Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

dziecko

domowodzieckomój stylrozmyślania

ces petits riens

by Paulina 5 stycznia, 2015

I skończyło się. A było tak pięknie. Dwa tygodnie błogości. Dwa tygodnie prawdziwej odpoczywalni. Dwa tygodnie, które budują wspomnienia o sielance, jaką przeżywa się będąc w domu z małymi dziećmi.
Dwa tygodnie, które ładują baterie, wypełniają poczuciem sensu i spełnienia po uszy.

I nic to, że był to czas z akompaniamentem paskudnego kaszlu na dwa gardła. Że był to czas podwójnego ząbkowania. I czas ogromnej zazdrości u starszaka, a co za tym idzie czas masakrycznych histerii, marud i ogólnej nieznośności. I kryzysu z zasypianiem u malucha.

I tak będę pamiętać ich pierwsze wspólne zabawy i obopólną radość na
swój widok. Będę pamiętać uśmiechy, zachwyt choinką i światełkami, 
pierwsze przeżywanie prezentów od gwiazdki (Starszak) i szaleństwo w
opakowaniach (Młodsza). Wycieczkę w góry i pierwsze doświadczanie
śniegu. Cudowny czas tylko we dwoje (wiwat dziadkowie!) Wspólne leniwe
poranki – z dzieciakami kokoszącymi się w łóżku, a potem królewskie
śniadania trwające nieprzyzwoicie długo. Powolne celebrowanie kawy.
Wspaniałe obiady w wykonaniu męża. Wieczory jak zawsze cudowne, trochę dłuższe niż zazwyczaj, bo przecież rano będziemy bumelować wspólnie…

Wracamy do rzeczywistości, łatwo nie jest.

 

 

5 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

O prezentach dla dziecka

by Paulina 19 grudnia, 2014

Nie do końca może na miejscu ten post, w grudniu, tuż przed Świętami, gdy piosenki z dzwoneczkami, zapach mandarynek i cynamonu, światełka, i wszechobecne listy propozycji prezentowych napędzają kupowanie w ekstazie i poczuciu że oto wpisaliśmy się właśnie w ducha Świąt…

Na mnie też działają te zapachy, ten klimacik, ta cała sympatyczność i przytulność około świąteczna.

Ale moje dzisiejsze przemyślenia stanowią raczej przeciwny biegun.

Mówi się, że dziecko to luksus. Że skarbonka bez dna, że ludzi nie stać na dziecko. I można by się z tym zgodzić, jeśli chce się uznać faktyczną niezbędność dziecięcych niezbędników.
Których dziecko tak na prawdę nie potrzebuje. Nie potrzebuje tej ciężkiej kasy, potrzebuje rodziców po prostu…
Nie potrzebuje masy zabawek, potrzebuje zabawy.

A my, otoczeni reklamami, blogami parentingowymi, ofertami sklepów, mamy wrażenie, że bez kolejnej wspaniałej zabawki, czy gadżetu dziecko się nie rozwinie, nie nauczy nic, będzie leżało bezbronne, zaniedbane nic nie umiejące… Wszystko zaczyna się już w ciąży, człowiek wtedy zaczyna odkrywać ten nieznany dotąd świat. Nagle okazuje się, że na wyprawkę trzeba wydać grube tysiące, bo przecież nie da się bez sterylizatorów, elektronicznych niań, karuzel, grających zabawek, gadżetów przewijakowych, bajerów wózkowych, dizajnerskich ubranek z ekobawełny… Później jest jeszcze lepiej, dochodzą gadżety około jedzeniowe, jeździki i chodziki, no i cała masa nowych zabawek, przytulanek, drobiazgów… Inna sprawa, to wszystko najzwyczajniej w świecie przemawia do rodziców – bo takie piękne, rozwojowe, ja to o takiej mogłam tylko pomarzyć… A do tego dochodzi takie ogólne przeświadczenie, że dziecku się nie żałuje, sobie od ust trzeba odebrać, a dziecku dać.

A dziecko przytłoczone zabawkami, choćby najwspanialszymi, nie będzie się nimi cieszyć. Nie rozwija wyobraźni, pomysłowości, kreatywności. Staje się zblazowane, nienasycone i niedoceniające, nie umiejące się cieszyć, rozproszone.
W dobrych przedszkolach, mądre nauczycielki organizują czasem akcję „Przedszkole bez zabawek” (choć brzmi to jak oksymoron). Chodzi o dwu- trzymiesięczny projekt, podczas którego zabawki „jadą na wakacje”, a dzieci odkrywają potęgę wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw i zabawek. Odświeżające.

A w domach warto czasem zrobić czystkę… Powyrzucać, pooddawać, sprzedać. Część schować, tak, żeby dostęp na bieżąco był tylko do niewielkiej ilości, dać dzieciakowi trochę oddechu od bodźców. A na prezent, dać trochę zaangażowania, podsunąć pomysł na zabawę, zwyczajnie spędzić trochę czasu, na spacerze np.

Nie jestem hipokrytką, nie twierdzę, że dziecko nic nie kosztuje, że moje dzieci bawią się wyłącznie szyszkami, ludzikami z kasztanów i rolkami po papierze toaletowym, przytulają do gałganków udających misie, czytane mają książki tylko z biblioteki, jeżdżą wyimaginowanymi pojazdami, a mnie jest obojętne, co mają na sobie. Nie jest tak, nie raz uległam zachwytom tego, czy innego blogera, lubię, jak jest estetycznie, lubię, jak jest rozwojowo, lubię, jak dziecko jest zaangażowane. Lubię piękne książki, lubię klocki, lubię puzzle, mój syn uwielbia samochodziki.

Wiem też jaką przyjemnością jest sprawianie dziecku przyjemności, obdarowywanie własnego dziecka jest niewątpliwie wspaniałe. Ale nie wyprzedzajmy pragnień. Dobrze jest dać dziecku trochę poczekać, pomarzyć, niech faktycznie czegoś bardzo chce. Jeśli prezent jest wyczekany, wymarzony, to dopiero jest fajne.

Ale dobrze jest mieć świadomość, że to nie jest niezbędne. Niezbędni są rodzice, ich miłość i bliskość. Mniej to często lepiej.

19 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślania

In a world of magnets and miracles

by Paulina 24 listopada, 2014

Miałam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam w sąsiedztwie najlepszego placu zabaw w Lublinie.
Plac zabaw z rakietą, znany w całym mieście. Nie spełniający żadnych norm bezpieczeństwa, wybetonowany, wyposażony, poza wspomnianą rakietą (wysoką zjeżdżalnią – drabinka wiodąca na górę umieszczona była w metalowej rurze ), w wysokie metalowe drabinki – fale, wahadłowe huśtawki-killery, jedyny w  swoim rodzaju samolot z kręcącym się śmigłem… Siedzieliśmy tam całymi dniami, czasem tylko lecąc pod balkon i negocjując kolejny kwadransik zabawy w prąd lub w pająka, kręcenia fikołków, huśtania do dechy, robienia dziesiątek fikołków na drabinkach, grania w gumę (byłam najlepsza w wyjmowaną nóżkę) i w szczura ze skakanką… Ręce pełne pęcherzy od metalowych drągów, lubiłam je myć po przyjściu z dworu i przyglądać się cieknącej strużce brudnej wody. Kolana wiecznie zdarte, siniaki na piszczelach od skakania między metalowymi rurkami, czasem większe wypadki, szwy, złamane ręce.

Zamknięta w sześcian drabinka z rurą w środku była naszym domkiem, bazą, inspirowała do codziennego ulepszania reguł kolejnej gry, kolejnej zabawy w wyobraźni…

Inną bazą były krzaki ozdobne, tam gotowaliśmy zupy z błota, czerwonych klejących kulek i liści. I widoczki tam robiliśmy. A jak było gorąco, asfalt wybulał, i największym szczęściem było przebić taką miękką asfaltową bulkę.

Ciekawa jestem, jakie wspomnienia będą miały moje dzieci. Pewnie z nostalgią będą wspominać dawne czasy i, podobnie jak każde inne pokolenie będą twierdzić, że kiedyś trawa była zieleńsza i że kieeedyś… to dopiero… a teraz to na nic…

Czy będą umiały wyobrażać sobie, wymyślać, fantazjować? Mam nadzieję, że tak. Jak mogę, ograniczam zabawki „gotowce” i dziecięce atrakcje, nasz synek bawi się w gotowanie z pomocą torby korków po winie, zbieraniny różnych pojemniczków, robimy na poczekaniu tunele dla samochodzików z rurek po papierze toaletowym, funkcje szlabanów pełnią długopisy.  Zależy mi, żeby ich zabawki nie miały sztywno określonych celów, lubię, jak zmieniają się ich funkcje.

Daleka jestem, mimo tego rozmarzenia we wspomnieniach, od twierdzenia, że kiedyś to dopiero było, a teraz dzieci mają gorzej a rodzice trudniej. Jest inaczej po prostu. Ja miałam plac betonowy zabaw z podrdzewiałą rakietą, mój syn drewniany plac zabaw z bobrem, nad jeziorem.

 
  
 
 
 

24 listopada, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckojesieńmój stylspacer

i jeszcze

by Paulina 6 listopada, 2014

Ta obłędna zupełnie pogoda robi cuda z codzienną monotonią.
Odbywamy nasze rutynowe spacerki i nudnawe (dla mnie) trasy minimum raz dziennie idziemy na pobliską myjnię, żeby
– obserwować z niesłabnąca fascynacją kręcące się szczoty
– zasypiać w wózku
– lekko się nudzić i głupio czuć stercząc na środku drogi.

Mało wyrafinowany sposób spędzania czasu.

Ale w takim słońcu… W takim słońcu wszystko nabiera zupełnie innego uroku. Dzieciaki są samą słodyczą, wizyta na myjni zabawną dziecięcą rozrywką, nudnawa traska najpiękniejszą drogą na spacer a dzień świstaka zmienia się w dzień świąteczny. Jest pięknie, jest wspaniale.

6 listopada, 2014 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckoFrancjarozmyślania

O rodzicielstwie we Francji i w Polsce. Część II

by Paulina 10 października, 2014

Chciałabym dzisiaj uzupełnić mój post o byciu rodzicem w Polsce i we Francji. Do pierwszej 

części – o ciąży i porodzie zapraszam tutaj.

Jak już wspomniałam, podejście do dzieci we Francji różni się dość mocno od tego w Polsce. I, jak to zwykle bywa, obserwuję rzeczy fajne i mniej fajne (oczywiście z mojego punktu widzenia).
Co jest we Francji fajne, to pieniądze… Tak to się
jakoś dzieje, że się przy dziecku przydają. I ma znaczenie to, że od
szóstego miesiąca ciąży we Francji cała opieka medyczna jest za darmo, łącznie
z lekami, że przysługuje bezpłatna „opieka okołoporodowa”, że poza becikowym, na
każde dziecko co miesiąc wpływa całkiem konkretna kwota.
Co jest natomiast nie jest fajne… Do mamy należy urodzenie
dziecka. Wychowanie jest tutaj jakby mniej istotne. Kobieta rzadko karmi
piersią, do pracy wraca po 3-4 miesiącach i od tego momentu opiekują się nim
inni. Różne przypadkowe nianie, żłobki i inne instytucje (dość popularną formą
sa assistantes maternelles, czyli nianie mające w opiece 3-4 dzieci. Wychodzi
to korzystnie finansowo i dla niani i dla rodziców, ale dla malucha już niekoniecznie). Potem jest przedszkole i szkoła. Co ciekawe, i o czym dowiedziałam
się ostatnio, dziecko ma prawo opuścić szkołę tylko dwa dni w miesiącu – chore, czy
nie. Katar, grypa czy zatrucie pokarmowe… do szkoły trzeba chodzić, nieważne
że zaraża się innych, choroba trwa dłużej a zdolności przyswajania są żadne… 
Gdy dodać do tego francuski tryb pracy (w związku z dość długa przerwą w południe, Francuzi są w pracy od 9 do 18-19), w ciągu tygodnia rodzic widzi dziecko tylko tyle, żeby powiedzieć mu dzień dobry i dobranoc.
Rodzic w zasadzie zajmuje się dzieckiem w weekendy, i tym
wielu rodziców jest szalenie zmęczonych, bo dziecko jest męczące, wkurzające i
angażujące. Wierzę zresztą, że to łatwe nie jest, wychowywać swoje dziecko
tylko dwa dni w tygodniu i tylko wtedy budować z nim relacje, podczas gdy w tygodniu
większość czasu spędza z kimś innym. Trochę to smutne, że rezygnuje
się z własnego dziecka i oddaje się obcym ludziom jedyną w swoim rodzaju
relację.
Ale za to francuskie dzieci spędzają mnóstwo czasu na
dworze. Na placach zabaw, w parkach, na rowerkach, rolkach i hulajnogach,
biegają i skaczą i siedzą na dworze. To jest fajne.
O ile w Polsce częstą tendencją jest przesadna opieka i
troska o dziecko, o tyle francuskich rodziców cechuje w tej kwestii przesadny
czasem luz – na placach zabaw dzieciaki często pozostawione same sobie biegają
zaglucone, spadają z huśtawek i biją inne dzieci.


O ile w Polsce nie tak rzadkim widokiem jest dzieciak w maju
odziany w czapeczkę i kombinezonik, a przykryty kocykiem, o tyle u francuskiego
malucha rzadkim widokiem nie są gołe nogi w grudniu. (przy czym, co ciekawe, w
centrach handlowych wózki osłonięte są szczelnie folią przeciwdeszczową, a
biedne dziecię nie ma nawet rozpiętej kurtki). Innym widokiem, świadczącym o
dużym luzie francuskich rodziców, są noworodki (dosłownie dwu, trzytygodniowe)
w centrach handlowych właśnie.


O ile w Polsce przyjście na świat dziecka oznacza totalną
rewolucję, często włączenie opcji Matki Polki, i z automatu totalną rezygnację
z siebie, a dziecko staje się priorytetem pod każdym względem. O tyle we Francji
dziecko ma od początku znać swoje miejsce. Na porządku dziennym są teksty
„męczysz mnie” „jesteś wkurzający”, „zamknij się” itp Dość typowym obrazkiem
jest mama lub niania rozmawiająca z kimś przez telefon lub na żywo, a obok
wyjący maluch (na którego totalnie nie zwraca się uwagi), który np zaplątał się
w paski od wózka/ spadła mu czapka na oczy. (Jednak niewątpliwym pozytywem takiej
postawy jest to, że nie zwraca się też uwagi na dzieciaka w rozkwicie buntu
dwulatka, który wyje, bo czegoś mu zabroniono/odmówiono. Nie ma typowych w
Polsce pogardliwych spojrzeń pt „co za matka, nie ogarnia własnego
dziecka”)
I tak dalej.
To takie cechy, które najbardziej rzuciły mi się w oczy. 
Zdaję sobie sprawę, że tekst jest pełen uogólnień i uproszczeń. A mnie, tradycyjnie, najbliższy jest wspaniały złoty środek.
10 października, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

blue in green

by Paulina 25 września, 2014

O ile na ogół doceniam to, co mam, znajduję mnóstwo szczęścia w codzienności, i mam poczucie sensu, to są takie dni jak ten. Kiedy z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że te dzieci to już na zawsze…

Gdy nie ma oddechu, nie ma znaczenia czy to poniedziałek, czy sobota, nie ma dni wolnych, nie ma l4, ani wolnego na żądanie… A gdy juz się uda urwać jakiś wolny wieczór na randkę czy imprezę, to i tak w głowie ta nieznośna świadomość, że rano nie ma litości, i trzeba wstawać, odsikiwać, karmić i czytać książeczkę o pająkach.

Gdy miałam kryzysy w pracy, zwsze mogłam sobie powiedzieć, że minie, że jeszcze tylko parę godzin i do domu, jeszcze chwila i weekend. A jakby coś, to zawsze mogę rzucić tę robotę.

A teraz tak nie ma.

Teraz też są weekendy, tak cudownie inne od reszty tygodnia, z Drugą Połową Rodziców obecną i zabierającą czasem nieletnich na dłuższy spacer do parku. I wieczorne Happy Hours. Są też Wspaniałe, Błogosławione Drzemki w ciągu dnia.

Ale czasem tych drzemek nie ma, za to jest marudzenie i nieustanne zapotrzebowanie na mamę… Jękolenie, płacz, stękanie i marudy. A we mnie wszystko wyje, żeby mnie zostawić w spokoju. Że ciszy potrzebuję jak powietrza.
I ta świadomość, że już nie mogę rzucić tego wszystkiego i wyjechać do Ameryki Południowej. Ta świadomość, że nie ma furtki, opcji, możliwości. Ta świadomość, że to już nieodwołalnie i na zawsze.

I tak. Wiem, że jeszcze dziś pewnie będę chciała edytować ten post. Dopisywać, że przecież sama chciałam. Że to świadoma decyzja, świadome wybory. I że moje życie jest najlepsze, jakie mogłam sobie wymarzyć. I to prawda będzie, ale i tak tego spokoju…tej ciszy…

25 września, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckoFrancjarozmyślaniaw ciąży

O rodzicielstwie we Francji. I w Polsce. Część I

by Paulina 17 września, 2014


Rzecz mnie dotyczy i natykam się na niego na każdym kroku,
więc pomyślałam, że o tym napiszę. A już zwłaszcza, że po poradnikach o
francuskim stylu, francuskiej kuchni, powstał poradnik dotyczący wychowywania
dzieci à
la française
(nie czytałam go, ale co tam, wypowiem się).

Temat dość ciekawy, podobno w „Paryżu dzieci nie
grymaszą”, a Francja jest bodajże jedynym krajem w Unii Europejskiej
mającym dodatni przyrost naturalny. I nie jest to tylko spowodowane ciągle
narastającą imigracją z krajów muzułmańskich, w których duża rodzina jest
wartością samą w sobie. „Rdzenne” Francuzki też decydują się na
więcej niż jedno dziecko – dwoje czy troje to zupełna norma, czworo tez nie
stanowi patologii, ani nie jest powodem do współczucia/kiwania z pobłażaniem
głową.
Poza ilością dzieci jest jeszcze cała masa różnic między
podejściem do dzieci we Francji i w Polsce, zastanawiam się, czy nie stanowimy
jakiś skrajnych biegunów…
Wszystko zaczyna się już w ciąży. W Polsce uderzające jest
medyczne podejście do tematu, USG przy każdej wizycie, obowiązkowa masa badań,
prowadzenie ciąży przez lekarza. Francuzki ciążę traktują znacznie luźniej,
standardowo pracują do połowy ósmego miesiąca (no, chyba, że ciąża jest
faktycznie zagrożona, ale albo tutaj jest mniej takich przypadków, albo znowu
decyduje luźniejsze podejście), ciążę prowadzi położna (albo lekarz rodzinny.
Ja chodziłam do położnej, wydało mi się to naturalniejsze).  Generalnie ciąża jest traktowana bardzo
naturalnie, co ma swoje dobre i złe strony. (Bo w końcu ciąża to
najnaturalniejszy stan pod słońcem, ale jednak dość wyjątkowy i chce się być traktowaną wyjątkowo. Przynajmniej ja chciałam).
Sam poród… Cóż, chyba ciężko mi sie na ten temat
wypowiedzieć, jako że w Polsce trafiłam chyba najgorzej, jak można i wiem, że
(na szczęście) moje przeżycia nie są powszechne. Nie wiem też, jak sprawy się
mają w innych szpitalach we Francji. W każdym razie, poza oczywistymi różnicami
w wyposażeniu szpitala, w warunkach lokalowych, w szpitalnej
diecie, wynikającymi z pieniędzy lub ich braku, najbardziej uderzyła mnie
różnica w podejściu personelu. Podczas pierwszego porodu czułam się totalnie
wyzuta z mocy, byłam po prostu pacjentką (z tendencją do bycia petentką),
kolejną tego dnia, która prawie przeprasza, że poród postępuje tak wolno, a
zwracano się do mnie w trzeciej osobie („niech się rozbiera i położy”
– SERIO), albo per dziecko zamiennie z kochanie (co nie było jakieś chamskie,
ale jednak dość upupiające), albo, już później „niech mama” (jaki
awans społeczny…) We Francji od początku do końca traktowano mnie podmiotowo,
dawano prywatność, podchodzono z szacunkiem do mojego ciała i do moich emocji.
Myślę, że duży wpływ miało właśnie podejście personelu na to, że pierwszy poród
zakończył się cesarskim cięciem, a drugi, choć też nie najłatwiejszy, był
naturalny.
A co po porodzie? Po porodzie polskie kobiety skupiają się maksymalnie na
dziecku – jego jedzeniu, przybieraniu na wadze, kupkach i spaniu. Francuskie
poradniki pełne są tekstów o tym, jak najszybciej odzyskać figurę, o formach
opieki nad dzieckiem i metodach antykoncepcji.

O tym co jeszcze po porodzie, przeczytacie w następnym odcinku, bo tekst mocno mi się rozrósł.

17 września, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

dzień taty

by Paulina 23 czerwca, 2014

Fajny Tata to skarb.

Niby to wiemy, ale czasem tuż po porodzie, jeszcze w połogu, kiedy jeszcze nie ogarnia się nowej rzeczywistości pojawia się pokusa, żeby trochę wyżyć się na mężu.
Zrobić z siebie trochę męczennicę i zgasić zapał młodego taty westchnieniem i słowami” daj, nawet przewinąć go nie potrafisz…” To takie budowanie ego na byciu matką polką i spychaniu faceta do roli co najwyżej pomagiera – pierdoły, któremu wszystko trzeba powiedzieć i pokazać palcem, a i tak w końcu coś schrzani.
I jeszcze często młode mamy wzajemnie się w takiej postawie wspierają „bo faceci tacy są” i na wyścigi narzekają lub wyśmiewają nieporadnych tatusiów.

Facet w końcu coraz bardziej się zniechęca i odsuwa. A im bardziej odsunięty i zniechęcony, tym trudniej mu się przełamać i nawiązać prawdziwy kontakt z dzieckiem. Co oczywiście daje nowe powody do narzekań.I koło się zamyka.

A przecież tata to połowa rodziców. Połowa rodziców, a nie jakiś dodatkowy gadżet, stawiany na równi z elektryczną nianią, matą edukacyjną i klockami lego. Więź z tatą jest jedyna w swoim rodzaju. Tata pokazuje inny świat niż mama, wspiera w inny sposób, ma inne pomysły, czułość od taty jest inna niż ta od mamy. Tata ma inne podejście do wielu spraw, co bywa bardzo inspirujące.

Warto wspierać ojców. Nie podcinać im skrzydeł, nie upupiać. Warto, fajny tata to skarb. Moje dzieci coś o tym wiedzą.

23 czerwca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustadzieckoFrancjamorzemorze z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemprzyczepka rowerowa

Jak mieć udane wakacje z dziećmi

by Paulina 21 czerwca, 2014

Jeszcze o naszych lazurowych wakacjach trochę chciałam napisać.
Jak zrobić, żeby wyjazd pod namiot z dwójką maleństw był dla wszystkich fajnym przeżyciem? Czy udane wakacje z dwulatkiem i niemowlakiem są w ogóle możliwe?

Przede wszystkim trzeba znać swoje dzieci. Brzmi banalnie, ale jednak warto o tym wspomnieć, bo na tej znajomości się wszystko opiera. Są dzieci bardziej i mniej otwarte, jedne lubią nowe miejsca inne mniej, jedne uwielbiają się brudzić, inne (chociaż takich nie znam…) wolą bawić się czyściutko i schludnie. Trzeba tez uwzględnić, czy dzieciak jest przyzwyczajony do wojaży, czy zna tylko bezpieczne otoczenie własnego domu.

Dobrze jest też zadać sobie parę pytań. Czego konkretnie oczekuję po wakacjach? Czego najbardziej się obawiam? Jakich kryzysów mogę się spodziewać i czy są sposoby na ich uniknięcie?

Ogarnąć pakowanie dużo wcześniej. Zrobić solidną listę rzeczy do wzięcia, nie zostawiać pakowania na ostatnią chwilę. Z dziećmi jest tak, że zapomniany drobiazg może mieć dużo poważniejsze konsekwencje, niż gdy zapomnimy o czymś dla siebie.

Czuć się bezpiecznie. Zapakować apteczkę, zapisać numery alarmowe, przypomnieć zasady pierwszej pomocy.

Nie robić intensywnych planów wakacyjnych. Będzie intensywnie, ale w inny sposób.Dobrze jest nie nastawiać się na „zaliczenie” wszystkich atrakcji turystycznych. Bez napięcia i listy rzeczy do zobaczenia możemy się całkiem miło zaskoczyć.

Pozytywnie się nastawić. Dzieciaki doskonale wyczuwają nasze nastroje. Jeśli jedziemy pełni obaw,zestresowani tym, czy „się uda”, możemy być pewni, że dzieciaki przejmą nasze negatywne uczucia i okażą je na swój sposób realizując tym samym czarne scenariusze.
Jedziemy na wakacje, cieszmy się tym.

My pojechaliśmy w okolice Hyeres – bardzo pięknego miasteczka. Stacjonowaliśmy na jednym campingu przez cały pobyt, co w „dawnych czasach” byłoby nie do pomyślenia. Ale chcieliśmy mieć jedną bazę, i żeby dzieciaki (zwłaszcza starszak) miały poczucie „małej stabilizacji” po dniu pełnym wrażeń wrażamy na nasz camping, do naszego namiotu. To oczywiście zaowocowało tym, że mniej zobaczyliśmy, ale bez przesady, w najbliższej okolicy atrakcji było aż nadto.

Nie szukaliśmy specjalnie dodatkowych rozrywek, typu wesołe miasteczka, kulki, i inne. Nasz dwulatek miał w zupełności wystarczająco wrażeń zapoznając się z morzem, przyglądając falom, sypiąc piasek i kamienie, obserwując, badając zupełnie nieznaną dotąd rzeczywistość. Plus krajoznawcze przejażdżki w przyczepce.

Jedzenie na wakacjach pod namiotem

Z jedzeniem nie było problemu. Młodsza karmi się piersią, więc nie musieliśmy się martwić o wyparzanie butelek, smoczków i zabieranie wszystkiego ze sobą. A Starszak je to, co my. Wieczorami przeważnie gotowaliśmy sami (uproszczone wersje tego, co w domu – np kuskus z warzywami, prosty makaron). A w ciągu dnia, przeważnie stołowaliśmy się „na mieście”. Na śniadanie Młodzian jadł swoja obowiązkową – obowiązkową z jego punktu widzenia- jaglankę lub owsiankę (w domu wymieszaną już z bakaliami). Dodatkowo, na wszelki wypadek zawsze mieliśmy na podorędziu jogurt naturalny, których Bąk jest fanem, i który idealnie gasi pragnienie, chłodzi i lekko syci.

Spanie z dziećmi pod namiotem

Mamy spory, trzyosobowy namiot z jedną sypialnią. Spaliśmy wszyscy razem, na karimatach. Mała w cienkim śpiworu, a Większy przykryty cienkim kocykiem.Wspólne spanie było zdecydowanie praktycznym rozwiązaniem, ze względu na nocne karmienie córy i w razie pobudek
synka – byliśmy obok i mógł się czuć bezpiecznie z dala od swojego łóżeczka.

Zwiedzanie na wakacjach z dziećmi. 

Chcieliśmy trochę zobaczyć, a jednocześnie nie zamęczyć dzieciaków.
Wyjeżdżaliśmy z campingu przed południem (wtedy nie było jeszcze
największego upału), chodziliśmy sobie po uroczych miasteczkach a
młodzież drzemała albo rozglądała się z perspektywy przyczepkowej. Upalne popołudnia spędzaliśmy z dala od nagrzanych murów.

Przyczepka
sprawdziła się też na plaży – duże koła nie zapadały się w piach,
stanowiła miłą, przewiewną i zacienioną sypialnię dla bobasa i
transportowała nasz pokaźny plażowy dobytek.

udane wakacje z dzieckiem, czy warto podróżować z dzieckiem

 

Czyli da się.

I jeszcze jedno. Dobrze jest wyluzować ogólnie. Może nie wszystko będzie idealnie, może dzieciak
będzie wiecznie brudny, może nie spędzimy romantycznych chwil na plaży
ani nie zobaczymy paru imponujących zabytków. Może. Ale przecież nie o
to chodzi w rodzinnych wakacjach.

21 czerwca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustadzieckoFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Weekend w Vercors. Czy warto podróżować z małymi dziećmi?

by Paulina 7 czerwca, 2014

Masyw Vercors. Piękne skały, wodospady, zapierające dech widoki. Wiatr.

Pojechaliśmy tam na dwa dni. Pochodzić, pooddychać, nacieszyć oczy i przetestować dzieciowy duet w warunkach namiotowych. Sprawdziło się.

Oczywiście nie ma mowy o jechaniu pod namiot z dwójką bez samochodu, ilość rzeczy do zabrania nas przeraziła (a i tak zapomnieliśmy o paru istotnych drobiazgach).
Można by się zastanowić, czy gra jest warta świeczki, po co włóczyć dzieciaki, zaburzać im rytm… No i koronne, „co to dziecko użyje”. No właśnie. Już kiedyś pisałam o tym, że wychodzimy z założenia, że dziecko jest pełnoprawnym członkiem rodziny. Pełnoprawnym członkiem, a nie jej jądrem, dlatego uważam, że nie trzeba całego swojego życia koncentrować wokół dziecka. Zresztą wcale dziecku nie wychodzi na dobre taka totalna koncentracja tylko na nim.

Wcielamy tu w życie dość wyświechtane powiedzonko o tym, że szczęśliwi rodzice, to szczęśliwe dziecko. Co w naszym przypadku niekoniecznie sprowadza się do wyskoczenia na kawkę czy do fryzjera raz na jakiś czas. Po prostu robimy to, co lubimy, i spędzamy czas w naszym stylu, a dzieci są przy nas. To jest nasze rodzicielstwo bliskości, czyli bycie blisko podczas różnych „naszych”- a nie typowo dziecięcych aktywności. Dzieciaki wtedy tez nasiąkają różnymi pasjami i nie zyskują wrażenia, że są pępkiem świata. Niemowlak jest zadowolony, bo rodzice są tuż obok, dostępni i zrelaksowani, a to czy w domu czy poza nim, ma mniejsze znaczenie. A dwulatek w takich okolicznościach odkrywa zupełnie inne rodzaje zabawy, uczy się mnóstwa nowych rzeczy i zdumiewa kreatywnością i tzw grzecznością.
Podsumowując, warto. Dla wszystkich, małych i dużych.

 
podróżowanie z dzieckiem, chustonoszenie, dziecko w chuście

  

 

7 czerwca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • Bieszczady z dziećmi. Znowu!

    10 sierpnia, 2018
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry