Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

dziecko

dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowaniezmysły

zabawy wspomagające integrację sensoryczną

by Paulina 27 marca, 2018

Tytuł brzmi okropnie przemądrzale, wiem.
Ale zapewniam, że moje propozycje takie nie będą:)

Problemy z integracją sensoryczną to dzisiaj spory problem. Objawia się w zachowaniu (i tzw grzeczności dziecka), trudności z koncentracją, słabą koordynacja ruchowa, niezdarnością, nadwrażliwością na bodźce (np wszystkie ubrania są gryzące, dziecko nie chce się przytulać), lub wręcz przeciwnie, ciągłym poszukiwanie bodźców – nadaktywność i brak hamulców. 
Z
czego one wynikają, oczywiście nie do końca wiadomo, jak zwykle, ale
wiele ekspertów jako jedno ze źródeł problemu mówi o tym że dzisiejsze
dzieci nie eksplorują świata wszystkimi zmysłami.

Wszystko jest
strasznie bezpieczne, kanty są usuwane, brud wycierany, na placach zabaw
co chwilę słychać, zostaw, nie siadaj nie dotykaj, to brudne (same
place zabaw zresztą też zrobiły się aż do znudzenia przewidywalne,
sztampowe i z dokładnie wyznaczonymi rodzajami zabaw).
Zabawki są
gładkie i plastikowe – jeśli dostarczają bodźców zmysłowych, to tych
agresywnych i bezsensownych, czyli świecąco migocących i głośnych
syntetycznych dźwięków. Do tego dochodzą oczywiście smartfony i tablety i
najmłodsze maluchy które sprawnie smyrają sobie po gładkich szybkach.
„90% dzieci poniżej 2. roku życia ogląda jakiś rodzaj mediów
elektronicznych, a dzieci do 2. roku życia oglądają średnio 1-2 godziny telewizji dziennie.
1/3 dzieci ma telewizor w sypialni w wieku 3 lat. 39% rodziców małych
dzieci potwierdza, że telewizor jest w ich domach włączony, przez co
najmniej 6 godzin dziennie! (źródło)” To też nie pomaga…


Wszystkie zmysły są ważne. Ważne jest dotykanie, czucie różnych struktur, słuchanie najróżniejszych dźwięków, smakowanie, wąchanie i oglądanie oczywiście też.

Moje propozycje wzmacniające integrację sensoryczną są zupełnie zwykłe,
nie ma w nich nic odkrywczego, integracja sensoryczna wzmacnia się
tutaj trochę przy okazji. Nasze pokolenie po prostu się tak bawiło (i
może dlatego nie doceniamy takich właśnie zabaw jako rozwojowych). Nie
potrzeba żadnych specjalnych
zajęć, drogich zabawek, ani mnóstwa czasu, ani specjalnych przygotowań. 
Kluczem tutaj
jest uważność. Uważność na daną chwilę. Robimy obiad? (prosty makaron z
cukinią i tymiankiem), dajemy do pomacania mąkę, kawałek makaronowego
ciasta, dajemy do wąchania tymianek, i, np dla porównania, oregano.
Zwracamy uwagę na świeży śnieg, na pierwsze pączki na drzewach, na kwiatki, na strukturę owoców. Zachęcamy – dotknij, poczuj, zauważ. To świat jest właśnie, cudownie różnorodny. Zadajemy
pytania, jakie to jest, czy zimne czy ciepłe, czy przyjemne, z czym ci się kojarzy.
Dzieci
naturalnie mają tę fantastyczną skłonność do poznawania totalnego. Nie
przeszkadzajmy im w tym. Pozwólmy wziąć do ręki pasikonika, chrabąszcza,
gąsienicę i żabę, nawet jeśli sami się trochę brzydzimy. Głaszczmy
trawę. Wąchajmy. Kucnijmy razem z nimi, weźmy lupę na spacer i
obserwujmy mrówki.

 

rozszerzanie diety

  • Wspomaganie integracji sensorycznej można zacząć już w okresie niemowlęcym. Polecam noszenie w chuście i delikatne relaksujące masaże przed kąpielą. Głaskanie i przytulanie, bujanie. BLW przy rozszerzaniu diety.
  • Smyranie, głaskanie, rysowanie palcem na pleckach
    prostych rzeczy (typu serduszko, słońce, domek) i odgadywanie co to
    jest – to pozwala fajnie skupić się tylko na dotyku. I jest zwyczajnie
    przyjemne.
  • Wąchanie przypraw przy okazji. Zresztą, nie tylko przypraw, w ogóle wąchanie, opisywanie tego, co czujemy.

  • Jedzenie z zamkniętymi oczami.
    Fajna jest zabawa w jedzeniowe odgadywanki. Zawiązuję dzieciakom oczy,
    sadzam je na blacie w kuchni i daję do próbowania różne rzeczy – mają je
    opisywać i odgadnąć, co dostały. Arcyprosta rzecz, bardzo przyjemna a
    jednocześnie trochę otwierająca na nowe smaki.
  • Chodzenie na bosaka, nie tylko po delikatnym ciepłym piaseczku, ale też po trawie, po ziemi, po błocie, po lesie, generalnie po podłożu o różnej fakturze – same korzyści, dla zdrowia, postawy, przyjemności.

gotowanie a integracja sensoryczna,

  • Robienie ciasta z rodzicami, wspólne gotowanie,
    zabawy w mące, wkładanie rączek do kaszy, ryżu, soczewicy. To bywa
    nieco bałaganogenne, ale czy jakiekolwiek dziecięce aktywności nie są?
    Poza tym dziecięce „pomaganie” w kuchni działa też dobrze na ich
    otwartość kulinarną, angażuje w domowe obowiązki (widzą, że jedzenie nie
    przygotowuje się samo), daje im poczucie że są potrzebne i ważne.

