Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

dziecko

aktywnie z dziećmidzieckopasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrozmyślania

Trudne strony podróżowania z dziećmi

by Paulina 8 lutego, 2016

Nie był to dla mnie przyjemny tydzień, chorujące potomstwo stłoczone w czterech kątach, z dnia na dzień bardziej zmęczone infekcją (szczęśliwie dość łagodną) i w związku z tym rozmarudzone, i ja, z dnia na dzień bardziej zmęczona potomstwem i naprzemiennymi fochami, jękami, smuteczkami i kłótniami. Wisienką na torcie był weekend, gdy do towarzystwa zadżumionych dołączył mąż.
A liczyłam na jakąś wycieczkę.

Może trochę na przełamanie tą wycieczkę, bo ostatnia do najudańszych nie należała…

Dlatego dziś o trudnych stronach podróżowania z dziećmi. Są one w zasadzie dość oczywiste, i to one stają przed oczami jako pierwsze, gdy zestawi się ze sobą słowa „podróż” i „dzieci”, na zasadzie, że to się udać nie może. Ja koncentrowałam się dotychczas na pozytywach, że warto, bo to integruje, otwiera, wychowuje, poszerza horyzonty małym i dużym i zwyczajnie nie ma co odkładać swojego uluboinego stylu życia na bok, oczekując, aż dzieci dorosną do tzw odpowiedniego (czyli jakiego w gruncie rzeczy?) wieku. (zainteresowanych odsyłam do wpisu o tym, czy warto podróżować z małymi dziećmi, albo o ostatniej wycieczce w Alpy, albo do całej kategorii „Aktywnie z Dziećmi”)

Ale ale, ad rem.

Podróże z dziećmi to przede wszystkim wyzwanie organizacyjne. Kiedy pojechać, jak i gidze, żeby te najważniejsze stałe punkty dnia zostały w miarę zachowane, spanie, aktywność, jedzenie, toaleta… Dorośli się dostosują, czują priorytety wycieczkowe, chodzi o przygodę, wrażenia, a nie o pełny brzuch (choć, po 2,5 roku we Francji punkt ciężkości się nieco zmienia…), czy komforty higieniczne, ale głodne czy niewyspane dziecko, jest po prostu Najnieszczęśliwsze Na Świecie i jakiekolwiek zwiedzania tracą wtedy totalnie sens. Z dwójką oczywiście to podwójna trudność, mieliśmy np taki moment, że Wilczek spał raz dziennie, koło 13-14, a Iskra, miała standardowo dwie drzemki – poranną i popołudniową i przy jednodniowych wypadach musieliśmy mocno kombinować, żeby każde dostało swoją porcje snu w miarę przyzwoitych warunkach.

Pakowanie!
Wszystkie dziecięce gadżety, o jakim nie śniło się minimalistom. Pieluchy, ukochane przytulanki, bidony, ubranka na zmianę, przekąski, w zależności od pogody kremy słoneczne / na mróz, rękawiczki i kapelusze od słońca, nocnik, apteczka… Jedziemy w sumie na parę godzin, a załadowani jesteśmy po dach.

Chaos poprzyjazdowy.
Wracamy zawsze za późno, dzieci są zmęczone, głodne lub śpiące (a najczęściej wszystko naraz). Wpadamy, sami zmęczeni i głodni z dzieciakami, wszystkimi bambetlami, z przyczepką, nosidłami, lub rowerkiem i wózkiem, ponaglani rozpaczą na dwa głosy. Zdarza się, że dzieci na kolacje powycieczkową często dostają makaron polany oliwą, albo bułę z masłem. Kładziemy ich spać, i wtedy ignorujemy graty na podłodze, albo zgarniamy burdello w jedno miejsce a potem starannie omijamy je wzrokiem, popijając piwko (dobre na zakwasy) i polegując miło.

Opcja muł pociagowy. 
Trzeba dzieciorzyznę i ich akcesoria tachać w nosidłach, czasem trzeba tachać zmęczonego rowerzystę (z rowerkiem rzecz jasna), albo ciągnąć słodki ciężar z nieocenionej królewskiej przyczepce. Nie jest źle w gruncie rzeczy, sprzęt mamy bardzo przyjazny i ułatwiający podróżowanie z dziećmi, ale, mimo wszystko, te kilogramy nie znikają…

Umykające wrażenia.
Wiele razy pisałam o tym, że podróżowanie z dziećmi jest po prostu inne, że inne są wrażenia, że ich intensywność koncentruje się gdzie indziej, że tak jest po prostu i nie ma co się nastawiać na bicie jakiś rekordów. Niemniej, czasem trochę żal, zwiedzania wieczornego, niektórych atrakcji, koncertów, oglądania zachodów słońca na plaży, beztroski i swobody.

Bywa, że mimo naszych starań organizacyjnych, nieletni strzelają focha.
Idą im zęby, niewsypali się, zaczyna im się infekcja (o czym dowiadujemy sie po fakcie oczywiście. To pzypadek ostatniej wycieczki) wstali lewą nogą po prostu. Wtedy zaciskamy zęby i czekamy, aż przejdzie, albo modyfikujemy plany (bo przecież chodzi o przyjemność, a nie obowiązek), robimy dłuższy piknik.

Problemy zdrowotne.
Pojęcie dość szerokie. U nas np. takim problemem okazała się choroba lokomocyjna (u obojga), skutkująca wieloma postojami na górskich serpentynach, miską specjalnego przeznaczenia obowiązkowo na wyposażeniu i bogatą garderobą do przebrania. Albo nagła gorączka, ugryzienie, upadek itp. Brr.

Zwykła, ogromna, odpowiedzialność, za drugiego, małego człowieka. 

Inne, nieprzewidziane trudności i wyzwania losu, które z maluchami zawsze powodują nieporównanie większe komplikacje. (vide nasza dwudniowa wycieczka rowerowa wzdłuż Rodanu).

Ale.
Sami się pewnie domyślacie, czy nas to zniechęca?

8 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckospacerzima

Spacery zimowe

by Paulina 20 stycznia, 2016

Zima zima, zaśnieżyło, korzystamy.
Dziadzia przywiózł nasze prehistoryczne sanki, w pełni sprawne, dzieciaki poznają wreszcie co to jest.

„Idziemy na dwór” oznajmiam, „na sanki”, dodaję, spodziewając się, że dzieciaki w te pędy pójdą zrobić siku i stawią się w przedpokoju gotowe na kombinezonki i skafanderki. Ale nie ma lekko. Wilczek musi koniecznie kończyć zabawę pociągiem, wpada w rozpacz, bo siostra mu rozwaliła tory, i „masynista się zgubiła”. Kątem oka widzę, jak rozwalacz torów podskakuje w rajstopie na jednej nodze z nieszczęsnym duplo ludzikiem w łapce. Wymieniam maszynistę na duplo kotka, zarządzam absolutnie ostatnią rundkę pociągu. Daję pić Iskrze. Zakładam im (i sobie) te warstwy nieszczęsne, robi się gorąco. Przebieram zalaną piciem bluzeczkę.
Prawie gotowe, dzieci zbiorowo odczuły potrzeby toaletowe (mój błąd, trzeba było zapytać o siku wcześniej). Ubieramy się. Znowu. Mocuję się z wilczkowym zamkiem w kombinezonie, Iskra znika z pola widzenia. Po chwili odnajduję ją w łazience, w nieswojej (oczywiście) czapce, próbującą napić się płynu do soczewek. Coraz cieplej. Jeszcze krem na buzię, szaliki, poszukiwania jednego buta córy (znalazł się w kuchni, obok wzgardzonej skórki od chleba). Wychodzimy, wolę nawet nie sprawdzać, ile czasu minęło od mojego hasła o wychodzeniu. Sanki pod pachę, dzieciaki za ręce, złazimy z trzeciego piętra, ja, mnąc przekleństwa pod nosem, dwa ludziki michelin chwiejąc się niebezpiecznie, przysiadając na schodkach, walcząc o autonomię domagając się założenia rękawiczek JUS TELAS, lub chcąc koniecznie trzymać siostrę za rękę.
Uff. Pomrukuję jakieś teksty o cholernej zimie, cholernych spacerkach, kwiecie lotosu, ciężkich sankach, zapomnianych chusteczkach i jeszcze inne takie…

Idziemy. Tzn ja idę, i ciągnę towarzystwo po resztkach śniegu na pilnie odśnieżanych chodnikach.

Aż docieramy nad rzekę, gdzie zupełnie za darmo dostajemy takie arcydzieło.

 Ot tak, dla nas. Migoczącą białość, połyskującą świetlistość, tysiące odcieni bieli. Przepiękne rysunki białych drzew, małe, lśniące kryształki na gałęziach tworzące taką właśnie obłędną całość. Zatyka z zachwytu. Nieletni gadają do kaczek, brną po śniegu, ciągną sanki, badają, oglądają, zyskują fantastyczne rumieńce i gluty pod nosem (których nie mam czym wytrzeć za bardzo…).

A jednak warto.

20 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

rodzinnie

by Paulina 31 grudnia, 2015

Zajrzałam wczoraj wieczorem do dzieci. Mała Iskra* jak zawsze rozkopana, z rozwichrzonym włosem, z trzema obowiązkowymi przytulankami wymownie rozrzuconymi wokół, śpi, Królowa Życia. Mały Wilczek* wtulony w Tygryska i Koziołka, zakopany w kołdrze samochodzikowej, jak zawsze na boku, oddycha spokojnie, oczka ma zamknięte z tymi obłędnymi rzęsami.
Śpią. Śpią. Zdrowi, szczęśliwi, otuleni miłością.


Ostatnia niedziela, 27 grudnia to Dzień Rodziny. Fajnie, że jest taki dzień, piękny i ważny, choć pewnie, w Poświątecznym Leczeniu Obżartego Brzucha nie zawsze go dostrzegamy.

Zresztą, rodzinę jako taką też niekoniecznie dostrzegamy, bo zwyczajne nie ma czasu na nabranie dystansu i zauważenie całej cudowności, jaką nam ona daje.
No bo jak dostrzec jakąkolwiek cudowność w pośpiechu, zmęczeniu i niewyspaniu. Gdzie jest miejsce na zachwyt w awanturkach, fochach, histeriach i buntach. Jak zauważyć cokolwiek pośród stosów prania, rozpacianego jedzenia, wylanego picia, i mas klocków lego na podłodze.
Rodzina to nie jest łatwa rzecz. Rodzina to sprawa mega trudna, wymagająca ogromnego zaangażowania czasu, energii, wiedzy i wszystkiego chyba. Rodzina bywa wkurzająca, stresująca i męcząca. Rodzina to niewygodne poczucie ogromnej odpowiedzialności, do końca życia, każdego dnia. Rodzina to schizofreniczny balans między mam-wszystkiego-dosyć-chcę-na-pustynię a nie-mogę-bez-nich-żyć-totalnie. Rodzina to rujnacja wielu innych planów, marzeń i aspiracji. Zresztą, oj tam oj tam, nuda i banały, każdy ma jakąś rodzinę i co z tego.

Wiele razy wzdychałam nad barwnymi reportażami z dalekich krajów, nad spektakularnymi karierami rówieśników. Nad kolejnym, cholernym dniem świstaka, nad kolejnym glutem, wiecznym bajzlem i porażkami pedagogicznymi.
Ale decyzja o założeniu rodziny była najlepszą jaką podjęłam w moim życiu.

Bo, czy można mieć większe poczucie sensu niż słysząc te naiwno – mądre pytania z ust przedszkolaka, że „nie wolno byc niedoblym plawda mamusiu”? Czy można dostać większy zastrzyk szczęścia na dzień dobry niż słodki cmok półtoraroczniaka  na przebudzenie poprzedzony teatralnym szeptem „Mamu pi” (mamusia śpi)? Czy można się rozwinąć bardziej jako człowiek niż będąc rodzicem?
Codziennie słyszę ich wrzaski i kłótnie, wyganiam fochy, zaciskam zęby i tłumaczę coś po raz milionowy, codziennie sprzątam syf przy stole, składam tony ciuszków, codziennie następuję na jakiś samochodzik/klocek, martwię się, denerwuję, nudzę i frustruję. I codziennie obserwuję, że czegoś nowego się nauczyli. Codziennie są mądrzejsi o nowe doświadczenie, moje dzieci. Codziennie pękam z dumy. Każdego dnia widzę wpatrzone we mnie oczy, pełne takiego uwielbienia, że aż mnie zatyka. Widzę, jak rodzą się jedyne w swoim rodzaju relacje bratersko-siostrzane, przyjaźń najprawdziwsza na świecie. Przyglądam się stópkom zwiniętym z przejęcia przy czytaniu książek. Przyjmuję na klatę Radość Absolutną z powodu zjazdu z brudnej zjeżdżalni i Rozpacz Totalną gdy skończy się sok jabłkowy albo czas oglądania misia uszatka. Każdego wieczora zasypiam znając się bardziej, mając oszałamiającą dość świadomość tego, że w oczach połowy domowników jestem wszechmocnym półbogiem i wzorcem z Sèvres w każdej kwestii.

Robi wrażenie.

Łapcie szczęście w Nowym Roku!

* Postanowiłam tak nazywać dzieci na potrzeby blogowe. Imionami pozostają nazywane w realu, niech tu mają ksywki. Iskra, zgapiona od Sapkowskiego, pasuje do naszej żywiołowej córy jak ulał, a Wilczkiem mianuje się nasz synek nieprzerwanie od ponad roku, ostatni protestował, gdy mówiliśmy o tym, że nie będziemy reagować na jego widzimisię: „nie jestem misię, jestem wilczkiem!” To jest.

31 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyleświętazima

coraz bliżej, coraz bliżej

by Paulina 22 grudnia, 2015

Pierwsze Święta w Polsce od trzech lat, i we własnym domu. Co prawda brak śniegu psuje trochę klimacik (moje biedne dzieci, poza tą wycieczką w góry, śniegu nie widziały), ale jest dobrze.

Nastrój robi się trochę samoczynnie, trochę przy okazji. Na początku grudnia zarwałam noc przygotowując mocno niedopracowany kalendarz adwentowy (przyznam się od razu, że pierwszego dnia nie było wszystkich paczek, na szczęście moje dzieci jakoś się nie spostrzegły)
Upiekłam też (z nieocenioną pomocą nieletnich) pierniczki. Podzielę się przepisem naszym rodzinnym, choć już jakby późnawo na to;)


0.5 masła
łyżka smalcu
1 szklanka miodu
przyprawa piernikowa (w tym roku robiłam sama, wyszła fantastyczna, z tego przepisu – wszystko w garnku zagotować i dodać do:
2 szklanki mąki żytniej
2 szklanki mąki pszennej
0.5 masła
Zagnieść. Może stać długo, w temperaturze pokojowej.
Przed pieczeniem dodać:

2 żółtka i szczyptę sody, zagnieść, rozwałkować,
wycinać kształty i piec.

Wycinamy, wycinamy, młodsza młodzież tez chce

Po upieczeniu, ciągle jeszcze ich nie udekorowaliśmy…

 U moich rodziców przygotowania pełną parą, światełka, choinki i Renifer wykonany przez mojego zdolnego brata.

 

I „chochinkę” ubraliśmy. Są oldschoolowe bombki od dziadków, koronkowe gwiazdki, słomkowe i papierowe ozdoby, światełka, będą jeszcze pierniczki.
Dzieci codziennie rano sprawdzają, czy ciągle stoi, no i zachwyt ten cudowny, bo „taka piękna mamusiu”.

Starożytny chochoł rodzinny

I już. Święta za chwilę, jakoś nie było czasu wpaść w gorączkę przedświąteczno – zakupową, słynny duch świąt pojawił się i nie naprzykrzał specjalnie, ujawniał się w tych małych, prostych momentach, w zapachach piernika, mandarynek i drzewka, w tych emocjach Ogromnych Największych gdy przyszedł Prawdziwy Mikołaj, w rytualnym rozpakowywaniu paczuszek z kalendarza, kolędach przyniesionych z przedszkola i śpiewanych znienacka („pała na wysokości, a pokój na ziemi”), w oczkach błyszczących i wypiekach rozemocjonowanych, „Trzeszczącej Płycie”, twórczości plastycznej pełnej pokracznych gwiazdek i garbatych Mikołajów i gdy dumni i bladzi pojechali po choinkę z tatą. I już, tylko tyle. I aż tyle.

Wszystkiego dobrego dla Was.

22 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowodzieckoslow lifestyle

easy like sunday morning

by Paulina 23 listopada, 2015

W weekendach uwielbiam poranki.Miłe, rodzinne, niespieszne poranki, dają dobrą energię na cały dzień. Takie wicie, w stylu slow.

Budzimy się rano (niektórzy raniej…) Pierwsza pakuje się córa, która czasem jeszcze zmruży oko, ale za chwilę dołącza starszy brat, z duplową hałasującą lokomotywą i duplowym strusiem dla siostry. Która, zainspirowana, biegnie po swoje gadżety i wraca z książeczkami, pokrzykując „Babo i Lalo”,  i pakuje się z powrotem, ładując oczywiście swoje łokcie, kolana i pięty w nasze oczy, szyje i brzuchy. Powoli, nasze łóżko przepełnia się dzieciowością, bardziej lub mniej intensywną i głośną (w zależności od natężenia konfliktów). Jesteśmy twardzi, leżymy łowimy resztki snu, odsunięci od siebie kokoszącymi się nieletnimi, czasem zetkniemy się stopami, czasem uda się nawet cmoknąć na dzień dobry.

Potem na zmianę myjemy się i szykujemy śniadanie (w asyście głodnych okrzyków).

A potem zasiadamy z kawą, dzieci chwilowo szczęśliwie zajęte w swoim pokoju.

Jest idealnie.
W głośnikach brzmi miła muzyka – mamy taką kategorię, „niedzielne płyty”, ma być przyjemna, nie smęcąca, ale i nie łomocząca, np Sting.
Mocna, choć delikatna w smaku kawa z aeropresu pachnie i smakuje cudownie, przegryzana kawałkiem tiramisu. Jest nam miło i ciepło (na ciele i sercu). Jest wygodnie, bezpiecznie i szczęśliwie, jest pełnia i moc.
Sielankowy nastrój burzy co prawda po chwili tabun naszych dzieci z samochodzikami w rączkach i okrzykami na ustach, wdrapujący się na kolana i sięgający do filiżanek z kawą, dopytujący o ciasteczko, i wycierający się o moją luksusową, specjalnie-na-weekendy piżamę w wybitnie nie-mamowym, białym kolorze… Ale to przecież dalej sielanka jest, trochę tylko przybrudzona, bardziej intensywna i głośniejsza – kwestia nastawienia ( i nastroju dzieciaków…;) )

23 listopada, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckokultura z dzieckiemkulturalnieprzyjemnościrozmyślania

Czy warto brać dzieci na imprezę muzyczną?

by Paulina 1 lipca, 2015

W prehistorycznych czasach bez dzieci uwielbialiśmy koncerty i festiwale muzyczne (na jednym z takich festiwali zostaliśmy parą…13 lat temu:) )
Ale odkąd mieszkamy we Francji  i nie mamy komu podrzucić drobiazgu, ta przyjemność nas omija. Odpuściliśmy temat.
Za sprawą jednak dwóch wydarzeń z ostatnich tygodni sytuacja ciut się poprawiła – na tyle tylko żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie słuchania muzyki na żywo. I żeby zatęsknić mocno.

Pierwsze miało miejsce 21 czerwca, gdy cała Francja zatraca się w
muzycznej uczcie. (tak było podczas Święta Muzyki w 2014 roku. A
przynajmniej na początku). W tym roku zapakowaliśmy młodzież do nosideł,
zaopatrzyliśmy w prowiant i przytulanki, i ruszyliśmy w miasto.
Przez
parę godzin, do (niezbyt późnej) nocy, mieliśmy okazję poskakać w
rytmie reggae, romantycznie potańczyć przy fontannie, do pięknie
wykonanych jazzowych standardów, posłuchać kapitalnej orkiestry dętej,
uciekać od zbyt głośnych bitów i zbyt mocnego rocka, i przystawać przy
paru jeszcze scenach.

Dzieci nie narzekały, początkowo nawet uczestniczyły aktywnie, później córa zasnęła, a synek był zadowolony, że doczekał 'ksiełzyca’. Dobrze, że wzięliśmy nosidła, a nie np wózek i rowerek, czy nawet przyczepkę. Przy takiej ilości ludzi, dzieciom na pewno lepiej było na górze, a nie wśród nóg tłumu.
Cieszę się, że udało nam się zażyć trochę imprezy, mimo trzylatka i roczniaka na plecach.

 
Druga impreza pozostawiła większy niedosyt. W Vienne, miasteczku oddalonym 30km
od Lyonu, od 35 lat odbywa się festiwal jazzowy. O jego renomie
świadczą muzycy w nim uczestniczący – w tym roku między innymi Marcus
Miller, Melody Gardot, George Benson czy Sting. Chcąc liznąć choć trochę tej
atmosfery, zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodu i ruszyliśmy
na koncerty dzienne i otwarte dla wszystkich. Nie zdążyliśmy niestety
na pierwszą część, dlatego pokrążyliśmy trochę po miasteczku (Samo w
sobie zdecydowanie warte zobaczenia. Byliśmy tam przy okazji naszej pierwszej wycieczki Via Rhona. To miasto jeszcze z czasów starożytnych, z mnóstwem antycznych zabytków – w
największym z nich, ogromnym amfiteatrze rzymskim, odbywają
się główne koncerty.)

Amfiteatr. Jeden z największych w starożytnym świecie. W czasach świetności mieścił nawet 13tys. widzów. Tu widok z pobliskiego wzgórza.
Widok z tego samego wzgórza na miasto i Rodan.

Po południu udało się być na małych
koncertach w parku. Nawet trochę posiedzieliśmy, nawet udało się
zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać w muzykę (córa tańczyła, kokietowała pozostałych widzów, a
synek nawet posiedział chwilę z nami robiąc wrażenie że słucha). Dość
szybko jednak roczny wspinacz zauważył schody, czyli najlepsze wyzwanie, więc w mig porzucił pląsy, zalotne uśmiechy i zabawę w akuku z współsłuchaczami, a trzyletni meloman zaczął odczuwać brak popołudniowej drzemki i
upał, co zawsze oznacza marudy i jęki, więc nie chcąc psuć innym wrażeń,
musieliśmy się ewakuować. W drodze do samochodu smętnie zerkaliśmy na
coraz to nowe grupy rozkładające swoje saksofony i kontrabasy by grać na
ulicach…

Schody, schody, Tato nie zabieraj mnie, ja muszeeeeeeeee.

Tak że ten. Jazzu posłuchaliśmy w domu, jak już młodzież poszła spać.

Ostatnia refleksja nie jest więc
najpozytywniejsza ( ani najbardziej odkrywcza)… Koncerty i festiwale są
fajniejsze bez dzieci. Pewnie łatwiej byłoby z pojedynczym dzieckiem,
może łatwiej będzie jak będą trochę starsze… Tymczasem jednak, następnym razem, dzieciom zorganizujemy imprezę u dziadków, a sami posłuchamy trochę muzyki z zamkniętymi oczami.

1 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessrozmyślania

6 rzeczy, które docenia się bardziej będąc rodzicem

by Paulina 26 czerwca, 2015

Wiadomo, ze bycie rodzicem zdecydowanie zmienia postrzeganie świata, i otwiera nowy rozdział w życiu. Nowe życie, nowy człowiek, nowe umiejętności do wpisania w cv.
Ale okazuje się tez, ze jest  szereg spraw, których nie docenilibyśmy, czy wręcz nie zauważyli, gdyby nie dzieci.

Sen
„Szkoda czasu na sen”? No nie szkoda. Nieprzespane nie z własnej woli noce maja ogromny wpływ na wszystko – koncentracje, cierpliwość, nastrój ogólny, ogarniecie, pomysłowość. Niesamowite, jak porządna dawka nieprzerywanego snu poprawia jakość życia. Tak banalne i oczywiste, ze aż często zapominane

Cisza
Gdy trzylatek nie przestaje gadać (oczekując natychmiastowej reakcji, odpowiedzi, lub co najmniej potwierdzenia), a roczniak… tez nie przestaje gadać (a niedobory słownictwa nadrabia dobrymi chęciami, natężeniem decybeli lub rękoczynami), gdy ich radosne gadanie zmienia się w płacz, jęki lub pisk… Wtedy cisza staje się najwspanialszym dźwiękiem do słuchania.

Czyste ciuchy
W rzeczywistości pełnej brudnych łapek i buź, zabaw w piasku, pyle i na trawie, glutów, łez i innych, czysta koszulka jest rzadkością i zawsze jestem bardzo zaskoczona, gdy uda mi się dotrwać do wieczora bez przebierania się, albo gdy nie ma nic do prania.

Porządek w domu
Stan nieosiągalny. Zwlaszcza przy rocznej córce, dla której punktem honoru jest wyjęcie maksymalnej ilości rzeczy z półek w minimalnie krótkim czasie. Jest w bałaganieniu bardzo metodyczna i dokładna, nie ominie żadnej skarpetki zrzucając świeżo powieszone pranie, wyjmuje i ogląda każda książeczkę, bada (i smakuje) każdą kredkę brata do której uda jej się dobrać. Wygląda to dokładnie tak.

Pozornie małe sukcesy (dziecka i rodzica).
Schodzenie z łóżka i chodzenie jako takie, podskakiwanie, nabicie widelcem oliwki, włożenie butów; a także wybranie się na spacer szybciej niż w 40minut, wypicie całej, gorącej kawy, wyprawa z przychówkiem na targ po zakupy, uśpienie obojga w tym samym czasie, zrobienie obiadu z asyst głodnych piskląt… To wszystko daje całe mnóstwo satysfakcji i dumy, codzienni człowiek czuje się jakby podpisywał ważny kontrakt.

Male cudowności
Istnieją specjalne poradniki i kursy mindfulness, treningi uważności. A rodzic ma najlepiej wykwalifikowanego trenera na co dzień. Nikt tak jak dziecko nie praktykuje uważności, nie jest zanurzone po uszy w rzeczywistości, nie kontempluje świata i jego małych – wielkich cudów. „Wszystko co znam to wyłącznie cuda. Czy stoję pod
drzewami w lesie, czy rozmawiam za dnia z kimś, kogo kocham. Podziw
budzące owady w powietrzu, cienka krzywizna wiosennego nowiu, to dla
mnie cuda, całość pełna powiązań , a jednak każdy cal przestrzeni jest
cudem. Codzienny zwykły trud. Codzienny zwyczajny cud….  „*

Zdecydowanie, myślę, moim brudnym, budzącym się w nocy, głośnym odkrywcom należą się podziękowania… Jak to wygląda u Was? Jestem bardzo ciekawa innych nieoczywistych korzyści z rodzicielstwa:)


Jeśli spodobał Wam się ten post, będę wdzięczna za lajkowanie i udostępnianie:)

*Walt Whitman, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć kilkulatek. Zwłaszcza to o owadach.

26 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

time of glimmers

by Paulina 17 maja, 2015

Wiadomo, że bycie rodzicem, bywa męczące, wkurzające, frustrujące.
Że dni są monotonne, że wiecznie trzeba robić pranie/składać wyschnięte rzeczy/zbierać brudy z podłogi, że człowiek ciągle się potyka o samochodziki, następuje na klocki, wchodzi skarpetką w rozlane picie, że słyszy bez ustanku płacze / piski / jęki /mamowaaaaaaanie.

Huśtawka nastrojów, od euforii i przelewającego się uszami szczęścia, po walenie głową w ścianę otwiera drogę do rozstroju psychicznego.

Ale otwiera też na szereg przeżyć i odkryć jedynych w swoim rodzaju.
Pozwala cieszyć się rosnącymi kwiatkami przed oknem. I zmianą świateł na przejściu dla pieszych. I tym, że na myjni akurat jest samochód i kręcą się szczoty. Przejeżdżającą śmieciarką i hałasem koparki za oknem. Pająk znaleziony pod prysznicem to nie powód do obrzydzenia, tylko radość że przyszedł do nas Kleofas (Kleofas towarzyszy nam w słoiku przy śniadaniu, po czym zostaje wypuszczony za okno, szukać żony). To serdeczne uśmiechy obcych ludzi. Prawie rozjechaną rowerem dżdżownicę przekłada się uważnie na trawę z pouczeniem, że „tseba uwazać dzownico”. Zachwycanie się chodzeniem, smakiem pomidora, kąpielą.

A deszcz w długi weekend to nie zepsute plany wycieczkowe, tylko krople spadające do obserwowania przez okno z krzesła w salonie, wspaniałe kałuże przed domem do przejeżdżania po nich rowerem, i na pewno mnóstwo ślimaków na chodnikach. A ślimaki, jak wiadomo, to już czysta radość.


17 maja, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślania

moda kury domowej

by Paulina 11 maja, 2015

Tak się złożyło, że moja potrzeba budowania rozsądnej, dobrej jakościowo i „mojej estetycznie” garderoby zbiegła się z macierzyństwem.

Co sprawiło, że na wizję tego, jak chciałabym wyglądać, duży wpływ ma moje nieletnie towarzystwo. A rozważania, jak się ubierać po domu zdominowała wygoda. I praktyczność.

Dlatego chociaż uwielbiam rozpuszczone włosy i mój jasny trencz, to obydwie opcje na co dzień po prostu się nie sprawdzają. Lubię też obcasy, ale teraz noszę je tak rzadko, że gdy już je założę czuję się w nich taka wystrojona.
Jeszcze niedawno, gdy podstawowym posiłkiem córy było moje mleko, jednym z podstawowych czynników decydujących o wyborze bluzek i sukienek była kwestia możliwości dyskretnego i wygodnego karmienia piersią – czyli duży dekolt, albo guziki, fason koszulowy, albo kopertowy. Z żalem patrzyłam na golfy (choć nigdy ich nie lubiłam), sukienki zapinane na plecach, obcisłe bluzki bezdekoltowe.

Zgodnie z zasadą „mniej ale lepiej”, staram się kupować mniej ale są to ubrania dobrej jakości, które pasują do siebie (i do mnie! To niby oczywiste, ale dopiero niedawno zaczęłam tę zasadę stosować przy zakupach) i w których dobrze się czuję. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że nawet najlepszej jakości t-shirt, kaszmirowy sweter, czy sukienka made in Poland z trudem zniosą ustawiczny kontakt z małymi brudnymi łapkami, szarpanie i rozciąganie dekoltu, smarki i plamy jedzeniowe. Słowem, nie sprawdzą się jako ubrania „po domu”

Gdy po raz kolejny trzeba zmienić bluzkę, bo dziecię o umazanej burakowo buzi raczyło się przytulić mocno-mocno do mojego ramienia, mam ochotę olać ten cały wygląd, i dnie spędzać w dresach w kolorze umownym.
Ale zaraz przed oczami staje mi teściowa, całe życie zajmująca się domem w pełnym makijażu i złotej biżuterii. A poza tym – dla kogo mam ładnie wyglądać, jeśli nie dla siebie i męża?
I nie wiem, może rozwiązaniem była by podomka / fartuch narzucana na moje kaszmiry i bawełnę egipską i zrzucana gdy tylko bachorstwo pójdzie spać, albo gdy już uda nam się wyjść na spacer?

Nie lubię przeczekiwania i nie chcę trwać w poplamionych dresach do momentu gdy dzieci podrosną i nabiorą manier i ogłady, dlatego, jak oryginalnie, wybrałam złoty środek. Czyli na co dzień moje domowe ubrania charakteryzuje… nazwijmy to estetyczna wygoda.

Płaskie buty (w zależności od pogody, trampki, botki za kostkę, espadryle lub sandały)
Na górę koszula lub t-shirt. A ponieważ nie mam finansowych możliwości na poddawanie próbom tych podobno najlepszych, na ogół kupuję w bardzo przyzwoitym jakościowo i korzystnym cenowo (gdy są promocje) GAPie. Fajną opcją też są second handy, ale we Francji to raczej vintage shopy, w których raczej nie  ma mowy o ciuchach na kilogramy.

Na dół przeważnie wysłużone jeansy, albo chinosy. Szorty. Czasem wygodna rozszerzana spódnica.
Albo prosta dzianinowa sukienka.

Włosy upinam w kok, albo zaplatam w warkocz. 

W weekendy, na wspólnych spacerach  dalej jest wygoda, ale trochę bardziej estetyczna. Wyciągam trencz i włosy rozpuszczam. Zakładam ładniejsze sukienki. Czasem dodaję koronkowe rajstopy. Zakładam kolczyki, coś na szyję.

Dzisiejsze zdjęcia to właśnie kura domowa na co dzień. Rozczochrana, z rozmazanym makijażem (nie ma go i tak za dużo – krem bb i kredka na oczy, czasami tusz), z tylko raz zmienioną koszulką, w którą wytarto łapkę poszparagową, leniwie łapiąca popołudniowe słońce na ławce przed domem (gdy tylko nie babrze się z dziećmi w pyle, nie poprawia czapeczek, butów i spodenek, nie biega za piłką, nie wyciera glutów/rąk/buź.)
I jedno, dla kontrastu, weekendowe.

11 maja, 2015 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

in a new euphony

by Paulina 26 stycznia, 2015

 Ostatnio zdałam sobie sprawę, że mimo deklarowanego rozkoszowania się teraźniejszością i zachwytu codziennością, często jest tak, że codzienność mnie nudzi a od teraźniejszości uciekam.
Nic nadzwyczajnego w sumie. Chwile nie angażujące umysłu, wykorzystane są przez umysł na swobodne wędrówki… I tak, śpiewając kołysanki, czytając książeczki (znane na pamięć), zmywając, itd odpływam myślami daleko bardzo, planuję, gdybam, marzę. Ale ostatnio moje myśli zbłądziły właśnie w kierunku tego błądzenia, i tego, dlaczego błądzę (we need to go deeper…).
Pomyślałam sobie, że czasami chyba jestem jak ktoś, kto jedząc czekoladę fantazjuje o bezach…  Czas z dziećmi, jedyny taki czas, który tak szybko przemija, przeczekuję, z hasłem „byle do wieczora” i „byle do weekendu”. Uciekam od tych dzieci, przysiadam przy komputerze przy każdej okazji, żeby się pogapić bezmyślnie na ładne zdjęcia, albo poczytać mniej lub bardziej wartościowe teksty. I w ten sposób ani nie jestem z dziećmi, ani nie robię nic konstruktywnego, a do tego takie przeczekiwanie jest potwornie męczące.

A dzieci rosną, zmieniają się, z każdym dniem bliżej do 18…

I wiem, że będę za tą „błogą domowością” tęsknić, i za tym czasem maleńkości dziecięcej, za pierwszymi krokami, pierwszymi słowami, za tą nieporadnością dziecięcą, za dziecięcą pomysłowością i zachwytem dziecięcym, za pulchnymi stópkami, za spojrzeniem pełnym ufności i totalnej wiary w moją absolutną wszechmoc.

Dlatego pomyślałam, żeby bardziej się angażować w to, co robię. Próbować autentycznie przeżywać każdą chwilę.
Nie zamierzam codziennie kontemplować struktury piany podczas mycia naczyń, nie ma siły, żebym zaangażowała się emocjonalnie w perypetie Elmera, nie będę się zachwycać zasyfioną podłogą wokół fotelika jedzeniowego.
Ale jednak postaram się zamienić byledowieczoryzm na autentyczne bycie tu i teraz, na smakowanie, doświadczanie, przeżywanie totalne.

26 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • Bieszczady z dziećmi. Znowu!

    10 sierpnia, 2018
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry