Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

dzieckoFrancjarozmyślania

O rodzicielstwie we Francji i w Polsce. Część II

by Paulina 10 października, 2014

Chciałabym dzisiaj uzupełnić mój post o byciu rodzicem w Polsce i we Francji. Do pierwszej 

części – o ciąży i porodzie zapraszam tutaj.

Jak już wspomniałam, podejście do dzieci we Francji różni się dość mocno od tego w Polsce. I, jak to zwykle bywa, obserwuję rzeczy fajne i mniej fajne (oczywiście z mojego punktu widzenia).
Co jest we Francji fajne, to pieniądze… Tak to się
jakoś dzieje, że się przy dziecku przydają. I ma znaczenie to, że od
szóstego miesiąca ciąży we Francji cała opieka medyczna jest za darmo, łącznie
z lekami, że przysługuje bezpłatna „opieka okołoporodowa”, że poza becikowym, na
każde dziecko co miesiąc wpływa całkiem konkretna kwota.
Co jest natomiast nie jest fajne… Do mamy należy urodzenie
dziecka. Wychowanie jest tutaj jakby mniej istotne. Kobieta rzadko karmi
piersią, do pracy wraca po 3-4 miesiącach i od tego momentu opiekują się nim
inni. Różne przypadkowe nianie, żłobki i inne instytucje (dość popularną formą
sa assistantes maternelles, czyli nianie mające w opiece 3-4 dzieci. Wychodzi
to korzystnie finansowo i dla niani i dla rodziców, ale dla malucha już niekoniecznie). Potem jest przedszkole i szkoła. Co ciekawe, i o czym dowiedziałam
się ostatnio, dziecko ma prawo opuścić szkołę tylko dwa dni w miesiącu – chore, czy
nie. Katar, grypa czy zatrucie pokarmowe… do szkoły trzeba chodzić, nieważne
że zaraża się innych, choroba trwa dłużej a zdolności przyswajania są żadne… 
Gdy dodać do tego francuski tryb pracy (w związku z dość długa przerwą w południe, Francuzi są w pracy od 9 do 18-19), w ciągu tygodnia rodzic widzi dziecko tylko tyle, żeby powiedzieć mu dzień dobry i dobranoc.
Rodzic w zasadzie zajmuje się dzieckiem w weekendy, i tym
wielu rodziców jest szalenie zmęczonych, bo dziecko jest męczące, wkurzające i
angażujące. Wierzę zresztą, że to łatwe nie jest, wychowywać swoje dziecko
tylko dwa dni w tygodniu i tylko wtedy budować z nim relacje, podczas gdy w tygodniu
większość czasu spędza z kimś innym. Trochę to smutne, że rezygnuje
się z własnego dziecka i oddaje się obcym ludziom jedyną w swoim rodzaju
relację.
Ale za to francuskie dzieci spędzają mnóstwo czasu na
dworze. Na placach zabaw, w parkach, na rowerkach, rolkach i hulajnogach,
biegają i skaczą i siedzą na dworze. To jest fajne.
O ile w Polsce częstą tendencją jest przesadna opieka i
troska o dziecko, o tyle francuskich rodziców cechuje w tej kwestii przesadny
czasem luz – na placach zabaw dzieciaki często pozostawione same sobie biegają
zaglucone, spadają z huśtawek i biją inne dzieci.


O ile w Polsce nie tak rzadkim widokiem jest dzieciak w maju
odziany w czapeczkę i kombinezonik, a przykryty kocykiem, o tyle u francuskiego
malucha rzadkim widokiem nie są gołe nogi w grudniu. (przy czym, co ciekawe, w
centrach handlowych wózki osłonięte są szczelnie folią przeciwdeszczową, a
biedne dziecię nie ma nawet rozpiętej kurtki). Innym widokiem, świadczącym o
dużym luzie francuskich rodziców, są noworodki (dosłownie dwu, trzytygodniowe)
w centrach handlowych właśnie.


O ile w Polsce przyjście na świat dziecka oznacza totalną
rewolucję, często włączenie opcji Matki Polki, i z automatu totalną rezygnację
z siebie, a dziecko staje się priorytetem pod każdym względem. O tyle we Francji
dziecko ma od początku znać swoje miejsce. Na porządku dziennym są teksty
„męczysz mnie” „jesteś wkurzający”, „zamknij się” itp Dość typowym obrazkiem
jest mama lub niania rozmawiająca z kimś przez telefon lub na żywo, a obok
wyjący maluch (na którego totalnie nie zwraca się uwagi), który np zaplątał się
w paski od wózka/ spadła mu czapka na oczy. (Jednak niewątpliwym pozytywem takiej
postawy jest to, że nie zwraca się też uwagi na dzieciaka w rozkwicie buntu
dwulatka, który wyje, bo czegoś mu zabroniono/odmówiono. Nie ma typowych w
Polsce pogardliwych spojrzeń pt „co za matka, nie ogarnia własnego
dziecka”)
I tak dalej.
To takie cechy, które najbardziej rzuciły mi się w oczy. 
Zdaję sobie sprawę, że tekst jest pełen uogólnień i uproszczeń. A mnie, tradycyjnie, najbliższy jest wspaniały złoty środek.
10 października, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

blue in green

by Paulina 25 września, 2014

O ile na ogół doceniam to, co mam, znajduję mnóstwo szczęścia w codzienności, i mam poczucie sensu, to są takie dni jak ten. Kiedy z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że te dzieci to już na zawsze…

Gdy nie ma oddechu, nie ma znaczenia czy to poniedziałek, czy sobota, nie ma dni wolnych, nie ma l4, ani wolnego na żądanie… A gdy juz się uda urwać jakiś wolny wieczór na randkę czy imprezę, to i tak w głowie ta nieznośna świadomość, że rano nie ma litości, i trzeba wstawać, odsikiwać, karmić i czytać książeczkę o pająkach.

Gdy miałam kryzysy w pracy, zwsze mogłam sobie powiedzieć, że minie, że jeszcze tylko parę godzin i do domu, jeszcze chwila i weekend. A jakby coś, to zawsze mogę rzucić tę robotę.

A teraz tak nie ma.

Teraz też są weekendy, tak cudownie inne od reszty tygodnia, z Drugą Połową Rodziców obecną i zabierającą czasem nieletnich na dłuższy spacer do parku. I wieczorne Happy Hours. Są też Wspaniałe, Błogosławione Drzemki w ciągu dnia.

Ale czasem tych drzemek nie ma, za to jest marudzenie i nieustanne zapotrzebowanie na mamę… Jękolenie, płacz, stękanie i marudy. A we mnie wszystko wyje, żeby mnie zostawić w spokoju. Że ciszy potrzebuję jak powietrza.
I ta świadomość, że już nie mogę rzucić tego wszystkiego i wyjechać do Ameryki Południowej. Ta świadomość, że nie ma furtki, opcji, możliwości. Ta świadomość, że to już nieodwołalnie i na zawsze.

I tak. Wiem, że jeszcze dziś pewnie będę chciała edytować ten post. Dopisywać, że przecież sama chciałam. Że to świadoma decyzja, świadome wybory. I że moje życie jest najlepsze, jakie mogłam sobie wymarzyć. I to prawda będzie, ale i tak tego spokoju…tej ciszy…

25 września, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckoFrancjarozmyślaniaw ciąży

O rodzicielstwie we Francji. I w Polsce. Część I

by Paulina 17 września, 2014


Rzecz mnie dotyczy i natykam się na niego na każdym kroku,
więc pomyślałam, że o tym napiszę. A już zwłaszcza, że po poradnikach o
francuskim stylu, francuskiej kuchni, powstał poradnik dotyczący wychowywania
dzieci à
la française
(nie czytałam go, ale co tam, wypowiem się).

Temat dość ciekawy, podobno w „Paryżu dzieci nie
grymaszą”, a Francja jest bodajże jedynym krajem w Unii Europejskiej
mającym dodatni przyrost naturalny. I nie jest to tylko spowodowane ciągle
narastającą imigracją z krajów muzułmańskich, w których duża rodzina jest
wartością samą w sobie. „Rdzenne” Francuzki też decydują się na
więcej niż jedno dziecko – dwoje czy troje to zupełna norma, czworo tez nie
stanowi patologii, ani nie jest powodem do współczucia/kiwania z pobłażaniem
głową.
Poza ilością dzieci jest jeszcze cała masa różnic między
podejściem do dzieci we Francji i w Polsce, zastanawiam się, czy nie stanowimy
jakiś skrajnych biegunów…
Wszystko zaczyna się już w ciąży. W Polsce uderzające jest
medyczne podejście do tematu, USG przy każdej wizycie, obowiązkowa masa badań,
prowadzenie ciąży przez lekarza. Francuzki ciążę traktują znacznie luźniej,
standardowo pracują do połowy ósmego miesiąca (no, chyba, że ciąża jest
faktycznie zagrożona, ale albo tutaj jest mniej takich przypadków, albo znowu
decyduje luźniejsze podejście), ciążę prowadzi położna (albo lekarz rodzinny.
Ja chodziłam do położnej, wydało mi się to naturalniejsze).  Generalnie ciąża jest traktowana bardzo
naturalnie, co ma swoje dobre i złe strony. (Bo w końcu ciąża to
najnaturalniejszy stan pod słońcem, ale jednak dość wyjątkowy i chce się być traktowaną wyjątkowo. Przynajmniej ja chciałam).
Sam poród… Cóż, chyba ciężko mi sie na ten temat
wypowiedzieć, jako że w Polsce trafiłam chyba najgorzej, jak można i wiem, że
(na szczęście) moje przeżycia nie są powszechne. Nie wiem też, jak sprawy się
mają w innych szpitalach we Francji. W każdym razie, poza oczywistymi różnicami
w wyposażeniu szpitala, w warunkach lokalowych, w szpitalnej
diecie, wynikającymi z pieniędzy lub ich braku, najbardziej uderzyła mnie
różnica w podejściu personelu. Podczas pierwszego porodu czułam się totalnie
wyzuta z mocy, byłam po prostu pacjentką (z tendencją do bycia petentką),
kolejną tego dnia, która prawie przeprasza, że poród postępuje tak wolno, a
zwracano się do mnie w trzeciej osobie („niech się rozbiera i położy”
– SERIO), albo per dziecko zamiennie z kochanie (co nie było jakieś chamskie,
ale jednak dość upupiające), albo, już później „niech mama” (jaki
awans społeczny…) We Francji od początku do końca traktowano mnie podmiotowo,
dawano prywatność, podchodzono z szacunkiem do mojego ciała i do moich emocji.
Myślę, że duży wpływ miało właśnie podejście personelu na to, że pierwszy poród
zakończył się cesarskim cięciem, a drugi, choć też nie najłatwiejszy, był
naturalny.
A co po porodzie? Po porodzie polskie kobiety skupiają się maksymalnie na
dziecku – jego jedzeniu, przybieraniu na wadze, kupkach i spaniu. Francuskie
poradniki pełne są tekstów o tym, jak najszybciej odzyskać figurę, o formach
opieki nad dzieckiem i metodach antykoncepcji.

O tym co jeszcze po porodzie, przeczytacie w następnym odcinku, bo tekst mocno mi się rozrósł.

17 września, 2014 6 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjamój stylrozmyślania

there are thousands of us we are feeble like glass

by Paulina 9 września, 2014

Wróciliśmy

Zadomawiamy się na nowo. Powracamy do naszych zakątków, z radością odkrywamy nowe miejsca ( o tym następnym razem).
Sprawdzamy, czy naleśniki w parku ciągle smakują taka samo niebiańsko, jak się miewają żyrafy, i o ile posunęły się pobliskie budowy (niewiele).
Przed domem bezustannie kilku Messich, jeden Ronaldo i jeden bezimienny reprezentant drużyny francuskiej rypią w piłę.
Ciągle poszukujemy idealnej piekarni w pobliżu.

Dzieciom zdecydowanie potrzebny był już powrót do naszej rutyny.
Młodsza Młodzież odzyskała w miarę regularny sen
Starszak, który za moment przekroczy żłobkowe progi, co chwilę powtarza, że tu jest „nasz dom”.

Czy
nasz?… Wynajęte mieszkanie, które staramy się maksymalnie oswoić,
przy minimalnych nakładach kosztów. W kraju, który jednak jest obcy i
w którym nigdy nie będziemy do końca u siebie. A jednak nasz. A jednak
to tu jesteśmy teraz u siebie.

9 września, 2014 3 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

na detoksie

by Paulina 20 lipca, 2014

„There
are three kinds of death in this world. There’s heart death, there’s brain
death and there’s being off the

network”

Tak to niestety trochę jest… Wspomniałam juz o tym, że
internetu jeszcze ciągle nie mamy, i w najbliższym czasie widoki są marne.
Ratuję się jak mogę, mąż czerpie z wirtualnej studni w pracy i donosi w wiadrze do domu. Ale wiadomo, że to nie to samo.
Na początku nawet podeszłam do sytuacji pozytywnie. Dobrze
jest zrobić sobie mały odwyk. Dobrze jest zyskać nagle mnóstwo czasu, zwykle
przebimbanego przed komputerem. Dobrze zmienić sposób działania i koncentracji
– podobno internet kompletnie zmienia sposób działania naszego mózgu; o ile w
zamierzchłych czasach przedinternetowych byliśmy w stanie koncentrować się na
jednej czynności przez dłuższy czas, przeczytać długi tekst bez przerywania
sobie zerkaniem na inne teksty, obrazki czy zdjęcia, to obecnie ślizgamy się,
surfujemy po kilku działaniach naraz, na żadnym porządnie się nie skupiając.
Dobrze jest skupić się na rzeczywistości.
Mój detoks internetowy uświadomił mi, jak mocno do tego
wirtualnego świata ostatnio wlazłam. Zdałam sobie sprawę, jak duża część mojego
życia dzieje się właśnie w komputerze, i że w zasadzie to powinnam byc
pryszczatym grubasem z grubymi szkłami.
W internecie toczy się spora część mojego życia
towarzyskiego, tam szukam inspiracji, słucham radia, robię zakupy, załatwiam
sprawy, sprawdzam informacje… Dlatego nie zamierzam potępiać w czambuł całej
wirtualnej rzeczywistości. A
poza tym „the time you enjoy wasting is not wasted time” Kwestia
znalezienia granicy.

20 lipca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjaminimalizmrozmyślania

A jeśli dom będę miał…

by Paulina 13 lipca, 2014

 …to będzie bukowy
koniecznie, pachnący i słoneczny…

Śpiewam codziennie bukowinowe kołysanki
dzieciakom, a w głowie przesuwają mi się obrazy 
z tumblra i pinteresta, jasnych, przestrzennych miejsc urządzonych
minimalistycznie i ze smakiem, w których na pewno nie ma miejsca na
samochodziki i klocki lego. A także nierozpakowanych kartonów.
Kolejna przeprowadzka. Znowu zszokowała mnie
ilość przedmiotów, jakie posiadamy. (Gromadzą się same, bez naszego udziału,
powoduje to ta sama tajemnicza siła splątująca ze sobą kable w trybie
błyskawicznym, gdy tylko znajdą się obok siebie.)
Być może mieszkańcy tumblrowych mieszkań nie
gotują, wyjeżdżając na wakacje biorą ze sobą jedynie stylową torbę z kartą
kredytową i smartfonem, nie gromadzą dokumentów, a już na pewno nie mają dzieci.
Ale już jesteśmy na nowym. Nie obyło się bez
komplikacji (francuscy techniciens, tradycyjnie wytrwale pracuj
ą na swój wizerunek świetych krów – na podłączenie gazu czekalismy półtora tygodnia, internetu nie mamy do tej pory…), ale teraz starsza młodzież
cieszy się swoim własnym pokojem, a ja przy każdym wyjściu doceniam brak
schodów i mały ale sympatyczny parczek pod samym nosem.

13 lipca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

dzień taty

by Paulina 23 czerwca, 2014

Fajny Tata to skarb.

Niby to wiemy, ale czasem tuż po porodzie, jeszcze w połogu, kiedy jeszcze nie ogarnia się nowej rzeczywistości pojawia się pokusa, żeby trochę wyżyć się na mężu.
Zrobić z siebie trochę męczennicę i zgasić zapał młodego taty westchnieniem i słowami” daj, nawet przewinąć go nie potrafisz…” To takie budowanie ego na byciu matką polką i spychaniu faceta do roli co najwyżej pomagiera – pierdoły, któremu wszystko trzeba powiedzieć i pokazać palcem, a i tak w końcu coś schrzani.
I jeszcze często młode mamy wzajemnie się w takiej postawie wspierają „bo faceci tacy są” i na wyścigi narzekają lub wyśmiewają nieporadnych tatusiów.

Facet w końcu coraz bardziej się zniechęca i odsuwa. A im bardziej odsunięty i zniechęcony, tym trudniej mu się przełamać i nawiązać prawdziwy kontakt z dzieckiem. Co oczywiście daje nowe powody do narzekań.I koło się zamyka.

A przecież tata to połowa rodziców. Połowa rodziców, a nie jakiś dodatkowy gadżet, stawiany na równi z elektryczną nianią, matą edukacyjną i klockami lego. Więź z tatą jest jedyna w swoim rodzaju. Tata pokazuje inny świat niż mama, wspiera w inny sposób, ma inne pomysły, czułość od taty jest inna niż ta od mamy. Tata ma inne podejście do wielu spraw, co bywa bardzo inspirujące.

Warto wspierać ojców. Nie podcinać im skrzydeł, nie upupiać. Warto, fajny tata to skarb. Moje dzieci coś o tym wiedzą.

23 czerwca, 2014 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

wpływ macerzyństwa na cv

by Paulina 3 czerwca, 2014

Jest taka obiegowa opinia, że czas spędzony z dzieckiem, to w oczach
pracodawcy czas stracony. Że „siedząc” z dzieckiem w domu, mama (lub
tata) cofa się intelektualnie, zawęża horyzonty i tematy rozmów do kup,
miksowania zupek i problemów ze spaniem i generalnie zostaje daleko w
tyle w kwestii rozwijania umiejętności niezbędnych w pracy zawodowej.

Jako
mama dwojga (która mimo wszystko czyta książki, wychodzi z domu w
celach innych niż przepisowy spacerek wokół domu, żywi się niekoniecznie
resztkami po swoim dziecku i nawet zdarza jej się dobrze wyglądać)
pragnę zadać temu kłam. Albowiem, bycie menadżerem domowego ogniska i
codzienne czelendżowanie licznych kejsów, z których absolutnie wszystkie
są na ASAP, całkiem solidnie tjunignuje nam nasze CV.

Do umiejętności doprowadzonych do perfekcji dzięki macierzyństwu można zaliczyć:

Negocjowanie z trudnym klientem. Dwulatek
należy do kategorii klientów najtrudniejszych, nieprzewidywalnych,
często zgłaszających reklamacje, nie godzących się na zaproponowane
rozwiązania (chcesz iść na rower? NIE! chcesz zostać w domu? NIE!) i nie
przyjmujących logicznych argumentów.

Działanie pod wpływem stresu. A także zdecydowanie większa odporność na stres. Podobno
płacz dziecka drażni jakiś ośrodek w mózgu, tak, że nie da się tego
płaczu znieść i oczywiście zwiększa to poziom hormonu stresu w
organizmie. Okazuje się, że płacz w wersji podwójnej całkiem nieźle
uodparnia na kortyzol.


Podejmowanie szybkich decyzji, ustalanie priorytetów i opanowywanie sytuacji kryzysowych. Gdy
jedno właśnie wstało z nocnika i mocno interesuje się jego zawartością,
a drugie właśnie dossało się do posiłku. Gdy jedno jest bardzo zmęczone
i potrzebuje odizolowania od bodźców, a drugie właśnie najbardziej by
chciało skakać po łóżku. Gdy jedno boli brzuszek, a drugie, do tej pory
pięknie się bawiące samodzielnie, potrzebuje niezwłocznej maminej
pomocy. Gdy jedno próbuje nakarmić drugie swoim obiadem… 

Zdolności interpersonalne. Zdecydowanie rozwijają się na placach zabaw…

Kreatywność.
Nikt nie jest tak kreatywny jak mama, która ma dosyć układania po raz
milionowy tych samych puzzli i czytania trylionowy raz tej samej
książeczki

Terminowość. Cóż, przy małych dzieciach po prostu nie ma opcji spóźnienia się np z jedzeniem.


Dobra organizacja. Czyli np zwykłe wychodzenie na spacer, tak,
żeby żadne nie było głodne ani śpiące, i wygrużanie się z
dzieciowo-zabawkowym majdanem z domu (z nieszczęsnego czwartego piętra), i zaliczenie spacerku
wózkowo-rowerowego (z nie-do-końca współpracującym Rowerzystą) i zakupów przy okazji. Albo, w wersji dla
zaawansowanych, dwudniowy wyjazd pod namiot (o tym w najbliższych dniach).

Umiejętność doprowadzenia do końca swoich projektów. Czyli nie odpuszczanie opieki nad dzieckiem przez pierwsze lata jego życia, chociaż bywa to męczące, monotonne i zwyczajnie wkurzające.

 
3 czerwca, 2014 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

chaos dwudzieciowy

by Paulina 28 kwietnia, 2014

No dobra. Lekko nie jest…

Dzieciaki się zgrywają. Nie w sensie zgrywy (chociaż, kto wie?), tylko zgrania w czasie. Jak jest dobrze, to po całości – Młodsza Młodzież sobie śpi lub patrzy, a Starsza układa puzzle lub jeździ samochodzikami. A ja nawet mogę ogarnąć siebie lub dom, a nawet czasem siąść do komputera lub dyskretnie poczytać (Pratchett na zmianę z Tracy Hogg, na ambitniejsze lektury przyjdzie czas)

Ale gdy któreś wymaga uwagi, drugie natychmiast wymaga jej bardziej. A ja wyrwana z błogostanu decyduję w pędzie czy najpierw masować bolący brzuszek noworodka czy całować stłuczone kolano starszaka; czy wycierać ulane mleko, czy wylaną zupkę; czy wyciszać potrzebującą snu córkę, czy czytać książeczkę potrzebującemu bliskości zazdrosnemu synkowi…

Opanowuję jednoczesne przytulanie obydwojga, znoszenie ich z czwartego piętra, naprzemienne ubieranie przy wychodzeniu na spacer (żeby żadne się nie zgrzało – a potem okazuje się, że sobie zapomniałam zapiąć bluzki), doglądanie posiedzenia na nocniku i zmianę pieluchy (bo i w tym temacie jakaś symultaniczność…), czy równoczesne karmienie piersią i owsianką.

Ale rosną. Codziennie o jeden dzień starsze, mądrzejsze. W weekend stuknęły im trzy tygodnie i dwa lata. Coraz bliżej do osiemnastki…

Lekko nie jest, to szczęście rodzinne wagi ciężkiej.

Przy okazji… W ramach zabaw językowych (trochę dla synka, trochę dla siebie – by uniknąć umysłowego rozmamłania), postanowiłam wskrzesić mój drugi blog – Rymowalnię. Serdecznie zapraszam, zwłaszcza Mamy, będzie mi bardzo miło, gdy zajrzycie!

28 kwietnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniaw ciąży

gdybym miał łódkę, jakieś żagle, czy coś

by Paulina 21 marca, 2014

Może to ta moja kulistość, a może klasyczny syndrom „marzy mi się niemożliwe na daną chwilę”, może pierwsze w tym roku wiosenne wycieczki… Ale chce mi się podróży. Najchętniej dalekiej, z plecakiem i namiotem. Wsiadłabym do pociągu, na statek jakiś, poszwendała…

Ale nie. Teraz trwa czas zamknięcia i zwrócenia się do środka. Czas wyłączenia się ze świata zewnętrznego i totalnego skupienia się na tym wewnętrznym. Na tym, co w środku.

Nigdy jeszcze słowa „dla świata jesteś nikim, lecz dla kogoś możesz być całym światem” nie były tak prawdziwe…

21 marca, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13

Ostatnie wpisy

  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • Co lubisz robić w życiu?

    15 czerwca, 2016
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry