Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

pasja

aktywnie z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggednamiot z dziećmipasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Biwakowanie z dziećmi. Poradnik

by Paulina 9 sierpnia, 2016
biwak z dziećmi, camping dziecko, namiot, biwakowanie

Od zawsze jeździmy na wakacje pod namiot. Przed dziećmi były to wyjazdy samowystarczalne, na plecach mieliśmy cały all inclusive, jeździliśmy stopem po Europie, rozbijaliśmy się czasami przy parkingu na skrawku trawy, czasami na klifie nad oceanem, a czasami (gdy potrzebowaliśmy coś uprać, porządnie się wykąpać i generalnie zaznać wygód)  na campingach. Takie podróżowanie praktykowaliśmy trochę z konieczności finansowych, ale w dużej mierze ze względu na przygodę, na zupełnie inne przeżycia. Myślę, że gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, jeździlibyśmy na podobnych zasadach, tylko dalej, bardziej egzotycznie.

Taka przygoda w kiedyś Portugalii, podczas ogromnej zlewy w nocy. W pewnym momencie okazało się, że z podłogi namiotu zrobiło nam się łóżko wodne i nie chcieliśmy sprawdzać jego wytrzymałości, więc przenieśliśmy się w takie oto ustronne miejsce;)

 

Potem przyszły na świat nasze dzieci, a my nie chcieliśmy nagle totalnie statecznieć, i rezygnować z naszego stylu i upodobań. W końcu rodzic też człowiek, a i dla dziecka takie poświęcanki rodzica niekoniecznie wychodzą na dobre.

Dlatego nie było rewolucji, tylko nagięliśmy i dostosowaliśmy do dziecięcych potrzeb nasz styl podróżowania.

Z dziećmi może nie da się wszystkiego, ale można bardzo wiele. Spać z dziećmi pod namiotem np. można jak najbardziej. Oczywiście, namiot z dziećmi to jakieś wyzwanie.


Dzisiaj podzielę się z Wami naszymi patentami dotyczącymi biwakowania z maluchami.


Zacznę od samego namiotu. Wspominałam już o naszym – bardzo wygodnej i przestronnej trójce z dwoma przedsionkami, nieistniejącej już niestety marki Alpinus. Ten model ma szybki system rozkładania, przy czym nie jest to słynny namiot, który się rzuca,by go rozłożyć. Wybór namiotu to sprawa do przemyślenia, warto wybrać się do specjalistycznych sklepów turystycznych, (a nie do supermarketów, nawet tych turystyczno – sportowych), tam sprzęt będzie miał zdecydowanie większą jakość, podpowiedzą ludzie znający się na temacie, często są promocje i zawsze warto pytać o dodatkowe zniżki. Dobrze jest też popytać się o różne opcje i poczytać, zobaczyć różne rozwiązania

Biwakowanie z dziećmi – jak zorganizować spanie pod namiotem

My śpimy na karimatach. Nie ciągniemy ze sobą dmuchanych materacy (ani samopompujących się karimat), ze względu na ryzyko przebicia i ogóle dużą awaryjność. Zresztą, na dobrej karimacie, i przy w praktykowanej ostatnio przez nas wersji „dużym samochodem na biwak, czyli wszystko może się przydać”, gdy na rozłożone przy sobie karimaty kładziemy jeszcze koc, jest nam naprawdę wygodnie (oczywiście o ile stawiamy namiot na w miarę płaskim terenie).
Do spania mamy też śpiwory-mumie sprzed paru lat, które niestety już się mocno zbiły i myślimy o zakupie nowych, tym razem puchowych – bo te podobno mają większa trwałość. Nasze dzieci jeszcze nie doczekały się śpiworków, śpią pod swoimi kocami, ale śpiwory by się przydały – przy ich tendencji do migrowania po namiocie i rozkopywania się.
Śpimy wszyscy obok siebie, w systemie rodzic-dziecko-rodzic-dziecko, to pozwala nam w nocy mieć jako taką kontrolę nad tym, czy któreś nie spełzło niechcący na gołą podłogę i i nie śpi bez koca wtulone w ścianę namiotu.

Pewnie by się dało, ale już nie rozbijamy się na dziko. Wybieramy campingi i przez cały wyjazd zostajemy raczej w jednym miejscu. To oznacza większą wygodę (bo nie trzeba się codziennie pakować), stały dostęp do łazienki, i trochę poczucia domowości i stabilizacji.

Nie trzeba się codziennie pakować, za to traci się takie okoliczności przyrody

I takie;)

 W kwestii łazienki jeszcze.
Zabieramy miniaturki wielofunkcyjnych kosmetyków, to zwyczaj, który został jeszcze z czasów backpackerskich, ale sprawdza się i teraz. Bardzo polecam taniutki żel do mycia Babydream z Rossmana – do mycia siebie i dzieci, do twarzy i higieny intymnej, jak ktoś lubi to także do włosów. Dobry i przyjazny skład pozwalają na mycie wszystkiego bez ryzyka podrażnień i wysuszeń. Poza tym, przy dzieciach (i ich samodzielnym jedzeniu), sprawdzają się chusteczki nawilżane. Przyznaję się bez bicia, że na biwaku z dziećmi, zwłaszcza krótkim, nie przesadzamy z higieną, często po prostu myjemy zęby, buzie i pupy, i odpuszczamy prysznice, zwłaszcza, gdy jest chłodno. Lepsze brudne dziecko niż dziecko z katarem. Do tego porządny i wysoki filtr przeciwsłoneczny, żel aloesowy – na poparzenia i ukąszenia. Coś przeciw owadom (ostatnio czytałam o magicznych wręcz przeciwowadowych właściwościach czystka! Wystarczy się spryskać naparem z czystka, działa podobno rewelacyjnie, a przy tym to naturalna i nieśmierdząca rzecz.) Szczoteczki do zębów.
Bierzemy tez ręczniki z mikrofibry, są lżejsze, szybciej schną i lepiej chłoną niż te tradycyjne.

Co jeść na biwaku

Zawsze bierzemy ze sobą palnik turystyczny i menażki (dwie pakowane w jedną z uniwersalną przykrywką i wymienianą rączką) i dużo gotujemy sami. Na śniadanie jaglanka lub owsianka z rodzynkami i jabłkiem lub brzoskwinią, z masłem i syropem z agawy – to głównie dla dzieci, bo wiemy, że zjedzą na pewno takie śniadanie i będą mieli porządną i ciepłą „bazę” jedzeniową na cały dzień.

W ciągu dnia, na wycieczki bierzemy prosty piknik, czasem polski sentymentalny czyli puszka tyrolskiej albo paprykarza, pieczywo i ogórki, czasem mamy więcej fantazji (i lokalny sklep ma) i idziemy np. w melona albo awokado i szynkę. Zawsze jest jeszcze jakiś banan na podorędziu, tzw. kompoty (czyli mus owocowy w torebce z ustnikiem, czasem zmieszany z kaszą manną), cienkie kabanosy, w górach dodatkowo przegryzka bakaliowa (lepsze rozwiązanie niż czekolada).

Czasem próbujemy lokalnych specjałów w lokalnych knajpkach.

A wieczorem, na campingu przeważnie gotujemy sami. Proste dania na dwa garnki (bo więcej nie mamy).

Często makaron z prostym sosem.

Np. pomidorowym: w menażce podsmażamy trochę czosnki i cebuli, w wersji „na bogato” dodajemy mięso mielone, a potem pomidory w puszce (nie koncentrat tylko pomidory pelati), chwilę dusimy razem, mieszamy z makaronem.

Albo kurkowym: w menażce podsmażamy cebulkę, najlepiej z dodatkiem masła dodajemy pokrojone kurki (żeby je umyć, trzeba namoczyć w zimnej wodzie, wtedy piasek wypływa sam) i śmietankę 30%, mieszamy z makaronem.

Można też pokusić się o gotowy sos, w słoiku, często mają bardzo przyzwoite składy.

Albo kuskus z warzywami. Osobiście uwielbiam taką wersję: podsmażamy (najlepiej na oliwie) czosnek, dodajemy wydrążoną i pokrojoną młodą cukinię, potem oliwki i obrane (sparzone we wrzątku kuskusowym) pomidory. Całość mieszamy z kuskusem, można dodać trochę koziego serka, jak się ma.

pod namiotem z dziećmi, biwakowanie a dziecko

Ubieranie dzieci pod namiotem

Dla dzieci bierzemy praktyczne całą ich szafę. W warunkach namiotowych maluchy brudzą się zdecydowanie szybciej niż przeciętnie, a z praniem bywa różnie. Poza tym ZAWSZE jest tak, że znajdą jakąś kałużę i w niej usiądą, zaleją się piciem itd., więc suszące się ciuchy to standard. Poza tym trzeba być przygotowanym na zmiany pogodowe, czyli pamiętać o kurtkach przeciwdeszczowych i kaloszach, o cieplejszych bluzach i spodniach a nawet czapeczkach. Do tego niezliczone ilości koszulek, spodenek, skarpetek i majtek, przydają się też tetrowe pieluchy (do wytarcia, do ochrony przed słońcem, do przykrycia itd.)

(O moim podróżniczym stylu i tym, co ze sobą zabieram, żeby było praktycznie w górach i na biwaku, a jednocześnie żeby zachować trochę estetyki, napiszę innym razem, bo i tak post mi się rozrasta nieprzyzwoicie.)

Inne

Dla dzieci nie bierzemy jakiejś masy gadżetów, jak ktoś tu zagląda regularnie, to wie, że jesteśmy zwolennikami tzw. twórczej nudy, zabaw w wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw – i nasze maluchy zawsze nas pozytywnie zaskakują pod tym względem.
Bierzemy im ukochane przytulanki, piłkę do grania, kilka książeczek i po jakiejś niewielkiej zabawce (ostatnio np. bardzo fajna gra dobble).

Bierzemy też zawsze hamak, lub dwa, to cudowna forma relaksu, czasami Iskra daje się zaprosić na drzemkę hamakową.

Przydają nam się też różne turystyczne sprzęty:
scyzoryk wielofunkcyjny,
metalowe kubki, sporki, (połączenie łyżki i widelca), dla dzieci talerze z melaminy (my jemy w menażkach, jest mniej zmywania). I a propos zmywania, gąbeczka i mały płyn do naczyń.
linki (chociażby do rozwieszania mokrych rzeczy),
koc piknikowy,
folia nrc, apteczka
sól, pieprz i inne przyprawy w opakowaniach po soczewkach,
latarki (najlepiej czołówki),
walkie talkie (sprzęt który świetnie sprawdza się na szlaku, gdy nie chcemy do siebie krzyczeć z odległości kilkudziesięciu-kilkuset metrów, oraz wieczorami gdy włączamy funkcję „niania” i słyszymy ich gdy idziemy kawałek dalej od namiotu)
powerbank do telefonów
nasz ostatni nabytek (bo się starzejemy), składane siedzonko z oparciem, do wygodnego siedzenia w namiocie i na trawie
dobry termos

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

I jeszcze jedno. Zastanawiałam się nad zasadnością takiego wpisu, w dzisiejszych czasach wygodnych wczasów w hotelach, aribnb, klimatycznych domkach, gospodarstwach agroturystycznych i pensjonatach. Ale serio uważam, że warto. Wakacje pod namiotem to naprawdę świetna opcja. To zdecydowanie tańszy wyjazd. Za dobę „biwakową” płaci się kilkadziesiąt, a nie kilkaset złotych. To robi różnicę i otwiera mnóstwo możliwości.
Ale przede wszystkim totalna odmiana (także od komfortu dnia codziennego). To inne, autentyczniejsze przeżywanie świata, to zbliżenie się do siebie. To wakacje bardzo unplugged, w sensie zupełnie dosłownym, bo komórki są przeważnie wyłączone, jako że ładować można je tylko w knajpach i samochodzie – co jest bardzo wygodne, bo to nie my wydzielamy ilość tableta, czy pilnujemy ilości oglądanych na YT bajek. Tableta zwyczajnie nie ma, dzieciaki też nie widzą rodziców smyrających po ekranie telefonów. Jesteśmy w tym wyświechtanym tu i teraz, oddzieleni od prawdziwego, naturalnego świata tylko cienkim namiotowym materiałem, i to daje zupełnie inną jakość przeżyć.

* Tekst zawiera linki afiliacyjne. Wszystkie polecane przeze mnie produkty przetestowaliśmy i polecamy w całej rozciągłości. Jeśli zdecydujecie się na zakup któregoś z nich, trafi do mnie drobna prowizja.

PS. Trochę mi zajęło napisanie tego postu. No i lata zbierania doświadczeń są nie do przecenienia;) Dlatego będę wdzięczna za każdego lajka, komcia, czy udostępnienie:)

9 sierpnia, 2016 27 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylpasjaprzyjemnościrozmyślania

Co lubisz robić w życiu?

by Paulina 15 czerwca, 2016

To kultowe pytanie, mało odkrywcze w zasadzie, połączone z jeszcze mniej odkrywczą radą w pewnym momencie życia wydaje się totalnie nie przystające do rzeczywistości. A to hasełko często kojarzy się z innym, równie popularnym, czyli „Znajdź swoja pasję, zarabiaj na niej, a już nigdy nie będziesz pracował„.

Gdy ma się dzieci, kredyty i inne zobowiązania, takie podejście jest tak nierealistyczne, że nawet nie chce się nad nim zastanawiać.

(Moim zdaniem zresztą, to romantyczne wezwanie jest strasznie wyidealizowane. Można z pasji uczynić sposób na życie, wielu to zrobiło, ale nawet w najukochańszej pracy są mniej przyjemne momenty. Wszędzie może wkraść się rutyna i zwątpienie. Kryzysy, spadek kreatywności i umiejętności. Dni leniwej buły, i takie gdy nic się nie udaje.)
Poza tym, te motywacyjne w teorii hasła rodzą (jak w ogóle często różne inspiracje) kolejną presję – nawet na czasie wolnym, który przecież jest czasem odpuszczenia sobie i odpoczynku – żeby znaleźć sobie takie hobby, które będzie rozwijające, modne i stanie się naszym sposobem na życie.
Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj o robieniu rzeczy, które się lubi. O pasji, choć może raczej o pasji do życia, która pojawia się między innymi przy takim właśnie spędzaniu czasu. Przyjemnym, i, co ważne, niezobowiązującym.

Piszę o tym bo, mimo mojego histerycznego niemal dbania o tym, by jako rodzic nie popaść w to słynne domowe zgnuśnienie, takie właśnie zgnuśnienie ostatnio odczułam. A może raczej, zdziadzienie. Stara się poczułam! 

Niedawno doznałam małego olśnienia: nie bawimy się! A raczej, nie bawimy się z dorosłymi, bo na brak zabaw dziecięcych narzekać nie mogę…

Zabrakło mi gier, uczenia się nowych rzeczy (ale nie takich bardzo-praktycznych-i-przydatnych), nowych, fajnych, zabawnych, ekscytujących. I, mimo zanurzenia przecież nieustannego w dziecięcym świecie, zabrakło mi dziecięcego podejścia, takiego ufnego i totalnego, nie kalkulującego.

Zdaję sobie sprawę, jak to może zabrzmieć. Typowe first world problems. A nawet fairytale world…
Bo kto w tym rzeczywistym świecie w ogóle myśli o zabawie i wygłupach?

Ja myślę. I myślę, że warto. Zresztą, warto pewnie nie tyle o tym myśleć, co czasem dać się porwać przyjemnej zabawie, hobby – bez presji i zastanawiania się czy jest modne i czy mogę na nim zacząć zarabiać. Każdy ma coś, co zwyczajnie lubi robić. Ale wiecie – robić, a nie biernie w czymś uczestniczyć. Każdy ma coś, co zawsze chciał spróbować robić, czego chciał się nauczyć, zobaczyć jak to jest, albo coś w co lubił się bawić kiedyś. Gry planszowe i miejskie, żonglerka, badminton, teatr amatorski, kalambury.

Wiadomo, że są zainteresowania bardziej kosztowne. Kosztowne w sensie finansowym, zaangażowania, czasu. Ale właśnie w tym rzecz, żeby nie zaczynać „po dorosłemu”, od kupowania drogich gadżetów, inwestowania i podejmowania jakiegoś gigantycznego wysiłku.
Wiem też (bardzo dobrze wiem), że nie ma się co zrobić z dzieckiem, że naprawdę nie ma się kasy i szkoda nawet pięciu dych, że totalnie nie ma się czasu na nic. Ale – dziecko może nam towarzyszyć, mnóstwo przyjemności jest za darmo, a niektóre sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić. Nie chcę zresztą Wam tu serwować kołczingowych gadek motywacyjnych, to nie moja rola.

Chcę za to zachęcić:)
Bawmy się, tak jak lubimy, w coś, co sprawia nam prawdziwą frajdę, co daje szczerą, dobrą radochę, co nas zaangażuje w taki bezpretensjonalny, dziecięcy sposób. Bez stawiania sobie celów, bez presji. W końcu, blask w oczach skądś się musi brać.

15 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkipasjaprzyjemności

Książki, które mnie wymiętoliły

by Paulina 10 czerwca, 2016

Lubię czytać, czytam sporo, czytam na Kindle’u, książki papierowe – kupowane i z biblioteki, słucham audiobooków (składanie prania kojarzy mi się już nierozerwalnie z cudownym głosem Karen Savage, nagrywającej angielskie klasyki na Librivox.).


Na ogół czytam bez sprecyzowanego klucza, czasami sięgam po przypadkowe książki, czasem z czyjegoś polecenia, czasem zachęca mnie okładka lub pierwsza strona. Zdarzają mi się też wieloksiążkowe sesje typu „trop jednego autora”, „wiktoriańska Anglia”, „wszystko, co japońskie”, ale nie tak często jak bym chciała (myślę, że taki system pozwoliłby na wyniesienie z książek czegoś więcej), częściej skaczę z przysłowiowego kwiatka na kwiatek, a ta metoda na pewno zapewnia więcej świeżości. Ciekawa jest, jak jest u Was? Macie jakiś system? Robicie listy „do przeczytania”? Macie półki tematyczne / gatunkowe / epokowe?

Tak czy inaczej, uwielbiam czasem trafić na książkę, która porywa, w którą człowiek zanurza się z głową, robiąc krótkie przerwy, by z nieprzytomnym wzrokiem stwierdzić, że należałoby się położyć, albo że ta krótka przerwa na kawę niepostrzeżenie rozrosła się do paru godzin. Oczywiście, to nie jest pożyteczne, ani cenne i często prowadzi do wyrzutów sumienia i zawalania spraw, ale raz na jakiś czas uwielbiam zanurzyć się jakiś świat tak nieodpowiedzialnie totalnie. A potem się śnić o nim jeszcze wiele nocy.

Przedstawiam listę książek, które tak właśnie mnie pochłonęły. Zaznaczam, że nie jest to ani „lista książek do przeczytania przed śmiercią”, ani „lista książek, które mnie ukształtowały”, ani nawet lista moich ukochanych książek. Te mnie po prostu zjadły.

1. Seria o wiedźminie Sapkowskiego. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do tej sagi. Choć zrobiła to już wiele razy, porywa zawsze. Uwielbiam za fantastyczny, różnorodny język, za wielowątkowa fabułę, za wiele poziomów na jakich można ją czytać, za bohaterów, za wyjście z szablonowości świata tolkienowskiego.
2. Saga o Diunie Herberta. Byłam w ciąży z Wilczkiem, miałam mnóstwo czasu i musiałam dużo leżeć, przeczytałam wszystkie tomu jeden za drugim, nie robiąc żadnych przerw, słuchając raz za razem ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Ależ mnie w ciągnęło – świat Diuny, historia, filozofia, moc… Co ciekawe, pierwszy tom powstał w latach 60, to literatura science fiction, a zupełnie nie ma „efektu retro”.
3. Zły Tyrmanda. Po tej książce pokochałam Tyrmanda miłością totalną, przeniosłam się mentalnie do powojennej Warszawy, to była wspaniała podróż. Do tego soczysta intryga, tajemniczy dość klimat, intrygujące postaci…
4. Szczygieł Donny Tartt. to pozycja z ostatnich wakacji. Świetnie, bardzo plastycznie i filmowo opisana historia, w która weszłam tak mocno, że momentami (w czasie gdy główny bohater mieszkał w LA i to był czas okropnego sponiewierania używkowego) czułam się fizycznie źle.
5. Gorączka Tomka Michniewicza. Historie poszukiwaczy skarbów, lepsze niż Indiana Jones, bo prawdziwe, niebezpieczeństwo i tajemniczość i dramatycznie przejmujący los afrykańskich rezerwatów.
6. Rio Anakonda Wojciecha Cejrowskiego. Znowu daleki świat, dżungla amazońska, społeczności totalnie nie znające naszej cywilizacji, prawdziwi szamani o tajemniczych zdolnościach, a wszystko opisane w rewelacyjny sposób. Nawet jeśli ktoś nie przepada za osobą W.C. to jego książki podróżnicze są majstersztykiem
7. Shantaram G. D. Robertsa. Skończyłam niedawno to tomiszcze i jestem zachwycona. Niezwykle barwnie odmalowane Indie (nigdy specjalnie mnie nie kręcił ten kraj, ale zmieniłam poglądy), dramatyczna historia, filozoficzne rozważania, wspaniały styl. A do tego świadomość, że wszystko jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami!
8. Terry Pratchett – zwłaszcza seria o Wiedźmach. I o Straży Miejskiej. Muszę komuś przedstawiać Pratchetta? Nikt nie pisze książek z tak idealnie wyważoną mieszanką ironii i dystansu, świetnych historii, czerpania z popkultury i dużej mądrości. Gdy trafiłam na niego pierwszy raz (choć okładki nie zachęcają), zakochałam się od pierwszej strony.

9. Madame Antoniego Libery. Ależ to piękna historia jest. Arcy romatyczna, cudownie opisana, z nutką tajemniczości… Nie jest to romans w klasycznym wydaniu, ale takie, trochę nieoczywiste opowieści o miłości lubię najbardziej.
10. Cień wiatru C. L. Zafona. Może nie szczyt ambitnej lektury, ale pamiętam, ze ta mroczna i tajemnicza Barcelona porwała mnie doszczętnie. Pamiętam, że czytałam ją w czasie mojej dużej fascynacji tym miastem, na tej fali był jeszcze Mendoza.
11. Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna. Przeczytałam tę książkę zanim zaczęło się na nią prawdziwe szaleństwo i wzięła mnie całkowicie. Na studiach miałam wtedy literaturę średniowieczną, co idealnie współgrało z tematem. Przeczytałam jednym tchem i nawet zainteresowałam wątkiem spiskowej teorii dziejów, co było dość ekscytujące.
12. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tu wchodzimy na listę książek, które trzeba znać, ale tutaj też ma swoje miejsce, bo to dzieło pochłonęło mnie od pierwszych zdań.

Nie piszę o dziecięco – młodzieżowych klasykach typu Montgomery, Musierowicz, Bahdaj, Niziurski czy Lindgren, one wszystkie pochłaniały bez reszty i pewnie w dużej mierze ukształtowały moją bibliofilię.

Nie wspominam też o książkach do delektowania się. Są i takie, które czyta się niespiesznie, które się smakuje i których wręcz nie powinno się czytać zbyt szybko, bo traci się cały smaczek. O nich może innym razem.

A Wy? Macie takie książki, lubicie dać się tak pochłonąć, że zapominacie o całym świecie? 

* Post zawiera linki afiliacyjne, kierujące do strony ceneo.pl. Jeśli na coś się zdecydujecie, trafia do mnie niewielki procent od zakupów,.

10 czerwca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessmuzykapasjaprzyjemnościslow lifestyle

Odpoczywalnia muzyczna, czyli płyty do popołudniowego relaksu.

by Paulina 3 maja, 2016

Wiele razy wspominałam tutaj o tym, jak ważna jest dla mnie dobra muzyka.

Zawsze tak było, i zawsze miało znaczenie, czego słucham. Na moja muzyczną edukację, albo raczej muzyczną wrażliwość, bo prawdziwej edukacji muzycznej niestety nie miałam (na tzw lekcje muzyki w szkole spuszczę łaskawą zasłonę milczenia), największy wpływ miał chyba Tata, największy fan Pink Floyd na świecie. Dzięki niemu osłuchałam się w dzieciństwie z Floydami właśnie, z klasykami rockowymi typu Deep Purple czy Led Zeppelin, Emerson Lake and Palmer, Vangelis, Queen (w swoim czasie nawet kochałam się we Freddiem). Potem, gdy szłam trochę w kierunku niezależności, pozostałam pod  wpływem dużego brata, i nawet jeśli moja dziewczęca wrażliwość zachwycała się The Kelly Family, to z jakiegoś poczucia obciachu nie przyznawałam się do tego w naszym pokoju i, chcąc wejść w łaski starszego rodzeństwa, słuchałam z nim Nieaktualnej Listy Przebojów. Po to, by z czasem autentycznie się do niej przekonać, pokochać i identyfikować się. Doszło do tego oczywiście towarzystwo licealne, mocno w konkretnej muzyce osadzone.
To wszystko dopełniał jeszcze balet i dość subtelny, ale ciągły kontakt z muzyka klasyczną.
Potem dorosłam też do tego, by rozszerzyć moje muzyczne horyzonty, o jazz, trip hop, bossa novę i szeroko rozumianą muzykę świata, muzykę elektroniczną, ambitniejszy pop.

To taka moja muzyczna historia w skrócie.
Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami moimi muzycznymi miłościami. Co myślicie o takim cyklu muzycznym? Mam swoje ulubione płyty do słuchania w bardzo określonych sytuacjach, są takie, które pasują do niedzielnej kawy, inne do wieczorem randki z mężem przy czerwonym winie, jeszcze inne na wielką smutę, do ćwiczeń (gdy wyciszam Chodaka;) ), do tańca i  do sprzątania…

Dzisiaj najbardziej w klimacie bloga, czyli płyty do odpoczynku. Odpoczynku popołudniowego, na kanapie, z kawką, z miłym ramieniem do przytulania, dzieciakami zajętymi klockami u siebie w pokoju, albo (zdarza się to czasami, choć nie za często) – przytulonymi do nas*. Wtedy lubię spokojne granie, klimatyczne, trochę nawet rzewne czasami.

Oto pierwsza lista muzycznej odpoczywalni, podrzucam linki jutubowe.

Fismoll, At Glade
Siesty Marcina Kydryńskiego. Polecam też niedzielną audycję w Trójce.
Smolik, płytowa dowolność.
Możdżer, najchętniej Komeda, Facing the wind, The Time
Włodek Pawlik Night in Calisia
Miles Davies Kind of Blue, ballady z Coltranem
David Gilmour On an Island
Chet Baker My funny Valentine
Sonny Rollins, Ballads
Cocteau Twins Treasure
Vangelis Voices (tu już wchodzimy w odpoczynek wieczorny)
Kucz/Kulka Sleepwalk

Jak jest u Was? Macie ulubione relaksujące płyty? Do odpoczynku wolicie ciszę, czy muzykę?

* Pro forma dodam, że to nie jest tak, że takie popołudnia są codziennie.

3 maja, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckopasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrozmyślania

Trudne strony podróżowania z dziećmi

by Paulina 8 lutego, 2016

Nie był to dla mnie przyjemny tydzień, chorujące potomstwo stłoczone w czterech kątach, z dnia na dzień bardziej zmęczone infekcją (szczęśliwie dość łagodną) i w związku z tym rozmarudzone, i ja, z dnia na dzień bardziej zmęczona potomstwem i naprzemiennymi fochami, jękami, smuteczkami i kłótniami. Wisienką na torcie był weekend, gdy do towarzystwa zadżumionych dołączył mąż.
A liczyłam na jakąś wycieczkę.

Może trochę na przełamanie tą wycieczkę, bo ostatnia do najudańszych nie należała…

Dlatego dziś o trudnych stronach podróżowania z dziećmi. Są one w zasadzie dość oczywiste, i to one stają przed oczami jako pierwsze, gdy zestawi się ze sobą słowa „podróż” i „dzieci”, na zasadzie, że to się udać nie może. Ja koncentrowałam się dotychczas na pozytywach, że warto, bo to integruje, otwiera, wychowuje, poszerza horyzonty małym i dużym i zwyczajnie nie ma co odkładać swojego uluboinego stylu życia na bok, oczekując, aż dzieci dorosną do tzw odpowiedniego (czyli jakiego w gruncie rzeczy?) wieku. (zainteresowanych odsyłam do wpisu o tym, czy warto podróżować z małymi dziećmi, albo o ostatniej wycieczce w Alpy, albo do całej kategorii „Aktywnie z Dziećmi”)

Ale ale, ad rem.

Podróże z dziećmi to przede wszystkim wyzwanie organizacyjne. Kiedy pojechać, jak i gidze, żeby te najważniejsze stałe punkty dnia zostały w miarę zachowane, spanie, aktywność, jedzenie, toaleta… Dorośli się dostosują, czują priorytety wycieczkowe, chodzi o przygodę, wrażenia, a nie o pełny brzuch (choć, po 2,5 roku we Francji punkt ciężkości się nieco zmienia…), czy komforty higieniczne, ale głodne czy niewyspane dziecko, jest po prostu Najnieszczęśliwsze Na Świecie i jakiekolwiek zwiedzania tracą wtedy totalnie sens. Z dwójką oczywiście to podwójna trudność, mieliśmy np taki moment, że Wilczek spał raz dziennie, koło 13-14, a Iskra, miała standardowo dwie drzemki – poranną i popołudniową i przy jednodniowych wypadach musieliśmy mocno kombinować, żeby każde dostało swoją porcje snu w miarę przyzwoitych warunkach.

Pakowanie!
Wszystkie dziecięce gadżety, o jakim nie śniło się minimalistom. Pieluchy, ukochane przytulanki, bidony, ubranka na zmianę, przekąski, w zależności od pogody kremy słoneczne / na mróz, rękawiczki i kapelusze od słońca, nocnik, apteczka… Jedziemy w sumie na parę godzin, a załadowani jesteśmy po dach.

Chaos poprzyjazdowy.
Wracamy zawsze za późno, dzieci są zmęczone, głodne lub śpiące (a najczęściej wszystko naraz). Wpadamy, sami zmęczeni i głodni z dzieciakami, wszystkimi bambetlami, z przyczepką, nosidłami, lub rowerkiem i wózkiem, ponaglani rozpaczą na dwa głosy. Zdarza się, że dzieci na kolacje powycieczkową często dostają makaron polany oliwą, albo bułę z masłem. Kładziemy ich spać, i wtedy ignorujemy graty na podłodze, albo zgarniamy burdello w jedno miejsce a potem starannie omijamy je wzrokiem, popijając piwko (dobre na zakwasy) i polegując miło.

Opcja muł pociagowy. 
Trzeba dzieciorzyznę i ich akcesoria tachać w nosidłach, czasem trzeba tachać zmęczonego rowerzystę (z rowerkiem rzecz jasna), albo ciągnąć słodki ciężar z nieocenionej królewskiej przyczepce. Nie jest źle w gruncie rzeczy, sprzęt mamy bardzo przyjazny i ułatwiający podróżowanie z dziećmi, ale, mimo wszystko, te kilogramy nie znikają…

Umykające wrażenia.
Wiele razy pisałam o tym, że podróżowanie z dziećmi jest po prostu inne, że inne są wrażenia, że ich intensywność koncentruje się gdzie indziej, że tak jest po prostu i nie ma co się nastawiać na bicie jakiś rekordów. Niemniej, czasem trochę żal, zwiedzania wieczornego, niektórych atrakcji, koncertów, oglądania zachodów słońca na plaży, beztroski i swobody.

Bywa, że mimo naszych starań organizacyjnych, nieletni strzelają focha.
Idą im zęby, niewsypali się, zaczyna im się infekcja (o czym dowiadujemy sie po fakcie oczywiście. To pzypadek ostatniej wycieczki) wstali lewą nogą po prostu. Wtedy zaciskamy zęby i czekamy, aż przejdzie, albo modyfikujemy plany (bo przecież chodzi o przyjemność, a nie obowiązek), robimy dłuższy piknik.

Problemy zdrowotne.
Pojęcie dość szerokie. U nas np. takim problemem okazała się choroba lokomocyjna (u obojga), skutkująca wieloma postojami na górskich serpentynach, miską specjalnego przeznaczenia obowiązkowo na wyposażeniu i bogatą garderobą do przebrania. Albo nagła gorączka, ugryzienie, upadek itp. Brr.

Zwykła, ogromna, odpowiedzialność, za drugiego, małego człowieka. 

Inne, nieprzewidziane trudności i wyzwania losu, które z maluchami zawsze powodują nieporównanie większe komplikacje. (vide nasza dwudniowa wycieczka rowerowa wzdłuż Rodanu).

Ale.
Sami się pewnie domyślacie, czy nas to zniechęca?

8 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjapasjapodróże i wycieczkipodsumowaniarozmyślania

one day after another

by Paulina 1 lutego, 2016

Dokładnie trzy lata temu przenieśliśmy się do Francji.
Powiem Wam, że te trzy lata to ważny czas był.
Ważny i dużo zmieniający w naszym życiu. Pozbierałam się mocno niedawno z tych zmian wszystkich, ale przyznam, że ciągle kroczę przez to nowe życie mocno chwiejnym krokiem.

Wyjechaliśmy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. W końcu chcieć to móc, jesteśmy młodzi, przygoda i fantastyczna sprawa i to Francja jeszcze do tego. Urządziliśmy się całkiem miło, chociaż było trochę problemów organizacyjnych powiedzmy i co krok potykaliśmy się o niebywały francuski brak elastyczności, ich monstrualną biurokrację i totalny brak dbałości o klienta jako takiego. Ale żyliśmy tam sobie, i w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie sobie żyliśmy, powiększając w międzyczasie rodzinę, starzejąc się trochę, przeprowadzając się, organizując francuskie wycieczki większe i mniejsze, poznając, oglądając, smakując i generalnie chłonąc na maksa.

To był czas maksymalnego zwrócenia się do siebie, zdawania egzaminu z
siebie,
w końcu byliśmy tam tylko my, z bardzo drobnym drobiazgiem,
który, choć najkochańszy, nie ułatwiał sprawy tzw integracji z miłymi
choć zdystansowanymi Francuzami. Czas weryfikacji wielu spraw, siebie,
priorytetów, własnego zdyscyplinowania i przyjaźni.

Powrót
nie był bynajmniej przybyciem do bezpiecznej i znanej nam przystani,

jako że po krótkim wakacyjnym odsapnięciu czekały nas przeprawy
mieszkaniowe, związane z zakupem, kredytem, remontem i urządzaniem, z
małoletnimi zaczynającymi przedszkole, wspinającymi się na niebezpieczne
drabinki i malującymi sobie całą twarz czerwoną szminką. Potem był
jeszcze restart mojego życia zawodowego i początek żłobka u córy.

Sporo jak na trzy lata.

Myślałam,
co to dla nas, pojedziemy, przeżyjemy fajną przygodę, wrócimy do siebie. Ale chyba się w
międzyczasie zestarzałam jeszcze, bo dał mi ten okres w kość. Choć było pięknie, to było
trochę trudno, ale dużo mi to dało. Miałam cholernie dużo czasu i
możliwości na to słynne poznanie siebie, zupełnie nie zagłuszana, hmhm,
światem zewnętrznym.

Minęły trzy lata. Dużo i mało.
Byliśmy
ostatnio na imprezie w klubie (wiwat Dziadzia), na koniec jedna piosenka
skojarzyła nam się z czasem z przed 2012. Uderzyło mnie, że zmieniło
się w naszym życiu od tamtego czasu niemal wszystko
. A sedno jest to
samo, choć nie takie samo.

1 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Alpy z dziećmi i namiotem

by Paulina 6 lipca, 2015

alpy z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi,

To był prawdopodobnie ostatni wypad w Alpy w najbliższym czasie. Ostatni, ale za to niezapomniany. Bajkowa zupełnie rzeczywistość, odlot estetyczny, ta jedyna w swoim rodzaju medytacja kroków i oddechu, górska, nasycona brzmieniami cisza… Będzie mi tego brakować.

Harce na łące

Wiedząc, że życie potomstwo jak zwykle zweryfikuje nasze plany dotyczące wczesnego wyjazdu zaraz po szybkim śniadaniu i do samochodu zapakujemy się koło 11, postanowiliśmy dojechać na miejsce już w piątek. To oznaczało biwak w górach, z pięknym widokiem i milionami komarów. A w sobotę, już o 10 rano byliśmy na szlaku.

 
Na biwaku. Drobiazg, niepilnowany, zaczyna się rozłazić.

Szlaku, który uparcie, bezustannie i bezlitośnie prowadził w górę. Niby o to chodzi, ale miło, jak przy podejściu zdarzają się też wypłaszczone fragmenty pozwalające wyrównać oddech. Ale w końcu, po stu latach trawersowania wyszliśmy z lasu, a tam, tradycyjnie już, obłędne widoki wynagradzały trud (Podziwiałam je, gdy tylko pot nie zalewał mi oczu – w końcu wraz z lasem skończył się cień. I gdy nie patrzyłam z zawiścią na radośnie i bez wysiłku wbiegające grupki ludzi obciążonych niewielkimi plecaczkami z wodą).

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

Ale udało się koło południa dotrzeć na pierwszy punkt naszej
wycieczki, czyli Lac du Crozet. Cudowne jezioro polodowcowe, idealnie
przezroczyste, doskonale lodowate, wspaniale lazurowe. A tam, jak
przystało na prawdziwych Francuzów,
zjedliśmy obiad (nic specjalnego tym razem – liofilizaty, dziaciaki
wystarczająco nas dociążyły), odpoczęliśmy trochę, wymoczyliśmy nogi
żałując że nie mamy przy sobie kostiumów kąpielowych – okazało się, że zdecydowana
większość z mijających nas beztroskich luzaków wspięła się nad jezioro
dla samego jeziora i kąpieli w nim, spędzili miłe chwile wpatrując się w zimną toń, a inni wrzucali kamyczki
do wody (kamyczki największą atrakcją każdego wyjazdu – niezależnie, na
plac zabaw czy w Alpy).

Morale poprawione, ruszyliśmy
dalej, na przełęcz Col de la Pra, i do schroniska położonego obok. Trasa
przepiękna, a widoki obłędne. Na miejscu, poza kawką, była jeszcze
dość zaskakująca część artystyczna –  na 2100m. n.p.m. nie spodziewaliśmy się
mini koncertu folkowego i nauki tańców tradycyjnych… Potańczyliśmy
więc sobie chwilę ( na scenie alternatywnej, dzieci nie uznały
narzuconych z góry kroków) i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Część artystyczna w schronisku. Scena alternatywna nie odpuszcza i zdobywa serca publiczności.
Tańczymy!
Przyznam, że miałam podczas całej imprezy niejakie poczucie absurdu, wśród tych gór…

Koń drogę do domu zna…

Zdjęcie butów i zmiana ciuchów działa prawdziwie uzdrawiająco

Było pięknie, góry z dziećmi są super, choć muszę przyznać, że ciężar naszej (lekkiej w sumie) córki i paru niezbędników dał mi się we znaki, i moje przeciążone kolano raczej mnie nie lubi…
A dzieciorzyzna zadowolona, pierwszą rzeczą jaką zrobili oboje następnego dnia rano, było wejście do nosideł… W sumie to im się nie dziwię i bardzo się cieszę, że przyjmują takie wycieczki w taki naturalny sposób, trochę mimochodem nasiąkają pasją, aktywnością i podziwem dla świata.

Warto, choć następny górski wypad planujemy już nie w roli mułów pociągowych. Na plecach woda i kurtka przeciwdeszczowa, na ustach piosenka, w głowie beztroska a przed oczami raj…

6 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemprzyjemności

Mont Luisandre

by Paulina 17 kwietnia, 2015

Udało nam się wreszcie wypróbować w plenerze drugie nosidło. Teraz już oba cesarzątka podróżują wygodnie na plecach rodziców – mułów, w towarzystwie koniecznego ekwipunku wycieczkowego.

A podróżują w okolicznościach jakże przemiłych. Słońce grzeje już jak w lecie, pejzaże zielenieją, ptaki organizują zacną ścieżkę dźwiękową, i pachnie zupełnie zniewalająco ten świat wiosenny.

Na górze piknik z widokiem, tartą z cukinią, kozim serem i łososiem, winem i poczuciem totalnej błogości.

 

Do tego w okolicy jest XIV-wieczny zamek obronny. Wraz z przyłączeniem tej okolicy do Francji stracił swoje znaczenie strategiczne, dzięki czemu zachował się w bardzo dobrej formie.

A na koniec, szczyptę surrealizmu zapewnił nam cydr w górskiej knajpce o morsko-bretońskim klimacie.

17 kwietnia, 2015 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
góryHiszpaniaMacedoniapasjapodróże i wycieczkiRumuniawspomnienia

Podróże Józefa

by Paulina 20 marca, 2015
 

Potencjalnie wycieczkowy weekend zapowiada się niestety deszczowo (po pięknym tygodniu). Dlatego planowane testowanie drugiego nosidła raczej nie wypali.

Pozostając jednak w klimacie podróżniczym, chciałabym pokazać Wam trochę Józefa w Podróży.

Tak. Kiedyś podróżowanie było inne…

Alpy francuskie 2008

Macedonia 2009

 W Skopie

 Jeden z wielu monastyrów w górach

 Degustowanie rakiji

 
Nad jeziorem ochrydzkim

Zgadnijcie, kto urodził się w tym domu?

Hiszpania 2010

Z don Kichotem

 Degustowanie hiszpańskich specjałów

 Caminho de Santiago


… na plaży bywa nudno. Albo nie;)

 W górach Picos de Europa

W Oviedo

Rumunia 2011

20 marca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustaFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Ask the Mountains

by Paulina 9 marca, 2015

W Lyonie, wygląda na to, że wiosna mości się na dobre. Nadeszła ze swoimi kwiatkami na coraz zieleńszych trawnikach, zapachem ziemi i fiołków, śpiewem ptaków.

Bardzo to wszystko sugestywne, dlatego spodziewałam się, że nasza sobotnia wycieczka będzie co najmniej tak ciepła, że będziemy się rozbierać, krajobraz będzie osnuty subtelną zieloną mgiełką z młodych liści, a na pikniku (na rozgrzanej słońcem świeżej trawie) na pewno zdejmiemy buty (lekkie podejściówki, bo na wiosenny spacerek niepotrzebne mi będą porządne skórzane górskie buty).

W tych radosnych założeniach (wspartych optymistyczną prognoza pogody), zapomniałam wziąć pod uwagę, że jedziemy w góry. A w górach, nawet zupełnie niewysokich, bywa śnieg. Który niekoniecznie topnieje  przy pierwszym powiewie wiosny.

Dlatego buty, owszem, zdjęłam, w samochodzie. Zdjęłam też skarpetki. I wyżęłam.

Ale wycieczka i tak się udała. Słońce przygrzewało bardzo wiosennie, widoczność była wspaniała, otaczająca nas przestrzeń imponująca i nawet znaleźliśmy trochę suchej przestrzeni na piknik z widokiem na Mont Blanc. Nieletni tradycyjnie drzemali na zmianę, dobrze im w tych kokonach…

 

noszenie w chuście, dziecko w chuście

trekking z dziećmi, wycieczka w góry
nosidło deuter, górskie nosidło, trekking z dziećmi

Pokazywałam Wam kiedyś Józefa? To nasz miś – podróżnik, od dawna zwiedza z nami świat;)

9 marca, 2015 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Bieszczady z dziećmi

    19 lipca, 2016
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry