Wiadomo, że bycie rodzicem, bywa męczące, wkurzające, frustrujące.
Że dni są monotonne, że wiecznie trzeba robić pranie/składać wyschnięte rzeczy/zbierać brudy z podłogi, że człowiek ciągle się potyka o samochodziki, następuje na klocki, wchodzi skarpetką w rozlane picie, że słyszy bez ustanku płacze / piski / jęki /mamowaaaaaaanie.
Huśtawka nastrojów, od euforii i przelewającego się uszami szczęścia, po walenie głową w ścianę otwiera drogę do rozstroju psychicznego.
Ale otwiera też na szereg przeżyć i odkryć jedynych w swoim rodzaju.
Pozwala cieszyć się rosnącymi kwiatkami przed oknem. I zmianą świateł na przejściu dla pieszych. I tym, że na myjni akurat jest samochód i kręcą się szczoty. Przejeżdżającą śmieciarką i hałasem koparki za oknem. Pająk znaleziony pod prysznicem to nie powód do obrzydzenia, tylko radość że przyszedł do nas Kleofas (Kleofas towarzyszy nam w słoiku przy śniadaniu, po czym zostaje wypuszczony za okno, szukać żony). To serdeczne uśmiechy obcych ludzi. Prawie rozjechaną rowerem dżdżownicę przekłada się uważnie na trawę z pouczeniem, że „tseba uwazać dzownico”. Zachwycanie się chodzeniem, smakiem pomidora, kąpielą.
A deszcz w długi weekend to nie zepsute plany wycieczkowe, tylko krople spadające do obserwowania przez okno z krzesła w salonie, wspaniałe kałuże przed domem do przejeżdżania po nich rowerem, i na pewno mnóstwo ślimaków na chodnikach. A ślimaki, jak wiadomo, to już czysta radość.






















































