U schyłku tej ciąży chyba mniej niż poprzednio delektuję się stanem błogosławionym.
Wtedy pisałam o usprawiedliwionym lenistwie, gdy organizm i tak wykonuje najniezwyklejszą i najwspanialszą pracę na świecie – tworzy życie. Dobrze mi było, upajałam się samym byciem w ciąży, nie mogłam napatrzeć na mój doskonały, kulisty kształt…
Tym razem, gdy tylko mogę też staram się sobą napawać. Słucham siebie, zachwycam dwoma bijącymi we mnie sercami.
Ale i tak jakoś mam ochotę na tatara. Sushi. Albo ostrygi z dużą ilością wina.
Szpilki bym założyła.
Tęsknię za pomalowaniem paznokci bez zadyszki i kopniaków w żołądek.
Za rowerem tęsknię.
Za imprezą konkretną. Z wódką.
Za tańcem do utraty tchu.
Za głośnym koncertem.
Za spaniem na brzuchu.
I, chociaż wiem, że może być trudno, to tak strasznie już tęsknię za tym maleństwem, prawie gotowym.


























