
Od zawsze jeździmy na wakacje pod namiot. Przed dziećmi były to wyjazdy samowystarczalne, na plecach mieliśmy cały all inclusive, jeździliśmy stopem po Europie, rozbijaliśmy się czasami przy parkingu na skrawku trawy, czasami na klifie nad oceanem, a czasami (gdy potrzebowaliśmy coś uprać, porządnie się wykąpać i generalnie zaznać wygód) na campingach. Takie podróżowanie praktykowaliśmy trochę z konieczności finansowych, ale w dużej mierze ze względu na przygodę, na zupełnie inne przeżycia. Myślę, że gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, jeździlibyśmy na podobnych zasadach, tylko dalej, bardziej egzotycznie.



Potem przyszły na świat nasze dzieci, a my nie chcieliśmy nagle totalnie statecznieć, i rezygnować z naszego stylu i upodobań. W końcu rodzic też człowiek, a i dla dziecka takie poświęcanki rodzica niekoniecznie wychodzą na dobre.
Dlatego nie było rewolucji, tylko nagięliśmy i dostosowaliśmy do dziecięcych potrzeb nasz styl podróżowania.
Z dziećmi może nie da się wszystkiego, ale można bardzo wiele. Spać z dziećmi pod namiotem np. można jak najbardziej. Oczywiście, namiot z dziećmi to jakieś wyzwanie.
Dzisiaj podzielę się z Wami naszymi patentami dotyczącymi biwakowania z maluchami.


Zacznę od samego namiotu. Wspominałam już o naszym – bardzo wygodnej i przestronnej trójce z dwoma przedsionkami, nieistniejącej już niestety marki Alpinus. Ten model ma szybki system rozkładania, przy czym nie jest to słynny namiot, który się rzuca,by go rozłożyć. Wybór namiotu to sprawa do przemyślenia, warto wybrać się do specjalistycznych sklepów turystycznych, (a nie do supermarketów, nawet tych turystyczno – sportowych), tam sprzęt będzie miał zdecydowanie większą jakość, podpowiedzą ludzie znający się na temacie, często są promocje i zawsze warto pytać o dodatkowe zniżki. Dobrze jest też popytać się o różne opcje i poczytać, zobaczyć różne rozwiązania
Biwakowanie z dziećmi – jak zorganizować spanie pod namiotem
My śpimy na karimatach. Nie ciągniemy ze sobą dmuchanych materacy (ani samopompujących się karimat), ze względu na ryzyko przebicia i ogóle dużą awaryjność. Zresztą, na dobrej karimacie, i przy w praktykowanej ostatnio przez nas wersji „dużym samochodem na biwak, czyli wszystko może się przydać”, gdy na rozłożone przy sobie karimaty kładziemy jeszcze koc, jest nam naprawdę wygodnie (oczywiście o ile stawiamy namiot na w miarę płaskim terenie).
Do spania mamy też śpiwory-mumie sprzed paru lat, które niestety już się mocno zbiły i myślimy o zakupie nowych, tym razem puchowych – bo te podobno mają większa trwałość. Nasze dzieci jeszcze nie doczekały się śpiworków, śpią pod swoimi kocami, ale śpiwory by się przydały – przy ich tendencji do migrowania po namiocie i rozkopywania się.
Śpimy wszyscy obok siebie, w systemie rodzic-dziecko-rodzic-dziecko, to pozwala nam w nocy mieć jako taką kontrolę nad tym, czy któreś nie spełzło niechcący na gołą podłogę i i nie śpi bez koca wtulone w ścianę namiotu.
Pewnie by się dało, ale już nie rozbijamy się na dziko. Wybieramy campingi i przez cały wyjazd zostajemy raczej w jednym miejscu. To oznacza większą wygodę (bo nie trzeba się codziennie pakować), stały dostęp do łazienki, i trochę poczucia domowości i stabilizacji.
W kwestii łazienki jeszcze.
Zabieramy miniaturki wielofunkcyjnych kosmetyków, to zwyczaj, który został jeszcze z czasów backpackerskich, ale sprawdza się i teraz. Bardzo polecam taniutki żel do mycia Babydream z Rossmana – do mycia siebie i dzieci, do twarzy i higieny intymnej, jak ktoś lubi to także do włosów. Dobry i przyjazny skład pozwalają na mycie wszystkiego bez ryzyka podrażnień i wysuszeń. Poza tym, przy dzieciach (i ich samodzielnym jedzeniu), sprawdzają się chusteczki nawilżane. Przyznaję się bez bicia, że na biwaku z dziećmi, zwłaszcza krótkim, nie przesadzamy z higieną, często po prostu myjemy zęby, buzie i pupy, i odpuszczamy prysznice, zwłaszcza, gdy jest chłodno. Lepsze brudne dziecko niż dziecko z katarem. Do tego porządny i wysoki filtr przeciwsłoneczny, żel aloesowy – na poparzenia i ukąszenia. Coś przeciw owadom (ostatnio czytałam o magicznych wręcz przeciwowadowych właściwościach czystka! Wystarczy się spryskać naparem z czystka, działa podobno rewelacyjnie, a przy tym to naturalna i nieśmierdząca rzecz.) Szczoteczki do zębów.
Bierzemy tez ręczniki z mikrofibry, są lżejsze, szybciej schną i lepiej chłoną niż te tradycyjne.

Co jeść na biwaku
Zawsze bierzemy ze sobą palnik turystyczny i menażki (dwie pakowane w jedną z uniwersalną przykrywką i wymienianą rączką) i dużo gotujemy sami. Na śniadanie jaglanka lub owsianka z rodzynkami i jabłkiem lub brzoskwinią, z masłem i syropem z agawy – to głównie dla dzieci, bo wiemy, że zjedzą na pewno takie śniadanie i będą mieli porządną i ciepłą „bazę” jedzeniową na cały dzień.
W ciągu dnia, na wycieczki bierzemy prosty piknik, czasem polski sentymentalny czyli puszka tyrolskiej albo paprykarza, pieczywo i ogórki, czasem mamy więcej fantazji (i lokalny sklep ma) i idziemy np. w melona albo awokado i szynkę. Zawsze jest jeszcze jakiś banan na podorędziu, tzw. kompoty (czyli mus owocowy w torebce z ustnikiem, czasem zmieszany z kaszą manną), cienkie kabanosy, w górach dodatkowo przegryzka bakaliowa (lepsze rozwiązanie niż czekolada).
Czasem próbujemy lokalnych specjałów w lokalnych knajpkach.
A wieczorem, na campingu przeważnie gotujemy sami. Proste dania na dwa garnki (bo więcej nie mamy).
Często makaron z prostym sosem.
Np. pomidorowym: w menażce podsmażamy trochę czosnki i cebuli, w wersji „na bogato” dodajemy mięso mielone, a potem pomidory w puszce (nie koncentrat tylko pomidory pelati), chwilę dusimy razem, mieszamy z makaronem.
Albo kurkowym: w menażce podsmażamy cebulkę, najlepiej z dodatkiem masła dodajemy pokrojone kurki (żeby je umyć, trzeba namoczyć w zimnej wodzie, wtedy piasek wypływa sam) i śmietankę 30%, mieszamy z makaronem.
Można też pokusić się o gotowy sos, w słoiku, często mają bardzo przyzwoite składy.
Albo kuskus z warzywami. Osobiście uwielbiam taką wersję: podsmażamy (najlepiej na oliwie) czosnek, dodajemy wydrążoną i pokrojoną młodą cukinię, potem oliwki i obrane (sparzone we wrzątku kuskusowym) pomidory. Całość mieszamy z kuskusem, można dodać trochę koziego serka, jak się ma.

Ubieranie dzieci pod namiotem
Dla dzieci bierzemy praktyczne całą ich szafę. W warunkach namiotowych maluchy brudzą się zdecydowanie szybciej niż przeciętnie, a z praniem bywa różnie. Poza tym ZAWSZE jest tak, że znajdą jakąś kałużę i w niej usiądą, zaleją się piciem itd., więc suszące się ciuchy to standard. Poza tym trzeba być przygotowanym na zmiany pogodowe, czyli pamiętać o kurtkach przeciwdeszczowych i kaloszach, o cieplejszych bluzach i spodniach a nawet czapeczkach. Do tego niezliczone ilości koszulek, spodenek, skarpetek i majtek, przydają się też tetrowe pieluchy (do wytarcia, do ochrony przed słońcem, do przykrycia itd.)
(O moim podróżniczym stylu i tym, co ze sobą zabieram, żeby było praktycznie w górach i na biwaku, a jednocześnie żeby zachować trochę estetyki, napiszę innym razem, bo i tak post mi się rozrasta nieprzyzwoicie.)
Inne
Dla dzieci nie bierzemy jakiejś masy gadżetów, jak ktoś tu zagląda regularnie, to wie, że jesteśmy zwolennikami tzw. twórczej nudy, zabaw w wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw – i nasze maluchy zawsze nas pozytywnie zaskakują pod tym względem.
Bierzemy im ukochane przytulanki, piłkę do grania, kilka książeczek i po jakiejś niewielkiej zabawce (ostatnio np. bardzo fajna gra dobble).
Bierzemy też zawsze hamak, lub dwa, to cudowna forma relaksu, czasami Iskra daje się zaprosić na drzemkę hamakową.
Przydają nam się też różne turystyczne sprzęty:
scyzoryk wielofunkcyjny,
metalowe kubki, sporki, (połączenie łyżki i widelca), dla dzieci talerze z melaminy (my jemy w menażkach, jest mniej zmywania). I a propos zmywania, gąbeczka i mały płyn do naczyń.
linki (chociażby do rozwieszania mokrych rzeczy),
koc piknikowy,
folia nrc, apteczka
sól, pieprz i inne przyprawy w opakowaniach po soczewkach,
latarki (najlepiej czołówki),
walkie talkie (sprzęt który świetnie sprawdza się na szlaku, gdy nie chcemy do siebie krzyczeć z odległości kilkudziesięciu-kilkuset metrów, oraz wieczorami gdy włączamy funkcję „niania” i słyszymy ich gdy idziemy kawałek dalej od namiotu)
powerbank do telefonów
nasz ostatni nabytek (bo się starzejemy), składane siedzonko z oparciem, do wygodnego siedzenia w namiocie i na trawie
dobry termos


I jeszcze jedno. Zastanawiałam się nad zasadnością takiego wpisu, w dzisiejszych czasach wygodnych wczasów w hotelach, aribnb, klimatycznych domkach, gospodarstwach agroturystycznych i pensjonatach. Ale serio uważam, że warto. Wakacje pod namiotem to naprawdę świetna opcja. To zdecydowanie tańszy wyjazd. Za dobę „biwakową” płaci się kilkadziesiąt, a nie kilkaset złotych. To robi różnicę i otwiera mnóstwo możliwości.
Ale przede wszystkim totalna odmiana (także od komfortu dnia codziennego). To inne, autentyczniejsze przeżywanie świata, to zbliżenie się do siebie. To wakacje bardzo unplugged, w sensie zupełnie dosłownym, bo komórki są przeważnie wyłączone, jako że ładować można je tylko w knajpach i samochodzie – co jest bardzo wygodne, bo to nie my wydzielamy ilość tableta, czy pilnujemy ilości oglądanych na YT bajek. Tableta zwyczajnie nie ma, dzieciaki też nie widzą rodziców smyrających po ekranie telefonów. Jesteśmy w tym wyświechtanym tu i teraz, oddzieleni od prawdziwego, naturalnego świata tylko cienkim namiotowym materiałem, i to daje zupełnie inną jakość przeżyć.

* Tekst zawiera linki afiliacyjne. Wszystkie polecane przeze mnie produkty przetestowaliśmy i polecamy w całej rozciągłości. Jeśli zdecydujecie się na zakup któregoś z nich, trafi do mnie drobna prowizja.
PS. Trochę mi zajęło napisanie tego postu. No i lata zbierania doświadczeń są nie do przecenienia;) Dlatego będę wdzięczna za każdego lajka, komcia, czy udostępnienie:)
















































































































































