moda ciążowa
Słońce chlusnęło, wylało,
I poszły ćwierki-przećwierki,
Zaświegotało, załkało…
Zatriotrulitreliło”
w ostatnim miesiącu oczekiwania, jeszcze bardziej zanurzam się w
zwykłości. I świadomie odcinam się od innych Bardzo Ważnych Spraw.
Radośnie lekce sobie ważę problemy społeczne, ekonomiczne, czy
filozoficzne. Cieszę
się spacerami, oddycham, wącham wyłażącą z mokrej
ziemi roślinność, przyglądam się żabom, piekę chleb, wystawiam twarz do
słońca.
Wdzięczność to piękne uczucie o wielkiej mocy. Szalenie budujące. A chyba trochę niedoceniane, bo chyba nie do końca potrafimy być wdzięczni za to, co jest – raczej snujemy plany, czynimy postanowienia, żałujemy tego co zostało (lub nie zostało) powiedziane czy zrobione. A tymczasem codziennie wydarza się cała masa cudów, których kompletnie nie zauważamy, nie doceniamy, albo uznajemy że to za mało.
Strasznie łatwo pośród dążeń i aspiracji zgubić coś co już jest i że w zasadzie to nasze (szczęśliwe) życie właśnie sobie trwa w najlepsze, a my tkwimy z głową w tym co ma się wydarzyć ( i w tym, dlaczego się nie wydarza, albo wydarza się nie wtedy i nie tak, jakbyśmy sobie to rozplanowali). Łatwo zapomnieć o tych banalnych codziennych cudach, typu dwoje sprawnych oczu i uszu, smak świeżego chleba, wygodne łóżko, czy niebolące zęby. Łatwo nie zauważyć, że ktoś nam zrobił herbatę, powiedział miłe słowo, przykrył nogi kocem, wysłuchał. Łatwo zignorować tonę możliwości, jakie mamy przed sobą.
Obejrzałam ostatnio (wreszcie) film „Motyl i skafander”. Dał do myślenia.
I tak sobie pomyślałam, że dobrze by było trochę się we wdzięczności za wszystko ponurzać. Podoceniać wielkie i małe cudowności, ucieszyć się każdym dniem przeżytym w zdrowiu, zachwycić na nowo naszą codziennością, podziękować za problemy, które przecież są po coś. Uświadomić sobie to, jak istotne jest to, co jest nam tak po prostu dane.
To dobrze robi na samopoczucie. Nasze i cudze. To w ogóle robi dobrze światu.
To dla mnie niezwykły czas. Oderwany od rzeczywistości trochę.
Okoliczności sprawiły że jestem daleko od codziennej bieganiny,
schematu dom-praca-przyjemności. U mnie są ostatnio głównie przyjemności, znowu w pozycji horyzontalnej raczej
(przetykane poczuciem winy, paniką i kopniakami w pęcherz).
A świat wiosennieje. Przez brudne okna wpada coraz więcej światła. Rozmarzają drzewa, jezioro, ziemia, zaczyna krążyć życie. I zaczyna pachnieć tym życiem.
Generalnie mam leżeć i się oszczędzać, ale czasem wyrywam się z domu –
ostatnio na miły spacer, niedługi, ale cudownie działający na duszę i
ciało.
Spacerujemy. Jak najczęściej, najlepiej codziennie (jeśli tylko mróz nie jest większy niż -15), chociaż pół godzinki. Wystawiam twarz do słońca, łykam zimne powietrze, słucham skrzypiącego śniegu. Oczy mi łzawią na wietrze, a palce kostnieją, więc tym milszy jest potem powrót do domu na herbatę z lipy z malinami i domowe ciacho. Potem zasypiam kołysana Możdżerem i hamakiem.
Dziwny grudzień. Szaro, ciemno i nijako, a jednocześnie ciepło i jakoś wiosennie. Atmosferę świąteczną stwarzam zapachami pierników i pomarańczy, wycinaniem złotych ozdób choinkowych, walką z dawno zapomnianym szydełkiem i dzierganiem kordonkowych gwiazdek i trzeszczącą płytą P. Kaczkowskiego.
Na spacery chodzę rzadziej. Zachwycam się wtedy skąpym światłem,
zamglonym i pobladłym nawet na bezchmurnym niebie. Głęboko uśpione nagie
drzewa, zaschłe trawy, wszystko nieruchome, czeka na śnieg, który
litościwie okryje łyse, szare gałęzie.























































