Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.
Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.
Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.
Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.
Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.













































