  • Kontakt ze zwierzętami. Ten oczywisty, jak głaskanie kotów, czy zabawy z psami, ale też dżdżownice, chrabąszcze i żaby
  • Przyroda przyroda przyroda. Szyszki, błoto, piasek, trawa. Wspinanie się po drzewach, bieganie, skakanie, najróżniejsze naturalne przeszkody. Puszczenie dzieci wolno w plener – nie tylko latem na plaży, ale nawet teraz, przy tej pogodzie zimno błotnistej. Pozwalanie dziecku na eksperymenty, próby, pobrudzenie się i przewracanie.
  • rowerek biegowy,
  • huśtanie się, wieszanie, 
  • Ciecz nienewtonowska i wszelkiego rodzaju mazie, piankoliny, ciastoliny i inne eksperymenty z mąką ziemniaczaną, piasek kinetyczny.
  • Wspólne zabawy ruchowe, w domu i na dworze.
    Turlanie się, przepychanki, łaskotki, robienie taczki, zawijanie się w
    koc, robienie baz z koców i poduszek. To tez jest bardzo naturalne i
    bardzo potrzebne, a jakoś zanikło mam wrażenie.
  • Bujanie w kocu, dzieci to uwielbiają. A poza tym wyciszają się i uspokajają, rozwijają im się wtedy mózgi.

  • Robienie zup błotnych (z szyszkami, igłami, ziemią, owocami, patykami), wszelkie babranie się.

I tak dalej. Jak widzicie, większość tych zabaw nasze pokolenie traktowało jak niezbywalną część rzeczywistości, zupełnie naturalną, a nasze dzieci, wychowywane na ogół w czystości, komforcie, bezpieczeństwie już takiej rzeczywistości naturalnie nie mają. Dlatego warto się na takie uważne odczuwanie świata otworzyć, to pomoże nie tylko dzieciom.


*Dla porządku i ścisłości dodam tylko, że nie jestem terapeutą i te propozycje zabaw wspomagają SI, ale nie zastąpią profesjonalnej terapii jeśli taka jest potrzebna.

27 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustadziecko

chustonoszenie w praktyce cz.2

by Paulina 21 stycznia, 2018

  

chustonoszenie, dziecko w chuście, rodzicielstwo bliskości

Dzisiaj część druga praktycznego chustonoszenia. Będzie o prawidłowym wiązaniu, wyborach chusto / nosidło / wózkowych i ubieraniu się. A część pierwsza, bardziej ogólna, tutaj.

Jak wiązać chustę

Gdy już mieliśmy naszą chustę w domu, pojawiło się oczywiście pytanie, co zrobić z tą wielka płachtą?
Przy
zakupie każdej chusty dostaje się książeczkę z instrukcjami różnych
rodzajów wiązań. Jest też sporo filmów pokazujących co i jak. I są
doradcy, warsztaty, noszący znajomi.
My nauczyliśmy się podstawowych wiązań właśnie z tych instruktażowych książeczek i youtube’a. Początkowo ćwiczyliśmy na poduszce,
polecam tę metodę, trochę się można z chustą obyć, poczuć na sobie,
poćwiczyć dociąganie bez robienia krzywdy dziecku. Swoją drogą warto zacząć wiązać jak najwcześniej, gdy dzieciak jest naprawdę malutki – fakt że noworodki są wiotkie i kruche, ale też wtedy jest największa szansa, że dziecko chustowanie polubi. Dobrze jest zacząć, gdy maluch jest wyspany i najedzony i generalnie zadowolony z życia. Rodzic też powinien być wyluzowany i spokojny, niemowlaki wyczuwają różne nerwy. I nie odpuszczać, jeśli dziecko się wierci i marudzi. Tzn, jeśli się wierci i marudzi, rozwiązać, i za jakiś czas spróbować znowu.Możecie zrobić sobie zdjęcie i umieścić na forum chustowym z pytaniem o porady.
Gdy
już ogarnęliśmy podstawowe wiązania, byłam parę razy na zajęciach z
tańca z chustą i tam miałam okazję zweryfikować z profesjonalistą moje
wiązanie, wymieniłam się z noszącymi dziewczynami doświadczeniem
Przy dociąganiu dobrze jest popracować trochę ciałem, ruchami np barków pomóc w dociągnięciu. Dobrze jest, jeśli planujemy dłuższe wyjście, też pochodzić chwilę z zawiązaną chustą po domu, żeby się wszystko ułożyło, i ewentualnie dociągnąć, jeśli coś się poluzuje – takie poprawki są wygodniejsze jeśli robimy je na spokojnie w domu, przed lustrem i bez ubrań wierzchnich.

TADAAAAM! Początki zawsze są trudne:D Tak właśnie wyglądało pierwsze
zamotanie Wilczka. (Uspokajam od razu, że to zamotanie było bardzo
krótkie;) )

A skąd wiadomo, że chusta jest dobrze zawiązana?

Ma być wygodnie.
I dorosłemu i dziecku. Powinniśmy czuć cały przytulony brzuszek
dziecka. Nie powinno nas nic uciskać ani ciągnąc. Powinniśmy czuć ciężar równomiernie rozprowadzony na całych plecach, nie powinny nas ciągnąć ramiona.
Maluch ma mieć pozycję rozpłaszczonej żabki, nóżki odwiedzione na boki  i zgięte w kolanach pod kątem prostym, a ręce na boki, mają jakby przytulać noszącego.
Chusta powinna być równomiernie dociągnięta
na całych plecach dziecka. Dlatego właśnie ten splot skośno krzyżowy
jest taki ważny, dzięki niemu naciągnięcie jest dobrze rozprowadzone.
Dziecko w chuście nie siedzi! A zwłaszcza malutkie dziecko – chusta ma za zadanie przytrzymywać całe plecki.
Nie powinno być żadnych fałdek i luzów. (tutaj właśnie paski pomagają nam w ocenie)

Chusta czy nosidło

Dla nas decyzja była automatyczna, prze
pierwszym dziecku nawet nosidła nie rozważaliśmy, bo nosidła
ergonomiczne nie były wtedy tak rozpowszechnione. A potem uznaliśmy, że
nie ma potrzeby mnożyć bytów.
Za nosidłem
przemawia to, że jest łatwiejsze w obsłudze. Za to chusta jest bardziej
uniwersalna – w chustę zamotamy zarówno noworodka, jak i dwulatka na
wiele różnych sposobów (zarówno z przodu, z tyłu jak i z boku, na
biodrze).

