Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

Lublin

codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńkultura z dzieckiemlubelszczyznaLublinmindfulnessprzyjemnościslow lifestyle

czas analogowy

by Paulina 18 listopada, 2016

Mniej mnie ostatnio w świecie wirtualnym. Trochę mi się ta internetowa doskonałość przejadła. Blogi, coraz częściej przypominające profesjonalne serwisy radzące nam – za pomocą nowych produktów jak żyć, instagram z masą identycznych zdjęć (z góry, kawa wśród jesiennych liści, z kawałkiem nogi wystającej spod wełnianego koca), plus motywacje i inspiracje, do których już wiecie jaki mam stosunek. Miałam przygotowany większy tekst na ten temat, ale widzę, że nie jestem sama w takich przemyśleniach i już o przesycie intenetowych ideałów napisały już Sara, Basia czy Agnieszka.

Dlatego trochę uciekam od komputera ostatnio. Gdy mogę.

Zamiast fejsa i blogosfery, wybieram
błogosferę na kanapie, kawę i muzykę.
Zamiast świecącego ekranu wybieram książkę, zamiast smyrania po gładkim ekranie – druty i miękkość wełny (choć technologie mi towarzyszą, z Jane Austin w słuchawkach). Okrywam się kocem, trochę niepięknym, ale ciepłym.

 

Popołudniami spacer, bo czasem, gdzieś
między szarością a deszczem wygląda promyk słońca lub dwa i wtedy jest
tak pięknie i pokrzepiająco, że nie straszny jest ani wiatr, ani
perspektywa nocy rozpoczynającej się o 15.

Gdy odbieramy dzieci, opóźniamy powrót do domu, idziemy na pusty plac zabaw, krążymy po osiedlu wokół przedszkola, robimy biegi do najbliższego śmietnika, liczymy kałuże i testujemy parasole. Bywa oczywiście mało malowniczo, bo jesień w tym roku jaka jest, każdy widzi. Czasem nam się nie chce, czasem nie chce się dzieciom.

Gdy pogoda jest już całkiem bezlitosna, wybieramy fajne miejsca pod dachem. W Lublinie jest sporo takich miejsc, do których można się udać, bardziej lub mniej specjalnie dla dzieci i wcale niekoniecznie są to sale zabaw. Ostatnio ulegliśmy pięknej twórczości malarzy Normandii. Mamy taką czasową wystawę na naszym lubelskim zamku – to takie muzeum w starym stylu, źle oświetlone, ze ścianami pomalowanymi na zielono, ale takie muzea tez coś w sobie mają, zwłaszcza o tej porze roku, działają podobnie kojąco jak biblioteki. Naszym starym zwyczajem poszliśmy tam razem z dziećmi. Nie byli jakoś szalenie zainteresowani, ale mieli też resoraki do jeżdżenia po podłodze. Poza tym robiliśmy rodzinne wybieranie ulubionego obrazu z wystawy, oglądaliśmy obrazy z bliska i daleka. Lubelskie Centrum Kultury też organizuje fajne nietuzinkowe zajęcia dla dzieciaków, to zawsze miłe urozmaicenie.

 

A czasami wracamy od razu do domu, jemy obiad. Układamy puzzle. Malujemy. Tworzymy bardziej, lub mniej udane DIY. Czytamy, przytulamy się, skaczemy i tańczymy, bawimy w chowanego. Bywają też cenne chwile wspólnej zabawy – bez nas. Bywa i oglądanie bajek na tablecie. A czasem przeczekujemy (ze zszarganymi nerwami) trudne popołudnie, z Księżniczką Fochną i Señor Awanturem, z nazgulimi wrzaskami, z kłótniami pod tytułem „nie lubię cię” lubisz” „nie” „tak”…”mamo ona powiedziała….” itd. Przytulamy, zalepiamy cudotwórczymi plasterkami Ciężkie Obrażania Na Paluszku o-tu-mamusiu-kropelka-krwi, całujemy stłuczenia, wycieramy łzy. A czasem tracimy cierpliwość, krzyczymy, mamy ich dość i czekamy do wieczora.

A wieczorami gramy w planszówki. Rozmawiamy. Albo słuchamy muzyki. Oglądamy filmy. Albo czytamy. Pijemy winko, albo melisę.

 

I dobrze mi jest, że nie muszę do tego picia kawy sypać sobie liści wokół kubka.  Że dzieciaki nie muszą bawić się szaro – miętowymi królikami. Że nasze codzienne spacery wśród bloków i śmietników. Że nie jestem zobowiązana do relaksowania się w odkrywczych, wystylizowanych wnętrzach. Do gotowania w designerskich garnkach. Że pamiętnik piszę w zwykłym zeszycie zwykłym piórem, bez washi tape, pieczątek, koronek i retro nożyczek.

Że mogę, ale nie muszę. Że nie mamy lajfstajlu, tylko nasze dobre życie. Z masą błysków, roziskrzeń i momentów, ale poza tym cudownie, cudownie niewyszukane.

18 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
festiwalelubelszczyznaLublinmój stylmuzyka

Dzieci i imprezy muzyczne. Nowa odsłona.

by Paulina 29 września, 2016

Jakieś półtora roku temu pisałam o naszych nieśmiałych próbach połączenia koncertów z dziećmi. Szału może nie było, ale tragedii też nie.

Tamte próby to nie był nasz wymysł i kaprys, raczej wyższa konieczność, i taka nasza rzeczywistość po prostu – gdy mieszkaliśmy we Francji robiliśmy różne rzeczy, niekoniecznie dziecięce, a ponieważ nie mieliśmy maluchów z kim zostawić, towarzyszyły nam cały czas.

Teraz, już w Polsce, są dziadkowie, nie zawsze może dostępni, ale udało nam się przez ostatni rok użyć trochę wyjść (w tym koncertów) bez narybku.

A ostatnio była okazja do kolejnej próby muzyczno – dziecięcej.

Lubelskie Święto Młodego Cydru. Ostatnie podrygi lata, fajna impreza, połączona oczywiście z degustacją cydru z tegorocznych zbiorów jabłek , tematyczną grą miejską i koncertami. Koncerty w plenerze, więc niezobowiązujące.
Ale już od pierwszych dźwięków Wilczek chwycił się za uszy twierdząc że o jest za głośne i on już nie chce tu być.
Już mieliśmy wracać na tarczy, ale mieliśmy szczęście, bo byliśmy ze znajomymi, którzy mieli dla swojego maluszka specjalne wyciszające słuchawki. Szczęśliwie dla nas, maluch nie chciał ich zakładać, z czego skorzystał nasz synek i spędził następną godzinę zupełnie zadowolony z życia, z przytłumionym słuchem. Zdecydowanie, na następny sezon musimy się zaopatrzyć w taki sprzęt i można rozważać więcej plenerowych imprez muzycznych.

 

 A sama impreza bardzo udana. Cieszę się, że rozwija się w Polsce produkcja takich ciekawych trunków i że jest to połączone z taką fajną promocją w fajnym klimacie. Trochę jak listopadowe Beaujolais Nouveau we Francji (choć o nim mówi się że jest bardzo doskonałą promocją zupełnie niedoskonałego produktu).
Sam zresztą klimat końca lata i dojrzałych jabłek – ich zapachu i smaku, bardzo do mnie przemawia. I ten cydr, wybitnie letni napój – lekki, delikatnie gazowany, aromatyczny (a nie aromatyzowany!) idealnie się w ten klimat wpisuje.

Wilczek w słuchawkach, Iskrze muzyka nie przeszkadzała, ale myślę, że przy dłuższej ekspozycji na taką głośność, i jej przydałyby się wyciszacie.

Sama jestem ciekawa, co będziemy robić za rok:)

29 września, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
festiwaleJarmark JagiellońskilatolubelszczyznaLublinmój styl

Jarmark Jagielloński 2016

by Paulina 17 sierpnia, 2016

W miniony weekend odbył się kolejny, dziesiąty już Jarmark Jagielloński (tak było w 2010). To impreza, która nawiązuje do tradycyjnych jarmarków lubelskich organizowanych w  XV i XVI w – podobno jednych z najbardziej znanych handlowych wydarzeń międzynarodowych.

Jarmark to oczywiście stoiska z rękodziełem z Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy czy Słowacji, pokazy i warsztaty dawnego rzemiosła, ale też bardzo fajna atmosfera towarzysząca. Są potańcówki, koncerty, jest przestrzeń nietuzinkowych zabaw, spektakle i spotkania z opowiadaniem legend i baśni. No i jest pochód ze słynną dwumetrową kurą, kuglarzami i przy dźwiękach dud, który nadaje bardzo klimatycznego smaczku całości.

Można by pomyśleć, że nuda i skansen, kolejny po prostu jarmark z ludowizną. Ale całość, jest taka… z charakterem. Folklor miesza się z nowoczesnością, kuglarze noszą trampki i okulary słoneczne, potańcówki ludowe angażują jak dyskoteki, tradycyjna twórczość przybiera współczesne kształty. Wymieniają się i mieszają pokolenia i kultury.
Nie było skansenu, była autentyczna, żywa i piękna tradycja, którą bardzo warto pielęgnować.

Można też było sobie zrobić klimatyczne zdjęcie na szkle. Tu nawet widać, jak fotografia wyłania się z negatywu.

Stragany były bardzo ciekawe, można było zaopatrzyć się w tradycyjny ludowy – lub inspirowany ludowością strój, np pięknie haftowane lniane bluzki, tkane pasy. Było sporo drewnianych zabawek, ceramika, wycinanki, hafty, pisanki wyroby ze słomy.

Nie mieliśmy jednak w planach tego typu zakupów, więc większość czasu spędziliśmy na Błoniach zamku. Tam dzieciaki odkrywały dawne zabawy. Na sporym terenie było mnóstwo propozycji. Większe i mniejsze drewniane podesty (bo nie wszystko można robić na trawie), niektóre pod dużymi otwartymi namiotami. Wielkie bierki, czy memory (z ludowymi motywami), przestrzenne puzzle, a także kapsle, cymbergaj czy hacele. Wielkie drewniane kury do bujania, wyścigi kulek i sensoryczne plansze.
A do tego zabawy taneczne, pokazy dawnego rzemiosła, wspaniałe opowieści o dawnych baśniach i legendach słowiańskich.

 Plac zabaw nie tylko dla dzieci…

Wyścigi kaczek i kur, jedna z ulubieńszych zabaw naszych dzieci.

Garncarstwo w wykonaniu ślicznej sobowtórki Juno Temple, zahipnotyzowało młodzież na dłuższy czas.

„Mama zlub lakietę” Prawie wyszło;)

Udało nam się też spotkać z przesympatyczną Justyną, czyli Rudą Paskudą, i jej rodzinką. Wreszcie mogę wypowiedzieć najsłynniejsze blogerskie zdanie, że jednym z największych plusów blogowania, jest poznawanie świetnych ludzi. Tak właśnie jest! Pozdrowienia Justyna:)

17 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówkultura z dzieckiemkulturalnielatolubelszczyznaLublinprzyjemności

Carnaval Sztukmistrzów 2016

by Paulina 2 sierpnia, 2016

Nie byliśmy już od trzech lat na tej jedynej w swoim rodzaju, świetnej imprezie.

Dlatego w tym roku uczestniczyliśmy w Carnavale z tym większą przyjemnością.

W ciągu dnia (a w zasadzie dni) oglądaliśmy mniejsze i większe spektakle uliczne artystów z różnych krajów – łączące żonglerkę, akrobacje, komizm, angażujące publiczność. Te występy, dostępne dla wszystkich, zachwycały różnorodnością, wysokim poziomem technicznym i wspaniałym luzem, dystansem. Fantastycznie było je oglądać, uczestniczyć w nich, śmiać się trochę z siebie i trochę z innych, podziwiać kunszt kuglarski / akrobatyczny i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

„Tak jak kuglarz (czy też artysta) jest synonimem odmieńca, cudaka i
wyrzutka, tak czas karnawału jest synonimem czasu święta, zniesienia
praw, obowiązków, norm.”

 

 

Dzieciaki z radością wybawiły się w Klanzowym Miasteczku Zabaw
Niezwykłych zorganizowanym w przyjemnym zacienionym parczku przy Centrum
Kultury, i zapewniającym ciekawe i oryginalne zabawy na świeżym powietrzu.

Do tego highline nad różnymi budynkami na Starym Mieście, tworzący niezwykle spektakularną kropkę WYSOKO NAD i. Iskra, początkowo przerażona, że „pan spadnie”, od paru dni „chodzim po linie” na dywanie, trawie chodniku i wszędzie, gdzie dojrzy jakąś prosta linię. Krycha (mój mąż) wybitnie zmotywowany, przy rozwieszaniu slacka szuka większych odległości i wysokości.

Jednego (szkoda,
że tylko jednego) wieczora udało nam się też bezdzietnie wyrwać na
fantastyczny spektakl wieczorny, i genialny koncert. Spektakl, nazywający się Eventi Verticali, wykorzystywał ścianę dużego budynku, na której wyświetlane były różne animacje. I na tle tych animacji 2D, występowali artyści, podczepieni na linach  i robiący swoim dopracowanym przedstawieniem niesamowitą iluzję oglądania z góry prawdziwych ludzi wrzuconych do świata kreskówek.

A koncert, to grupa zakręconych Francuzów, grających rewelacyjną mieszankę muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, latynoamerykańskiej, wszystko z akcentami paryskiego akordeonu i cudowną energią.

 

Miło było popatrzeć nie tylko na te wszystkie atrakcje, ale też na tłumy ludzi, na pięknie oświetlone miasto żyjące nocą.

Szkoda,
ze nie udało nam się dostać  na spektakle w wielkim cyrkowym namiocie
festiwalowym, poza tym konwencja spektakli ulicznych (bez żadnej sceny
dla artystów) nie zawsze pozwala na zobaczenie wszystkiego gdy nie zdąży
się zająć miejsca z przodu.

Ale i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem, myślę, że podobnie jak większość uczestników imprezy.
Niech się stanie Carnaval!

2 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylwe dwoje

wyobraź sobie miasto czyli weekend kultury

by Paulina 7 czerwca, 2016

Taki to był weekend, bardziej miejski niż zazwyczaj, ale ja miasto też bardzo lubię. Zwłaszcza to moje kochane miasto, trochę niedoceniane (choć i to się zmienia), ale piękniejące coraz bardziej, i coraz bardziej przyjazne mieszkańcom.

 
W piątek wybraliśmy się do niedawno otwartego Centrum Spotkania
Kultur (powstałego na miejscu niesławnego Teatru W Budowie, czyli projektu wielkiej sceny operowej z lat 60 i porzuconej w stanie mocno częściowym w latach 80 i straszącej w centrum miasta aż do niedawna) na imponującą wystawę zdjęć „Genesis” Sebastião Salgado. Kontynuując naszą tradycję zabierania dzieci w „dorosłe” miejsca, poszliśmy całą rodziną. Młodzież
ruszyła za nami oglądać zdjęcia, zadając (donośnie) niezłomne „a co to?”
przed prawie każdym zdjęciem, ewentualnie udzielając siostrze pierwszych
lekcji biologii („ryby pływają w morzu, wies Iskro?”). Zdjęcia był
przepiękne, całość podzielona tematycznie, a dotyczyła świata
naturalnego, pełnego pierwotnego i nieskalanego piękna. Imponujące góry i
lodowce, przepiękne krajobrazy, zdjęcia dzikich zwierząt i społeczności zamieszkujących z
dala od naszej cywilizacji.

Fotografii było zwyczajnie bardzo dużo, a ponieważ byliśmy z dziećmi, cieszyliśmy się że wszystko rozmieszczone jest w dwóch salach, każda na innym piętrze, co dało naszym maluchom przerwę na dawkę rozrywki potrzebną do dalszego oglądania z zainteresowaniem wystawy, czyli bieganie po korytarzu i jechanie windą. Na koniec jeszcze wszyscy bawiliśmy się w lustrzanej instalacji.

A w sobotę… w sobotę udało nam się zostawić dzieciaki błogo śpiące pod opieką kochanych dziadków i ruszyliśmy w Noc Kultury. Tę lubelską imprezę, która odbywa się co roku w czerwcu już od dziewięciu lat, odwiedziliśmy ostatnio w prehistorycznych czasach przed-dzieciowych, czyli jakieś pięć lat temu, i pamiętam, że wtedy lało i skończyliśmy ze znajomymi w jakiejś knajpie.

Słyszeliśmy oczywiście, że od tamtego czasu noc kultury stała się imprezą o znacznie szerszej skali, pod względem przestrzennym, różnorodności i publiczności. Ale i tak byliśmy bardzo zaskoczeni rozmachem całości i potężnym tłumem właściwie wszędzie. Świetnie wymyślona przestrzeń, z rozległym trawnikiem i food truckami na jednej z głównych ulic, klimatyczne letnie kino z leżakami, boczna ulica na starym mieście zmieniona w miasteczko z lat trzydziestych z szyldami i wystawami sklepów, starymi samochodami, i swingującą potańcówką (popląsaliśmy), wystawy zdjęć w różnych zaułkach, instalacje artystyczne w innych, koncerty, pokazy fire show i oczywiście sporo imprez we wnętrzach – spektakle, pokazy, nietypowe zwiedzanie.
Powiem Wam, że byłam naprawdę pod wrażeniem, i nie miałam poczucia jakiejś zaściankowości nawet po całkiem sporych imprezach we Francji (bo siłą rzeczy takie rzeczy się porównuje). Trochę tylko nie dograliśmy i nie przejrzeliśmy porządnie programu przed wyjściem, skutkiem czego było dość chaotyczne błąkanie się przez jakiś czas z hasłem „gdzie teraz” i na pewno mnóstwo nas przez to ominęło. Sam program dostępny w festiwalowej budce nie ułatwiał sprawy, jako, ze zredagowany bez klucza tematycznego / przestrzennego i bez opisów, ciężko było się połapać.

Nie zrobiliśmy wiele zdjęć, zainteresowanych zapraszam np tu.

Weekend zakończyliśmy niedzielnym rodzinnym spacerkiem w parku saskim.

7 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznaLublinpodróże i wycieczkiskansen

muzeum wsi lubelskiej

by Paulina 30 maja, 2016

Tak jak wspomniałam, nasza ostatnia wycieczka rowerowa zaczęła się od skansenu. Mam wrażenie, że o jedno z tych miejsc, które każdy, kto mieszka w Lublinie odwiedza parę razy jako dziecko, a potem o nim zapomina. Do czasu, kiedy sam ma dzieci.

Bo fakt, że jest to miejsce idealne dla rodziców z dziećmi.
Niby muzeum, a jednak na świeżym powietrzu.
To pierwsze muzeum, do jakiego zabraliśmy nasze dzieci (a było tego trochę), w którym maluchy były autentycznie zainteresowane ekspozycją, a nie tylko akceptowały fakt, że gdzieś tam się weekendowo z rodzicami znalazły, jak w tym wierszyku „Piękny pałac, wielka brama… „To muzeum” – mówi mama.
Nie widziałem ani razu tylu ludzi i obrazów”… 

A tym razem nie było jakiś obrazów, tylko bardzo rzeczywiste miejsce.


W skansenie są prawdziwe chaty z dawnych lubelskich wsi, w tych chatach prawdziwe sprzęty, a do tego są zwierzęta. Konie, króliki, gęsi, kozy, krowy. Swojsko. Wszystko jest zresztą takie swojskie i sielskie, jakieś przytulne. Zawsze w takich miejscach pojawia się we mnie jakiś rodzaj tkliwości tęsknoty do dawnych nieskomplikowanych i dobrych czasów,
„I zacny to lud, choć prosty„.
Oczywiście wiem, że wsi spokojna wsi wesoła nie była ani sielankowa, ani spokojna specjalnie, ani niekoniecznie wesoła, ale mimo to jakoś mnie ruszają takie miejsca.

Kulikiii!

Do naszych maluchów co prawda nie dotarły jeszcze niuanse
czasoprzestrzenne (dla Wilczka „kiedyś” jest równoznaczne z „we
Francji”, czyli z przed rokiem. W sumie trudno mu się dziwić, w końcu we
Francji mieszkaliśmy ćwierć jego życia temu, to dla niego cała epoka.), ale i tak byli zachwyceni, oglądali z uwagą i nawet
dopytywali o dawne czasy („To we Flancji ludzie nie miały samochodów?”).

Parę lat temu w skansenie pojawiła się nowa, małomiasteczkowa część. To ekspozycja prowincjonalnego miasteczka w lat 30 XX w. z odtworzonymi lokalami – jest np dawny zakład fryzjerski, poczta, piwiarnia, czy szewc – do których można zajrzeć, czasem przysiąść, poczuć dawną atmosferę i zapach.

W skansenie są jeszcze fantastyczne miejsca typowo jak dla mnie piknikowe. Cały teren podzielony jest na sektory z różnych regionów Lubelszczyzny, czyli Roztocze, Powiśle, Polesie, Nadbuże. 
Tym razem nie zatrzymaliśmy się tam dłużej, ale na pewno będziemy wracać, zwłaszcza, ze muzeum organizuje różne imprezy okolicznościowe typu dożynki, rekonstrukcje historyczne i inne.

30 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćLublinmindfulnessslow lifestylespacerwiosna

a pogoda rozśpiewana

by Paulina 11 maja, 2016

W pewien zwykły dzień, słoneczny zielony i pachnący u szczytu swojej majowości, upiekłam tartę z wędzoną rybą, opłukałam sałatę, a w słoiczku zabełtałam vinaigrette, zapakowałam jeszcze wodę, zapomniałam o sztućcach i dorzuciłam parę dziecięcych gadżetów. Wyjęliśmy rowery i przyczepkę, odebraliśmy dzieciaki z placówek i pojechaliśmy na piknik. Miasto stało w korkach, a my śmigaliśmy po ścieżkach rowerowych (w Lublinie sieć wspaniale się powiększa). I wjechaliśmy do parku, który przywitał nas pięknym słońcem, wspaniałą, soczystą zielenią, krzyczącymi pawiami i całym tym uroczym parkowym niespiesznym klimacikiem.

Park Saski, najstarszy w Lublinie, założony w 1837r, a całkiem niedawno zrewitalizowany, to jedno z tych przyjemnych miejsc na lubelski spacer. Położony na pagórzastym terenie, porośnięty starymi drzewami, taki do eleganckich spacerów w niedzielnej atmosferze – chodziło się tam z rodzicami lub dziadkami pospacerować, zjeść lody i nakarmić łabędzie. W późniejszych latach na koncerty w muszli koncertowej. A teraz historia zatoczyła koło i to my pokazujemy park naszym dzieciom.
Zaniedbaliśmy trochę tę szykowną niedzielną otoczkę, ale popołudnie było przeurocze. Wilczek znienacka zmienił się w hippisa, zjechał z górki i runął w zieloną trawę, wgapiał się w chmury, zrywał dmuchawce, podpatrywał słońce między palcami, turlał się po trawie, a na koniec zaległ na gałęzi niskiego drzewa, w malowniczej pozie geparda. Iskra, która zaliczyła rowerowy upadek, trzymała się bliżej koca.
Strasznie lubię i cholernie doceniam takie popołudnia. Niezbyt może spektakularne, oryginalne czy egzotyczne, ale migoczące szczęściem i radością jak gwiezdny pył. Nasze, wspólne, rodzinne. To trochę chyba na tym polega, bycie rodziną, na takich właśnie prostych chwilach, kiedy jesteśmy razem, szczerzymy się do słońca, wąchamy pachnące słońcem główki, gdy ściskają nas zielono-brudne od trawy łapki, gdy wspólnie gadamy do biedronek, patrzymy na chmury.

 

11 maja, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlubelszczyznaLublinmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

waiting for the sun

by Paulina 16 marca, 2016

Mam wrażenie, że ostatnio żyję od jednego słonecznego dnia do następnego. Chyba nigdy tak bardzo jak teraz moje dobre samopoczucie  (jakiekolwiek samopoczucie w zasadzie), moja cierpliwość do narybku, zdolności intelektualne i ogólne ogarnięcie nie zależą od paru kęsów UVA i UVB.

Gdy tylko trochę przyświeci, zachowuję się jak wygłodniały szczeniak, któremu coś zagrzechotało w misce, jak obywatel PRLu na wieść o dostawie papieru toaletowego,  fashionistka podczas dostawy do hmu i matka podczas drzemki dzieci. Sprzątam raczej szybko niż starannie, olewam obiad i  zbieram w te pędy towarzystwo, odciągam ich na siłę od pociągów, książeczek i klocków, i bijemy prawdziwe rekordy szybkości w wybieraniu się na dwór. Dzieci, może trochę oszołomione moją nietypową ostatnio energią, a może same ożywione przedziwną jasnością wyjątkowo współpracują przy wychodzeniu.
Na placu zabaw, niby ich huśtam, niby łapię zjeżdżających ze zjeżdżalni, biję brawo i wycieram gluty, a jednak zawsze, jak słonecznik jakiś ustawiam się tak, żeby mi świeciło na twarz… I sycę się, sycę, napawam i chłonę promienidła cudowne, życiodajne, szczęściogenne.

Trzeba sobie jakoś radzić, łowić złocistość i podkarmiać tę pozimową biedę, bo sposoby lutowe, rzeżucha i żonkile przestają się sprawdzać i wszystko we mnie chce się już położyć na trawie świeżo zielonej, wąchać fiołki i jeść szparagi.

Jak miło gdy takie chwile trafiają się przy niedzieli. Gdy do słońca dołącza niedzielna błogość, pełna wspólnych śniadań i kaw, rosołów i spacerów.

 

 

16 marca, 2016 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
lubelszczyznaLublinrozmyślania

historie rodzinne

by Paulina 25 lutego, 2016


Lubicie historię? I historie? Opowieści o dawnych czasach? Ja bardzo.

Lublin ma historię bogatą i ciekawą,przez wiele lat stanowił trochę bramę między wschodem a zachodem, był wielokulturowy i otwarty.


Po wojnie miasto mocno się zmieniło, a odtwarzaniem jego dawnego kształtu zajmuje się ośrodek Brama Grodzka przy Teatrze NN, mieszczący się (jak nazwa wskazuje) w Bramie Grodzkiej, która jest jednym z najstarszych murowanych budowli lubelskich. Kiedyś była nazywana Bramą Żydowską, bo stanowiła przejście między (bardzo liczną) gminą żydowską, a starym miastem.
Ośrodek zajmuje się historią ludzi, zbiera relacje „świadków historii”, gromadzi opowieści o tym, jak było dawniej, jak żyło się tzw zwykłym ludziom. To coś więcej niż dopełnienie lekcji historii, takie relacje dają pełniejszy i autentyczniejszy obraz dawnych czasów, są ciekawsze i bardziej angażujące niż suche historyczne fakty, daty, nic nie mówiące nazwiska i statystyki.

Moja Babcia urodziła się na lubelskim starym mieście, dzieciństwo i młodość spędziła mieszkając w lubelskim Rynku. Po kilku latach krążenia wokół tematu, wybrałyśmy się wreszcie do Bramy Grodzkiej, nagrać jej relację.

Spędziłam blisko trzy godziny na twardym krześle, słuchając jej opowieści o życiu w dawnym Lublinie, o zabawach w leju po bombie nad rzeką, o samolocie, który rozbił się o sąsiednią kamienicę, o Rosjanach, którzy mylili ich dom z sąsiednim domem publicznym i dobijali się do okien krzycząc „dawać diewoczki”, o zapachu chleba na ulicy Koziej, o niemieckich żołnierzach, którzy brali kilkuletnią dziewczynkę z loczkami na kolana (i jej strachu, że już jej nie oddadzą mamie), o pradziadku wziętym do niewoli. „Było trudno, ale było też pięknie”, babcia uśmiechała się do wspomnień a ja słuchałam zachłannie, bo zawsze takie opowieści lubiłam. Szczególnie, że ta była nie tylko ciekawa, ale też jakoś mnie przecież dotyczyła.

Poszłyśmy potem na kawę, bo w ich dawnym mieszkaniu teraz jest mała restauracja. „Tu była kuchnia, tam stał piec kaflowy, tu lustro, a pod tamtą ścianą tapczan, na którym urodziłam twojego tatę”.

 

Polecam Wam, jeśli będziecie w Lublinie wizytę w Teatrze NN, przenosi w przeszłość dużo lepiej niż wizyta w klasycznym muzeum.

Polecam też rozmowy z dziadkami i wysłuchanie ich opowieści. To wspaniała okazja do poznania własnej historii, ale także własnych dziadków jako młodych ludzi, popełniających błędy, przeżywających przygody (choć w przypadku tego pokolenia nie wiem, czy można mówić o przygodach w naszym rozumieniu ), pierwsze miłości, mających pasje i zainteresowania. To dość niesamowite jest, zwłaszcza, że okazuje się, że jakie by nie były czasy i okoliczności, ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami. Dorastają, zakochują się, kłócą, lubią dobrze zjeść i dobrze się bawić, mają dzieci i marzenia, chcą być zwyczajnie szczęśliwi.

25 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatoLublinmój stylprzyjemnościslow lifestyle

„A był sierpień, pogoda prześliczna…”

by Paulina 18 sierpnia, 2015

Zdecydowanie, sierpień jest niezwykle klimatycznym miesiącem. To lato dojrzałe zbożem, inne już lato, lekko spłowiałe, dobrze już opalone, z piegami i rozjaśnionymi od słońca włosami. Pachnące papierówkami.

W tym roku także upalne. (swoją drogą, przywieźliśmy ten upał chyba z Lyonu) Jak to dobrze, że w najgorętszy czas śniadanie można było zjeść na przyjemnie rześkim jeszcze tarasie. Że z kawę piliśmy pod orzechem, idąc tam na bosaka, bo już nie zaroszonej, ale jeszcze chłodnej trawie. Że schładzaliśmy się w basenie.
A do tego owoce prosto z krzaka. Dzieciaki najszczęśliwsze, na golasa, z łapkami w soku jeżynowym. I wieczory. A wieczorami, gwiazdy spadające.

I Lublin nasz kochany. Jak miło jest przejść się po starym mieście, obserwować zmiany i wracać do ulubionych ścieżek i miejsc.
Niedziela, Dominikanie, spacer, kawa w Trybunalskiej

Błogo, pięknie, prawie idealnie. Prawie, bo ciągle na kartonach i walizkach, szukamy miejsca, żeby jednak u siebie. 

 

18 sierpnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry