Miało być na dłużej. Miał być porządny wakacyjny wyjazd z trekkingiem, leniwymi dniami restowymi przy namiocie nad rzeczką, ogniska miały być i bieganie na bosaka.
Ale przegoniły nas deszcze i burze, próbowały to zresztą zrobić już od pierwszego dnia (o czym za chwilę) i wróciliśmy wcześniej. W każdym razie te parę dni wystarczyły, by na nowo zakochać się w Bieszczadach, w których ostatnio byliśmy prawie pięć lat temu (dowiadując się o małym Wilczku w brzuchu).
Byliśmy oczywiście z dzieciakami, moje plany dotyczące samotnych beztroskich górskich wypadów jakoś się nie spełniają póki co…
Pierwszego dnia, po nocno – porannej podróży i rozbiciu namiotu wyruszyliśmy na szlak wiodący na Połoninę Wetlińską. Uznaliśmy, że
nadszedł czas, by oswajać dzieciaki nie tylko z cudownością górskich widoków, ale też z
samą górską wędrówką. (Wszystko bez presji oczywiście, na zasadzie
zabawy.) Ale młodzież podchwyciła i byliśmy szczerze zaskoczeni ich zapałem w chodzeniu. To nie były jakieś wielkie odcinki, ale oni sobie trochę pochodzili, a my mogliśmy nieco odpocząć od słodkiego ciężaru. W innych odcinkach, słodki ciężar na moich plecach raczył mnie piosenkami, chrapaniem i okrzykami dopingującymi w stylu „sibciej mama, gonimy tatusia”.
Weszliśmy na Smereka. A na górze… Zachwyty, jak to zwykle. Pięknie jest na górze i choć można się nawpatrywać w miliony zdjęć z górskimi widokami, nic nie zastąpi efektu na żywo.
Snuje się ta połonina, zielenieje tysiącem odcieni, zachwyca totalnie i brzmi w wiatru szumie. Tym razem niestety przy horyzoncie zaczęły się kłębić raczej
niesympatyczne chmury, więc nie zwlekaliśmy zbyt długo i ruszyliśmy dość
żwawo (żwawiej jeszcze, gdy połonina zaczęła też brzmieć pomrukami
burzowymi).
![]() |
| Mąż postraszył mnie (nieistniejącym, jak się okazało) przysłowiem o tym, że „kruki tańczą na szkydłach burzy”. Ale faktycznie tak było. Naprawdę tańczyły. I naprawdę na skrzydłach burzy;) |
Drogę powrotną pokonaliśmy w arcy żwawym tempie. Gdy byliśmy w zasadzie na
dole, zaczął się straszno – piękny spektakl piorunów rąbiących w góry, przy imponującym akompaniamencie grzmotów. Pojawiły się pierwsze krople deszczu. Przykryliśmy
nosidła ochraniaczami przeciwdeszczowymi, założyliśmy kurtki, mąż
ochraniacze na buty (ja beztrosko stwierdziłam, że już bez przesady, w końcu za
chwilę będziemy w schronisku) i wtedy krople deszczu przeobraziły się w
chlustające wiadra wody z gradem. Szliśmy, choć może trzeba by powiedzieć
płynęliśmy, i dotarliśmy, cali ociekający (ja z chlupotem w butach
oczywiście, bo nalało mi się od góry) po jakiś 15 minutach do
schroniskowej świetlicy.
Ale przeżyliśmy, młodzież trochę przestraszona przygodą, ze spodenkami do przebrania (bo dotykali kolanami do ochraniaczy), już po chwili czarowali swoim nieodpartym wdziękiem, jedli frytki i oszukiwali w Chińczyka.
![]() |
| Moje popisowe danie biwakowe, czyli kuskus z podsmażaną cukinią, pomidorem i czarnymi oliwkami i serem kozim |
Potem był dzień zakwasów, deszczu i wycieczki kolejką bieszczadzką. Maluchom się podobało, bo pociąg przecież i Wilczek aż piszczał z radości przy tej mnogości lokomotyw widzianych z bliska i na żywo.
Osobiście, aż tak ekstatycznie zachwycona nie byłam, za to dodatkowo lekko zniesmaczona faktem, że Bieszczady zmieniają się w drugie Zakopane (pod względem cen za wszystko, ilości ludzi i straganów z gratami pamiątkami). Trasa kolejki przyjemna, wiodąca przez lasy – ładne oczywiście, ale wielkiego szału nie było.
A wieczorem, na naszym przesympatycznym polu namiotowym, zażyliśmy też przemiłej imprezy, zostawiwszy dzieci pod czułą opieką walkie-talkie. (innego wieczora był tez koncert, ale wtedy właśnie czułym walkie-talkie raczyły się zużyć baterie) (szczęśliwie w namiocie i tak wszystko słyszeliśmy)
W następne dni udało nam się trochę pochodzić, wśród pogody dość przyzwoitej, choć nie za ciepłej, nacieszyć wędrówką, widokami, lasami górskimi o wielkich zamszałych drzewach i nazachwycać cudownym bieszczadzkim światem.
![]() |
| Przytroczony jadowicie zielony nocnik dominuje każde zdjęcie, ale to jedna z potrzebniejszych rzeczy na szlaku;) |
Samo biwakowanie z dziećmi mamy przerobione (np tu lub tu) maluchy w namiocie odnajdują się świetnie, w końcu to wspaniała baza. A i sam camping, cały w (mokrej niestety) trawie był dla nich świetnym placem zabaw, choć na pewnie byłoby świetniej gdyby jednak dało się na tej trawie usiąść. Obok płynęła też prawdopodobnie-urocza-rzeczka, Wetlinka, która niestety po wielkiej burzy pierwszej nocy zmieniła się w rwący brązowy potok. Dlatego planujemy tam wrócić, może jeszcze tego lata, żeby trochę spokojnie się podelektować tym bieszczadzkim klimatem.










































































