Kiedy chusta kiedy wózek?

Nigdy nie byłam radykalistką, która w
imię noszenia dziecka i korzyści z nim związanych pozbywa się wózka jako
zła burzącego więź rodzica z dzieckiem. Zdecydowanie uważam, że warto
mieć i chustę i wózek, to dwa sprzęty (choć nie wiem, czy o kawałku
tkaniny można mówić „sprzęt”), które bardzo fajnie się uzupełniają.
Przede wszystkim, choć w chuście ciężar dziecka jest dobrze rozłożony, to jednak on nie znika. Gdy jestem zmęczona, bolą mnie plecy, gdy idę po zakupy, wybieram wózek.
Albo, gdy wiem, że będę na dworze na tyle długo, że mały zgłodnieje,
też biorę wózek. Dziecko w chuście nie jest zbyt ciepło ubrane, i
dlatego wyjmowanie go z chusty na karmienie na dworze (gdy jest zimno)
nie jest dobrym pomysłem.
Może to próżne i samolubne, ale wybieram też wózek, gdy chcę założyć takie ubranie, w którym noszenie będzie niewygodne. Co prowadzi nas do następnego punktu, czyli

Jak się ubierać (i dziecko) do noszenia w chuście

Wygodnie!
Maluch
nie powinien mieć żadnych dżinsików, sukienek, podwijających się
bluzek. Najlepszy jest zwykły pajac, albo body i miękkie dresowe
spodenki/legginsy.
A rodzic? Dziecko jest przytulone do nas
naprawdę ściśle, dlatego najlepsze jest miękkie i wygodne ubranie – bez
guzików, aplikacji i zdobień – nic co mogłoby uciskać lub przeszkadzać maluchowi. Mnie najwygodniej jest w zwykłych bawełnianych, przylegających bluzkach, albo sukienkach. 
W lecie staram się unikać gołych ramion i wielkich dekoltów.
Po pierwsze łatwiej jest mi dociągnąć materiał nie po gołym ciele,
tylko po materiale. Dociąganie i noszenie w chuście w bluzce na
ramiączkach np może skończyć się nieprzyjemnymi otarciami. No i w lecie,
gdy jest gorąco, ten kontakt skóra do skóry (spocona skóra do spoconej
skóry), podczas chodzenia może nie być najprzyjemniejszy.
Gdy jest zimno noszenie w chuście jest jednocześnie bardzo praktyczne i bardzo niepraktyczne.
Kto
przeklinał ubieranie niemowlaka w sweterki i kombinezony, ten wie dlaczego praktyczne. Do
chusty zawijamy dziecko ubrane normalnie, w sensie bez żadnych
sweterków, grzeje się ono naszym ciałem i już razem z nim otulamy się
kurtką. Musi to być kurtka na tyle duża, żeby zapiąć oboje. Polecam albo
ołwersajzy, albo kurtkę męża, albo taki praktyczny wynalazek, jak u
mnie na zdjęciach, czyli kurtkę z kieszonką na dziecko w chuście.
Minusem takiego noszenia jest kwestia karmienia w plenerze, o której już wspomniałam.

Do
chustowania nie sprawdzają się wisiorki i naszyjniki, przy starszym dziecku także długie kolczyki. I torebki są średnio wygodne, mnie
najlepiej się chustuje z plecakiem.

I tak to wygląda u
nas. Jeśli macie jakieś pytania o chustowanie, śmiało pytajcie w
komentarzach. Chusta to zdecydowanie jeden z lepszych dziecięcych
zakupów. Bardzo polecam:)

Wpis powstał we współpracy z marką LennyLamb.

21 stycznia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustadziecko

chustonoszenie w praktyce

by Paulina 10 stycznia, 2018

 

chustonoszenie, chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości

Chusta ratuje życie. Może nie w sensie, że ratuje przed śmiercią, ale życie jako wykonywanie pewnych czynności (innych niż noszenie niemowlaka). Życie w sensie funkcjonowanie. I w sensie zdrowie psychiczne.

Jeszcze przed dziećmi miałam tą sielską wizję rodzicielstwa z rozwianym włosem, w romantycznej sukni i dziecięciem w chuście. Lata praktyki pokazały, że rozwiany włos niekoniecznie się sprawdza, podobnie jak nie wszystkie ubrania. I o tym dzisiaj będzie ten wpis. O tym, jak wygląda chustowanie z punktu widzenia praktyków – entuzjastów, ale nie fanatyków.

chustonoszenie, chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości, wyjazd z niemowlakiemchustonoszenie, chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości, wyjazd z niemowlakiem

Zalety noszenia w chuście

Przede wszystkim, jak już wspomniałam, chusta ratuje życie;) Poza tym

  • dziecko, czując zapach rodzica, i kołysanie do którego przyzwyczaiło się przez 9 miesięcy, słysząc znajome bicie serca czuje się bezpiecznie i komfortowo
  • to poczucie bezpieczeństwa i komfortu wspaniale stymuluje rozwój, emocjonalny i intelektualny
  • rodzic też czuje się komfortowo wiedząc o powyższym
  • chusta wspomaga prawidłowe ułożenie bioder (nóżki są odwiedzione na boki) a plecy dziecka są wygięte w delikatny łuk
  • dziecku podczas chodzenia masuje się brzuszek
  • dziecko w chuście poznaje świat z bezpiecznej i wygodnej perspektywy – widzi dużo więcej niż w wózku, a jednocześnie czuje się pewnie przy rodzicu
  • rodzic dzięki chuście może naprawdę dużo – spacerować po każdym terenie nie przejmując się schodami czy krawężnikami, chodzić po górach, na imprezy masowe, na co dzień w domu można ogarnąć co nieco nawet gdy dzieciak ma zły dzień
  • dzieci chustowane mniej płaczą – i to nie tylko wtedy, gdy są noszone, a „Jeśli dzieci spędzają mniej czasu na płakaniu i marudzeniu, to co robią z wolnym czasem? Uczą się!”

 chustonoszenie,jaka chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości, wyjazd z niemowlakiem

Jak wybrać chustę do noszenia?

Pamiętam, że gdy zaczynałam interesować się tematem, przeraził mnie trochę ten nieskończony wybór. Trafiłam na forum chustowe, a tam dziewczyny wymieniały się jakimiś specjalistycznymi informacjami, gramaturą, chwaliły swoimi „stosikami” chust – z kaszmirem, konopiami czy jedwabiem.
Potem przebrnęłam trochę przez temat, zaczęłam jako tako orientować, na tyle, by móc wybrać naszą chustę.

Generalnie główny podział to chusty tkane, kółkowe i elastyczne.
Chusty tkane są najbardziej tradycyjne i najbardziej uniwersalne. Taka chusta powinna być tkana splotem skośno-krzyżowym, lub diamentowym, to są sploty, które dobrze pracują i równomiernie się naciągają, dzięki czemu jest nam ( i dziecku) wygodnie, komfortowo i bezpiecznie. Ma wiele możliwości wiązań. Problemem może być początkowo samo wiązanie.
Chusty elastyczne – wiele osób chwali sobie takie chusty na początek. To taki rodzaj chusty, którą wiąże się w całości zanim włoży się dziecko, materiał jest miękki i nie trzeba go potem dociągać. Jednak w takiej chuście można nosić dziecko tylko do pewnego momentu, ma ograniczoną liczbę wiązań, nie jest bardzo stabilna.
Chusty kółkowe – też są tkane splotem skośno krzyżowym, Ich główną zaletą jest szybkość i łatwość wiązania. Jednak trzeba mieć na uwadze fakt, że w takiej chuście nosi się niesymetrycznie i obciążone jest tylko jedno ramię. Może nie jest to problemem przy krótkim wyjściu, ale na dłuższych spacerkach będzie już odczuwalne.


chustonoszenie,jaka chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości, wyjazd z niemowlakiem

My zdecydowaliśmy się na klasyczną bawełnianą chustę tkaną, głównie ze względu na jej największą uniwersalność – można ją nosić na wiele sposobów, nadaje się i dla noworodków, i dla większych dzieci, i na dłuższe wycieczki. Nie chcieliśmy generować dodatkowych kosztów, dlatego odpuściliśmy sobie wszelkie domieszki innych materiałów, nie wiem zresztą czy faktycznie robią one taką różnicę.
Wybraliśmy może mało fantazyjny kolor, szary, ale za to praktyczny i pasujący do wszystkiego i wszystkim. Jest w paski, co go trochę „uciekawia”. Paski są też o tyle fajne, że bardzo dobrze na nich widać, czy chusta jest dobrze zawiązana.

chustonoszenie, jaka chusta do noszenia dziecka, rodzicielstwo bliskości, wyjazd z niemowlakiem

To by było na tyle jeśli chodzi o część pierwszą. Niedługo kolejna część ze wskazówkami, poradami i naszymi obserwacjami około chustowymi. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało zadawajcie je w komentarzach, będę też wdzięczna  za polecenie tego wpisu komuś, komu może się przydać:)

*Wpis powstał we współpracy z marką Lennylamb

10 stycznia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylna macierzyńskim

Jak się ubierać na macierzyńskim

by Paulina 26 listopada, 2017
jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Cykl o byciu nie tylko mamą na macierzyńskim zaczynam dość mało wyrafinowanym tematem. Dziś o ciuchach dla mam. O ciuchach, bo ubierać się trzeba codziennie, a to każdego dnia stwarza zarówno możliwości jak i problemy.

Moda na macierzyńskim ma zdecydowanie więcej wspólnego z dresem bardziej niż dress codem.

Zwłaszcza na początku, w połogu i zmęczeniu poporodowym niekoniecznie ma się głowę i serce do ciuchów. Na samym początku, czyli czasie z obkurczającą się macicą, gojącymi się ranami i cieknącym mlekiem największym przyjacielem kobiety jest miły szlafrok. Dopiero potem, powoli pojawia się potrzeba wyglądania jakoś. (przynajmniej u mnie tak było)

Pisałam już kiedyś o ubieraniu się w domu z dziećmi, choć wtedy dzieciaki były już większe (a ja mniejsza, haha). Gdy ma się na stanie niemowlaka, sprawy mają się trochę inaczej.

jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Strój wpływa na nastrój

Może nie każdemu, niektórzy pewnie lubią się snuć w piżamach i szlafrokach przez cały dzień i dobrze się z tym czują. Dla mnie taka wizja tez bywa pociągająca, ale poznałam już siebie pod tym względem i w moim przypadku rozmamłany strój jest równoznaczny z rozmamłaniem życiowym. Nie mogę się wybrać nawet na spacer, w domu jest bajzel, ja jestem wkurzona, niecierpliwa i smutna. Od razu to wpływa na obniżenie poczucia własnej wartości, a to z kolei powoduje zazdrość i nienazwane pretensje do ubranej i fajnie wyglądającej drugiej połówki, która waśnie wychodzi do pracy i będzie rozmawiać z ludźmi (dorosłymi!)

Moda na macierzyńskim – ograniczenia

Nie każdy jest Anną Lewandowską, większość do figury z przed porodu dochodzi trochę dłużej. Ja nie przytyłam dużo, do swojej przedciążowej wagi prawie wróciłam, a i tak w większość rzeczy zwyczajnie się nie mieszczę, lub kiepsko w nich wyglądam. W ciąży zmienia się całe ciało, przemieszczają narządy wewnętrzne, poszerzają biodra. Jest jeszcze ogólne „rozmiękczenie”. To wszystko wróci (mam nadzieję) do formy, ale potrzeba do tego czasu. I ćwiczeń. A tymczasem coś trzeba nosić.
Jeśli karmi się piersią, jest jeszcze jedna sprawa. Ubieranie się przy karmieniu piersią musi uwzględniać potrzebę dość częstego (a przy tym wygodnego i dyskretnego) obnażania biustu. Czyli odpadają wszelkie sukienki bez dekoltu, obcisłe golfy itd. Ja wolę też karmić od góry, nie lubię przy karmieniu podnosić bluzek odsłaniając brzuch. Czyli pozostają większe dekolty, sukienki koszule i bluzki kopertowe lub zapinane na guziki.

Moda na macierzyńskim – okoliczności 

Po pierwsze, pora roku. Po raz kolejny stwierdzam, że rodzenie dzieci wiosną jest jakoś wygodniejsze. Przy pierwszej dwójce wkładałam po prostu koszulki i sukienki na ramiączkach, teraz okazuje się, że… nie mam się w co ubrać. Okazało się, że zdecydowana większość moich jesienno zimowych ciuchów ma za mały dekolt.
Druga sprawa, o której nie zawsze pamiętamy kupując nowe rzeczy, lub przeglądając własną szafę pod kątem ubrań do karmienia. Otóż, przez większość czasu na macierzyńskim siedzimy w domu / jesteśmy na spacerkach koło domu. Oczywiście nie chodzi o to, żeby siedzieć w domu cały czas, ale nie czarujmy się, typowy dzień na macierzyńskim to dom – spacerek koło domu – dom, i karmienie – ulewanie – kupy – sprzątanie, więc zestawy w stylu klasyczna biała koszula (da się w niej karmić przecież) i ołówkowa spódnica, czy elegancka kopertowa sukienka raczej odpadają. Chcę przez to powiedzieć, że ważne jest, żeby szukać fajnych ubrań na aktualną sytuację życiową i kupować to, co faktycznie będziemy nosić na co dzień. Co z tego, że kupimy sobie parę fajnych nowych kiecek, w których da się karmić piersią, jeśli szkoda nam będzie je założyć do domu (czyli przez 90% macierzyńskiego). Dlatego polecam wypracowanie standardu, o której pisała kiedyś Maria z bloga Ubieraj się klasycznie, o tutaj, „Otóż standard to Twoja najgorsza sylwetka, która jest jednocześnie
początkiem nowej, lepszej garderoby i Twoim punktem odniesienia.” Polecam cały wpis, ale w skrócie chodzi o znalezienie takiego złotego środka między wyglądem fajnym i osiągalnym na co dzień. Na tyle ładnie, żeby nie
odwracać głowy gdy widzimy się w lustrze, na tyle wygodnie, żeby nam się chciało tak ubierać. 

 

Moda na macierzyńskim – praktyka

Widzicie na zdjęciach, jak to wygląda u mnie. W punktach:

  • mój priorytet to jak zwykle estetyczna wygoda
  • wygodne bawełniane sukienki z dekoltem/rozpinaniem nadającym się do karmienia piersią
  • wygodne spodnie (luźne, o kroju chinosów, lub elastyczne „jegginsy”) i bawełniana bluzka lub miękka koszula
  • rozpinane swetry
  • mały „myk”, ciekawy dodatek, który bezwysiłkowo „zrobi” mi „stylizację”, czyli, w zależności od nastroju i chęci: kolczyki, czerwona szminka, opaska, kolorowe skarpetki lub rajstopy
  • włosy – świeże (mam trochę fioła na tym punkcie) i przeważnie upięte w koczek lub zaplecione w warkocz, żeby uniemożliwić dziecięciu ciągnięcie i żeby mi było wygodnie
  • twarz – krem BB, podkreślone brwi, czasem kredka na oczy i rzęsy ale nie zawsze (staram się regularnie dbać o to, żeby jak najmniej tego makijażu potrzebować, a jednocześnie dobrze wyglądać)
  • miewam też oczywiście „dni dresa i niechcieja” i nie robię sobie z tego powodu wyrzutów
  • w ubieraniu się do domu z dzieckiem chodzi przede wszystkim o to, żeby się czuć dobrze ze sobą

Sukienka z dekoltem na plecach wbrew pozorom też daje radę.

 
Piżamy Lunaby jako jedne z niewielu są macierzyńsko praktycznie ( w ciąży też dają radę), a jednocześnie nieinfantylne – jak to miło, że nie wszyscy producenci zakładają, że macierzyństwo zmienia kobiecie gust i nastawia na urocze misiaczki.

 

Czy ma dla Was znaczenie, co na siebie zakładacie będąc w domu z dzieckiem? Odpuszczacie, stroicie się, szukacie złotego środka? Co jest dla Was najważniejsze w mamowych ubraniach?

26 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

minimalizm i dzieci

by Paulina 4 listopada, 2017

Minimalizm i dzieci, brzmi trochę jak dwa przeciwieństwa, odległe bieguny, prawda?

A jednak czepię się dzisiaj tego tematu, opowiem Wam jak sytuacja wygląda z naszej perspektywy, czyli rodziny z trójką dzieci, w dość dużym mieście na wschodzie Polski.

O moim ogólnym podejściu do minimalizmu już pisałam (tu i tu). Pogląd mam wciąż ten sam, jeśli bym koniecznie miała się etykietować, nazwałabym się raczej esencjalistką niż minimalistką. Nie lubię gromadzić, wszelki nadmiar mnie przytłacza, robię przemyślane i nienadmierne zakupy. A jednocześnie nie liczę posiadanych przedmiotów, nie lubię stawiać sobie limitów, zdarza mi się ulec impulsowi i wolę zamiast na pozbywaniu się rzeczy skupić na tym, co mam.

Jak to się ma do dzieci? Stali czytelnicy myślę znają moje podejście do wychowania, choć nie siedzę w parentingu. Generalnie staramy się otaczać nasze dzieci światem, a nie przedmiotami, staramy się dać im wartości, a nie rzeczy. Takie jest założenie, pisałam o nim tutaj, natomiast z praktyką bywa różnie.
W naszym przypadku muszę powiedzieć, że z filozofią wygrało prawdziwe
życie. Filozofia połknęła porażkę z godnością i nawet z prawdziwym
życiem się zbratała, koegzystują sobie razem całkiem zgodnie, zobaczcie jak.

Jeszcze przed urodzeniem się Wilczka wychodziłam z założenia, że nie potrzebujemy masy gadżetów z licznych list dziecięcych masthewów dostępnych w internecie. Nasza pierwsza wyprawka była dość skromna, i, jak się okazało, zupełnie wystarczająca. Nie będę Wam tu przedstawiać naszych list, bo każdy ma swoje priorytety, ale przede wszystkim mieliśmy świadomość, że nie trzeba kupować wszystkiego zanim urodzi się dziecko. Bo oczywiście małe dziecko angażuje i później jest mniej czasu i możliwości na snucie się po sklepach, ale za to gdy już dziecko jest na świecie, wiemy najlepiej, czego w danym momencie faktycznie potrzebujemy.

Gdy młody miał 9 miesięcy, wyjechaliśmy do Francji, a przeprowadzka wiązała się z wieloma decyzjami o stanie posiadania i intensywnym jego ograniczaniem. We Francji pojawiło się jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedna przeprowadzka, a potem wizja powrotu do Polski i kolejnych przenosin dobytku. Ta tymczasowość i przeprowadzki pomogły w ustatkowaniu naszego „esencjalistycznego” podejścia.

Gdy wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zadowolona, że mogę maluchom zorganizować fajną, przyjazną przestrzeń o charakterze „miejsce na wszystko i wszystko na miejscu”. Ale wtedy też pojawiły się różne trudności… 
Np. dary losu. Prezenty są fajne oczywiście i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale… przedmioty mnie przerosły i przytłoczyły. Zabawek było zatrzęsienie. Codziennie potykałam się o masy pierdółek z jajek niespodzianek, i błyszczących koszmarków, które dzieci dostawały zewsząd pod byle pretekstem. Było też sporo naprawdę fajnych zabawek, ale było ich zwyczajnie za dużo. A jak zabawek jest za dużo, dzieciaki szybko się rozpraszają i nudzą i niczym nie bawią tak naprawdę.
Do tego dochodzi kwestia ubranek. Używane ciuszki są super i zawsze bardzo się cieszę, gdy dostajemy coś po innych dzieciach, ale potwornie irytuje mnie segregowanie na milion stert: za małe na jedno, ale jeszcze za duże na drugie, na lato, na zimę, do oddania, do sprzedania, do odziedziczenia… I zawsze mi jest głupio, gdy dostajemy coś, co teoretycznie jest dobre, ale zwyczajnie mi się nie podoba, albo nie jest nam potrzebne.
Są jeszcze same dzieci – i ich gust, pasje i wola, objawiające się np maniakalnym zbieraniem kasztanów, płomienną miłością do tandetnego świecącego motylka, fantastyczną zabawą w gotowanie z papierowych wycinanek (i masą ścinków makaronu na podłodze)
Jest to wszystko upierdliwe i serio wystarczy chwila nieuwagi, a dziecięce gadżety namnażają się i opanowują całą przestrzeń w mieszkaniu. A walka z nimi jest zdecydowanie nierówna. Ale walczę!

Przede wszystkim kupujemy bardzo rzadko, są to zakupy przemyślane i z konkretnej
okazji
lub potrzeby. Wyjątek stanowią książki, dziecięca biblioteczka jest raczej
bogata.

Regularnie przeglądam te ich nieszczęsne ciuchy i pozbywam się tych nienoszonych i nie do noszenia w przyszłości przez któreś. Dzieciaki nie mają wiele miejsca na ubrania i ta ograniczona przestrzeń trochę reguluje ilość ich ciuchów (ta sama zasada panuje przy naszych ubraniach) – starszaki mają klasyczną szafę z Ikei (Stuva), a Małe komodę.

Przeglądam też ich pokój pod katem zabawek i niektóre rzeczy (zepsute, zniszczone, paskudne, do niczego nie przydatne) po prostu dyskretnie wyrzucam. Początkowo je chowam – na wypadek, gdyby okazało się, że chcę się pozbyć jakiegoś Ogromnie Ważnego Skarbu, i po jakimś czasie wyrzucam (lub oddaję, w zależności od stanu).

Staram się też wymieniać zabawki na widoku, bo z zabawkami i zabawą działa zasada pareto – przez 80% czasu bawią się 20% zabawek.

I przestrzeń mają zorganizowaną dość logicznie i przyjaźnie dla nich. Nie ma żadnych przepastnych „koszy zabawkowych” i stert pudełek jedno na drugim, które wymagają wywalenia wszystkiego, żeby dostać się do poszukiwanej rzeczy. Są szuflady i półki (i pudełka na klocki), pudełka z puzzlami i grami są ustawione pionowo, nie jedno na drugim, żeby do każdego był dostęp. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieci są demonami porządku, ale łatwiej (i efektywniej) jest mi zarządzić: klocki do pudełka, książki na półkę, kredki do puszki, niż rzucić enigmatyczne proszę tu posprzątać.

I tak to wygląda u nas z tym minimalizmem przy nieminimalistycznej rodzinie;)
Leo Babauta i inni ultrasi mogliby w naszym mieszkaniu dostać zawału z tego nadmiaru przedmiotów. Nie uprawiamy też minimalizmu instagramowego, który polega głównie na pokazywaniu pewnej biało – szarej estetyki. Po prostu panujemy nad naszym stanem posiadania.

