O ile na ogół doceniam to, co mam, znajduję mnóstwo szczęścia w codzienności, i mam poczucie sensu, to są takie dni jak ten. Kiedy z przeraźliwą jasnością uświadamiam sobie, że te dzieci to już na zawsze…
Gdy nie ma oddechu, nie ma znaczenia czy to poniedziałek, czy sobota, nie ma dni wolnych, nie ma l4, ani wolnego na żądanie… A gdy juz się uda urwać jakiś wolny wieczór na randkę czy imprezę, to i tak w głowie ta nieznośna świadomość, że rano nie ma litości, i trzeba wstawać, odsikiwać, karmić i czytać książeczkę o pająkach.
Gdy miałam kryzysy w pracy, zwsze mogłam sobie powiedzieć, że minie, że jeszcze tylko parę godzin i do domu, jeszcze chwila i weekend. A jakby coś, to zawsze mogę rzucić tę robotę.
A teraz tak nie ma.
Teraz też są weekendy, tak cudownie inne od reszty tygodnia, z Drugą Połową Rodziców obecną i zabierającą czasem nieletnich na dłuższy spacer do parku. I wieczorne Happy Hours. Są też Wspaniałe, Błogosławione Drzemki w ciągu dnia.
Ale czasem tych drzemek nie ma, za to jest marudzenie i nieustanne zapotrzebowanie na mamę… Jękolenie, płacz, stękanie i marudy. A we mnie wszystko wyje, żeby mnie zostawić w spokoju. Że ciszy potrzebuję jak powietrza.
I ta świadomość, że już nie mogę rzucić tego wszystkiego i wyjechać do Ameryki Południowej. Ta świadomość, że nie ma furtki, opcji, możliwości. Ta świadomość, że to już nieodwołalnie i na zawsze.
I tak. Wiem, że jeszcze dziś pewnie będę chciała edytować ten post. Dopisywać, że przecież sama chciałam. Że to świadoma decyzja, świadome wybory. I że moje życie jest najlepsze, jakie mogłam sobie wymarzyć. I to prawda będzie, ale i tak tego spokoju…tej ciszy…

























