Zupełnie wspaniałe jest to, że wszystko, co najlepsze na świecie jest nam dane zupełnie za darmo i bezwarunkowo.
Weźmy zmysły. Wszystkie pięć dają nam cały wachlarz fantastycznych wspomnień, w dużej mierze budują nasze poczucie szczęścia, a już na pewno przyjemności. Dzięki zmysłom, odczuwamy świat pięciowymiarowo, co jest przecież absolutnie cudowne.
Dziś o dotyku. Zmysł dotyku jest trochę niedoceniany, a bardzo ważny. To jeden z najbardziej pierwotnych doznań, które rozwijają się już w życiu płodowym, dlatego tak szalenie ważny już dla noworodka. Każdy choć trochę świadomy rodzic wie jak fundamentalne znaczenie dla dziecka ma właśnie dotyk – przytulanie, głaskanie, masowanie. Wszyscy chyba zetknęli się z badaniami, mówiącymi o tym, że dotyk jest wręcz niezbędny do życia. Nie tylko pozwala odczuwać kluczowe dla naszego bezpieczeństwa sytuacje, jak ból, zimno, gorąco, napięcie, czy ruch. Jest też absolutnie niezbędny dla naszego rozwoju – intelektualnego, emocjonalnego, i fizycznego. ( i wiecie, nie niezbędny na zasadzie kocyka minky, elektronicznej niani, czy klocków. Naprawdę niezbędny.)
Gdy dorastamy, rola dotyku trochę przygasa, przy znamiennej funkcji wzroku, czy słuchu. Ale wciąż pozostaje on takim bazowym, ważnym i intymnym zmysłem, który daje nam dobry kontakt ze sobą, pomaga znać sie z własnym ciałem, wspaniale uczy uważności. Myślę, że warto skupić się czasem na nim i poszukać trochę ulubionych kontaktowych doznań, nie tylko erotycznych ( z którą to kategorią dotyk się rzecz jasna kojarzy).
Gdy myślimy o dotyku, dość oczywistym skojarzeniem jest masaż, często traktowany jako jeden z synonimów relaksu i odprężenia. Osobiście, poza klasycznym masażem pleców, uwielbiam tez masaż stóp, który (stymulując odpowiednie punkty, a może po prostu ogólnie zdejmując napięcie), czyni prawdziwe cuda przy moich potwornych bólach głowy. Praktykuję też masaż twarzy, codziennie wieczorem, w ramach prewencji przeciwzmarszczkowej.
Ale masaż to przecież nie wszystko.
Jest jeszcze przesypywanie między palcami piasku nad morzem. Tego bałtyckiego, drobnego (ale niepylistego) jasnozłotego piasku, głaskanie go, klepanie i zanurzanie całej dłoni.
Albo „kropkowanie twarzy”. Trzeba zamknąć oczy, a druga osoba dotyka, stawiając palcem kropki po twarzy, w przypadkowe miejsca. Odpręża idealnie, bo zawsze całą uwagę koncentruję na tym, gdzie za chwilę poczuję „kropkę”. I każde dotknięcie daje arcyprzyjemne uczucie, które rozlewa się po całym ciele.
I jeszcze, w podobnym klimacie, mizianie po plecach. Któż go nie zna, któż go nie uwielbia? W dzieciństwie z dzieciakami z rodziny organizowaliśmy całe sesje „dreszczyków”, kładliśmy się jedno za drugim i smyraliśmy się np „do dwudziestu dreszczyków”.
Albo ubrania z przyjemnych materiałów. Każdy ma jakiś swój ulubiony ciuch, mięciutki i wynoszony, w który się wtulany, mościmy i osiągamy ten stan błogiego bezpieczeństwa. Wspaniałe jest też czucie chłodnego jedwabiu na skórze w gorącą noc.
Chodzenie na bosaka. Po trawie, brzegiem morza, po piasku, po ciepłej drewnianej podłodze.
W lecie, jedną z większych przyjemności jest trzymanie w dłoniach ciepłych od słońca owoców. I warzyw w sumie też. I czucie ich struktury różnorodnej (gładkiej, z delikatnym meszkiem, chropowatej), ciepłej i pełnej życiodajnych wspaniałości.
I dość podobna kategoria, czyli głaskanie traw, ziela i zboża. Mam taki zwyczaj, że zawsze głaszczę każde zboże w zasięgu mojej ręki. Uwielbiam to uczucie kłująco-łaskoczące, a jednocześnie poddaję się tym romantycznym myślom o głaskaniu chleba naszego powszedniego.
Pozostając w klimacie chlebowym – wyrabianie ciasta drożdżowego, i chlebowego. Tu mamy ciąg dalszy prawdziwego fizycznego kontaktu z powstającym jedzeniem – tym bardzo bazowym i tradycyjnym, pełnym znaczeń. Poza tym rosnące, ciepłe ciasto drożdżowe daje najzwyklejszą fizyczną przyjemność.
Przypomnijcie też sobie tę błogość totalną pojawiającą się przy ciapaniu się w różnych maziach. Zabawa tzw cieczą nienewtonowską (mąka ziemniaczana z wodą, pobawcie się nawet z dzieciakami), ugniatanie plasteliny, mieszanie zup błotnych, czyli powrót do dzieciństwa. Fajnie jest do tego wrócić.
A skoro już o dzieciństwie wspominam, to chyba nic nie wzrusza i nie roztkliwia mnie tak, jak przytulenie się policzkiem do ciepłego, pulchnego policzka dziecka. Albo dziecięca rączka, łapiąca ufnością moją dłoń.
Jest jeszcze najzwyklejsze, najprostsze „Niech mnie ktoś przytuli”. Zwykły przytulas. (wszyscy pamiętają chyba słynną akcję „free hugs„, która rozrosła się do niebywałych rozmiarów)
Zanurzenie stóp zmęczonych po wędrówce w chłodną wodę. Konsystencja guacamole i zupy dyniowej. Czesanie – albo raczej delikatne przekładanie włosów. Malowanie twarzy miękkim pędzlem. Otulenie się kocem w zimny wieczór.
W dzisiejszych czasach, gdy każdy dotyk jest podejrzany jako ten potencjalnie zły, zaczęliśmy unikać go w ogóle. Szkoda. Szkoda jest zabierać sobie taką masę wspaniałości.












































































