Jak jest u Was? Próbujecie łączyć minimalizm z dziećmi, uważacie że to walka z wiatrakami i odpuszczacie, a może w ogóle odrzucacie koncepcję minimalizmu?

4 listopada, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggeddzieckojesieńlasmindfulnessmój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

let’s play birds

by Paulina 28 października, 2017
spacer po lesie, spacer z dziećmi, jesień

Wiecie, z czego jestem chyba najbardziej dumna jako rodzic?
Że moje dzieci są zachwycone światem

Że w kolorowych, migających i grających czasach wymyślnych atrakcji i jeszcze wymyślniejszych zabawek, centrów handlowych i sal zabaw, na hasło „jedziemy do lasu” moje dzieci wykrzykują głośne „hurra!”


A w tym lesie…
w tym lesie wybierają najpiękniejsze liście, bo z tych wszystkich tysięcy właśnie ten mamusiu, dla ciebie
tłoczą się w emocjach przed samodzielnie dostrzeżonym grzybem i głośno zastanawiają, czy nadgryzły go ślimaki, czy może żuczki
przepychają przy błyszczącej pajęczynie
szurają w dywanach liści, robiąc skomplikowane systemy dróg
na wyścigi pokonują przeszkody
głaszczą mech
zastanawiają się, czy piękniejsze są czerwone, czy żółte liście
zbierają patyki, ale tylko najspecjalniejsze

I
oczy im się błyszczą. Policzki różowieją. I tak sobie idziemy wśród tych drzew pełnych magii,
grzejąc czasem zziębnięte łapki, słuchamy ich opowieści o musująco
zmiennej tematyce, odpowiadamy na najróżniejsze pytania, i chłoniemy leśność i ten wspólny czas.

 

28 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorozmyślania

… na macierzyńskim, czyli nowy cykl

by Paulina 25 października, 2017

Urlop macierzyński to taki specyficzny czas, pozwalający poznać się od zupełnie nowej strony. Rodzimy się jako mamy, to oczywiste, zajmujemy maleństwem i odkrywamy nowe, niesamowite cechy naszej osobowości, trochę pewnie wymuszone przez okoliczności (np. niezwykłe pokłady cierpliwości, umiejętność organizacji, ogromną odpowiedzialność i obowiązkowość itd). To jest też czas, kiedy poznajemy się zupełnie na nowo, kiedy kobieta zostaje trochę sama ze sobą, ze swoimi myślami (choć czasem ciężko jest je usłyszeć…). A przy tym, ten czas z dzieckiem w domu, choć rozwijający w jedyny w
swoim rodzaju sposób zostawia nas bez pewnej stymulacji, jaką w
naturalny sposób daje praca i różne „dorosłe” wyjścia.

Zostajemy bez pewnych ram, bez rytmu dom-praca-dom.

To jedna z rzeczy, na które narzeka się mocno pracując na etacie, że kierat i dzień świstaka, ale ten kierat jakoś nas… ustawia. Daje pewne ramy.
No dobra, dziecko też nas ustawia i na pewno nie jest tak, że można spać nie wiadomo do której, a potem bumelować w piżamie, oglądać seriale i leniwie prokrastynować. Na prokrastynację nie ma czasu, dziecięce potrzeby są w trybie super-asap, i – dla własnego dobra – dobrze jest jakiś rytm wypracować i się go trzymać. Ale wszyscy znamy przypadki spektakularnego psucia planów przez rozkoszne maluchy, które raczyły się rozespać, rozwyć lub malowniczo przekroczyć możliwości pieluchy w momencie gdy właśnie mieliście wychodzić na spacer. Albo zlekceważyć potrzebę drzemki (na czas której mama miała intensywne plany). Albo niespodziewanie zasnąć na długie godziny podarowując matce cenny czas do wykorzystania.
Na macierzyńskim trzeba wyrobić w sobie umiejętność elastycznego (bardzo elastycznego) zarządzania czasem.

Bez motywacji i wyzwań intelektualnych.

Umówmy się, opieka nad dzieckiem nie stanowi wyzwania intelektualnego. Całe dnie spędzone na zmienianiu pieluch, spacerach, karmieniu, zabawach klockami nie dają naszym mózgom szczególnie dużo wyzwań. Choćbyśmy nie wiadomo jak stymulowały malucha Mozartem, bujaniem i mówieniem do niego, nie będzie on dla nas inspirujący w żaden sposób.
Na macierzyńskim, jakaś część naszego mózgu śpi sobie błogo, beztroskim snem niemowlęcia.

Poza tym, w przestrzeni ograniczonej do domu i standardowych spacerków widzimy te same rzeczy i osoby, nie dostarczamy sobie nowych bodźców i stymulacji, a to też może dodatkowo zawężać nasz świat. A w zawężonym świecie przestaje się chcieć – wyglądać, poznawać, doznawać.

A to wszystko jest cholernie ważne, wiem z autopsji, że nieużywane cechy osobowości i intelektu, tak jak mięśnie, usychają i kurczą się.
Wszyscy też znamy odkrywczą prawdę, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Zresztą, już zostawmy to dziecko nawet – mama nie jest tylko mamą, kiedyś pewnie wrócimy do pracy, kiedyś też dzieci przestaną być takie przyklejone do nas, kiedyś dzieci odejdą. Dlatego nie wolno pozwolić na uśpienie nie-mamowej części nas, bo potem może być naprawdę ciężko ją obudzić.

Jestem na macierzyńskim po raz trzeci, sporą część pierwszych dwóch razy byłam we Francji, bez własnych znajomych, za to z dwójką dzieci i ciągle jeszcze z powodzeniem funkcjonuję jako nie-rodzic, dlatego pomyślałam sobie o stworzeniu małego cyklu o pielęgnowaniu nie-mamy w sobie. Co myślicie, będziecie czytać?

25 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
chustacodziennośćdzieckojesieńmój styl

spacerologia z chustą

by Paulina 17 października, 2017
chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

Za krótkie są dni ostatnio. I nie chodzi nawet o to, że ciemno robi się już dramatycznie wcześnie.
To raczej to, jak szybko mi one mijają.


Wstaję codziennie z piaskiem pod powiekami, wychodzę cichaczem z sypialni, niech chociaż Małe sobie dośpi, a większe poczują zaopiekowane przed wyjściem do przedszkola. Małe dosypia (albo nie), poranek jest dla starszaków – przytulasy na dzień dobry, parę łyżek jaglanki „na rozpęd”, pomoc w ubieraniu się. Albo, w wersji nie-ma-lekko, foch na dzień dobry, grymaszenie na śniadanie (bo nie ta łyżka), awantura przy ubieraniu  się (bo ta suknia się za mało kręci).

Wychodzą.
Zostajemy potem tylko we dwoje, noworodek z łokciami rozpycha się na mojej liście priorytetów porannych, usuwając z niej takie bzdurki jak mycie włosów, moje śniadanie i kawa, poranne ogarnięcie mieszkania, czy nastawienie prania. Mija czas, intensywnie noworodkowy.
Bywa najtrudniej.
Bywa najpiękniej.
I have an audience with the Pope
And I’m saving the world at eight
But if he says he needs me
he says he needs me everybody’s gonna have to wait (Elbow)

 
Nie wiadomo kiedy robi się południe. Ogarnięcie nie nastąpiło, lub nastąpiło szczątkowe. Wychodzimy czym prędzej, szczątkowo ogarnięci, zawinięci chustą, łapać słońce, oddech i dystans. Małe, błogo wtulone, zasypia momentalnie, ja, krok za krokiem, uprawiam medytację chodzenia.
Ach, jak nas ratują te chustowe spacery. Wracamy parę tysięcy kroków później w jakiejś nowej jakości. Maluch wyprzytulany, ukołysany i z wymasowanym brzuszkiem, ja rozruszana, zrelaksowana i z dotlenioną głową. Układają się myśli i plany, mija rozmamłanie, przychodzi nowa energia.
I popołudnia jakby milsze.

chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

 
 chustonoszenie, rodzicielstwo bliskości, spacer z chustą

17 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyle

Połóg, czyli prażone jabłka z cynamonem

by Paulina 6 października, 2017

Minęły dwa tygodnie. Dwa tygodnie nowej, dość oszałamiającej rzeczywistości. Dwa tygodnie pachnące noworodkiem i prażonymi jabłkami z cynamonem.


Siedzę sobie teraz i zerkam na tego Małego Człowieka patrzącego w światła okna. Mały Człowiek ma wzrok przytomniejszy każdego dnia, zerka tym swoim granatowym, noworodkowym spojrzeniem, dziwując się światu, dziwnyś, świecie, ale w sumie chyba dajesz radę…

Jadę trochę ciągle na oksytocynowym haju i wzrusza mnie to wszystko.
Wzruszają mnie starszaki, podchodzące do najmłodszego z przepiękną troską. Wzruszają mnie ich przejęte szepty o tym, że dzidziuś teraz śpi albo dzidziuś się obudził i płacze. Oraz wyznania typu: są dwie fajowe rzeczy: dzidziuś i gąsienice.
I to Małe mnie wzrusza. Małe z jego stópkami, westchnieniami rozkoszy przy jedzeniu, i ufnym wtulaniem się we mnie. Standardowo i banalnie zaskakuje mnie cud życia.

Tak naprawdę to ciągle jest chaos trochę. Organizacyjny i emocjonalny, w końcu zmiana niemała i wszyscy ją przeżywamy.
Noworodek nie złapał jeszcze rytmu, nie kuma ciągle za bardzo, że w nocy się śpi.
Starsze dzieci jeszcze nie ogarnęły nowej sytuacji, cieszą się, ale przeżywają wszystko bardzo, więc różnych awanturek nie brakuje.
A ja jeszcze nie doszłam do siebie i w najlepsze trwam w fizjologicznych i emocjonalnych urokach połogu. Ale nie uciekam od tego. Tak ma być. Cieszę się tym luksusem, że pod opieką tylko jedno dziecko, gdy pozostała dwójka jest w przedszkolu, pozwalam sobie na cudowne regeneracyjne polegiwanie i wpatrywanie się z maleńką główkę. Czasem przysypiamy razem przy karmieniu. Miewam też zrywy organizacyjno – porządkowe, z nimi tez nie walczę i gdy czuję się na siłach, organizuję i porządkuję (np pozbywam się rzeczy ciążowych). Jem prażone jabłka i risotto ze szpinakiem i kminkiem. Płaczę, gdy mam potrzebę. Czasem tęsknię do bardziej zorganizowanego życia, może trochę mniej poplamionego mlekiem i pozwalającego zaplanować jakieś wyjście.
I jest mi przytulnie, przytulnie w chaosie.

Mam przy tym wszystkim podejrzenia, że teorie o tym, że trzecie dziecko jest najłatwiejsze i bezproblemowe, to jednak ściema. A może nie tyle ściema, co pewna nieścisłość. To nie trzecie dziecko jest najłatwiejsze w obsłudze, to rodzice trzeciego dziecka są pozbawieni złudzeń i z innym luzem przyjmujący, że  noworodek nie jest ruszającą się lalą, tylko noworodkiem. Z całym arsenałem noworodkowości. Noworodek nie umie zasypiać, boi się własnych rąk, a kupa bywa wyzwaniem ponad siły. Tak po prostu jest.

„U nas nie ma miejsca na takie marnotrawstwo ograniczonych zapasów energii i intelektu, jakim byłoby rozpatrywanie oczywistych faktów jako problemów” (J. Irving, Regulamin tłoczni win)

6 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • …
  • 7

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • Bieszczady z dziećmi. Znowu!

    10 sierpnia, 2018
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry