Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

dzieckorozmyślania

time of glimmers

by Paulina 17 maja, 2015

Wiadomo, że bycie rodzicem, bywa męczące, wkurzające, frustrujące.
Że dni są monotonne, że wiecznie trzeba robić pranie/składać wyschnięte rzeczy/zbierać brudy z podłogi, że człowiek ciągle się potyka o samochodziki, następuje na klocki, wchodzi skarpetką w rozlane picie, że słyszy bez ustanku płacze / piski / jęki /mamowaaaaaaanie.

Huśtawka nastrojów, od euforii i przelewającego się uszami szczęścia, po walenie głową w ścianę otwiera drogę do rozstroju psychicznego.

Ale otwiera też na szereg przeżyć i odkryć jedynych w swoim rodzaju.
Pozwala cieszyć się rosnącymi kwiatkami przed oknem. I zmianą świateł na przejściu dla pieszych. I tym, że na myjni akurat jest samochód i kręcą się szczoty. Przejeżdżającą śmieciarką i hałasem koparki za oknem. Pająk znaleziony pod prysznicem to nie powód do obrzydzenia, tylko radość że przyszedł do nas Kleofas (Kleofas towarzyszy nam w słoiku przy śniadaniu, po czym zostaje wypuszczony za okno, szukać żony). To serdeczne uśmiechy obcych ludzi. Prawie rozjechaną rowerem dżdżownicę przekłada się uważnie na trawę z pouczeniem, że „tseba uwazać dzownico”. Zachwycanie się chodzeniem, smakiem pomidora, kąpielą.

A deszcz w długi weekend to nie zepsute plany wycieczkowe, tylko krople spadające do obserwowania przez okno z krzesła w salonie, wspaniałe kałuże przed domem do przejeżdżania po nich rowerem, i na pewno mnóstwo ślimaków na chodnikach. A ślimaki, jak wiadomo, to już czysta radość.


17 maja, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślania

moda kury domowej

by Paulina 11 maja, 2015

Tak się złożyło, że moja potrzeba budowania rozsądnej, dobrej jakościowo i „mojej estetycznie” garderoby zbiegła się z macierzyństwem.

Co sprawiło, że na wizję tego, jak chciałabym wyglądać, duży wpływ ma moje nieletnie towarzystwo. A rozważania, jak się ubierać po domu zdominowała wygoda. I praktyczność.

Dlatego chociaż uwielbiam rozpuszczone włosy i mój jasny trencz, to obydwie opcje na co dzień po prostu się nie sprawdzają. Lubię też obcasy, ale teraz noszę je tak rzadko, że gdy już je założę czuję się w nich taka wystrojona.
Jeszcze niedawno, gdy podstawowym posiłkiem córy było moje mleko, jednym z podstawowych czynników decydujących o wyborze bluzek i sukienek była kwestia możliwości dyskretnego i wygodnego karmienia piersią – czyli duży dekolt, albo guziki, fason koszulowy, albo kopertowy. Z żalem patrzyłam na golfy (choć nigdy ich nie lubiłam), sukienki zapinane na plecach, obcisłe bluzki bezdekoltowe.

Zgodnie z zasadą „mniej ale lepiej”, staram się kupować mniej ale są to ubrania dobrej jakości, które pasują do siebie (i do mnie! To niby oczywiste, ale dopiero niedawno zaczęłam tę zasadę stosować przy zakupach) i w których dobrze się czuję. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że nawet najlepszej jakości t-shirt, kaszmirowy sweter, czy sukienka made in Poland z trudem zniosą ustawiczny kontakt z małymi brudnymi łapkami, szarpanie i rozciąganie dekoltu, smarki i plamy jedzeniowe. Słowem, nie sprawdzą się jako ubrania „po domu”

Gdy po raz kolejny trzeba zmienić bluzkę, bo dziecię o umazanej burakowo buzi raczyło się przytulić mocno-mocno do mojego ramienia, mam ochotę olać ten cały wygląd, i dnie spędzać w dresach w kolorze umownym.
Ale zaraz przed oczami staje mi teściowa, całe życie zajmująca się domem w pełnym makijażu i złotej biżuterii. A poza tym – dla kogo mam ładnie wyglądać, jeśli nie dla siebie i męża?
I nie wiem, może rozwiązaniem była by podomka / fartuch narzucana na moje kaszmiry i bawełnę egipską i zrzucana gdy tylko bachorstwo pójdzie spać, albo gdy już uda nam się wyjść na spacer?

Nie lubię przeczekiwania i nie chcę trwać w poplamionych dresach do momentu gdy dzieci podrosną i nabiorą manier i ogłady, dlatego, jak oryginalnie, wybrałam złoty środek. Czyli na co dzień moje domowe ubrania charakteryzuje… nazwijmy to estetyczna wygoda.

Płaskie buty (w zależności od pogody, trampki, botki za kostkę, espadryle lub sandały)
Na górę koszula lub t-shirt. A ponieważ nie mam finansowych możliwości na poddawanie próbom tych podobno najlepszych, na ogół kupuję w bardzo przyzwoitym jakościowo i korzystnym cenowo (gdy są promocje) GAPie. Fajną opcją też są second handy, ale we Francji to raczej vintage shopy, w których raczej nie  ma mowy o ciuchach na kilogramy.

Na dół przeważnie wysłużone jeansy, albo chinosy. Szorty. Czasem wygodna rozszerzana spódnica.
Albo prosta dzianinowa sukienka.

Włosy upinam w kok, albo zaplatam w warkocz. 

W weekendy, na wspólnych spacerach  dalej jest wygoda, ale trochę bardziej estetyczna. Wyciągam trencz i włosy rozpuszczam. Zakładam ładniejsze sukienki. Czasem dodaję koronkowe rajstopy. Zakładam kolczyki, coś na szyję.

Dzisiejsze zdjęcia to właśnie kura domowa na co dzień. Rozczochrana, z rozmazanym makijażem (nie ma go i tak za dużo – krem bb i kredka na oczy, czasami tusz), z tylko raz zmienioną koszulką, w którą wytarto łapkę poszparagową, leniwie łapiąca popołudniowe słońce na ławce przed domem (gdy tylko nie babrze się z dziećmi w pyle, nie poprawia czapeczek, butów i spodenek, nie biega za piłką, nie wyciera glutów/rąk/buź.)
I jedno, dla kontrastu, weekendowe.

11 maja, 2015 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylrozmyślania

dream on

by Paulina 24 kwietnia, 2015

Rozmarzacie się czasami? Wyobrażacie sobie różności? Odjeżdżacie czasem myślami?

Ja bardzo często. Gdy robię coś, co nie angażuje umysłu, umysł z radością sam angażuje się do totalnych odjazdów. Od jakiegoś czasu, w określonych momentach (z dziećmi), staram się skupiać na rzeczywistości, choć wydaje się dość monotonna, z tendencją do przeraźliwie nudna. Ale wysilam się i jestem obecna nie tylko ciałem przy budowaniu z klocków, jeżdżeniu pociągami, czytaniu znanych na pamięć książeczek, czy układaniu puzzli.

Ale. Ale są takie momenty, gdy mówię do moich myśli „Droga wolna, idźcie się wyszaleć”. I snują mi się marzenia, zupełnie abstrakcyjne, i całkiem rzeczywiste, spóźnione o wiele lat i takie na odległą przyszłość, marzenia do zrealizowania i marzenia dla marzeń…
Chciałabym np pojechać do Ameryki Południowej. Do Chile, do Peru. I na Islandię, bardzo bardzo. I do Nowej Zelandii. Chciałabym skoczyć na paralotni. I polecieć balonem. Chciałabym nauczyć się grać na trąbce. Robić szpagat turecki. Biegle znać wszystkie języki, których się uczyłam. Studiować matematykę. Być psychiatrą, neurologiem, choreografem albo architektem wnętrz. Zrobić sweter na drutach i nauczyć się szyć. Polecieć w kosmos. Żeglować. Zobaczyć zorzę polarną, Saharę, widmo Brockenu (ale tylko raz), kwitnące wiśnie w Japonii.

Lubię to. To jedna z tych fantastycznych przyjemności, którą zupełnie za darmo oferuje nam nasz umysł.

A Wy? O czym marzycie?

24 kwietnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślaniawiosna

mniej

by Paulina 24 lutego, 2015

Parę dni temu zaczął się Wielki Post. Trochę niewygodny, nieciekawy, bardzo nieatrakcyjny marketingowo okres, w dzisiejszym laickim i konsumpcyjnym świecie. W czasach, kiedy nie chcemy sobie niczego odmawiać, kiedy wszystko nam się należy, i to natychmiast, „jesteśmy tego warci”, nie mamy czasu czekać, nie chcemy się wysilać.

Tymczasem rosnąca popularność nurtu minimalizmu pokazuje, że czasem asceza jest nam zwyczajnie potrzebna.
Bo ileż można zapychać się bylejakością- brzuch bezwartościowym
jedzeniem, mózg – szumem informacyjnym, oczy – „inspirującymi” (głównie
do zakupów) zdjęciami i rysunkami,  szafę kiepskiej jakości ubraniami.  Tracimy na to czas, energię i pieniądze, pędzimy nie mając nawet czasu
zastanowić się dokąd…nie ma czasu taczki załadować…

Sam moment końca zimy jest na post idealny, po bożonarodzeniowych hulankach zakupowych, karnawale, szaleństwie wyprzedaży, po zimie kiedy tak chętnie rozganiamy zimowe smutki kolejnymi batonikami.
To moment, kiedy świat się przyczaił przed buchnięciem nowym życiem, czas przedświtu. Dzień jest coraz dłuższy, słońce świeci jakoś optymistyczniej (i skuteczniej… Jak doskonale widać teraz niewytarty kurz, brudne okna, chaos organizacyjny, sflaczałe ciało, rozślamazarniony umysł i ogólną mułowatość). O tej porze roku zupełnie naturalnie dążymy do jakiejś odnowy.

Oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety. Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień. Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.

Dlatego tak się cieszę na te tygodnie. Wprowadzam trochę ograniczeń (zakupowych, jedzeniowych, internetowych), chcę walczyć z rozproszeniem i niezorganizowaniem, chcę walczyć o jasny umysł,  o kondycję ciała i mózgu. Chcę ćwiczyć systematyczność, uważność i pełną koncentrację.

Warto, niezależnie od poglądów religijnych, taki czas sobie podarować.

24 lutego, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

in a new euphony

by Paulina 26 stycznia, 2015

 Ostatnio zdałam sobie sprawę, że mimo deklarowanego rozkoszowania się teraźniejszością i zachwytu codziennością, często jest tak, że codzienność mnie nudzi a od teraźniejszości uciekam.
Nic nadzwyczajnego w sumie. Chwile nie angażujące umysłu, wykorzystane są przez umysł na swobodne wędrówki… I tak, śpiewając kołysanki, czytając książeczki (znane na pamięć), zmywając, itd odpływam myślami daleko bardzo, planuję, gdybam, marzę. Ale ostatnio moje myśli zbłądziły właśnie w kierunku tego błądzenia, i tego, dlaczego błądzę (we need to go deeper…).
Pomyślałam sobie, że czasami chyba jestem jak ktoś, kto jedząc czekoladę fantazjuje o bezach…  Czas z dziećmi, jedyny taki czas, który tak szybko przemija, przeczekuję, z hasłem „byle do wieczora” i „byle do weekendu”. Uciekam od tych dzieci, przysiadam przy komputerze przy każdej okazji, żeby się pogapić bezmyślnie na ładne zdjęcia, albo poczytać mniej lub bardziej wartościowe teksty. I w ten sposób ani nie jestem z dziećmi, ani nie robię nic konstruktywnego, a do tego takie przeczekiwanie jest potwornie męczące.

A dzieci rosną, zmieniają się, z każdym dniem bliżej do 18…

I wiem, że będę za tą „błogą domowością” tęsknić, i za tym czasem maleńkości dziecięcej, za pierwszymi krokami, pierwszymi słowami, za tą nieporadnością dziecięcą, za dziecięcą pomysłowością i zachwytem dziecięcym, za pulchnymi stópkami, za spojrzeniem pełnym ufności i totalnej wiary w moją absolutną wszechmoc.

Dlatego pomyślałam, żeby bardziej się angażować w to, co robię. Próbować autentycznie przeżywać każdą chwilę.
Nie zamierzam codziennie kontemplować struktury piany podczas mycia naczyń, nie ma siły, żebym zaangażowała się emocjonalnie w perypetie Elmera, nie będę się zachwycać zasyfioną podłogą wokół fotelika jedzeniowego.
Ale jednak postaram się zamienić byledowieczoryzm na autentyczne bycie tu i teraz, na smakowanie, doświadczanie, przeżywanie totalne.

26 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowodzieckomój stylrozmyślania

ces petits riens

by Paulina 5 stycznia, 2015

I skończyło się. A było tak pięknie. Dwa tygodnie błogości. Dwa tygodnie prawdziwej odpoczywalni. Dwa tygodnie, które budują wspomnienia o sielance, jaką przeżywa się będąc w domu z małymi dziećmi.
Dwa tygodnie, które ładują baterie, wypełniają poczuciem sensu i spełnienia po uszy.

I nic to, że był to czas z akompaniamentem paskudnego kaszlu na dwa gardła. Że był to czas podwójnego ząbkowania. I czas ogromnej zazdrości u starszaka, a co za tym idzie czas masakrycznych histerii, marud i ogólnej nieznośności. I kryzysu z zasypianiem u malucha.

I tak będę pamiętać ich pierwsze wspólne zabawy i obopólną radość na
swój widok. Będę pamiętać uśmiechy, zachwyt choinką i światełkami, 
pierwsze przeżywanie prezentów od gwiazdki (Starszak) i szaleństwo w
opakowaniach (Młodsza). Wycieczkę w góry i pierwsze doświadczanie
śniegu. Cudowny czas tylko we dwoje (wiwat dziadkowie!) Wspólne leniwe
poranki – z dzieciakami kokoszącymi się w łóżku, a potem królewskie
śniadania trwające nieprzyzwoicie długo. Powolne celebrowanie kawy.
Wspaniałe obiady w wykonaniu męża. Wieczory jak zawsze cudowne, trochę dłuższe niż zazwyczaj, bo przecież rano będziemy bumelować wspólnie…

Wracamy do rzeczywistości, łatwo nie jest.

 

 

5 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

O prezentach dla dziecka

by Paulina 19 grudnia, 2014

Nie do końca może na miejscu ten post, w grudniu, tuż przed Świętami, gdy piosenki z dzwoneczkami, zapach mandarynek i cynamonu, światełka, i wszechobecne listy propozycji prezentowych napędzają kupowanie w ekstazie i poczuciu że oto wpisaliśmy się właśnie w ducha Świąt…

Na mnie też działają te zapachy, ten klimacik, ta cała sympatyczność i przytulność około świąteczna.

Ale moje dzisiejsze przemyślenia stanowią raczej przeciwny biegun.

Mówi się, że dziecko to luksus. Że skarbonka bez dna, że ludzi nie stać na dziecko. I można by się z tym zgodzić, jeśli chce się uznać faktyczną niezbędność dziecięcych niezbędników.
Których dziecko tak na prawdę nie potrzebuje. Nie potrzebuje tej ciężkiej kasy, potrzebuje rodziców po prostu…
Nie potrzebuje masy zabawek, potrzebuje zabawy.

A my, otoczeni reklamami, blogami parentingowymi, ofertami sklepów, mamy wrażenie, że bez kolejnej wspaniałej zabawki, czy gadżetu dziecko się nie rozwinie, nie nauczy nic, będzie leżało bezbronne, zaniedbane nic nie umiejące… Wszystko zaczyna się już w ciąży, człowiek wtedy zaczyna odkrywać ten nieznany dotąd świat. Nagle okazuje się, że na wyprawkę trzeba wydać grube tysiące, bo przecież nie da się bez sterylizatorów, elektronicznych niań, karuzel, grających zabawek, gadżetów przewijakowych, bajerów wózkowych, dizajnerskich ubranek z ekobawełny… Później jest jeszcze lepiej, dochodzą gadżety około jedzeniowe, jeździki i chodziki, no i cała masa nowych zabawek, przytulanek, drobiazgów… Inna sprawa, to wszystko najzwyczajniej w świecie przemawia do rodziców – bo takie piękne, rozwojowe, ja to o takiej mogłam tylko pomarzyć… A do tego dochodzi takie ogólne przeświadczenie, że dziecku się nie żałuje, sobie od ust trzeba odebrać, a dziecku dać.

A dziecko przytłoczone zabawkami, choćby najwspanialszymi, nie będzie się nimi cieszyć. Nie rozwija wyobraźni, pomysłowości, kreatywności. Staje się zblazowane, nienasycone i niedoceniające, nie umiejące się cieszyć, rozproszone.
W dobrych przedszkolach, mądre nauczycielki organizują czasem akcję „Przedszkole bez zabawek” (choć brzmi to jak oksymoron). Chodzi o dwu- trzymiesięczny projekt, podczas którego zabawki „jadą na wakacje”, a dzieci odkrywają potęgę wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw i zabawek. Odświeżające.

A w domach warto czasem zrobić czystkę… Powyrzucać, pooddawać, sprzedać. Część schować, tak, żeby dostęp na bieżąco był tylko do niewielkiej ilości, dać dzieciakowi trochę oddechu od bodźców. A na prezent, dać trochę zaangażowania, podsunąć pomysł na zabawę, zwyczajnie spędzić trochę czasu, na spacerze np.

Nie jestem hipokrytką, nie twierdzę, że dziecko nic nie kosztuje, że moje dzieci bawią się wyłącznie szyszkami, ludzikami z kasztanów i rolkami po papierze toaletowym, przytulają do gałganków udających misie, czytane mają książki tylko z biblioteki, jeżdżą wyimaginowanymi pojazdami, a mnie jest obojętne, co mają na sobie. Nie jest tak, nie raz uległam zachwytom tego, czy innego blogera, lubię, jak jest estetycznie, lubię, jak jest rozwojowo, lubię, jak dziecko jest zaangażowane. Lubię piękne książki, lubię klocki, lubię puzzle, mój syn uwielbia samochodziki.

Wiem też jaką przyjemnością jest sprawianie dziecku przyjemności, obdarowywanie własnego dziecka jest niewątpliwie wspaniałe. Ale nie wyprzedzajmy pragnień. Dobrze jest dać dziecku trochę poczekać, pomarzyć, niech faktycznie czegoś bardzo chce. Jeśli prezent jest wyczekany, wymarzony, to dopiero jest fajne.

Ale dobrze jest mieć świadomość, że to nie jest niezbędne. Niezbędni są rodzice, ich miłość i bliskość. Mniej to często lepiej.

19 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślania

In a world of magnets and miracles

by Paulina 24 listopada, 2014

Miałam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam w sąsiedztwie najlepszego placu zabaw w Lublinie.
Plac zabaw z rakietą, znany w całym mieście. Nie spełniający żadnych norm bezpieczeństwa, wybetonowany, wyposażony, poza wspomnianą rakietą (wysoką zjeżdżalnią – drabinka wiodąca na górę umieszczona była w metalowej rurze ), w wysokie metalowe drabinki – fale, wahadłowe huśtawki-killery, jedyny w  swoim rodzaju samolot z kręcącym się śmigłem… Siedzieliśmy tam całymi dniami, czasem tylko lecąc pod balkon i negocjując kolejny kwadransik zabawy w prąd lub w pająka, kręcenia fikołków, huśtania do dechy, robienia dziesiątek fikołków na drabinkach, grania w gumę (byłam najlepsza w wyjmowaną nóżkę) i w szczura ze skakanką… Ręce pełne pęcherzy od metalowych drągów, lubiłam je myć po przyjściu z dworu i przyglądać się cieknącej strużce brudnej wody. Kolana wiecznie zdarte, siniaki na piszczelach od skakania między metalowymi rurkami, czasem większe wypadki, szwy, złamane ręce.

Zamknięta w sześcian drabinka z rurą w środku była naszym domkiem, bazą, inspirowała do codziennego ulepszania reguł kolejnej gry, kolejnej zabawy w wyobraźni…

Inną bazą były krzaki ozdobne, tam gotowaliśmy zupy z błota, czerwonych klejących kulek i liści. I widoczki tam robiliśmy. A jak było gorąco, asfalt wybulał, i największym szczęściem było przebić taką miękką asfaltową bulkę.

Ciekawa jestem, jakie wspomnienia będą miały moje dzieci. Pewnie z nostalgią będą wspominać dawne czasy i, podobnie jak każde inne pokolenie będą twierdzić, że kiedyś trawa była zieleńsza i że kieeedyś… to dopiero… a teraz to na nic…

Czy będą umiały wyobrażać sobie, wymyślać, fantazjować? Mam nadzieję, że tak. Jak mogę, ograniczam zabawki „gotowce” i dziecięce atrakcje, nasz synek bawi się w gotowanie z pomocą torby korków po winie, zbieraniny różnych pojemniczków, robimy na poczekaniu tunele dla samochodzików z rurek po papierze toaletowym, funkcje szlabanów pełnią długopisy.  Zależy mi, żeby ich zabawki nie miały sztywno określonych celów, lubię, jak zmieniają się ich funkcje.

Daleka jestem, mimo tego rozmarzenia we wspomnieniach, od twierdzenia, że kiedyś to dopiero było, a teraz dzieci mają gorzej a rodzice trudniej. Jest inaczej po prostu. Ja miałam plac betonowy zabaw z podrdzewiałą rakietą, mój syn drewniany plac zabaw z bobrem, nad jeziorem.

 
  
 
 
 

24 listopada, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńksiążkirozmyślaniaspacer

when I’m alone I’ll be better off than I was before

by Paulina 13 października, 2014
W sobotę udałam się na moją Samotną Wyprawę do Biblioteki.
Zawsze uwielbiałam ten klimat biblioteczny – nieważne, czy to mała osiedlowa biblioteka gdzieś przy garażach, czy arcy nowoczesna mediateka pełna multimedialnych gadżetów. W bibliotekach zawsze jest taka specyficzna, nasycona książkami cisza, charakterystyczny zapach… Przeglądam niespiesznie książki, wybieram te do wypożyczenia. Czasem przychodzę z listą, ale przeważnie szukam czegoś na miejscu, chwytam się klasyki, wybieram po okładce (tak, tak, to podobno nie jest najlepsza metoda, sama się nie raz srogo zawiodłam), trafiam na coś, co zawsze chciałam przeczytać, albo coś, o czym usłyszałam niedawno, sięgam po coup de cœur bibliotekarzy. A potem zasiadam sobie, przeglądam, co wybrałam, piszę, układam myśli w głowie, planuję, zastanawiam się.
I jest mi tak dobrze, że do pełni szczęścia brakuje tylko, żeby mnie ktoś smyrał po karku.
Wreszcie mogę usłyszeć moje myśli a nie moje dzieci.
Potem, cudownie odświeżona i niemal stęskniona, dołączyłam do rodziny bawiącej w parku, cieszącej się słońcem, przejażdżkami na kucyku i kolejką, przyglądającej się spadającym liściom, żyrafom i niedźwiedziom.
 

  

Taaak… Wyjście do biblioteki na trzy godziny ilustruję ścieżką dźwiękową do filmu o rzucaniu życia w społeczeństwie i samotnej wyprawie na Alaskę… Wnioski?

13 października, 2014 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckoFrancjarozmyślania

O rodzicielstwie we Francji i w Polsce. Część II

by Paulina 10 października, 2014

Chciałabym dzisiaj uzupełnić mój post o byciu rodzicem w Polsce i we Francji. Do pierwszej 

części – o ciąży i porodzie zapraszam tutaj.

Jak już wspomniałam, podejście do dzieci we Francji różni się dość mocno od tego w Polsce. I, jak to zwykle bywa, obserwuję rzeczy fajne i mniej fajne (oczywiście z mojego punktu widzenia).
Co jest we Francji fajne, to pieniądze… Tak to się
jakoś dzieje, że się przy dziecku przydają. I ma znaczenie to, że od
szóstego miesiąca ciąży we Francji cała opieka medyczna jest za darmo, łącznie
z lekami, że przysługuje bezpłatna „opieka okołoporodowa”, że poza becikowym, na
każde dziecko co miesiąc wpływa całkiem konkretna kwota.
Co jest natomiast nie jest fajne… Do mamy należy urodzenie
dziecka. Wychowanie jest tutaj jakby mniej istotne. Kobieta rzadko karmi
piersią, do pracy wraca po 3-4 miesiącach i od tego momentu opiekują się nim
inni. Różne przypadkowe nianie, żłobki i inne instytucje (dość popularną formą
sa assistantes maternelles, czyli nianie mające w opiece 3-4 dzieci. Wychodzi
to korzystnie finansowo i dla niani i dla rodziców, ale dla malucha już niekoniecznie). Potem jest przedszkole i szkoła. Co ciekawe, i o czym dowiedziałam
się ostatnio, dziecko ma prawo opuścić szkołę tylko dwa dni w miesiącu – chore, czy
nie. Katar, grypa czy zatrucie pokarmowe… do szkoły trzeba chodzić, nieważne
że zaraża się innych, choroba trwa dłużej a zdolności przyswajania są żadne… 
Gdy dodać do tego francuski tryb pracy (w związku z dość długa przerwą w południe, Francuzi są w pracy od 9 do 18-19), w ciągu tygodnia rodzic widzi dziecko tylko tyle, żeby powiedzieć mu dzień dobry i dobranoc.
Rodzic w zasadzie zajmuje się dzieckiem w weekendy, i tym
wielu rodziców jest szalenie zmęczonych, bo dziecko jest męczące, wkurzające i
angażujące. Wierzę zresztą, że to łatwe nie jest, wychowywać swoje dziecko
tylko dwa dni w tygodniu i tylko wtedy budować z nim relacje, podczas gdy w tygodniu
większość czasu spędza z kimś innym. Trochę to smutne, że rezygnuje
się z własnego dziecka i oddaje się obcym ludziom jedyną w swoim rodzaju
relację.
Ale za to francuskie dzieci spędzają mnóstwo czasu na
dworze. Na placach zabaw, w parkach, na rowerkach, rolkach i hulajnogach,
biegają i skaczą i siedzą na dworze. To jest fajne.
O ile w Polsce częstą tendencją jest przesadna opieka i
troska o dziecko, o tyle francuskich rodziców cechuje w tej kwestii przesadny
czasem luz – na placach zabaw dzieciaki często pozostawione same sobie biegają
zaglucone, spadają z huśtawek i biją inne dzieci.


O ile w Polsce nie tak rzadkim widokiem jest dzieciak w maju
odziany w czapeczkę i kombinezonik, a przykryty kocykiem, o tyle u francuskiego
malucha rzadkim widokiem nie są gołe nogi w grudniu. (przy czym, co ciekawe, w
centrach handlowych wózki osłonięte są szczelnie folią przeciwdeszczową, a
biedne dziecię nie ma nawet rozpiętej kurtki). Innym widokiem, świadczącym o
dużym luzie francuskich rodziców, są noworodki (dosłownie dwu, trzytygodniowe)
w centrach handlowych właśnie.


O ile w Polsce przyjście na świat dziecka oznacza totalną
rewolucję, często włączenie opcji Matki Polki, i z automatu totalną rezygnację
z siebie, a dziecko staje się priorytetem pod każdym względem. O tyle we Francji
dziecko ma od początku znać swoje miejsce. Na porządku dziennym są teksty
„męczysz mnie” „jesteś wkurzający”, „zamknij się” itp Dość typowym obrazkiem
jest mama lub niania rozmawiająca z kimś przez telefon lub na żywo, a obok
wyjący maluch (na którego totalnie nie zwraca się uwagi), który np zaplątał się
w paski od wózka/ spadła mu czapka na oczy. (Jednak niewątpliwym pozytywem takiej
postawy jest to, że nie zwraca się też uwagi na dzieciaka w rozkwicie buntu
dwulatka, który wyje, bo czegoś mu zabroniono/odmówiono. Nie ma typowych w
Polsce pogardliwych spojrzeń pt „co za matka, nie ogarnia własnego
dziecka”)
I tak dalej.
To takie cechy, które najbardziej rzuciły mi się w oczy. 
Zdaję sobie sprawę, że tekst jest pełen uogólnień i uproszczeń. A mnie, tradycyjnie, najbliższy jest wspaniały złoty środek.
10 października, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry