Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Category:

rozmyślania

Francjapasjapodróże i wycieczkipodsumowaniarozmyślania

one day after another

by Paulina 1 lutego, 2016

Dokładnie trzy lata temu przenieśliśmy się do Francji.
Powiem Wam, że te trzy lata to ważny czas był.
Ważny i dużo zmieniający w naszym życiu. Pozbierałam się mocno niedawno z tych zmian wszystkich, ale przyznam, że ciągle kroczę przez to nowe życie mocno chwiejnym krokiem.

Wyjechaliśmy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. W końcu chcieć to móc, jesteśmy młodzi, przygoda i fantastyczna sprawa i to Francja jeszcze do tego. Urządziliśmy się całkiem miło, chociaż było trochę problemów organizacyjnych powiedzmy i co krok potykaliśmy się o niebywały francuski brak elastyczności, ich monstrualną biurokrację i totalny brak dbałości o klienta jako takiego. Ale żyliśmy tam sobie, i w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie sobie żyliśmy, powiększając w międzyczasie rodzinę, starzejąc się trochę, przeprowadzając się, organizując francuskie wycieczki większe i mniejsze, poznając, oglądając, smakując i generalnie chłonąc na maksa.

To był czas maksymalnego zwrócenia się do siebie, zdawania egzaminu z
siebie,
w końcu byliśmy tam tylko my, z bardzo drobnym drobiazgiem,
który, choć najkochańszy, nie ułatwiał sprawy tzw integracji z miłymi
choć zdystansowanymi Francuzami. Czas weryfikacji wielu spraw, siebie,
priorytetów, własnego zdyscyplinowania i przyjaźni.

Powrót
nie był bynajmniej przybyciem do bezpiecznej i znanej nam przystani,

jako że po krótkim wakacyjnym odsapnięciu czekały nas przeprawy
mieszkaniowe, związane z zakupem, kredytem, remontem i urządzaniem, z
małoletnimi zaczynającymi przedszkole, wspinającymi się na niebezpieczne
drabinki i malującymi sobie całą twarz czerwoną szminką. Potem był
jeszcze restart mojego życia zawodowego i początek żłobka u córy.

Sporo jak na trzy lata.

Myślałam,
co to dla nas, pojedziemy, przeżyjemy fajną przygodę, wrócimy do siebie. Ale chyba się w
międzyczasie zestarzałam jeszcze, bo dał mi ten okres w kość. Choć było pięknie, to było
trochę trudno, ale dużo mi to dało. Miałam cholernie dużo czasu i
możliwości na to słynne poznanie siebie, zupełnie nie zagłuszana, hmhm,
światem zewnętrznym.

Minęły trzy lata. Dużo i mało.
Byliśmy
ostatnio na imprezie w klubie (wiwat Dziadzia), na koniec jedna piosenka
skojarzyła nam się z czasem z przed 2012. Uderzyło mnie, że zmieniło
się w naszym życiu od tamtego czasu niemal wszystko
. A sedno jest to
samo, choć nie takie samo.

1 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

Dlaczego nie jestem minimalistką

by Paulina 27 stycznia, 2016

Wiele z dotychczasowych moich postów wskazywały na fascynację nurtem minimalizmu.
Faktycznie, minimalistyczne zacięcie towarzyszy mi od dawna. 

Pamiętam, że pierwszy raz uderzyła mnie niepotrzebność nagromadzonych przedmiotów przy wielkiej przeprowadzce, jeszcze z  czasów mieszkania z rodzicami, z mieszkania zagracanego przez lata (wiecie, to ten typ mieszkania mieszkanego przez długie lata, z dwoma pawlaczami i piwnicą, masą przydasiów jeszcze z dawnych lat itd), do domu pod miastem…
Pamiętam też brak sentymentów i skrupułów przy pozbywaniu się zeszytów, notatek i książek po zdaniu matury. Którego potem żałowałam (po cichu).
To było dawno temu, ale chyba od tamtego czasu mam skłonność do niegromadzenia. Dlatego stanowiłam bardzo podatny grunt na trend minimalistyczny, Ostatnie lata, obfitujące w nowe dzieci (i ich gadżety), przeprowadzki i przenosiny całego dobytku, tylko mnie w tej tendencji utwierdzały. Nie warto gromadzić, bo nadmiar przedmiotów przytłacza, przeszkadza, jest męczący i generalnie wstrzymuje flow. Jak pisałam kiedyś, oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu
pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety.
Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień.
Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.
(tu całość)

Ale, jak to zwykle bywa, fajna koncepcja trochę się wykrzywiła.
Minimalizm stał się modny. A jak coś jest modne, to się wypacza. Traktowane powierzchownie, bez zrozumienia i poczucia tematu.

„Filozofia prostoty” przekonuje, że przedmioty zabierają nam cenną energię i czas (bo myślimy o nich, musimy je wybierać, dbać o nie, sprzątać, dokupować do nich dodatki itp). Tymczasem wielką część poradników i popularnych blogów minimalistycznych przeznacza absurdalnie dużo energii na wyrzucanie i organizację, selekcję wstępną i właściwą, zastanawianie się, systemy itd. Czy to nie zabiera cennego czasu i energii? Wiadomo, że jak narosło i chcemy „coś” z tym zrobić, to trzeba to robić z głową, ale czasem dochodzi do zdecydowanego przerostu formy nad treścią.

Minimalizm obecnie bywa traktowany jest jako usprawiedliwienie dla wielkiego wyrzucania, które jest przyczółkiem dla Wielkiego Kupowania. Minimalistycznego Kupowania rzecz jasna.

A minimalistyczne zakupy wiążą się z dość konkretna, jedynie słuszną linią. Teoretycznie nazywa się ona idziemy w jakość a nie w ilość, ale w praktyce często chodzi o jakiś styl i estetykę.
Geometryczne, surowe, często niekobiece i zwyczajnie brzydkie ubrania (pokazywane na stronach internetowych na smutnych chudych modelkach z przylizanymi włosami i pozie pt „nabucałam się, jestem jaka jestem, taka trochę uduchowiona”. Czerń i biel, ewentualnie szarość. Żadnych wzorów.
W wnętrzach też biało, czasem trochę pastelowo, metal, beton, czasem jakieś trójkąty i kropki.
Do tego gadżeciarskie plannery i organizery, specjalne naklejki i długopisy.
I cała masa minimalistycznych kubków na kawę, biżuterii, i innych gadżetów.

Poza tym, wielkie wyrzucanie, to wielkie góry śmieci na wysypiskach. (tu fajny tekst na ten temat) Weszliśmy do bogatego świata i mamy problemy bogaczy A problemem bogaczy jest rozstanie się z nadmierną ilością przedmiotów, i szczytem heroizmu jest eufemistyczne pozbywanie się nadmiaru. W praktyce oznacza to masy śmieci.Nie chcemy sie nad tym zastanawiać, bo wystarczająco dużo energii i silnej woli wymagało od nas zastanawianie się nad tym czy ta rzecz przynosi mi szczęście i sam akt pozbywania się rzeczy.
I czujemy się wtedy tacy rozsądni i świadomi. Bo się pozbyliśmy balastu. I tacy silni, bo bez skrupułów wyrzuciliśmy zbędności na śmietnik.

A tymczasem, jest sporo rzeczy, które nam się chwilowo znudziły. Ubrania, których nie nosimy od roku, czy innego przepisowego okresu. Ale są dobrej jakości i wyglądamy w nich obiektywnie ładnie. Książki, do których ostatnio nie zaglądaliśmy, jakieś pamiątki z dzieciństwa, ekwipunek dla pasji ostatnio nie praktykowanej, itd.
Ja osobiście, mam wór takich rzeczy i zaglądam do nich raz na jakiś czas i regularnie jakieś sztuki zyskują drugie (lub kolejne) życie. Wiadomo, ze nie zawsze jest na coś takiego miejsce, że to stwarza pokusę wrzucenia tam wszystkich w sumie nieźle wyglądających rzeczy, ale ja już się przekonałam, ze nie warto być zawsze takim ostatecznym.
Poza tym, mnóstwo rzeczy można naprawić, przerobić.
Można spróbować sprzedać, nawet za niewielkie pieniądze, wtedy jest szansa, że rzecz zyska drugie życie u kogoś, kto autentycznie jej potrzebuje, skoro wydał na nią jakieś pieniądze (chodzi o ten prosty mechanizm, że bardziej cenimy i szanujemy rzeczy, których nie dostajemy za darmo). Albo i oddać za darmo, ale tez jakiejś konkretnej osobie – można umieścić ogłoszenie w internecie, albo w sklepie.

Prawdziwym, choć mniej spektakularnym i nie będącym żadnym rewolucyjnym systemem oczyszczającym naszą życiową przestrzeń sposobem jest rozsądek. Stary, nudny i nieatrakcyjny rozsądek, który pomoże nam zdecydować o kolejnym zakupie, impulsie (do kupowania, wyrzucania czy przeorganizowania). I nasz zwykły gust podpowiadający czy coś jest w zgodzie zanim się na to zdecydujemy. I świadomość. Świadomość tego, że stanowimy tę szczęśliwą część 30% konsumujących 70% zasobów, że jesteśmy bezpieczni i syci i stąd są nasze Wielko – Straszne problemy pt nie mam się w co ubrać i grubo w tym wyglądam. I jeszcze trochę dystansu – do siebie, do świata i tych problemów.

27 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćkawamindfulnessrozmyślaniaslow lifestylezima

Wielka moc małych rzeczy

by Paulina 12 stycznia, 2016

Szczegóły. To szczegóły i drobiazgi decydują o całokształcie i ogólnym wrażeniu. Sól ziemi. Sól, przyprawy, dodatki i akcenty. To one robią efekt. Z pewnością wiecie, o czym mówię. Prosta czarna sukienka, a do niej spektakularne buty, nieskomplikowana potrawa, a czasem nudne warzywo  przyprawione efektownie. Miły, normalny wieczór, ucudowniony o jeden piękny gest. I tak dalej.
Macie tak? Drobiazgi, małostki, szczególiki które są najważniejsze na świecie? Dzisiaj podzielę się z Wami moimi.

Świeżo mielony czarny pieprz.
Jestem smakoszem, dawałam temu wyraz wielokrotnie na tym blogu. A jednocześnie lubię prostotę. Nie doprawiam jedzenia wielopiętrowymi mieszankami przypraw, kombinacjami typu :przyprawa do karkówki z grilla”, nie przepadam za kombo w stylu: chili, czosnek, zioła prowansalskie, imbir, czomber i czarnuszka. Dlatego znaczenie ma dla mnie jakość przypraw. W Lublinie na targu na Wileńskiej jest jeden pan z przyprawami. Śmiejemy się że na zakupy u niego trzeba dorzucić dodatkowe minimum pół godziny, na pogawędkę o niuansach cynamonowych i rodzajach goździków.Ale warto. Kupiony u pana-na-wileńskiej pieprz zmielony w porządnym żarnowym młynku, ma się do ciemnego pyłu z torebki jak ognisko w Bieszczadach do elektrycznego kominka z obi. Czyli nijak. Warto doprawiać potrawy świeżo zmielonym pieprzem, to totalnie inna jakość.

Świeże włosy
To trochę moja prywatna obsesja. Jestem posiadaczką włosów mocnych, gęstych i zdrowych, ale z przykrą tendtencją do przetłuszczania. Dietą i sposobem pielegnacji doprowadziłam do tego, że moge je myc co drugi dzień (przy czym dzień drugi to bezwzględnie włosy upięte, zaplecione i genrealnie z zakazem dotykania). W każdym razie brudne włosy oznaczją u mnie totalny upadek kobiecości i poczucia własnej atrakcyjności. Z brudnymi włosami czuję się flejowato, brzydko i ogólnie źle. Pamiętam do dziś Lizbonę, fantastycznie wyglądające Portugalki i moje wrażenie brudnego przybysza ze wschodu które psuło mi całą radość ze zwiedzania, bo nie miałam czasu umyć włosów po podróży. Przeszło po ginginhi i kupionej na szybko opasce;)

Ładna i wygodna bielizna z przyjaznych materiałów
Bez wdawania się w szczegóły, ta niewidoczna w zasadzie część garderoby wpływa u mnie na cały (na)strój. Musi być mi wygodnie i komfortowo, a jednocześnie zmysłowo i kobieco. Trudny kompromis, tym bardziej doceniam gdy uda się taką bieliznę znaleźć. (wszelkie polecenia mile widziane)

Dobra kawa
Kawa jest dla mnie miłym rytuałem. To stały element weekendowych poranków, gdy, jeszcze trochę piżamowo, ale już w miarę ogarniętej przestrzeni, z odświeżonym licem, zasiadamy na kanapie, z muzyką w głośnikach i delektujemy się czarnym napojem. Oczywiście, na tzw co dzień kładę nacisk na mniej celebry, a więcej kofeiny, ale jakość kawy zawsze ma znaczenie. Żadnych rozpuszczalności. Dobra, ziarnista kawa, świeżo mielona i zaparzona w godziwy sposób. Kofeina kofeiną, ale zasady muszą być.

Muzyka
Czasy mamy wygodne. Każdą muzę można odpalić z jutuba, ściągnąć z neta i słuchać w autobusie przez komórkę.
Niby wygodnie, ale jakoś nie bardzo…

„gdy to, co jest naszym wnętrzem, nas otacza
jako najbardziej wypróbowana dal, jako druga
strona powietrza:
czysto,
ogromnie,
już nie do zamieszkania.”
Z komórki? Albo pierdziawkowych głośników laptopa… No nie, gdy nie mam dostępu do porządnych głośników i prawdziwej płyty, wolę ciszę.

Świeże powietrze i świeże spojrzenie
Przy całym moim bałaganiarstwie bardzo sobie porządek cenię, tym bardziej, że przy małych dzieciach to stan zupełnie niezwykły i raczej krótkotrwały. Ale najważniejsze, także dla efektu estetycznego jest wywietrzone mieszkanie, świeże powietrze zdecydowanie „robi” efekt.

Moment „zasiądnięcia” z nową, dobrze zapowiadającą się książką
Ten dźwięk rozchylanych po raz pierwszy kartek, zapach papieru i zapowiedź opowieści…

Co jeszcze, trochę oczywistości, które już się tutaj przewijały i zapewne przewijać będą, bo trochę o tym jest ten blog. Zapach mokrej ziemi w marcu, rzeżucha w lutym, pomidory w lecie, odgłos kroków w górach, pierwsze piwko w schronisku po pierwszym podejściu, błogość hamakowa, brzmienie świerszczy w sierpniowy wieczór…
I mała wielka rzecz, czyli świeży śnieg zimą.

12 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

rodzinnie

by Paulina 31 grudnia, 2015

Zajrzałam wczoraj wieczorem do dzieci. Mała Iskra* jak zawsze rozkopana, z rozwichrzonym włosem, z trzema obowiązkowymi przytulankami wymownie rozrzuconymi wokół, śpi, Królowa Życia. Mały Wilczek* wtulony w Tygryska i Koziołka, zakopany w kołdrze samochodzikowej, jak zawsze na boku, oddycha spokojnie, oczka ma zamknięte z tymi obłędnymi rzęsami.
Śpią. Śpią. Zdrowi, szczęśliwi, otuleni miłością.


Ostatnia niedziela, 27 grudnia to Dzień Rodziny. Fajnie, że jest taki dzień, piękny i ważny, choć pewnie, w Poświątecznym Leczeniu Obżartego Brzucha nie zawsze go dostrzegamy.

Zresztą, rodzinę jako taką też niekoniecznie dostrzegamy, bo zwyczajne nie ma czasu na nabranie dystansu i zauważenie całej cudowności, jaką nam ona daje.
No bo jak dostrzec jakąkolwiek cudowność w pośpiechu, zmęczeniu i niewyspaniu. Gdzie jest miejsce na zachwyt w awanturkach, fochach, histeriach i buntach. Jak zauważyć cokolwiek pośród stosów prania, rozpacianego jedzenia, wylanego picia, i mas klocków lego na podłodze.
Rodzina to nie jest łatwa rzecz. Rodzina to sprawa mega trudna, wymagająca ogromnego zaangażowania czasu, energii, wiedzy i wszystkiego chyba. Rodzina bywa wkurzająca, stresująca i męcząca. Rodzina to niewygodne poczucie ogromnej odpowiedzialności, do końca życia, każdego dnia. Rodzina to schizofreniczny balans między mam-wszystkiego-dosyć-chcę-na-pustynię a nie-mogę-bez-nich-żyć-totalnie. Rodzina to rujnacja wielu innych planów, marzeń i aspiracji. Zresztą, oj tam oj tam, nuda i banały, każdy ma jakąś rodzinę i co z tego.

Wiele razy wzdychałam nad barwnymi reportażami z dalekich krajów, nad spektakularnymi karierami rówieśników. Nad kolejnym, cholernym dniem świstaka, nad kolejnym glutem, wiecznym bajzlem i porażkami pedagogicznymi.
Ale decyzja o założeniu rodziny była najlepszą jaką podjęłam w moim życiu.

Bo, czy można mieć większe poczucie sensu niż słysząc te naiwno – mądre pytania z ust przedszkolaka, że „nie wolno byc niedoblym plawda mamusiu”? Czy można dostać większy zastrzyk szczęścia na dzień dobry niż słodki cmok półtoraroczniaka  na przebudzenie poprzedzony teatralnym szeptem „Mamu pi” (mamusia śpi)? Czy można się rozwinąć bardziej jako człowiek niż będąc rodzicem?
Codziennie słyszę ich wrzaski i kłótnie, wyganiam fochy, zaciskam zęby i tłumaczę coś po raz milionowy, codziennie sprzątam syf przy stole, składam tony ciuszków, codziennie następuję na jakiś samochodzik/klocek, martwię się, denerwuję, nudzę i frustruję. I codziennie obserwuję, że czegoś nowego się nauczyli. Codziennie są mądrzejsi o nowe doświadczenie, moje dzieci. Codziennie pękam z dumy. Każdego dnia widzę wpatrzone we mnie oczy, pełne takiego uwielbienia, że aż mnie zatyka. Widzę, jak rodzą się jedyne w swoim rodzaju relacje bratersko-siostrzane, przyjaźń najprawdziwsza na świecie. Przyglądam się stópkom zwiniętym z przejęcia przy czytaniu książek. Przyjmuję na klatę Radość Absolutną z powodu zjazdu z brudnej zjeżdżalni i Rozpacz Totalną gdy skończy się sok jabłkowy albo czas oglądania misia uszatka. Każdego wieczora zasypiam znając się bardziej, mając oszałamiającą dość świadomość tego, że w oczach połowy domowników jestem wszechmocnym półbogiem i wzorcem z Sèvres w każdej kwestii.

Robi wrażenie.

Łapcie szczęście w Nowym Roku!

* Postanowiłam tak nazywać dzieci na potrzeby blogowe. Imionami pozostają nazywane w realu, niech tu mają ksywki. Iskra, zgapiona od Sapkowskiego, pasuje do naszej żywiołowej córy jak ulał, a Wilczkiem mianuje się nasz synek nieprzerwanie od ponad roku, ostatni protestował, gdy mówiliśmy o tym, że nie będziemy reagować na jego widzimisię: „nie jestem misię, jestem wilczkiem!” To jest.

31 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślania

I don’t know, I procrastinate.

by Paulina 19 października, 2015

Cóż.
Mało jest nasze życie „odpoczywalniowe” ostatnio…
Dlatego blog jest tak skandalicznie zapuszczony.
Ale zapuszczonych jest o wiele więcej ważnych dla mnie spraw.

Przyznam, że dopadł mnie silny i klasyczny syndrom „jak tylko„. I dużo (za dużo!) spraw zostało przez mnie odłożonych na półkę pod tytułem jak-tylko-się-przeprowadzimy.

Jak tylko się przeprowadzimy…

A tymczasem żyję w chaosie, przestrzennym ,organizacyjnym, życiowym. Jem za dużo słodyczy. Piję za dużo kawy. Nie ćwiczę. Za mało fajnego, pełnowartościowego czasu poświęcam dzieciom. Letnie sukienki ciągle smętnie wciśnięte między swetry. Nie piszę. Nie mamy czasu na październik ten piękny, złoto-rudy, nie szuramy nogami w liściach, nie zbieramy kasztanów na wspólnych rodzinnych spacerach po parku, nie mamy czasu na weekendowe celebrowanie śniadań, nie zachwycamy się jesienno-grzybowym zapachem w lesie, nie jeździmy na jesienne wycieczki rowerowe. Jakoś umknęło nam babie lato. Siebie mamy mało.
Dla zachowania (albo dalszego zachwiania – ale w dobra stronę) równowagi, miałam pracę przy Konfrontacjach Teatralnych (to już dwudziesta edycja!). Intensywnie, inspirująco.

Teoretycznie lepiej byc nie może, mamy ogromną pomoc ze strony rodziców, mamy swoją przestrzeń w domu pod Lublinem, z ogrodem i sporą dawką prywatności, czasami jakieś chwile dla siebie. Jednak ze wstydem muszę przyznać, że straszny ze mnie mięczak i mocno jestem uzależniona od mojej strefy komfortu (mocno związanej z własnym terytorium, jak się okazuje). Zupełnie nie wiem jak wyryłam sobie w głowie tę granicę jak-tylko-przeprowadzkową, i odłożyłam moje życie na później, i mimo prób, nie jestem w stanie nic z nią zrobić.

A najciekawsze w tym wszystkim, choć mam doskonałą świadomość iluzoryczności takiej właśnie granicy, wiem, że wezmę się w tę nieszczęsną garść, bo zwyczajnie mi tego brakuje i dosyć mam tego mojego rozmamłania.

Obym się nie myliła.
Jak
tylko
się
przeprowadzimy.

Już niedługo.

19 października, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjarozmyślania

Should I stay or should I go, czyli plusy i minusy powrotu z emigracji

by Paulina 27 lipca, 2015

Wielka przeprowadzka coraz bliżej, załatwiamy sprawy, zamykamy umowy, wyrzucamy, pakujemy.
Już od jakiegoś czasu myślimy o tej zmianie i targają mną przeróżne uczucia…

Cieszę się i żałuję jednocześnie, tęsknię i wiem, że będę tęskniła…

Dlaczego się cieszę, że wracamy?

Skończyłam filologię romańską, więc język i kultura Francji są mi bliskie. Zresztą nie wyjechaliśmy na koniec świata, Francja to ten sam krąg kulturowy. A jednak nie jesteśmy, nigdy nie bylibyśmy tu u siebie. Nawet nie bardzo mamy prawo sobie ponarzekać na pewne rzeczy, bo to nie nasze… Nie ma poczucia przynależności, nie utożsamiamy się z historią, nie mamy wgranej w świadomości jakiejś popkultury, nie mamy takich samych wspomnień z dzieciństwa z ludźmi w podobnym wieku, nie czujemy mnóstwa drobnych myków.

Pisałam kiedyś o tym, co mnie we Francji wkurza. Totalny brak dbałości o klienta, monstrualna biurokracja, nie wspomniałam chyba wtedy o przegadywaniu każdego, najmniejszego nawet problemu… Nie bez powodu francuski nazywany jest językiem dyplomacji, Francuzi uwielbiają zebrania, spotkania i zgromadzenia, które trwają godzinami, na których się mnóstwo mówi i z których kompletnie nic nie wynika. Niesamowite, że można tyle rozmawiać nic konkretnego nie mówiąc.

Robi się tu trochę niebezpiecznie – zamachy, terroryzm, płonące samochody (po ostatnim święcie narodowym, 14 lipca, spłonęło ich kilkadziesiąt). Smutne w tym wszystkim jest to, że z terroryzmem utożsamiają się młodzi, pozornie zintegrowani Muzułmanie, trzecie pokolenie imigrantów…

Cieszymy się, ze względu na rodzinę -tęsknimy za nimi najzwyczajniej w świecie. Tęsknimy też za przyjaciółmi i znajomymi.

Jest jakaś blokada przy nawiązywaniu przyjaźni. Francuzi są mili, sympatyczni, uprzejmi. A potem jest ściana. Oczywiście nie twierdzę, że zawsze się tak dzieje, ale jednak nie udało nam się tutaj autentycznie zaprzyjaźnić z Francuzami.

Cieszymy się też że wracamy ze względu na wieczorne wyjścia ( wiwat dziadkowie) bardziej i mniej kulturalne. Chociaż w Lyonie imprez najróżniejszego typu jest mnóstwo (np teraz trwa festiwal Nuits de Fourviere, a tam występy m. in. Bjork, Herbie Hancock i Chick Corea, Florence and the Machine, Iggy Pop, Robert Plant, Charlie Winston, Patti Smith…), to zdecydowanie więcej bywamy i używamy w naszym dobrym, małym Lublinie.

Francja jest piękna, niewątpliwie, ale czasem kojarzy mi się z taką idealną dziewczyną, o zawsze ułożonych włosach i perfekcyjnym makijażu, bez miejsca na jakąkolwiek niedoskonałość. Brakuje mi trochę polskich uroczych krajobrazów, takich trochę niedoskonałych, naturalniejszych jakby, z polami i łąkami, powichrowanymi wierzbami płaczącymi, lasami (choć wiem, że w pakiecie dostanę trochę koszmarków architektonicznych z różową blachodachówką, szpetne płoty i szkaradne bilbordy)

W Polsce będziemy urządzać się na swoim. Może świadczy to o mojej przyziemności i małostkowości, ale chcę mieszkać u siebie, malować swoje ściany, ustawiać swoje meble i wybierać swoje lampy.

Kwestia mojego powrotu do pracy. Lublin co prawda nie szaleje w kwestii ofert, ale przynajmniej w Polsce uznaje się moje wykształcenie. Tutaj polskie mgr nie ma kompletnie żadnego znaczenia, liczą się tylko francuskie (bardzo ukierunkowane) szkoły.

A dlaczego żałuję, że wyjeżdżamy?

Bo dobrze nam się tu żyje. Lyon jest arcy przyjaznym miastem, pod wieloma względami. Sam w sobie jest piękny, różnorodny, o imponującym dziedzictwie. Do tego jest wspaniale położony – nad dwoma pięknymi rzekami, w dolinie, otoczony górami mniejszymi idealnymi na małe wycieczki, oddalony o dwie godziny drogi od Alp cudownych i jakieś cztery godziny od morza lazurowego.

Jest cieplej niż w Polsce. Od paru tygodni pogoda trochę przesadza co prawda, ale ten wiosenny luty, dwadzieścia parę stopni w kwietniu i babie lato do listopada, to jednak cudowna sprawa.

Synek zaczął mówić po francusku. Z naciskiem na zaczął, ale widzę, że już naprawdę dużo rozumie, dopytuje, odpowiada, chętnie powtarza… Szkoda, że teraz wyjedziemy i tracimy szanse na dwujęzyczne dziecko.

Bycie imigrantem bywa całkiem przyjemne. Nie angażuje się człowiek, nie strzępi nerwów, bo to w końcu nie moja sprawa. O ile łatwiej kocha się ojczyznę z daleka, idealizując i tęskniąc i wpadając raz na jakiś czas po to by pokorzystać z tego, co najlepsze.

I jedzenie! Targi francuskie, sklepy mięsne z rzeźnikami z prawdziwego zdarzenia, znającymi się na rzeczy, mnogość serów różniących się od siebie niuansikami, pyszne bagietki, makaroniki i croissanty, dostępność najróżniejszości z całego świata… Hobbit we mnie trochę się obawia przyjazdu do kraju świni i zimnioka.

Będzie mi też brakować naszego ulubionego sklepu tutaj, Nature&Découvertes. Sklep jedyny w swoim rodzaju o bardzo fajnym klimacie i z poczuciem misji (ekologia, natura, zrównoważony rozwój i fair trade, odkrywanie piękna świata), z aromaterapią, akcesoriami podróżniczymi (ale w oldschoolowym stylu), z produktami ręcznie robionymi z całego świata, ekologicznymi gadżetami, kosmetykami bio, sprzętem astronomicznym, bardzo piękną etniczną biżuterią, świetnymi zabawkami dla dzieci.

Chcę dodać, że przede wszystkim, od początku planowaliśmy, że spędzimy we Francji tylko
jakiś czas. Mając świadomość tej tymczasowości, cieszyliśmy się tym czasem,
korzystaliśmy, ile wlezie, traktując każdy weekend czy parę wolnych dni
jak Małe Wakacje we Francji i okazję do poznania okolic bliższych i dalszych. Znajomi
Francuzi śmiali się, że zobaczyliśmy więcej w Lyonie i okolicy niż oni sami,
mieszkający tu całe życie.

Ale
jednocześnie ta sama świadomość sprawiła, że czujemy że
nadszedł moment powrotu. Że jakiś czas się skończył i pora rozpocząć
nowy rozdział.

27 lipca, 2015 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

blogowanie

by Paulina 9 lipca, 2015

Dzisiaj trochę inaczej.

Przeczytałam ostatnio ebooka Joasi Glogazy, „Zawód Bloger” i uderzyło mnie, jak bardzo zielona jestem w wielu kwestiach związanych z blogowaniem. Mimo pięciu lat dość regularnego publikowania. Skupiałam się na zawartości, totalnie odpuszczając sprawy promocji, czy aspekty technologiczne.

To miejsce było (i jest) też moją odpoczywalnią, lubię je, jestem z niego dumna i nigdy nie chciałam tutaj pracować, pisać z obowiązku, zastanawiać się nad artykułami pod publikę, słowami kluczowymi i przyciągającym tytułem. Dotychczasowe propozycje współpracy odrzucałam trochę z automatu, strasznie bojąc się utraty autentyczności.
I w sumie nawet lubiłam tą moją technologiczną nieporadność, wychodząc z założenia, że to blog przecież, a nie profesjonalny portal.

Blog nie kwalifikuje się chyba do żadnej kategorii (zresztą na ogół uciekam od kategorii i etykietowania). Zaczynałam od wpisów szafiarskich, pojawiło się trochę podróży, trochę rozmyślań, trochę kultury, trochę tematów związanych z dziećmi. Ale zawsze miałam z tyłu głowy nazwę tego bloga. Odpoczywalnia. Miejsce świadomego odpoczynku i cieszenia się codziennością. Blog o dobrym, pełnym życiu. Może kategoria to „slow lifestyle”?

W ostatnich miesiącach dostałam trochę miłych dowodów uznania, świadczących o tym, że blog dociera do naprawdę wartościowych czytelników. Zaczęto wspominać o mnie w ambitnych miejscach w internecie, a nawet w prasie papierowej.
Pomyślałam sobie, że chyba warto byłoby zawalczyć o szerszą publiczność. Że w końcu skoro piszę, to chcę, żeby to czytano.

Nie lubię nachalnej promocji, zawsze byłam zwolennikiem opcji „najpierw jakość, potem otoczka”. I jeszcze „rób swoje, jak będziesz w tym dobra, to cię znajda i docenią”. Ale przyszedł chyba czas popracować nad otoczką.

Czas chyba nadszedł na przeniesienie się na własne podwórko. Domena wykupiona od paru lat, trzeba to teraz ogarnąć..

I tu prośba do Was, drodzy czytelnicy. Zakładam, że przychodzicie tutaj, bo Wam się podoba:) Proszę Was o opinie, o sugestie i rady. Jak tu trafiliście? Dlaczego zostaliście? Za co cenicie właśnie ten blog? Co powinnam zmienić? Nad czym popracować? Czego chcecie więcej? Co jest słabe, nudne, niepotrzebne? Ci z Was, którzy są na własnej domenie – co powinnam wiedzieć, na co uważać, o czym pamiętać?

Będę Wam niesamowicie wdzięczna za pomoc, wszelkie komentarze, mejle i wiadomości na fb:)

9 lipca, 2015 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckokultura z dzieckiemkulturalnieprzyjemnościrozmyślania

Czy warto brać dzieci na imprezę muzyczną?

by Paulina 1 lipca, 2015

W prehistorycznych czasach bez dzieci uwielbialiśmy koncerty i festiwale muzyczne (na jednym z takich festiwali zostaliśmy parą…13 lat temu:) )
Ale odkąd mieszkamy we Francji  i nie mamy komu podrzucić drobiazgu, ta przyjemność nas omija. Odpuściliśmy temat.
Za sprawą jednak dwóch wydarzeń z ostatnich tygodni sytuacja ciut się poprawiła – na tyle tylko żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie słuchania muzyki na żywo. I żeby zatęsknić mocno.

Pierwsze miało miejsce 21 czerwca, gdy cała Francja zatraca się w
muzycznej uczcie. (tak było podczas Święta Muzyki w 2014 roku. A
przynajmniej na początku). W tym roku zapakowaliśmy młodzież do nosideł,
zaopatrzyliśmy w prowiant i przytulanki, i ruszyliśmy w miasto.
Przez
parę godzin, do (niezbyt późnej) nocy, mieliśmy okazję poskakać w
rytmie reggae, romantycznie potańczyć przy fontannie, do pięknie
wykonanych jazzowych standardów, posłuchać kapitalnej orkiestry dętej,
uciekać od zbyt głośnych bitów i zbyt mocnego rocka, i przystawać przy
paru jeszcze scenach.

Dzieci nie narzekały, początkowo nawet uczestniczyły aktywnie, później córa zasnęła, a synek był zadowolony, że doczekał 'ksiełzyca’. Dobrze, że wzięliśmy nosidła, a nie np wózek i rowerek, czy nawet przyczepkę. Przy takiej ilości ludzi, dzieciom na pewno lepiej było na górze, a nie wśród nóg tłumu.
Cieszę się, że udało nam się zażyć trochę imprezy, mimo trzylatka i roczniaka na plecach.

 
Druga impreza pozostawiła większy niedosyt. W Vienne, miasteczku oddalonym 30km
od Lyonu, od 35 lat odbywa się festiwal jazzowy. O jego renomie
świadczą muzycy w nim uczestniczący – w tym roku między innymi Marcus
Miller, Melody Gardot, George Benson czy Sting. Chcąc liznąć choć trochę tej
atmosfery, zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodu i ruszyliśmy
na koncerty dzienne i otwarte dla wszystkich. Nie zdążyliśmy niestety
na pierwszą część, dlatego pokrążyliśmy trochę po miasteczku (Samo w
sobie zdecydowanie warte zobaczenia. Byliśmy tam przy okazji naszej pierwszej wycieczki Via Rhona. To miasto jeszcze z czasów starożytnych, z mnóstwem antycznych zabytków – w
największym z nich, ogromnym amfiteatrze rzymskim, odbywają
się główne koncerty.)

Amfiteatr. Jeden z największych w starożytnym świecie. W czasach świetności mieścił nawet 13tys. widzów. Tu widok z pobliskiego wzgórza.
Widok z tego samego wzgórza na miasto i Rodan.

Po południu udało się być na małych
koncertach w parku. Nawet trochę posiedzieliśmy, nawet udało się
zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać w muzykę (córa tańczyła, kokietowała pozostałych widzów, a
synek nawet posiedział chwilę z nami robiąc wrażenie że słucha). Dość
szybko jednak roczny wspinacz zauważył schody, czyli najlepsze wyzwanie, więc w mig porzucił pląsy, zalotne uśmiechy i zabawę w akuku z współsłuchaczami, a trzyletni meloman zaczął odczuwać brak popołudniowej drzemki i
upał, co zawsze oznacza marudy i jęki, więc nie chcąc psuć innym wrażeń,
musieliśmy się ewakuować. W drodze do samochodu smętnie zerkaliśmy na
coraz to nowe grupy rozkładające swoje saksofony i kontrabasy by grać na
ulicach…

Schody, schody, Tato nie zabieraj mnie, ja muszeeeeeeeee.

Tak że ten. Jazzu posłuchaliśmy w domu, jak już młodzież poszła spać.

Ostatnia refleksja nie jest więc
najpozytywniejsza ( ani najbardziej odkrywcza)… Koncerty i festiwale są
fajniejsze bez dzieci. Pewnie łatwiej byłoby z pojedynczym dzieckiem,
może łatwiej będzie jak będą trochę starsze… Tymczasem jednak, następnym razem, dzieciom zorganizujemy imprezę u dziadków, a sami posłuchamy trochę muzyki z zamkniętymi oczami.

1 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessrozmyślania

6 rzeczy, które docenia się bardziej będąc rodzicem

by Paulina 26 czerwca, 2015

Wiadomo, ze bycie rodzicem zdecydowanie zmienia postrzeganie świata, i otwiera nowy rozdział w życiu. Nowe życie, nowy człowiek, nowe umiejętności do wpisania w cv.
Ale okazuje się tez, ze jest  szereg spraw, których nie docenilibyśmy, czy wręcz nie zauważyli, gdyby nie dzieci.

Sen
„Szkoda czasu na sen”? No nie szkoda. Nieprzespane nie z własnej woli noce maja ogromny wpływ na wszystko – koncentracje, cierpliwość, nastrój ogólny, ogarniecie, pomysłowość. Niesamowite, jak porządna dawka nieprzerywanego snu poprawia jakość życia. Tak banalne i oczywiste, ze aż często zapominane

Cisza
Gdy trzylatek nie przestaje gadać (oczekując natychmiastowej reakcji, odpowiedzi, lub co najmniej potwierdzenia), a roczniak… tez nie przestaje gadać (a niedobory słownictwa nadrabia dobrymi chęciami, natężeniem decybeli lub rękoczynami), gdy ich radosne gadanie zmienia się w płacz, jęki lub pisk… Wtedy cisza staje się najwspanialszym dźwiękiem do słuchania.

Czyste ciuchy
W rzeczywistości pełnej brudnych łapek i buź, zabaw w piasku, pyle i na trawie, glutów, łez i innych, czysta koszulka jest rzadkością i zawsze jestem bardzo zaskoczona, gdy uda mi się dotrwać do wieczora bez przebierania się, albo gdy nie ma nic do prania.

Porządek w domu
Stan nieosiągalny. Zwlaszcza przy rocznej córce, dla której punktem honoru jest wyjęcie maksymalnej ilości rzeczy z półek w minimalnie krótkim czasie. Jest w bałaganieniu bardzo metodyczna i dokładna, nie ominie żadnej skarpetki zrzucając świeżo powieszone pranie, wyjmuje i ogląda każda książeczkę, bada (i smakuje) każdą kredkę brata do której uda jej się dobrać. Wygląda to dokładnie tak.

Pozornie małe sukcesy (dziecka i rodzica).
Schodzenie z łóżka i chodzenie jako takie, podskakiwanie, nabicie widelcem oliwki, włożenie butów; a także wybranie się na spacer szybciej niż w 40minut, wypicie całej, gorącej kawy, wyprawa z przychówkiem na targ po zakupy, uśpienie obojga w tym samym czasie, zrobienie obiadu z asyst głodnych piskląt… To wszystko daje całe mnóstwo satysfakcji i dumy, codzienni człowiek czuje się jakby podpisywał ważny kontrakt.

Male cudowności
Istnieją specjalne poradniki i kursy mindfulness, treningi uważności. A rodzic ma najlepiej wykwalifikowanego trenera na co dzień. Nikt tak jak dziecko nie praktykuje uważności, nie jest zanurzone po uszy w rzeczywistości, nie kontempluje świata i jego małych – wielkich cudów. „Wszystko co znam to wyłącznie cuda. Czy stoję pod
drzewami w lesie, czy rozmawiam za dnia z kimś, kogo kocham. Podziw
budzące owady w powietrzu, cienka krzywizna wiosennego nowiu, to dla
mnie cuda, całość pełna powiązań , a jednak każdy cal przestrzeni jest
cudem. Codzienny zwykły trud. Codzienny zwyczajny cud….  „*

Zdecydowanie, myślę, moim brudnym, budzącym się w nocy, głośnym odkrywcom należą się podziękowania… Jak to wygląda u Was? Jestem bardzo ciekawa innych nieoczywistych korzyści z rodzicielstwa:)


Jeśli spodobał Wam się ten post, będę wdzięczna za lajkowanie i udostępnianie:)

*Walt Whitman, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć kilkulatek. Zwłaszcza to o owadach.

26 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

Szparagi, wikingowie i hamak, czyli majowe przyjemności

by Paulina 31 maja, 2015

Ten blog jest w dużej mierze zapisem naszych małych – wielkich przyjemności, i „delektowania się codziennym życiem”, ale pomyślałam sobie, że fajnie byłoby raz na jakiś czas zebrać te małe chwile szczęśliwości.

Stąd dzisiejsze podsumowanie majowe.

JEDZENIE

Maj to ten cudowny moment, gdy jedzenie zaczyna pachnieć, gdy najprostsze robi się najpyszniejsze, rozpoczyna się sezona świeżości, zdrowia, smaku i „prosto-z-pola”, prawie w ziemi jeszcze warzywa.

Zaczęły się szparagi. Ach, szparagi, o pięknym kształcie, wspaniale zielone, pełne tych wszystkich wiosennych cudowności, kojarzące się jednoznacznie, że tak, oto nadszedł czas słońca i ciepła. Szparagi, z makaronem, na sto sposobów, szparagi w tarcie, zupa szparagowa. I szparagi, moje ulubione, grillowane – umoczone wcześniej w oliwie z oliwek, potem na patelni grillowej przez parę minut, i skropione octem balsamicznym lub cytryną. Ze świeżą bagietką, posypane parmezanem.

I truskawki. Truskawki są czerwonym, słodkim odpowiednikiem szparagów. Najpierwsze. Słodkie, soczyste, idealne. Dotychczas udało mi się zrobić tylko jedną kruchą tartę z truskawkami, czekoladą i kremem z mascarpone i śmietanki. Przy innych podejściach zabrakło truskawek.

Spring rollsy. Moje majowe odkrycie.Wspaniałe w smaku, ładne, wygodne. I dość prosto się robi wbrew pozorom. Ja robiłam według tego przepisu. Idealne na piknik.

FILMY / SERIALE

Maj mogę śmiało ogłosić miesiącem Matthew McConaughey’a. Zaczęło się od spektakularnego Interstellar, arcyciekawego, świetnie zrobionego, i wciągającego.
Potem był „Dallas buyers club”, zachwycający aktorsko, ze świetną, mocną i wzruszającą (ale nie ckliwą!) historią.
I serial, „True Detective”, jak wisienka na torcie, przeszkadzająca zasnąć, z atmosferą gęstą jak smoła, świetnie prowadzoną historią i głównymi bohaterami szorstkimi i nieidealnymi, ale z problemami, ale wzbudzającymi zaufanie i serdeczność. Do tego tematyka krzywdzenia dzieci… do której totalnie inaczej podchodzi się jako rodzic…

„Wild„, spodziewałam się trochę żeńskiej wersji „Into the wild”, ale jednak trochę był inny, jakiś taki… prawdziwszy, ciekawszy, bardziej autentyczny, z powoli dawkowaną historią bohaterki (choć sondtrack z Into the wild jest nie do podrobienia), czekałam trochę z obejrzeniem tego filmu na odpowiedni klimat i nie zawiodłam się.

„Ex machina”. Lubię takie SF. Może dość powolne, może bez spektakularncyh strzelanek, ale za to z podtekstem filozoficznym – czyli dosyć już ograne pytanie o sztuczną inteligencję i o istotę człowieczeństwa, ale podane w świetny sposób, z rewelacyjnie budowanym napięciem, podkręcanym klimatycznym soundtrackiem. Warto obejrzeć, także ze względu na estetyczne wysmakowanie.

I jeszcze, serialowo, „Wikingowie”, z ich fantastyczną ścieżką dźwiękową. Zaczęłam oglądać dla fryzur Lagerthy, ale wciagnęło bardzo – historia, obyczaje, klimat.

KSIĄŻKI

„Wyspa Łza”. Moim fawrotytem J. Bator pozostaje dyptyk Piaskowa Góra i Chmurdalia, ale jej najnowsza książka pokazuje coś supełnie nowego. Autorka odsłania trochę kulis twórczych, snuje trochę historii, autobiograficzno-baśniowych… Świetnie się czytało, chociaż spodziewałam się czegoś innego.
Śmierć nieodżałowanego sir Pratchetta skłoniła mnie do powrotu do fantastycznego Świata Dysku. Odkryłam nieznany mi dotąd cykl o Akwili Dokuczliwej, i choć początkowo miałam wrażenie jakiejś wtórności wobec (mojego ulubionego) cyklu o czarownicach z Lancre), to wciągnęło mnie i zachwyciło jak zawsze.
„Szczęśliwi ludzie, potraficie zamknąć swe umysły na nieskończoność
zimnych głębi wszechświata. Macie to co nazywacie… nudą? To najrzadszy
talent we wszechświecie!”

MUZYKA

Najnowsza płyta Lao Che. Zdecydowanie najbardziej podoba mi się spośród kilku ostatnich albumów grupy. Fajna tekstowo, zróżnicowana muzycznie.           

UKŁADANIE ZDJĘĆ DO ALBUMÓW

Wywołaliśmy milion zdjęć (w Empiku – papier satynowy, świetnie są oddane kolory, kupiliśmy albumy, rożki do klejenia i dziecięce drzemki mam z głowy. Włączam audiobooka, i układam, przebieram, wklejam. Świetny relaks.

HAMAK I PIKNIKOWANIE

Maj nie rozpieszczał pogodowo co prawda, ale udało się spędzić trochę miłych chwil w plenerze. Hamak mamy cudowny, już od jakiegoś czasu, jest arcy wygodny, przyjemny i niezwykle lekki.
W tym miesiącu odkryliśmy też parę nowych miejsc na miły piknik.

ŻEL ALOESOWY

Cudowne odkrycie. Na poparzenia słoneczne, ugryzienia komarów i mrówek, stany zapalne po depilacji. Idealny, szybko się wchłania, nawilża, odżywia, koi i goi.

31 maja, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • …
  • 13

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry