Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

jak odpoczywać

jak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważność

nie wszystko jest kwestią organizacji, czyli o możliwościach

by Paulina 18 kwietnia, 2023

Zacznę banałem. Czasem, przeglądając media społecznościowe, można odnieść takie wrażenie – wszyscy mają czas i energię na wszystko. Oczywiście wszyscy wiemy, że to wyreżyserowany fragmencik rzeczywistości, ale w naszych głowach chłonących te podróże, wymyśle gotowanie, lepienie z ciastoliny DIY z dziećmi i angażujące treningi, zasiewa się to ziarenko, że wszystko jest możliwe, a wszystko jest, za przeproszeniem kwestią organizacji.

Na mnie zawsze najbardziej działała ta podróżująca część instagrama, moje wrażenie było takie, że wszyscy ciągle coś zwiedzaaaaaaająąąąąą, dlaczego oni mogą a ja wciąż mam tyle ograniczeń. Pewnie dlatego, że podróżowanie to był taki mój plan na życie, gdy byłam nastolatką. Szalenie mnie pociągało włóczęgostwo, jakaś praca w terenie, pomieszkiwanie to tu, to tam. Ostatecznie spotkałam najwspanialszego faceta na świecie i postawiliśmy na stabilizację i rodzinę, nie żałuję, jestem szczęśliwa. Ale otwarcie jednych drzwi zamyka inne, po prostu. W życiu, jakie wybrałam, podróże są bardzo ważnym, ale jednak dodatkiem. Nie da się jednocześnie zapuścić korzeni i skakać z miejsca na miejsce.

Te możliwości, które teraz są, to niemiły pozór. „Możesz wszystko” i „sky is the limit”, budują jakąś koszmarną presję i są w gruncie rzeczy szalenie frustrujące. Skoro jest tyle możliwości w życiu, i wszystkie są takie wspaniałe, to ciężko wybrać jedną drogę. Bo być może inne będą atrakcyjniejsze. A dopóki nie zdecydujemy się na jedną rzecz, dopóki nie otworzymy jednych drzwi (zamykając inne), stoimy bezsensownie w korytarzu, nie wybierając niczego i nie wchodząc do żadnego z pomieszczeń.

Jest jeszcze, chyba nawet naukowo zbadany, żal za podjętą decyzją, że może ta druga opcja była lepsza. (u dzieci przybiera on silniejszą formę. Chcę zupę ogórkową. Proszę, to twoja ogórkowa. Nie chcę ogórkowej, chcę pomidorową!!!!)

FOMO to nie tylko lęk, że coś nas ominie w internetach. Znacie to uczucie po obejrzeniu świetnego filmu i sprawdzeniu całej filmografii reżysera czy aktora? Jeju, kiedy ja to wszystko obejrzę! Albo na wakacjach? Nie zdążyłam zobaczyć tylu miejsc w okolicy. I jeszcze, jest tak pięknie, że dobrze byłoby tu wrócić, ale przecież tyle innych pięknych miejsc czeka na odkrycie. Zawrót głowy w księgarni. Sprawdzanie listy i programów festiwali, na które można by pojechać… Możliwości, możliwości, wszystkie takie wspaniałe, że aż z żadnej porządnie nie skorzystam.

Jest coś pociągającego w dawnych czasach i małych miejscowościach, z życiem z mniejszymi możliwościami, ale jakże innym spokojem. Nie jest szkoda czegoś, co przynajmniej potencjalnie nie jest w zasięgu.

Oczywiście mam świadomość, że cała masa mieszkańców tych małych, spokojnych miejscowości, oddałaby wszystko, za nasze możliwości i brak ograniczeń. Możliwości to piękna rzecz. Ale nieuniknioną i oczywistą konsekwencją możliwości wyboru jest to, (i na tym też wybór polega), że jeśli wybieramy coś jednego, to nie wybieramy czegoś innego. A te wszystkie rzeczy, które „przecież nie wymagają od nas wielkiego wysiłku i jakoś strasznie dużo czasu”, jak wybranie się na targ lub do kooperatywy po warzywa, regularne ćwiczenia, czy szybkie przetarcie kurzu, też się sumują i też zajmują ostatecznie mnóstwo czasu i energii.

Dlatego nie da się w jednym czasie pracować, zajmować się dziećmi, gotować, ćwiczyć, rozwijać pasji i talentów, działać społecznie czy ekologicznie. I wbrew pozorom, to może przynieść ulgę: ok, w tym momencie jestem na przedstawieniu w przedszkolu, więc nie wymyślę nowej strategii sprzedażowej. Teraz robię ważne tabelki w excelu, więc nie poczytam tej fascynującej książki (ale tez nie poscrolluję sobie. Jeśli scrolluję, to nie pracuję). Jedna rzecz w jednym czasie. To wyzwalające, kojące i koniec końców bardziej efektywne niż tzw multitasking. Gdy układam puzzle z dzieckiem z jednym okiem gdzieś w telefonie, jedną myślą planując obiad na jutro, a drugą myśląc co napisać w mailu do tego trudnego klienta, to w gruncie rzeczy wszystko na tym traci.

W optymalnej sytuacji życiowej raczej udaje mi się żonglować moimi zasobami czasowymi i energetycznymi tak, żeby zachować względną równowagę między pracą, rodziną a sobą. Ale przychodzą też takie okresy, kiedy wszystko się zaburza, tak jak ostatnio u mnie – w styczniu wyszliśmy ze szpitala i początek roku był totalnie skupiony na piłeczce z napisem rodzina, i wszystko inne musiało się podporządkować. Luty i marzec był przeciążony sprawami zawodowymi i siłą rzeczy miałam mniej czasu na moje prywatne rozrywki, czy fajny, rodzinny czas. W kwietniu jest trochę spokojniej, więc staram się nadrobić jedno i drugie. Chociaż nie. Nie nadrobić, bo czas i uważność to nie jest coś co się nadrabia – po prostu świadomie przekierować uwagę na siebie – takie wielowymiarowe dbanie o siebie, i na rodzinę, na miły czas razem, wcale niekoniecznie specjalnie ekscytujący, po prostu autentycznie wspólny, bez rozpraszenia pracą czy martwieniem się o zdrowie. Wiem, że mam wspaniały dom, moje miejsce na ziemi, więc nie spędzę życia na włóczędze z miejsca na miejsce. Wiem, że gdy mam szalony czas w pracy, nie będę sobie popołudniami chodzić do
kina i eksperymentować w kuchni. Gdy mam chore dziecko, zrobię w pracy
minimum i nie będę robić codziennie godzinnego treningu. A gdy siedzę na trawie i słucham szalonego wiosennego chóru ptaków, i wwąchuję się w fiołki i kwitnące mirabelki, to właśnie to robię i nic innego.

Są takie możliwości, których realizacja musi poczekać na odpowiedni moment, są takie które możliwościami pozostaną. Trochę czasem szkoda tych niezrealizowanych, ale naprawdę uwalniająca jest świadomość, że wbrew super popularnym hasłom, wcale nie możesz wszystkiego. I nie musisz wszystkiego. Świat da sobie radę bez Ciebie.

18 kwietnia, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieciństwo unpluggedjak odpoczywaćlubelszczyznamój styl podróżniczypodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemwiosna

Polesie z dziećmi, czyli tradycyjna wycieczka inaugurująca sezon

by Paulina 26 marca, 2023

 

wycieczka do poleskiego  parku narodowego 
 
To już nasza wycieczkowa tradycja się zrobiła. Kolejny rok na pierwszą wycieczkę w sezonie wyruszamy do Poleskiego Parku Narodowego. Wyruszamy w szarość i burość podbitą cudownym, coraz mocniejszym słońcem. Wyruszamy w błoto, w zeszłoroczne liście, w suche badyle. I to marcowe Polesie, z tą szarością, burością i badylami i błotem, jest takim uosobieniem wszystkiego, co najwspanialsze w nadchodzącym sezonie. Słońce, rowery, ptaki, tropy zwierząt, piknik. I powietrze jakieś inne, natlenione, odżywcze, świeże.
Pojeździliśmy, łowiliśmy słońce, wwąchiwaliśmy się w tę świeżość przedwiosenną. Zrobiliśmy miły piknik nad wodą. A woda migotała, odbijała promienie słońca i niebieskie niebo. Listki rosły, bociany i żurawie wracały do swoich gniazd, bobry ścinały młode drzewka. Odbywało się całe to cudowne, wiosenne zamieszanie, które daje taki spokój.
Przeczołgała mnie ta zima. Ale warto było ją przeżyć dla tego końca marca, gdy wszystko przed nami, małe weekendowe wypady, kilkugodzinne wakacje, zastrzyki z naturą. Leczy mi ta perspektywa wszystkie kryzysy.
 

niby suche badyle, ale w tym świetle zyskują inny wymiar

polesie rowerami z dziecmi

wrzucanie do wody kamyczków i patyków, ciągle w czołówce ulubionych zabaw

człowiek fotowoltaiczny

26 marca, 2023 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleuważnośćzima

jak odpoczywać żeby odpocząć

by Paulina 23 stycznia, 2023

 

jak odpoczywać skutecznie

Jest połowa stycznia, gdzieś pałęta się blue monday, słońce wydaje się jakimś odległym snem. Planowałam świątecznie wypocząć, w pracy rozplanowane wszystko tak, żeby mieć ten około świąteczny i noworoczny czas wolny, ale wyszło jak wyszło, wolne wykorzystane na dziecięcy szpital. Nie tylko nie wypoczęłam, ale też mam wrażenie solidnego zadłużenia w zasobach psychicznych.

Nie narzekam, cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło, jesteśmy w domu. Ale cały stres wyłazi ze mnie teraz, manifestuje się w okropnym zmęczeniu, poddenerwowaniu, braku cierpliwości. W cerze, w brzuchu, w infekcyjkach to tu to tam. Wiem, że zadbanie o siebie jest teraz priorytetem, choćby z czysto pragmatycznych przyczyn.

Przekonałam się wielokrotnie, że w moim przypadku na stres i przemęczenie najlepiej działa natura. Koją mnie wycieczki, pikniki, uzdrawia las, leczy włóczęga. Ale w aktualnych warunkach szarego bezzimia, gdy kluczowym słowem opisującym świat jest zero – zero słońca, zero śniegu, zero liści, zero  koloru, zero stopni – odpoczynek i relaks w naturze są dość utrudnione. (Zdjęcia przy wpisie jeszcze z czasu chwilowej pięknej zimy w grudniu, aktualnych nie mam.)

Ale wiem, i czuję że jeśli mimo wszystko naprawdę chcę zadbać o swój dobrostan, że muszę grać kartami, które posiadam aktualnie. Jest ponury styczeń, i to nie zmieni się szybko (chyba że spadnie śnieg, ale to nie zależy ode mnie). Zupełnie bez sensu jest wszelkie przeczekiwanie, aż zmienią się warunki zewnętrzne, w momencie gdy zadbać o siebie potrzebuję już.

Dlatego przyjmuję to co jest. Jestem zmęczona, nic mi się nie chce, jest szaro i paskudnie. Takie są fakty na dzisiaj.

First things first, czyli na początek, sen na regenerację

Na początek, banał nad banały, czyli dbanie o higienę snu. Napiszę te wszystkie oczywiste oczywistości, bo po prostu mają ogromne znaczenie, a czasem jest tak, że kombinujemy, zapominając o podstawach. A to pozornie zwykłe wysypianie się, ma wpływ na totalnie wszystko. Od nastroju i zdolności umysłowych, przez hormony, po układ trawienny.

Kładę się więc wcześniej. I, żeby noc była faktycznie porządnie regenerującym czasem zadbałam o parę spraw. Wyprowadziłam smartfon z sypialni, totalnie ograniczyłam alkohol, staram się codziennie trochę ruszać i chodz9ić do łóżka w miarę wcześnie, o regularnych porach.

Cudowne jest to, że wystarczy parę nocy takiego porządnego spania, a różnica w jakości życia jest ogromna.

Ruch na stres

Tak, wiem wiem, co sobie myślicie, następne pewnie będzie nie zapomnijcie oddychać. Ale piszę o tym w kontekście tego barku energii i ogólnego niechcieja oraz silnej potrzeby kocykowania na kanapie. Bo z jednej strony w zimie warto iść za tą potrzebą nieruchawości, jesteśmy częścią natury i tkwimy w jej cyklu, to zupełnie normalne, że mamy mniej energii, i nie chodzi o to, żeby robić cokolwiek przeciwko sobie. Ale warto też mieć tę świadomość, że im mniej ruchu, tym mniej chce się ruszać, i błędne koło się zamyka.

Przede wszystkim aktywność fizyczna to nie jest jakaś kara. Aktywność fizyczna jest DLA NAS, nie przeciwko nam. Fajnie jest wybrać coś dla siebie po prostu przyjemnego. Jest mnóstwo możliwości, wcale niekoniecznie musimy chodzić na siłownię, albo praktykować jogę, nawet jeśli wszyscy wokół to robią. Można się ruszać spokojnie, albo energicznie, można iść na basen i saunę, albo iść na łyżwy, Są zajęcia zorganizowane i ruch totalnie spontaniczny. Poza tym, zwykłe spacery, albo choćby nordic walking. Taniec w skarpetach w salonie też się liczy. 15 minut gimnastyki także. 

Każdy ruch jest dobry, zwiększa ukrwienie, wydziela endorfiny, jest nam cieplej i weselej. A skąd wziąć na to czas? Z instagrama!

Ograniczenie czasu online i social mediów

To nie jest przyjemne, ale możecie sobie zerknąć na swoich telefonach, ile czasu spędzacie przed ekranem. Przeważnie okazuje się, że ten cenny czas, którego wiecznie nam brakuje, zupełnie dobrowolnie choć nie do końca świadomie przeznaczyliśmy na oglądanie śmiesznych kotków i pozorów życia ludzi, którzy w ogóle nas nie interesują i emocjonalne angażowanie się w afery, które kompletnie nas nie dotyczą.

Odinstalowałam facebook i instagram* z telefonu przed Świętami, przede wszystkim dlatego żeby przestać wystawiać się na bombardowanie doskonałością i sposobami na to jak tę doskonałość osiągnąć. Zyskałam całkiem sporo spokoju ducha, a w cudownym bonusie jeszcze więcej wolnego czasu. Czasu może nie w kilkugodzinnych pakietach. To są raczej te
szczeliny czasowe, gdy gotuje się obiad, albo czekam na dzieci. Czasem
10-15 minut, czasem pół godziny.

Potem przeczytałam też bardzo cenną książkę Joasi Glogazy na ten temat „Ekonomia uwagi. Jak nie przescrollować sobie życia”. Bardzo polecam swoją drogą, uważam że to konieczna lektura dla wszystkich użytkowników smartfonów. Asia pisze o tym, jak to się stało, że jesteśmy od komórek tak bardzo uzależnieni, co nam to robi, i jak na nowo ustawić sobie relację ze smartfonem, żeby stał się dla nas znowu zwykłym narzędziem.

Czasem jest tak, że jesteśmy tak wypompowani, że wydaje się że nie ma energii na nic innego, jak odmóżdżające scrollowanie na kanapie. Ok, Kanapa z telefonem to nie jest zbrodnia,
ale trzeba mieć świadomość, że to nie jest odpoczynek, który nas odżywia, który nas autentycznie
regeneruje. 

Efektem będzie podobne podtrucie dla psychiki jak po sesyjce chipsików
zapijanych piwem dla brzucha. Nie tylko nie wypoczniemy, wstaniemy z tej kanapy z uczuciem poszatkowanego mózgu, sfrustrowani i przebodźcowani.

Ja, zainspirowana lekturą, poobserwowałam sobie, kiedy – często odruchowo i trochę nieświadomie – sięgam po telefon (nazbierało się tego trochę!) i co dobrego dla mnie mogę robić w tym czasie. Absolutnie nie chodzi o wyłącznie mądre, ambitne i rozwojowe rzeczy. Po prostu nie wciągające jak bagno i nie frustrujące, a raczej miłe i dobre dla mnie.

Co prowadzi do zajebiście ważnego pytania…

…co lubię robić w życiu?

Tak jak pisałam kiedyś, co ja lubię robić w życiu, a nie co lubi instargam czy tik tok, i co jest potencjalnie fajnym biznesem w przyszłości. 

Co sprawia frajdę?
Przy czym tracę poczucie czasu?
Co lubiłam jako dziecko?
Co robiłabym gdybym nie musiała pracować?
Co będę robić na emeryturze?
O czym mówię z błyszczącymi oczami? (można zapytać bliskich)

I wiecie, nie chodzi o to, żeby robić wielkie rzeczy, inwestować kasę i masy zasobów i rozwijanie jakiejś bombastycznej pasji. Nie chodzi o jakieś sukcesy w dziedzinie, chodzi o czystą, niezobowiązującą zabawę, a ta często nawet bywa lepsza, gdy w naszym hobby bardzo daleko nam do profesjonalizmu.

 

małe kroczki

Nie muszę codziennie robić półtoragodzinnego treningu, malować wielkiego obrazu, czytać książek godzinami, nie muszę robić wielkich rzeczy. Różnicę robi suma tych małych. Wystarczy nie zatykać telefonem tych wszystkich małych przerw w pracy i obowiązkach, które i tak sobie robimy. Jeden rozdział książki albo komiksu, jeden artykuł w gazecie, turbo drzemka, 15 minut jogi albo innej gimnastyki, jedna piosenka wytańczona albo wyśpiewana na maksa, krótki spacer po osiedlu, przeczytanie jednego wiersza, krótka medytacja, gapienie się w deszcz za oknem, narysowanie jednego rysunku ołówkiem, rozwiązanie jednej łamigłówki, samodzielny kilkuminutowy masaż stóp lub dłoni, zapalenie pachnącej świeczki i popatrzenie sobie chwilę w płomień, szybkie spisanie myśli, kolorowanka, puzzle, przeglądanie albumu ze sztuką, albo rodzinnego albumu ze zdjęciami, kostka rubika.

Warto spróbować. Ja spróbowałam, i u mnie działa.

 

Takie są moje plany, już w dużej części wdrożone. To wszystko z przyjacielskim, wyrozumiałym stosunkiem do siebie. Trudniejszy czas czasem przychodzi w życiu i tyle, nie chodzi o to, żeby go zakrzyczeć rozrywkami. Smutek jest ok, gorsze dni są ok, brak energii też jest ok. Jest
środek zimy, to naturalne że siły do działania są mniejsze. Ale nie
jesteśmy niedźwiedziami, nie możemy przedrzemać kolejnych tygodni. 

Myślę, że najważniejsze to znaleźć balans i granicę, kiedy polegiwanie na kanapie jeszcze jest okazywaniem sobie troski, a kiedy przejawem tej troski staje się zmuszenie się by z tej kanapy jednak wstać.

 

*w ogóle nie mam ochoty wracać, zamieniłam FOMO na JOMO. Nie wykasowałam kont, może będę korzystać z SM przez komputer, żeby mnie nie kusiła dostępność w telefonie. Mój jedyny problem, to jak informować Was o nowych wpisach, czuję w sobie sporą chęć do pisania i zamierzam publikować posty regularnie. Newsletter?

23 stycznia, 2023 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćlasmindfulnessmój stylNałęczówrozmyślaniaslow lifestyle

odtrutki

by Paulina 10 listopada, 2020

jak odpoczywać, jak się zrelaksować

czasy są jakie są, wiadomo.

Ale tak to już jest chyba, że czasy zawsze są jakieś… My żyjemy w puchu tak naprawdę od dłuższego czasu, o ciężkich czasach słyszymy, że były kiedyś, albo są aktualnie gdzieś daleko. Wojny, klęski, kryzysy… Mimo wszystko, wciąż znalazłoby się (bez trudu) gorsze miejsce i czas do życia.

Myślę, że warto to zauważyć, i nauczyć się zauważać, że w gruncie rzeczy nasz czas i nasze miejsce to wygrany los na loterii.

A tymczasem, niezależnie od pandemii i polityki, nasze życie trwa właśnie teraz.

Słońce budzi nas (coraz później) rano, niezależnie od liczby dziennych zachorowań.

Drzewa gubią liście nie zważając na decyzje rządu.

Złota polska jesień właśnie powoli i majestatycznie zmienia się w polską listopadową szarugę, jak co roku, bez względu na to czy Polska jako taka kwitnie czy gnije.

Wciąż można sobie głęboko pooddychać na spacerze. Dziecięce rączki przytulają się wciąż z tą samą, niezmącona ufnością. Muzyka w głośnikach nie straciła na cudowności. Małe błyski cudowności wciąż są, wciąż tak samo cudowne.

I trochę mnie to trzyma w równowadze, powiem Wam. Miałam przez jakiś czas taki przeświadczenie, że może należy być nieustannie wkurwionym i wciąż się zamartwiać, że może nie wypada skupiać się na niczym , co odrywa nas od aktualnej sytuacji.

Ale, wiecie, zadręczenie się jeszcze nikogo i niczego nie uratowało.

Dlatego, dbam o siebie, buduję sobie własny, prywatny azyl, opiekuję się sobą i moją rodziną, bo taki stan może potrwać jeszcze długo, i doprawdy to nie jest powód, by zawiesić na kołku życie jako takie.

Dlatego, na życiu właśnie koncentruję się bardzo ostatnio. Życie nasze prywatne jest najlepszą odtrutką na nieprywatną rzeczywistość.

Pozwalam sobie częściej, na moje guilty pleasures – poczytuję wczesną Musierowicz, słucham Montgomery i ASMR.

Dobrze się karmię, dla ciała i duszy –  dużo warzyw, strączków i kasz, domowe frytki z camembertem, makaron z leśnymi grzybami, zakwas z buraków, sok malinowy, różne ziółka, dobry chleb, dobra oliwa, dobre czerwone wino.

Ćwiczę jogę, niedługie praktyki, rano na rozbudzenie i wieczorem na rozluźnienie.

Spaceruję, jak Kierkegaard normalnie.

Ćwiczę z Chodakowską. A ostatnio, ponieważ mi się trochę znudziło, odkryłam dance-workout. Czyli tańczę sobie, co zresztą wpływa dodatkowo pozytywnie, bo z tańcem byłam mocno związana bardzo długo i jest to coś, co zawsze dawało mi mnóstwo radochy. A do tego dochodzą potreningowe endorfiny i spalam te sery i makarony.

Praktykujemy intensywnie lasoterapię. Bo las czystym dobrem jest. I wydychamy stres, a wdychamy sobie ten mglisto – grzybowy, leśny zapach, oczy nabłyszczamy szczęściem, relaksujemy pospinane ciała, a całość zapijamy herbatą z termosu.

W niedzielę, po spacerze, często odpalamy rzutnik.

Miewam dni dresa owiniętego w koc, ale na ogół zwracam uwagę co na siebie zakładam. Ładne i dobrej jakości ubrania robią mi dobrze po prostu. Fajnie jest założyć sukienkę i wełniany sweter do pracy zdalnej, fajnie jest mieć pomalowane usta pod maseczką. 

Dużo, dużo się przytulamy.

Dbamy o rytuały, nasze małe, rodzinne. W weekendy jemy jajko na miękko na śniadanie, a potem pijemy kawę. Popołudniami zasiadamy z herbatą i muzyką w salonie. Wieczorami czytam dzieciakom, a późniejsze wieczory są dla nas.

Wysypiam się. Uwielbiam moment zanurzenia się wieczorem w lnianej pościeli, w dobrze wywietrzonej sypialni.

Ja wiem, że to banały, zwykłostki i drobiazgi. Ale wiem też, że to właśnie z drobiazgów, zwykłostek i banałów składa się nasze życie.

Wiem też, że joga nie wyleczy covida, spacery nie naprawią naszej sytuacji w służbie zdrowia, a miła wieczorna lektura nie uzdrowi biznesu zabitego przez lockdown. Ale wzmocnieni od środka, mamy zupełnie inne zasoby do zmagań z rzeczywistością. I jest nam troszkę milej, po prostu.

10 listopada, 2020 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedjak odpoczywaćlaslatolubelszczyznaLublinmindfulnessmoda rowerowamój stylpodróże i wycieczkirozmyślaniaslow lifestyle

jak zrobić sobie w wakacje w lato bez urlopu?

by Paulina 9 sierpnia, 2020
jak wypoczywać, uważność, mindfulness, natura na stres

…lub z ograniczonym urlopem? Jak odpocząć, gdy czasu brak?

W tym roku, choć już ponad połowa wakacji za nami, na porządny urlop z prawdziwego zdarzenia ciągle czekamy. Razem z dziećmi.

Jest jak jest, nie zawsze można odpoczywać całe lato, czasem na odpoczynek trzeba zapracować trochę dłużej i mocniej.

Ale, ponieważ na stanie mamy trójkę dzieci, do których niekoniecznie te powyższe mądrości docierają, i sami tez potrzebujemy trochę odetchnąć, walczymy. O oddech walczymy!

 Odpoczywanie bez urlopu

Wspominałam o tym już wiele razy, szkoda mi odkładać przyjemność z życia na później. Odkładanie życia pełnią życia, aż pogoda będzie lepsza, dzieci nabiorą ogłady, zarobimy więcej pieniędzy,skończy się ten-akurat-trudny-okres, a nasze ciała nabiorą boskich kształtów. Wiecie o co chodzi na pewno.
Mam 36 lat, moje życie trwa właśnie teraz, a ja na własnej skórze przekonałam się niedawno, że nikt nam nie dał na nie gwarancji. Może już nigdy nie będzie takiego lata.

Dlatego korzystamy. W miarę potrzeb i możliwości. Robimy sobie wakacje na godziny.

Przedłużone weekendy wyjazdowe

Jeden dzień wolny to rzecz do zorganizowania. A taki przedłużony, trzy czy czterodniowy weekend regeneruje szybko i skutecznie jak jajko na miękko na kaca, choć przyznam, że efekt jest krótkotrwały.
My wybraliśmy się niedawno na Roztocze. Rowery, lasy, jagody. Zwierzyniec, napakowany dla nas cudownymi wspomnieniami. Cudownie zregenerowane stawy Echo. Kajaki, którymi totalnie zajarały się dzieciaki. Totalne, totalne tu i teraz.
Trzy dni, jak espresso o poranku.

Regeneracyjne popołudnia i wycieczkowe weekendy

Staram się pracowe sprawy załatwiać jak najszybciej, żeby popołudnia były nasze.

Wspólny mianownik jest jeden – szeroko pojęte poczucie wakacyjności. Oczywiście dla każdego to pojęcie oznacza coś innego. Dla nas to głównie swoboda, po prostu. Dużo natury, mało sztucznych bodźców, typu parki rozrywki czy sale zabaw.
Rowerami nad pobliski zalew. Czasem na lody. Czasem na kiełbaskę z ogniska.
Skansen wsi lubelskiej.
Krótki spacer z lupą nad pobliską rzekę.
Wyjazd „do centrum”. 1 sierpnia wystartował w Lublinie Centralny Plac Zabaw – są fajne zabawy, warsztaty, koncerty.
Małe, okoliczne wycieczki. Wokół Lublina to Nałęczów, Kazimierz i okoliczne wąwozy. Polesie i Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie.

Lenistwo i nicnierobienie

Podkreślam, bo to równie ważne co niedoceniane.
Mądre głowy trąbią od dawna, że dla odpoczynku nicnierobienie jest zbawienne, dla naszych przebodźcowaych głów i zmęczonych decyzyjnością psychik.

Więc…
Bujanie się w hamaku
Leżenie na trawie i wgapianie w fantastyczne kształty chmur.
Wzajemne smyranie się po pleckach.
Dotykanie bosymi stopami ziemi.
Słuchanie muzyki z zamkniętymi oczami.
Leżenie na macie do akupresury z audiobookiem w słuchawkach.
Gapienie się na wodę, albo na liście na wietrze, albo na owady przy kwiatkach.
Różowe wino na balkonie.
Oddychanie.

nasz przyjaciel, trzmiel balkonowy

Takie ognisko nazywa się „Dakota fire” i dzieciaki zrobiły je całkiem same
kiełbaski już czekają

takie nutki na pięciolinii

Tradycyjne sierpniowe chwile we dwoje w Kazimierzu Dolnym

Continue Reading

9 sierpnia, 2020 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessmoda ciążowamój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

Jak odpocząć gdy na nic nie ma czasu

by Paulina 28 maja, 2017

jak wypocząć, odpoczywanie

Jak odpoczywać, to takie pytanie które sobie zadaję od tej zimy. Zaszły wtedy u mnie spore zmiany, które – choć dały masę radości i satysfakcji, nie sprzyjały relaksowi. Zaczęłam wtedy nową pracę, na etacie (bardzo ciekawą i satysfakcjonującą, ale też pełną wyzwań i jak każda nowa praca wymagającą nauki i wdrażania się) a także zmagałam się z
mdłościami i sennością kolejnej ciąży.
Nie zmieniło się za to to, że w domu po
przedszkolu czekała na mnie dwójka przedszkolaków stęsknionych mamy, i
sam dom który nie ma niestety funkcji samosprzątającej, za to osiągnął
poziom master jeśli chodzi o samobałaganienie. (Szczęśliwie mój mąż
ratuje sytuację i ogarnia mnóstwo okołodomowych spraw.)

Tak zwanego czasu dla siebie przeznaczonego na wypoczynek, zrobiło się tak czy inaczej mało. A tym bardziej, ze względu na nowe życie we mnie, potrzebowałam
relaksu i odpoczynku. Jedynym sposobem było łapanie skrawków, łowienie okruchów i delektowanie się chwilkami.

Wypracowałam sobie od zimy taką trochę strategię obronną, która pomogła mi się nie zaniedbać zupełnie w tym kołowrocie pracowo – dzieciowo – domowym. Musiałam nauczyć się odpoczywać przy  braku czasu.

Przede wszystkim, dbam o sen wieczorem. To zdecydowanie podstawa, chociaż różne wieczorne plany czasem na tym
cierpią. Trudno. Będzie nieposprzątane, nie obejrzę filmu, nie spędzę czasu z mężem, ale będę wyspana. A sen jest cholernie ważny, nie tylko w ciąży, gdy senność
jest zupełnie nieubłagana
i bezwzględnie zwala wieczorem z nóg. Sen to jedna z tych oczywistości tak oczywistych, że aż nie warto o nich pisać i że aż często jednak o nim zapominamy.

Sztuka odpuszczania.

Odkrywczo napiszę, że doba nie jest z gumy i zwyczajnie nie da się zrobić wszystkiego, mimo nawet najlepszej
organizacji czasu. Fajnie byłoby mieć idealny porządek w domu, uprasowane ubrania, codziennie świeżą tartę na lunch do pracy, ale to nie jest konieczne zupełnie, zdrowie psychiczne przydaje się bardziej.

Aktywność fizyczna w ciąży. 

Rano staram się wstać na tyle wcześnie, żeby chociaż trochę
poćwiczyć.Przed ciążą ćwiczyłam regularnie i intensywnie, teraz co rano
robię spokojną gimnastykę, około 15 minutową. A gdy pogoda pozwala,
przedłużam drogę do pracy o miły spacerek nad rzeką. Czasem jeżdżę na rowerze, tańczę. Wszystko z umiarem, na szczęście ja w ciąży czuję się dobrze, a jest  zdecydowanie lepiej gdy trochę się poruszam. Ale nie robię z tego zawodów, mam duży luz i brak presji na cokolwiek, to aktywność fizyczna ma być dla mnie a nie ja dla niej.

Doceniam to, co mam. 

Jestem wdzięczna. Zauważam. Zauważam to, co dobre. Miłe
drobiazgi i Najważniejszości, od wyjątkowo aromatycznego jak na wiosnę pomidora, przez nową płytę wysłuchaną na wygodnej kanapie z moim fajnym mężem aż po zdrowie i bezpieczeństwo  najbliższych.

Nie marnuję czasu. 

Przy czym uwaga, Nicnieobienie nie jest dla mnie
marnowaniem czasu, o ile jest to nicnierobienie z premedytacją. Każdy ma swoją definicję marnowania czasu – dla mnie są to np minuty i godziny strawione na bezmyślnym scrollowaniu facebooka czy
instagrama, czytanie marnych gazetek i marnych portali, łażenie po sklepach. Lubię za to z premedytacją położyć się na trochę i zamknąć oczy, za to otworzyć uszy, lubię w weekendy przeciągać śniadania, albo powylegiwać się w łóżku razem z narybkiem, czy spędzić czas z fajnymi ludźmi.

stylizacja w ciąży

Korzystam z tego, co mam.
Jestem dla siebie dobra. Sprawiam sobie radości. Chodzę z mężem za rękę. Dużo przytulam dzieci. Czytam przyjemne książki. Dystansuję się od polityki. Spotykam z fajnymi ludźmi. Głęboko oddycham
.
I działa. Nie mogę powiedzieć, że te ostatnie miesiące to permanentna sielanka, ale daję radę 🙂

28 maja, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojak odpoczywaćkulturalniemindfulnessslow lifestylezdrowie dziecizima

Nawet chcieć się nie chce dziś, czyli jak dodać sobie energii w zimie

by Paulina 29 stycznia, 2017

 

jak wypocząć, uważność, brak energii

 Gdy rozbiera się choinkę i zdejmuje te wszystkie świąteczne ozdoby z domu, to ten moment się zbiega z takim niefajnym okresem zawieszenia.

To jest ten czas kiedy wyczerpują się do zera zapasy energii i słońca zgromadzone w lecie. Czas atakujących ciągle infekcji i braku sił by z nimi walczyć, czas zimna przenikającego do kości, ospałości, zmęczenia i górującej nad wszystkim potrzeby zawinięcia się w kocyk z czymś ciepłym do picia, oglądania dobry filmów i czytania rozbuchanych powieści przez najbliższy miesiąc.
Dopadło i mnie, mimo ostatnich zachwytów zimą i zimnem.
Nie chce mi się ćwiczyć, za to chce się jeść, i to najbardziej frytki, fondue i treściwe zupy, ze śmietaną. Albo ciasta, jeszcze ciepłe najlepiej, maślane.

Słucham sobie teraz Tajemniczy Ogród i tak na mnie sugestywnie działają te opisy budzącej się przyrody… I ta choinka wyrzucona… A przy tym zima w pełnym rozkwicie i nawet nie próbuję jeszcze budzić w sobie tego nastroju przedwiosenno – oczekującego i kupować tulipanów z Lidla czy siać rzeżuchy – to jeszcze nie ten czas. To czas, który trzeba przetrwać, i jakoś radzić sobie z kompletnym brakiem energii, który, niestety, trochę się kończy błędnym kołem, bo im mniej mam energii, tym mniej  robię, a im mniej robię, tym mniej energii mam.
Dlatego, staram się jakoś spiąć w sobie i ratuję się, jak mogę. Jakiś czas temu, żeby jakoś się ożywić, wprowadziłam u siebie „program naprawczy”, bo jak tak dalej pójdzie, marca doczekam jako grubas bez kondycji, za to z pryszczami, wzdęciami i depresją.

Co ciekawe, małoletni nie odczuwają zupełnie spadków energii

Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie…

 Comfort food vs superfood

Generalne założenie, to „jak mogę, wybieram zdrowiej”. Czyli może i tucząco i ciężkawo, ale przynajmniej naturalnie. Czyli np frytki z prawdziwych ziemniaków a nie czipsy. Majonez robiony w domu z jajka od szczęśliwej kury, zupy z dużą ilością warzyw, zupy kremy. Zapiekanki może i z masą roztopionego sera ale też masą dobrych i wartościowych rzeczy w środku. Przypraw dużo, ale żadnych gotowych mieszanek, żadnych „miksów, fixów” itd. Żadnych margaryn za to sporo dobrych olejów. Zdaję sobie sprawę, że czasem może to przypominać zamawianie coli zero do bigmaca, ale podobno diabeł tkwi w szczegółach.

A do tego dodaję różne napoje mocy.

Dzień zaczynam od ciepłej wody z cytryną, miodem i chili.
Codziennie piję zakwas buraczany. (pisałam o nim już tutaj) Zwykłe i poczciwe buraki same w sobie działają pobudzająco ożywczo i energetycznie, a do tego mają całe mnóstwo wartości odżywczych (żelazo, kwas foliowy i masa witamin), a kiszonki to wspaniała rzecz wzmacniająca odporność.

Piję koktajle z zapałem neofity – mamy wreszcie porządny blender kielichowy, który mieli mi liście i twarde warzywa tak, że moje smoothies są naprawdę smoooooooooth. Zawsze staram się tam wrąbać jakiegoś superfooda – olej kokosowy, jarmuż, spirulinę, jagody goji, siemię lniane, komosę ryżową – oczywiście tak, żeby całość dobrze smakowała. (na zdjęciu jagody goji, resztka jaglanki porannej, banany, pomarańcza i grejpfrut)

Piję też „herbatkę imbirową„. Chodzi o parę plastrów świeżego korzenia imbiru gotowanych przez parę minut w wodzie. Imbir, jak pewnie wiecie, jest super, podkręca metabolizm, wzmacnia organizm, leczy przeziębienia i zwiększa koncentrację (przydatne!)

I w ogóle piję ciepłe rzeczy zawierające zdrowie. Czystek, lipę, melisę.

No i zmuszam się do machnięcia czasem nogą czy ręką. Albo przynajmniej solidny plac zabaw czy spacerek z dzieciakami.

A poza tym, nie odmawiam sobie jakoś drastycznie tych esencjonalnych
zup, zapiekanych ziemniaków, kremowych sosów i złocistych grzanek. W
końcu kiedy, jak nie teraz? Czasami trzeba sobie trochę pofolgować,
pogłasiać swoje zmarznięte (i wychudzone zapewne…) wewnętrzne dziecko.
 

29 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • przyjemności letnie

    4 września, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry