytywach, że warto, bo to integruje, otwiera, wychowuje, poszerza horyzonty małym i dużym i zwyczajnie nie ma co odkładać swojego uluboinego stylu życia na bok, oczekując, aż dzieci dorosną do tzw odpowiedniego (czyli jakiego w gruncie rzeczy?) wieku. (zainteresowanych odsyłam do wpisu o tym, czy warto podróżować z małymi dziećmi, albo o ostatniej wycieczce w Alpy, albo do całej kategorii „Aktywnie z Dziećmi”)

Ale ale, ad rem.

Podróże z dziećmi to przede wszystkim wyzwanie organizacyjne. Kiedy pojechać, jak i gidze, żeby te najważniejsze stałe punkty dnia zostały w miarę zachowane, spanie, aktywność, jedzenie, toaleta… Dorośli się dostosują, czują priorytety wycieczkowe, chodzi o przygodę, wrażenia, a nie o pełny brzuch (choć, po 2,5 roku we Francji punkt ciężkości się nieco zmienia…), czy komforty higieniczne, ale głodne czy niewyspane dziecko, jest po prostu Najnieszczęśliwsze Na Świecie i jakiekolwiek zwiedzania tracą wtedy totalnie sens. Z dwójką oczywiście to podwójna trudność, mieliśmy np taki moment, że Wilczek spał raz dziennie, koło 13-14, a Iskra, miała standardowo dwie drzemki – poranną i popołudniową i przy jednodniowych wypadach musieliśmy mocno kombinować, żeby każde dostało swoją porcje snu w miarę przyzwoitych warunkach.

Pakowanie!
Wszystkie dziecięce gadżety, o jakim nie śniło się minimalistom. Pieluchy, ukochane przytulanki, bidony, ubranka na zmianę, przekąski, w zależności od pogody kremy słoneczne / na mróz, rękawiczki i kapelusze od słońca, nocnik, apteczka… Jedziemy w sumie na parę godzin, a załadowani jesteśmy po dach.

Chaos poprzyjazdowy.
Wracamy zawsze za późno, dzieci są zmęczone, głodne lub śpiące (a najczęściej wszystko naraz). Wpadamy, sami zmęczeni i głodni z dzieciakami, wszystkimi bambetlami, z przyczepką, nosidłami, lub rowerkiem i wózkiem, ponaglani rozpaczą na dwa głosy. Zdarza się, że dzieci na kolacje powycieczkową często dostają makaron polany oliwą, albo bułę z masłem. Kładziemy ich spać, i wtedy ignorujemy graty na podłodze, albo zgarniamy burdello w jedno miejsce a potem starannie omijamy je wzrokiem, popijając piwko (dobre na zakwasy) i polegując miło.

Opcja muł pociagowy. 
Trzeba dzieciorzyznę i ich akcesoria tachać w nosidłach, czasem trzeba tachać zmęczonego rowerzystę (z rowerkiem rzecz jasna), albo ciągnąć słodki ciężar z nieocenionej królewskiej przyczepce. Nie jest źle w gruncie rzeczy, sprzęt mamy bardzo przyjazny i ułatwiający podróżowanie z dziećmi, ale, mimo wszystko, te kilogramy nie znikają…

Umykające wrażenia.
Wiele razy pisałam o tym, że podróżowanie z dziećmi jest po prostu inne, że inne są wrażenia, że ich intensywność koncentruje się gdzie indziej, że tak jest po prostu i nie ma co się nastawiać na bicie jakiś rekordów. Niemniej, czasem trochę żal, zwiedzania wieczornego, niektórych atrakcji, koncertów, oglądania zachodów słońca na plaży, beztroski i swobody.

Bywa, że mimo naszych starań organizacyjnych, nieletni strzelają focha.
Idą im zęby, niewsypali się, zaczyna im się infekcja (o czym dowiadujemy sie po fakcie oczywiście. To pzypadek ostatniej wycieczki) wstali lewą nogą po prostu. Wtedy zaciskamy zęby i czekamy, aż przejdzie, albo modyfikujemy plany (bo przecież chodzi o przyjemność, a nie obowiązek), robimy dłuższy piknik.

Problemy zdrowotne.
Pojęcie dość szerokie. U nas np. takim problemem okazała się choroba lokomocyjna (u obojga), skutkująca wieloma postojami na górskich serpentynach, miską specjalnego przeznaczenia obowiązkowo na wyposażeniu i bogatą garderobą do przebrania. Albo nagła gorączka, ugryzienie, upadek itp. Brr.

Zwykła, ogromna, odpowiedzialność, za drugiego, małego człowieka. 

Inne, nieprzewidziane trudności i wyzwania losu, które z maluchami zawsze powodują nieporównanie większe komplikacje. (vide nasza dwudniowa wycieczka rowerowa wzdłuż Rodanu).

Ale.
Sami się pewnie domyślacie, czy nas to zniechęca?

8 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjapasjapodróże i wycieczkipodsumowaniarozmyślania

one day after another

by Paulina 1 lutego, 2016

Dokładnie trzy lata temu przenieśliśmy się do Francji.
Powiem Wam, że te trzy lata to ważny czas był.
Ważny i dużo zmieniający w naszym życiu. Pozbierałam się mocno niedawno z tych zmian wszystkich, ale przyznam, że ciągle kroczę przez to nowe życie mocno chwiejnym krokiem.

Wyjechaliśmy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. W końcu chcieć to móc, jesteśmy młodzi, przygoda i fantastyczna sprawa i to Francja jeszcze do tego. Urządziliśmy się całkiem miło, chociaż było trochę problemów organizacyjnych powiedzmy i co krok potykaliśmy się o niebywały francuski brak elastyczności, ich monstrualną biurokrację i totalny brak dbałości o klienta jako takiego. Ale żyliśmy tam sobie, i w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie sobie żyliśmy, powiększając w międzyczasie rodzinę, starzejąc się trochę, przeprowadzając się, organizując francuskie wycieczki większe i mniejsze, poznając, oglądając, smakując i generalnie chłonąc na maksa.

To był czas maksymalnego zwrócenia się do siebie, zdawania egzaminu z
siebie,
w końcu byliśmy tam tylko my, z bardzo drobnym drobiazgiem,
który, choć najkochańszy, nie ułatwiał sprawy tzw integracji z miłymi
choć zdystansowanymi Francuzami. Czas weryfikacji wielu spraw, siebie,
priorytetów, własnego zdyscyplinowania i przyjaźni.

Powrót
nie był bynajmniej przybyciem do bezpiecznej i znanej nam przystani,

jako że po krótkim wakacyjnym odsapnięciu czekały nas przeprawy
mieszkaniowe, związane z zakupem, kredytem, remontem i urządzaniem, z
małoletnimi zaczynającymi przedszkole, wspinającymi się na niebezpieczne
drabinki i malującymi sobie całą twarz czerwoną szminką. Potem był
jeszcze restart mojego życia zawodowego i początek żłobka u córy.

Sporo jak na trzy lata.

Myślałam,
co to dla nas, pojedziemy, przeżyjemy fajną przygodę, wrócimy do siebie. Ale chyba się w
międzyczasie zestarzałam jeszcze, bo dał mi ten okres w kość. Choć było pięknie, to było
trochę trudno, ale dużo mi to dało. Miałam cholernie dużo czasu i
możliwości na to słynne poznanie siebie, zupełnie nie zagłuszana, hmhm,
światem zewnętrznym.

Minęły trzy lata. Dużo i mało.
Byliśmy
ostatnio na imprezie w klubie (wiwat Dziadzia), na koniec jedna piosenka
skojarzyła nam się z czasem z przed 2012. Uderzyło mnie, że zmieniło
się w naszym życiu od tamtego czasu niemal wszystko
. A sedno jest to
samo, choć nie takie samo.

1 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaspodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaslubelszczyznapodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaslatolubelszczyznapodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemRoztocze

Weekend na Roztoczu

by Paulina 25 sierpnia, 2015

Za taką polską sielskością tęskniłam.
Odbyliśmy ostatnio małą wycieczkę na Roztocze. To piękny region na wschód od Lublina, o wspaniałej przyrodzie, cudnych lasach, klimatycznych (przynajmniej dla turysty) wioskach, zupełnie inny świat.


Wjeżdża się tam i przenika ten inny świat na wskroś.
Wąskie, kręte i wyboiste drogi, które wręcz dodają uroku malowniczym krajobrazom (o ile tylko podskoki na wybojach nie obudzą nieletnich śpiących na tylnym siedzeniu. Bo jak obudzą, to uroki i okoliczności przyrody są jakby mniej widoczne). Lasy, lasy ukochane, pachnące najpiękniej. Z wrzosami i jeżynami, które przenikają tę miękką zieloność fioletowymi plamami. Pięknie świetliste.

Wioski, z drewnianymi domami otoczonymi kwiatami – trochę niesfornymi,
kolorowymi, niekontrolowanymi. I z kapliczkami – kolorowymi, z
wstążkami, chorągiewkami, przyozdobione na bogato. (Trzeba co prawda przymknąć oko na wieżyczki Gargamela, niewykończone klocki z pustaków, szalone kolory elewacji i dachów. Ale i tak warto)

Pojeździliśmy trochę rowerami, choć ścieżki leśne, miękkie i sucho – piaszczyste, na rower się nie nadawały za bardzo. Inna sprawa, że jadąc tamtejszymi drogami, i tak jest się w środku lasu. Spacerowaliśmy, przysiadaliśmy na kocu. Bujaliśmy się w hamaku. A wieczorami płonęły ogniska, uczta prawdziwa dla wszystkich zmysłów, medytacja doskonała. I gwiazdy, obłędnie widoczne, jak nigdy w mieście, jak jedna, doskonała wisienka na torcie.

 

 

25 sierpnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latomój stylpodróże i wycieczkiprzyjemnościwe dwoje

taki dzień

by Paulina 15 sierpnia, 2015

Świętowaliśmy ostatnio ósmą, (gumową!) rocznicę ślubu.

Nieletni zostali z dziadkami w ogrodzie, a my, byle szybciej, ruszyliśmy. Kierunek tradycyjny, Kazimierz Dolny. Jako, że środek tygodnia, w miasteczku, było umiarkowanie pusto.Ale z racji upałów, dość obojętnie przeszliśmy obok znanych na pamięć, przepięknych kamieniczek i, jakoś bezwiednie skierowaliśmy się nad Wisłę.

Siedzieliśmy, na pustej zupełnie plaży, a mnie w głowie rozbrzmiewał mi ten soundtrack. Rzeka płynęła, piasek przesypywał się między palcami, świat trwał sobie, a my razem z nim, na małym ręczniku siedząc, oparci o swoje ramiona. Jak co roku wspominaliśmy. Jak co roku, dziękowaliśmy.

Klimacik w drodze trochę jak w Luizjanie. Czułam się jak w serialu True Detective.

15 sierpnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Alpy z dziećmi i namiotem

by Paulina 6 lipca, 2015

alpy z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi,

To był prawdopodobnie ostatni wypad w Alpy w najbliższym czasie. Ostatni, ale za to niezapomniany. Bajkowa zupełnie rzeczywistość, odlot estetyczny, ta jedyna w swoim rodzaju medytacja kroków i oddechu, górska, nasycona brzmieniami cisza… Będzie mi tego brakować.

Harce na łące

Wiedząc, że życie potomstwo jak zwykle zweryfikuje nasze plany dotyczące wczesnego wyjazdu zaraz po szybkim śniadaniu i do samochodu zapakujemy się koło 11, postanowiliśmy dojechać na miejsce już w piątek. To oznaczało biwak w górach, z pięknym widokiem i milionami komarów. A w sobotę, już o 10 rano byliśmy na szlaku.

 
Na biwaku. Drobiazg, niepilnowany, zaczyna się rozłazić.

Szlaku, który uparcie, bezustannie i bezlitośnie prowadził w górę. Niby o to chodzi, ale miło, jak przy podejściu zdarzają się też wypłaszczone fragmenty pozwalające wyrównać oddech. Ale w końcu, po stu latach trawersowania wyszliśmy z lasu, a tam, tradycyjnie już, obłędne widoki wynagradzały trud (Podziwiałam je, gdy tylko pot nie zalewał mi oczu – w końcu wraz z lasem skończył się cień. I gdy nie patrzyłam z zawiścią na radośnie i bez wysiłku wbiegające grupki ludzi obciążonych niewielkimi plecaczkami z wodą).

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

Ale udało się koło południa dotrzeć na pierwszy punkt naszej
wycieczki, czyli Lac du Crozet. Cudowne jezioro polodowcowe, idealnie
przezroczyste, doskonale lodowate, wspaniale lazurowe. A tam, jak
przystało na prawdziwych Francuzów,
zjedliśmy obiad (nic specjalnego tym razem – liofilizaty, dziaciaki
wystarczająco nas dociążyły), odpoczęliśmy trochę, wymoczyliśmy nogi
żałując że nie mamy przy sobie kostiumów kąpielowych – okazało się, że zdecydowana
większość z mijających nas beztroskich luzaków wspięła się nad jezioro
dla samego jeziora i kąpieli w nim, spędzili miłe chwile wpatrując się w zimną toń, a inni wrzucali kamyczki
do wody (kamyczki największą atrakcją każdego wyjazdu – niezależnie, na
plac zabaw czy w Alpy).

Morale poprawione, ruszyliśmy
dalej, na przełęcz Col de la Pra, i do schroniska położonego obok. Trasa
przepiękna, a widoki obłędne. Na miejscu, poza kawką, była jeszcze
dość zaskakująca część artystyczna –  na 2100m. n.p.m. nie spodziewaliśmy się
mini koncertu folkowego i nauki tańców tradycyjnych… Potańczyliśmy
więc sobie chwilę ( na scenie alternatywnej, dzieci nie uznały
narzuconych z góry kroków) i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Część artystyczna w schronisku. Scena alternatywna nie odpuszcza i zdobywa serca publiczności.
Tańczymy!
Przyznam, że miałam podczas całej imprezy niejakie poczucie absurdu, wśród tych gór…

Koń drogę do domu zna…

Zdjęcie butów i zmiana ciuchów działa prawdziwie uzdrawiająco

Było pięknie, góry z dziećmi są super, choć muszę przyznać, że ciężar naszej (lekkiej w sumie) córki i paru niezbędników dał mi się we znaki, i moje przeciążone kolano raczej mnie nie lubi…
A dzieciorzyzna zadowolona, pierwszą rzeczą jaką zrobili oboje następnego dnia rano, było wejście do nosideł… W sumie to im się nie dziwię i bardzo się cieszę, że przyjmują takie wycieczki w taki naturalny sposób, trochę mimochodem nasiąkają pasją, aktywnością i podziwem dla świata.

Warto, choć następny górski wypad planujemy już nie w roli mułów pociągowych. Na plecach woda i kurtka przeciwdeszczowa, na ustach piosenka, w głowie beztroska a przed oczami raj…

6 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikulinarniepodróże i wycieczkiprzyjemności

Co na piknik?

by Paulina 13 czerwca, 2015

Dzisiaj druga część wpisu piknikowego. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi ulubionymi przekąskami plenerowymi. Takie przekąski muszą być pożywne (wiadomo, na wycieczce trzeba mieć siły), wygodne (najchętniej o chwycenia w rękę) , smaczne i nieskomplikowane.

Do naszych ulubionych, fajnie sprawdzających się w plenerze przekąsek należą:

– tarty i quiche różnego rodzaju, najchętniej wytrawne. Pieczone w wieczór przed wyjazdem.

– wytrawne ciasto – serowo warzywne, uwaga podaję przepis, jest pyszne, wilgotne i sycące:

Składniki:
3jaja
150g mąki
proszek do pieczenia
100ml mleka
100ml oliwy z oliwek
100g startego gruyera
sól, pieprz
nadzienie:
100g cukinii
100g roladki koziej

(w formie nadzienia fajnie sprawdzą się też oliwki, suszone pomidory, szynka, zioła)

Udusić cukinię na patelni, kozę pokroić.
Mieszamy jajka z mąką i proszkiem do pieczenia i dodajemy
po trochu mleka a następnie oleju i wsypujemy gruyera. Dodajemy cukinię i kozę.
Pieczemy 45min w 180stopniach.
(też dobrze jest je upiec wieczorem przed wycieczką)

– sałatki różnorakie (ale takie, którym nie zaszkodzą wstrząsy)
– cukiniowe „spaghetti”, wspaniale orzeźwiające, lekkie a jednocześnie sycące. My, jako nie-weganie, dodaliśmy jeszcze parmezanu

– szybkie zawijanki z ciasta francuskiego,
pakujemy co nam wpadnie w ręce na środek kwadratu wyciętego z
francuskiego ciasta, zawijamy rogi, pieczemy (ja dodawałam roladkę
kozią, morele i tymianek)
– spring rollsy, o których już pisałam
w upały – tabouleh (nie gotowana kasza kuskus z pomidorami, ogórkami, cebulą, oliwą z oliwek, miętą pietruszką i cytryną. ) lub gazpacho w termosie
i, gdy nie mamy czasu nic przygotować, kupujemy melona i szynkę suszoną, albo awokado i zwykłą szynkę, camemberta, pomidorki koktajlowe i bagietkę. Fajnym, sezonowym pomysłem są też najzwyklejsze warzywa na parze- bób, szparagi, fasolka szparagowa… I owoce, z którymi nic nie trzeba robić.
 


13 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFrancjamoda rowerowapodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiem

Nad rzeką, wśród gór, na rowerze przez dwa dni

by Paulina 27 maja, 2015

Powiedzieć, że nasza ostatnia wycieczka rowerowa była pełna wrażeń, to nic nie powiedzieć.
Było pięknie i cudownie, słonecznie, niezwykle malowniczo, ale też sponiewierała nas nieźle traska (w sumie ponad 100km, silny wiatr i podjazdy – same w sobie nie jakieś dramatyczne, ale z obciążeniem dały się we znaki) i niesympatyczne urozmaicenie w postaci (dość łagodnego na szczęście) wirusa brzusznego atakującego to tu, to tam.

W niedzielę rano, tuż po głosowaniu, załadowaliśmy się do pociągu i ruszyliśmy w drogę. Naszym celem była znana już nam Via Rhôna, czyli wspaniała trasa rowerowa wiodąca od źródeł Rodanu, aż do morza. Tym razem wybraliśmy fragment na północ od Lyonu, wiodący przez region Bugey. 
Jechało się cudownie, słońce przygrzewało, widoki olśniewające, Rodan migotał sobie na błękitno. Problemem był brzuszek córy, ale poratował ją cudowny eliksir, czyli mleko mamy (na co dzień ssie już tylko na dzień dobry i na dobranoc, ale wobec awaryjnej sytuacji przeszłyśmy na tryb niemowlęcy, i to była dobra decyzja). 

Mijaliśmy malownicze miasteczka, w oddali piętrzyły się majestatyczne góry – a w górach tu i ówdzie średniowieczne zamki i baszty, trasa poprowadzona była arcy przyjaźnie. 


Namiot jest fajny, ale takim noclegiem też bym nie pogardziła…

I tak mijały nam kilometry i godziny, aż postanowiliśmy poszukać miejsca na biwak. Dzieci w przyczepce spały, rozglądały się i ogólnie były zadowolone. I Rozbiliśmy się na takiej miłej łące, wśród drzew,  aromatycznego tymianku (pierwszy raz spotkałam się z dziko rosnącym tymiankiem!), grających świerszczy i pięknych widoków.

Prawie jak Gladiator

Wieczorem zrobiliśmy nawet ognisko, ku radości Starszaka, z zapałem pomagającego tacie zbierać suche gałęzie. I tak sobie siedzieliśmy, wśród tych wspaniałości wszystkich z córą chrapiącą w namiocie i synkiem śpiącym przy ognisku, z trzaskającym ogniem, w ciemności aksamitnej, we dwoje. (Do pełni szczęścia brakowało czegoś do oparcia, turystycznych krzesełek, czy coś, bo jednak starość nie radość).

 

 
 Drugiego dnia… Drugiego dnia zapowiadało się, że będzie podobnie. Już z rana okazało się jednak, że tym razem problemy brzuszne dotknęły męża – głównego muła ciągnącego przyczepkę i z cięższymi sakwami. Do tego, po kilkunastu kilometrach zmieniła się trasa, i nagle okazało się, że jedziemy głównie pod górę. I wiatr – zmienił kierunek i natężenie, wiał tak mocno, że nawet na (nielicznych) zjazdach, nie można było się rozpędzić.

Po jednym z ostatnich podjazdów… Wymęczony tata padł, a hrabiostwo wyległo z karocy, by z radością przesypywać kamyczki
Na koniec, na dobitkę, zaczął padać deszcz, na szczęście drobny. Poza tym dworzec, z którego planowaliśmy złapać pociąg do Lyonu, okazał się nieczynny, musieliśmy więc doczołgać się jeszcze parę kilometrów (pod górę, pod wiatr) do następnego miasteczka. Na dworcu musieliśmy nosić rowery, dzieci i przyczepkę po schodach, bo nie mieli żadnej rampy ani windy, córa stłukła sobie głowę w momencie gdy wjeżdżał pociąg, starego typu pociąg, z wąskimi drzwiami, przyczepkę trzeba więc było wsadzać bokiem… (na szczęście pomógł konduktor). Uff. 

Ale i tak wycieczka udana. Jak się okazuje da się spędzić fajny weekend z dziećmi na rowerach i śpiąc na dziko pod namiotem 🙂

27 maja, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry