Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

mindfulnessprzyjemnościrozmyślaniazmysły

Zmysłowe przyjemności. Dotyk.

by Paulina 29 czerwca, 2016

zmysły, dotyk

Zupełnie wspaniałe jest to, że wszystko, co najlepsze na świecie jest nam dane zupełnie za darmo i bezwarunkowo.
Weźmy zmysły. Wszystkie pięć dają nam cały wachlarz fantastycznych wspomnień, w dużej mierze budują nasze poczucie szczęścia, a już na pewno przyjemności. Dzięki zmysłom, odczuwamy świat pięciowymiarowo, co jest przecież absolutnie cudowne.

Dziś o dotyku. Zmysł dotyku jest trochę niedoceniany, a bardzo ważny. To jeden z najbardziej pierwotnych doznań, które rozwijają się już w życiu płodowym, dlatego tak szalenie ważny już dla noworodka. Każdy choć trochę świadomy rodzic wie jak fundamentalne znaczenie dla dziecka ma właśnie dotyk – przytulanie, głaskanie, masowanie. Wszyscy chyba zetknęli się z badaniami, mówiącymi o tym, że dotyk jest wręcz niezbędny do życia. Nie tylko pozwala odczuwać kluczowe dla naszego bezpieczeństwa sytuacje, jak ból, zimno, gorąco, napięcie, czy ruch. Jest też absolutnie niezbędny dla naszego rozwoju – intelektualnego, emocjonalnego, i fizycznego. ( i wiecie, nie niezbędny na zasadzie kocyka minky, elektronicznej niani, czy klocków. Naprawdę niezbędny.)

Gdy dorastamy, rola dotyku trochę przygasa, przy znamiennej funkcji wzroku, czy słuchu. Ale wciąż pozostaje on takim bazowym, ważnym i intymnym zmysłem, który daje nam dobry kontakt ze sobą, pomaga znać sie z własnym ciałem, wspaniale uczy uważności. Myślę, że warto skupić się czasem na nim i poszukać trochę ulubionych kontaktowych doznań, nie tylko erotycznych ( z którą to kategorią dotyk się rzecz jasna kojarzy).

Gdy myślimy o dotyku, dość oczywistym skojarzeniem jest masaż, często traktowany jako jeden z synonimów relaksu i odprężenia. Osobiście, poza klasycznym masażem pleców, uwielbiam tez masaż stóp, który (stymulując odpowiednie punkty, a może po prostu ogólnie zdejmując napięcie), czyni prawdziwe cuda przy moich potwornych bólach głowy. Praktykuję też masaż twarzy, codziennie wieczorem, w ramach prewencji przeciwzmarszczkowej.

Ale masaż to przecież nie wszystko.
Jest jeszcze przesypywanie między palcami piasku nad morzem. Tego bałtyckiego, drobnego (ale niepylistego) jasnozłotego piasku, głaskanie go, klepanie i zanurzanie całej dłoni.

Albo „kropkowanie twarzy”. Trzeba zamknąć oczy, a druga osoba dotyka, stawiając palcem kropki po twarzy, w przypadkowe miejsca. Odpręża idealnie, bo zawsze całą uwagę koncentruję na tym, gdzie za chwilę poczuję „kropkę”. I każde dotknięcie daje arcyprzyjemne uczucie, które rozlewa się po całym ciele.
I jeszcze, w podobnym klimacie, mizianie po plecach. Któż go nie zna, któż go nie uwielbia? W dzieciństwie z dzieciakami z rodziny organizowaliśmy całe sesje „dreszczyków”, kładliśmy się jedno za drugim i smyraliśmy się np „do dwudziestu dreszczyków”.

Albo ubrania z przyjemnych materiałów. Każdy ma jakiś swój ulubiony ciuch, mięciutki i wynoszony, w który się wtulany, mościmy i osiągamy ten stan błogiego bezpieczeństwa. Wspaniałe jest też czucie chłodnego jedwabiu na skórze w gorącą noc.

Chodzenie na bosaka. Po trawie, brzegiem morza, po piasku, po ciepłej drewnianej podłodze.

W lecie, jedną z większych przyjemności jest  trzymanie w dłoniach ciepłych od słońca owoców. I warzyw w sumie też. I czucie ich struktury różnorodnej (gładkiej, z delikatnym meszkiem, chropowatej), ciepłej i pełnej życiodajnych wspaniałości.
I dość podobna kategoria, czyli głaskanie traw, ziela i zboża. Mam taki zwyczaj, że zawsze głaszczę każde zboże w zasięgu mojej ręki. Uwielbiam to uczucie kłująco-łaskoczące, a jednocześnie poddaję się tym romantycznym myślom o głaskaniu chleba naszego powszedniego.

Pozostając w klimacie chlebowym – wyrabianie ciasta drożdżowego, i chlebowego. Tu mamy ciąg dalszy prawdziwego fizycznego kontaktu z powstającym jedzeniem – tym bardzo bazowym i tradycyjnym, pełnym znaczeń. Poza tym rosnące, ciepłe ciasto drożdżowe daje najzwyklejszą fizyczną przyjemność.

Przypomnijcie też sobie tę błogość totalną pojawiającą się przy ciapaniu się w różnych maziach. Zabawa tzw cieczą nienewtonowską (mąka ziemniaczana z wodą, pobawcie się nawet z dzieciakami), ugniatanie plasteliny, mieszanie zup błotnych, czyli powrót do dzieciństwa. Fajnie jest do tego wrócić.

A skoro już o dzieciństwie wspominam, to chyba nic nie wzrusza i nie roztkliwia mnie tak, jak przytulenie się policzkiem do ciepłego, pulchnego policzka dziecka. Albo dziecięca rączka, łapiąca ufnością moją dłoń.

Jest jeszcze najzwyklejsze, najprostsze „Niech mnie ktoś przytuli”. Zwykły przytulas. (wszyscy pamiętają chyba słynną akcję „free hugs„, która rozrosła się do niebywałych rozmiarów)

Zanurzenie stóp zmęczonych po wędrówce w chłodną wodę. Konsystencja guacamole i zupy dyniowej. Czesanie – albo raczej delikatne przekładanie włosów. Malowanie twarzy miękkim pędzlem. Otulenie się kocem w zimny wieczór.

W dzisiejszych czasach, gdy każdy dotyk jest podejrzany jako ten potencjalnie zły, zaczęliśmy unikać go w ogóle. Szkoda. Szkoda jest zabierać sobie taką masę wspaniałości.

29 czerwca, 2016 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamindfulnessrowerrower z dzieckiem

Made of clouds, czyli Lubelszczyzna rowerem po raz kolejny

by Paulina 22 czerwca, 2016
Nie mogę się nacieszyć tym czasem wiosenno – letnim, rowerowym, lubelskim naszym.

Ostatnia wycieczka wiodła, wśród świata idealnie pięknego, do Nałęczowa, miasteczka uzdrowiskowego do znudzenia znanego wszystkim Lublinianom. Trasa przepiękna, im dalej od miasta, tym bardziej wiejsko, sielsko i przyjemnie.
Szlak prowadził bardzo łagodnie, wiatr wiał akurat tyle, by dawać przyjemne orzeźwienie, słońce miło grzało, ale nie przypiekało. Rower (poza paroma niewielkimi fragmentami) jechał prawie sam

i można się było skupić na całej masie zmysłowych doznań oferowanych przez ten uroczy dzień. Jechałam więc przez ten cudowny świat, pachnący jaśminem, czarnym bzem i lipą, brzmiący świerszczami i ptakami a także aksamitną ciszą leśną, a wyglądający tak jak sami widzicie.

 
Czy mogło być piękniej?

Z cyklu prozaiczne też piękne, czyli roślinność do użyźniania gleby spektakularnie robiąca Prowansję z Lubelszczyzny
„W chmur odbiciu — śpią żółwie…
Woda z niebem — coś snuje i współwie…”

Towarzyszył nam kochany Dziadzio

Lody od Pawłowskiego, czyli element konieczny każdego weekendowego spacerku nałęczowskiego

 

…”Trzeba nic nie mieć prawdziwie,
Żyć tylko tym, że się żyje,
By dłoń wyciągać łapczywie
Po takie szczęście niczyje!” (B.L.)

22 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylpasjaprzyjemnościrozmyślania

Co lubisz robić w życiu?

by Paulina 15 czerwca, 2016

To kultowe pytanie, mało odkrywcze w zasadzie, połączone z jeszcze mniej odkrywczą radą w pewnym momencie życia wydaje się totalnie nie przystające do rzeczywistości. A to hasełko często kojarzy się z innym, równie popularnym, czyli „Znajdź swoja pasję, zarabiaj na niej, a już nigdy nie będziesz pracował„.

Gdy ma się dzieci, kredyty i inne zobowiązania, takie podejście jest tak nierealistyczne, że nawet nie chce się nad nim zastanawiać.

(Moim zdaniem zresztą, to romantyczne wezwanie jest strasznie wyidealizowane. Można z pasji uczynić sposób na życie, wielu to zrobiło, ale nawet w najukochańszej pracy są mniej przyjemne momenty. Wszędzie może wkraść się rutyna i zwątpienie. Kryzysy, spadek kreatywności i umiejętności. Dni leniwej buły, i takie gdy nic się nie udaje.)
Poza tym, te motywacyjne w teorii hasła rodzą (jak w ogóle często różne inspiracje) kolejną presję – nawet na czasie wolnym, który przecież jest czasem odpuszczenia sobie i odpoczynku – żeby znaleźć sobie takie hobby, które będzie rozwijające, modne i stanie się naszym sposobem na życie.
Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj o robieniu rzeczy, które się lubi. O pasji, choć może raczej o pasji do życia, która pojawia się między innymi przy takim właśnie spędzaniu czasu. Przyjemnym, i, co ważne, niezobowiązującym.

Piszę o tym bo, mimo mojego histerycznego niemal dbania o tym, by jako rodzic nie popaść w to słynne domowe zgnuśnienie, takie właśnie zgnuśnienie ostatnio odczułam. A może raczej, zdziadzienie. Stara się poczułam! 

Niedawno doznałam małego olśnienia: nie bawimy się! A raczej, nie bawimy się z dorosłymi, bo na brak zabaw dziecięcych narzekać nie mogę…

Zabrakło mi gier, uczenia się nowych rzeczy (ale nie takich bardzo-praktycznych-i-przydatnych), nowych, fajnych, zabawnych, ekscytujących. I, mimo zanurzenia przecież nieustannego w dziecięcym świecie, zabrakło mi dziecięcego podejścia, takiego ufnego i totalnego, nie kalkulującego.

Zdaję sobie sprawę, jak to może zabrzmieć. Typowe first world problems. A nawet fairytale world…
Bo kto w tym rzeczywistym świecie w ogóle myśli o zabawie i wygłupach?

Ja myślę. I myślę, że warto. Zresztą, warto pewnie nie tyle o tym myśleć, co czasem dać się porwać przyjemnej zabawie, hobby – bez presji i zastanawiania się czy jest modne i czy mogę na nim zacząć zarabiać. Każdy ma coś, co zwyczajnie lubi robić. Ale wiecie – robić, a nie biernie w czymś uczestniczyć. Każdy ma coś, co zawsze chciał spróbować robić, czego chciał się nauczyć, zobaczyć jak to jest, albo coś w co lubił się bawić kiedyś. Gry planszowe i miejskie, żonglerka, badminton, teatr amatorski, kalambury.

Wiadomo, że są zainteresowania bardziej kosztowne. Kosztowne w sensie finansowym, zaangażowania, czasu. Ale właśnie w tym rzecz, żeby nie zaczynać „po dorosłemu”, od kupowania drogich gadżetów, inwestowania i podejmowania jakiegoś gigantycznego wysiłku.
Wiem też (bardzo dobrze wiem), że nie ma się co zrobić z dzieckiem, że naprawdę nie ma się kasy i szkoda nawet pięciu dych, że totalnie nie ma się czasu na nic. Ale – dziecko może nam towarzyszyć, mnóstwo przyjemności jest za darmo, a niektóre sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić. Nie chcę zresztą Wam tu serwować kołczingowych gadek motywacyjnych, to nie moja rola.

Chcę za to zachęcić:)
Bawmy się, tak jak lubimy, w coś, co sprawia nam prawdziwą frajdę, co daje szczerą, dobrą radochę, co nas zaangażuje w taki bezpretensjonalny, dziecięcy sposób. Bez stawiania sobie celów, bez presji. W końcu, blask w oczach skądś się musi brać.

15 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkipasjaprzyjemności

Książki, które mnie wymiętoliły

by Paulina 10 czerwca, 2016

Lubię czytać, czytam sporo, czytam na Kindle’u, książki papierowe – kupowane i z biblioteki, słucham audiobooków (składanie prania kojarzy mi się już nierozerwalnie z cudownym głosem Karen Savage, nagrywającej angielskie klasyki na Librivox.).


Na ogół czytam bez sprecyzowanego klucza, czasami sięgam po przypadkowe książki, czasem z czyjegoś polecenia, czasem zachęca mnie okładka lub pierwsza strona. Zdarzają mi się też wieloksiążkowe sesje typu „trop jednego autora”, „wiktoriańska Anglia”, „wszystko, co japońskie”, ale nie tak często jak bym chciała (myślę, że taki system pozwoliłby na wyniesienie z książek czegoś więcej), częściej skaczę z przysłowiowego kwiatka na kwiatek, a ta metoda na pewno zapewnia więcej świeżości. Ciekawa jest, jak jest u Was? Macie jakiś system? Robicie listy „do przeczytania”? Macie półki tematyczne / gatunkowe / epokowe?

Tak czy inaczej, uwielbiam czasem trafić na książkę, która porywa, w którą człowiek zanurza się z głową, robiąc krótkie przerwy, by z nieprzytomnym wzrokiem stwierdzić, że należałoby się położyć, albo że ta krótka przerwa na kawę niepostrzeżenie rozrosła się do paru godzin. Oczywiście, to nie jest pożyteczne, ani cenne i często prowadzi do wyrzutów sumienia i zawalania spraw, ale raz na jakiś czas uwielbiam zanurzyć się jakiś świat tak nieodpowiedzialnie totalnie. A potem się śnić o nim jeszcze wiele nocy.

Przedstawiam listę książek, które tak właśnie mnie pochłonęły. Zaznaczam, że nie jest to ani „lista książek do przeczytania przed śmiercią”, ani „lista książek, które mnie ukształtowały”, ani nawet lista moich ukochanych książek. Te mnie po prostu zjadły.

1. Seria o wiedźminie Sapkowskiego. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do tej sagi. Choć zrobiła to już wiele razy, porywa zawsze. Uwielbiam za fantastyczny, różnorodny język, za wielowątkowa fabułę, za wiele poziomów na jakich można ją czytać, za bohaterów, za wyjście z szablonowości świata tolkienowskiego.
2. Saga o Diunie Herberta. Byłam w ciąży z Wilczkiem, miałam mnóstwo czasu i musiałam dużo leżeć, przeczytałam wszystkie tomu jeden za drugim, nie robiąc żadnych przerw, słuchając raz za razem ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Ależ mnie w ciągnęło – świat Diuny, historia, filozofia, moc… Co ciekawe, pierwszy tom powstał w latach 60, to literatura science fiction, a zupełnie nie ma „efektu retro”.
3. Zły Tyrmanda. Po tej książce pokochałam Tyrmanda miłością totalną, przeniosłam się mentalnie do powojennej Warszawy, to była wspaniała podróż. Do tego soczysta intryga, tajemniczy dość klimat, intrygujące postaci…
4. Szczygieł Donny Tartt. to pozycja z ostatnich wakacji. Świetnie, bardzo plastycznie i filmowo opisana historia, w która weszłam tak mocno, że momentami (w czasie gdy główny bohater mieszkał w LA i to był czas okropnego sponiewierania używkowego) czułam się fizycznie źle.
5. Gorączka Tomka Michniewicza. Historie poszukiwaczy skarbów, lepsze niż Indiana Jones, bo prawdziwe, niebezpieczeństwo i tajemniczość i dramatycznie przejmujący los afrykańskich rezerwatów.
6. Rio Anakonda Wojciecha Cejrowskiego. Znowu daleki świat, dżungla amazońska, społeczności totalnie nie znające naszej cywilizacji, prawdziwi szamani o tajemniczych zdolnościach, a wszystko opisane w rewelacyjny sposób. Nawet jeśli ktoś nie przepada za osobą W.C. to jego książki podróżnicze są majstersztykiem
7. Shantaram G. D. Robertsa. Skończyłam niedawno to tomiszcze i jestem zachwycona. Niezwykle barwnie odmalowane Indie (nigdy specjalnie mnie nie kręcił ten kraj, ale zmieniłam poglądy), dramatyczna historia, filozoficzne rozważania, wspaniały styl. A do tego świadomość, że wszystko jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami!
8. Terry Pratchett – zwłaszcza seria o Wiedźmach. I o Straży Miejskiej. Muszę komuś przedstawiać Pratchetta? Nikt nie pisze książek z tak idealnie wyważoną mieszanką ironii i dystansu, świetnych historii, czerpania z popkultury i dużej mądrości. Gdy trafiłam na niego pierwszy raz (choć okładki nie zachęcają), zakochałam się od pierwszej strony.

9. Madame Antoniego Libery. Ależ to piękna historia jest. Arcy romatyczna, cudownie opisana, z nutką tajemniczości… Nie jest to romans w klasycznym wydaniu, ale takie, trochę nieoczywiste opowieści o miłości lubię najbardziej.
10. Cień wiatru C. L. Zafona. Może nie szczyt ambitnej lektury, ale pamiętam, ze ta mroczna i tajemnicza Barcelona porwała mnie doszczętnie. Pamiętam, że czytałam ją w czasie mojej dużej fascynacji tym miastem, na tej fali był jeszcze Mendoza.
11. Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna. Przeczytałam tę książkę zanim zaczęło się na nią prawdziwe szaleństwo i wzięła mnie całkowicie. Na studiach miałam wtedy literaturę średniowieczną, co idealnie współgrało z tematem. Przeczytałam jednym tchem i nawet zainteresowałam wątkiem spiskowej teorii dziejów, co było dość ekscytujące.
12. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tu wchodzimy na listę książek, które trzeba znać, ale tutaj też ma swoje miejsce, bo to dzieło pochłonęło mnie od pierwszych zdań.

Nie piszę o dziecięco – młodzieżowych klasykach typu Montgomery, Musierowicz, Bahdaj, Niziurski czy Lindgren, one wszystkie pochłaniały bez reszty i pewnie w dużej mierze ukształtowały moją bibliofilię.

Nie wspominam też o książkach do delektowania się. Są i takie, które czyta się niespiesznie, które się smakuje i których wręcz nie powinno się czytać zbyt szybko, bo traci się cały smaczek. O nich może innym razem.

A Wy? Macie takie książki, lubicie dać się tak pochłonąć, że zapominacie o całym świecie? 

* Post zawiera linki afiliacyjne, kierujące do strony ceneo.pl. Jeśli na coś się zdecydujecie, trafia do mnie niewielki procent od zakupów,.

10 czerwca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylwe dwoje

wyobraź sobie miasto czyli weekend kultury

by Paulina 7 czerwca, 2016

Taki to był weekend, bardziej miejski niż zazwyczaj, ale ja miasto też bardzo lubię. Zwłaszcza to moje kochane miasto, trochę niedoceniane (choć i to się zmienia), ale piękniejące coraz bardziej, i coraz bardziej przyjazne mieszkańcom.

 
W piątek wybraliśmy się do niedawno otwartego Centrum Spotkania
Kultur (powstałego na miejscu niesławnego Teatru W Budowie, czyli projektu wielkiej sceny operowej z lat 60 i porzuconej w stanie mocno częściowym w latach 80 i straszącej w centrum miasta aż do niedawna) na imponującą wystawę zdjęć „Genesis” Sebastião Salgado. Kontynuując naszą tradycję zabierania dzieci w „dorosłe” miejsca, poszliśmy całą rodziną. Młodzież
ruszyła za nami oglądać zdjęcia, zadając (donośnie) niezłomne „a co to?”
przed prawie każdym zdjęciem, ewentualnie udzielając siostrze pierwszych
lekcji biologii („ryby pływają w morzu, wies Iskro?”). Zdjęcia był
przepiękne, całość podzielona tematycznie, a dotyczyła świata
naturalnego, pełnego pierwotnego i nieskalanego piękna. Imponujące góry i
lodowce, przepiękne krajobrazy, zdjęcia dzikich zwierząt i społeczności zamieszkujących z
dala od naszej cywilizacji.

Fotografii było zwyczajnie bardzo dużo, a ponieważ byliśmy z dziećmi, cieszyliśmy się że wszystko rozmieszczone jest w dwóch salach, każda na innym piętrze, co dało naszym maluchom przerwę na dawkę rozrywki potrzebną do dalszego oglądania z zainteresowaniem wystawy, czyli bieganie po korytarzu i jechanie windą. Na koniec jeszcze wszyscy bawiliśmy się w lustrzanej instalacji.

A w sobotę… w sobotę udało nam się zostawić dzieciaki błogo śpiące pod opieką kochanych dziadków i ruszyliśmy w Noc Kultury. Tę lubelską imprezę, która odbywa się co roku w czerwcu już od dziewięciu lat, odwiedziliśmy ostatnio w prehistorycznych czasach przed-dzieciowych, czyli jakieś pięć lat temu, i pamiętam, że wtedy lało i skończyliśmy ze znajomymi w jakiejś knajpie.

Słyszeliśmy oczywiście, że od tamtego czasu noc kultury stała się imprezą o znacznie szerszej skali, pod względem przestrzennym, różnorodności i publiczności. Ale i tak byliśmy bardzo zaskoczeni rozmachem całości i potężnym tłumem właściwie wszędzie. Świetnie wymyślona przestrzeń, z rozległym trawnikiem i food truckami na jednej z głównych ulic, klimatyczne letnie kino z leżakami, boczna ulica na starym mieście zmieniona w miasteczko z lat trzydziestych z szyldami i wystawami sklepów, starymi samochodami, i swingującą potańcówką (popląsaliśmy), wystawy zdjęć w różnych zaułkach, instalacje artystyczne w innych, koncerty, pokazy fire show i oczywiście sporo imprez we wnętrzach – spektakle, pokazy, nietypowe zwiedzanie.
Powiem Wam, że byłam naprawdę pod wrażeniem, i nie miałam poczucia jakiejś zaściankowości nawet po całkiem sporych imprezach we Francji (bo siłą rzeczy takie rzeczy się porównuje). Trochę tylko nie dograliśmy i nie przejrzeliśmy porządnie programu przed wyjściem, skutkiem czego było dość chaotyczne błąkanie się przez jakiś czas z hasłem „gdzie teraz” i na pewno mnóstwo nas przez to ominęło. Sam program dostępny w festiwalowej budce nie ułatwiał sprawy, jako, ze zredagowany bez klucza tematycznego / przestrzennego i bez opisów, ciężko było się połapać.

Nie zrobiliśmy wiele zdjęć, zainteresowanych zapraszam np tu.

Weekend zakończyliśmy niedzielnym rodzinnym spacerkiem w parku saskim.

7 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamoda rowerowapodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiem

Wycieczka Doliną Ciemięgi

by Paulina 2 czerwca, 2016

Sama nazwa, Dolina Ciemięgi, ma dla mnie coś niezwykle pociągającego, w sumie nie wiem, z jakiego powodu… Ciemięga, jak się zastanowić, nie jest najpiękniejszą nazwą jaką może mieć rzeka. Ale i tak mi się podoba, może jakieś nie do końca uświadomione skojarzenia, może sylaby dobrze brzmią. W każdym razie bardzo się cieszyłam na naszą ostatnią wycieczkę około lubelską.

To szlak rowerowy na północ od Lublina, wiodący, jak można się domyślić wzdłuż Ciemięgi. To mała, ale pełna uroku rzeczka, która meandruje sobie w lessowych wąwozach, wśród bujnej roślinności (kserotermicznej według przewodnika, cokolwiek to oznacza, w każdym razie parząco – drapiącej). Zaczyna się w Ciecierzynie, prowadzi przez Dys i Pliszczyn i jest fatalnie oznakowana, dlatego przed wycieczką warto zaopatrzyć się w aktualną mapę. Albo zdać się na nos / własną orientację / przypadek / przeznaczenie.

Generalnie szlak prowadzi wiejskimi szosami, nie najbardziej ruchliwymi, wśród przyjemnych wiejskich krajobrazów.
W pewnym momencie był taki fragment, nastawiony chyba na piesze spacery, wybitnie zresztą malowniczy, prowadzący wąwozem nad samą rzeką bardzo wąską ścieżyną wyciętą w zboczu tego wąwozu. Ten odcinek pokonaliśmy prowadząc rowery, praktycznie niosąc przyczepkę z zaśmiewającym się wnętrzem, smyrani rozmaitym zielskiem (głównie pokrzywami).

Jak Gladiator, czyli głaskanie zboża za każdym razem gdy się jakieś trafi.

 

Istotny element każdej wycieczki, czyli piknik zorganizowaliśmy na
pięknym terenie domu zakonnego w Pliszczynie, gdzie młodzież miała
okazję wylec z przyczepki, wybiegać się boso po trawie i zerwać dla mamy
wszystkie stokrotki w okolicy, podczas gdy starzy leżeli sobie na kocu w
pełnej błogości, patrzyli w liście na tle cudownie błękitnego nieba (a
także na nogi w licznych bąblach pokrzywowych), słuchali
entuzjastycznych ptasich trelów i mruczeli z zadowolenia.

Dzień był bardzo udany, tym bardziej, że ładunek przyczepkowy tym razem zgodny, zadowolony i rozśpiewany. Szkoda tylko, że pod sam koniec wracaliśmy przez najbrzydszą wieś świata, o masakrycznie podziurawionych drogach (nawet jak na wymagania rowerowe), zabudowach z dykty, blachy i sajdingu, pełnych przedziwnych sprzętów złożonych głównie z rdzy.

2 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznaLublinpodróże i wycieczkiskansen

muzeum wsi lubelskiej

by Paulina 30 maja, 2016

Tak jak wspomniałam, nasza ostatnia wycieczka rowerowa zaczęła się od skansenu. Mam wrażenie, że o jedno z tych miejsc, które każdy, kto mieszka w Lublinie odwiedza parę razy jako dziecko, a potem o nim zapomina. Do czasu, kiedy sam ma dzieci.

Bo fakt, że jest to miejsce idealne dla rodziców z dziećmi.
Niby muzeum, a jednak na świeżym powietrzu.
To pierwsze muzeum, do jakiego zabraliśmy nasze dzieci (a było tego trochę), w którym maluchy były autentycznie zainteresowane ekspozycją, a nie tylko akceptowały fakt, że gdzieś tam się weekendowo z rodzicami znalazły, jak w tym wierszyku „Piękny pałac, wielka brama… „To muzeum” – mówi mama.
Nie widziałem ani razu tylu ludzi i obrazów”… 

A tym razem nie było jakiś obrazów, tylko bardzo rzeczywiste miejsce.


W skansenie są prawdziwe chaty z dawnych lubelskich wsi, w tych chatach prawdziwe sprzęty, a do tego są zwierzęta. Konie, króliki, gęsi, kozy, krowy. Swojsko. Wszystko jest zresztą takie swojskie i sielskie, jakieś przytulne. Zawsze w takich miejscach pojawia się we mnie jakiś rodzaj tkliwości tęsknoty do dawnych nieskomplikowanych i dobrych czasów,
„I zacny to lud, choć prosty„.
Oczywiście wiem, że wsi spokojna wsi wesoła nie była ani sielankowa, ani spokojna specjalnie, ani niekoniecznie wesoła, ale mimo to jakoś mnie ruszają takie miejsca.

Kulikiii!

Do naszych maluchów co prawda nie dotarły jeszcze niuanse
czasoprzestrzenne (dla Wilczka „kiedyś” jest równoznaczne z „we
Francji”, czyli z przed rokiem. W sumie trudno mu się dziwić, w końcu we
Francji mieszkaliśmy ćwierć jego życia temu, to dla niego cała epoka.), ale i tak byli zachwyceni, oglądali z uwagą i nawet
dopytywali o dawne czasy („To we Flancji ludzie nie miały samochodów?”).

Parę lat temu w skansenie pojawiła się nowa, małomiasteczkowa część. To ekspozycja prowincjonalnego miasteczka w lat 30 XX w. z odtworzonymi lokalami – jest np dawny zakład fryzjerski, poczta, piwiarnia, czy szewc – do których można zajrzeć, czasem przysiąść, poczuć dawną atmosferę i zapach.

W skansenie są jeszcze fantastyczne miejsca typowo jak dla mnie piknikowe. Cały teren podzielony jest na sektory z różnych regionów Lubelszczyzny, czyli Roztocze, Powiśle, Polesie, Nadbuże. 
Tym razem nie zatrzymaliśmy się tam dłużej, ale na pewno będziemy wracać, zwłaszcza, ze muzeum organizuje różne imprezy okolicznościowe typu dożynki, rekonstrukcje historyczne i inne.

30 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylrozmyślania

list do m.

by Paulina 26 maja, 2016

Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale jest taka prawidłowość. Im bardziej jestem mamą tym mocniej jestem córką.

Obdarowana przecudnymi laurkami pełnymi koślawych kwiatów, rozkosznie nieporadnych serc, jednego pociągu  i masy Mazów, powinnam w zasadzie skupić się w tym święcie na byciu jego główną bohaterką. W końcu wreszcie, mój dzień, dzień mamy, to teraz właśnie się mnie docenia i stawia na piedestał.

Ale, jakoś może z tej radości, z tego wzruszenia, że te wszystkie „kocham cię mamusiu”, i piosenki o treści „maaamaaaaa kochaaaaaana” to do mnie są skierowane, myśli moje samoczynnie kierują się na moja własną Mamę.

Która jest fantastycznym, mądrym, dobrym i cholernie empatycznym człowiekiem i która jest moją najlepszą przyjaciółką.
Nie będę chyba się rozpisywać strasznie, choć próbuję-i-kasuję od dłuższego czasu ująć w słowa to kłębowisko ogromniastej wdzięczności, radości i szczęścia, ale ciągle wychodzi strasznie patetycznie i wtórnie.

Dlatego napiszę tylko, że dzięki mamo.
Za fantastyczny, mamowy szablon i wzór. Za bazę, fundament i kręgosłup. Za inspirację. Za mnóstwo jeszcze innych, tak bardzo istotnych rzeczy,
ale w kontekście tego wpisu za ścieżkę którą podążam teraz, jako mama.
Że, choć z wybojami dzisiejszoczasowymi, podążam w dobrym kierunku po
prostu i doceniam to każdego dnia.

sukienka rzymskie wakacje

Robi się tak strasznie słodko, że się zatrzymam, zasugeruję mocną kawę, albo whisky i po buziaku dla mam i dzieci.

26 maja, 2016 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamój stylNałęczówpodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrowerrower z dzieckiemwiosna

Lubelszczyzna majowa

by Paulina 23 maja, 2016

Jeśli będziecie się kiedyś wybierać do Lublina, to rozważcie maj. To oczywiście dość proste rozwiązanie, bo taką upojną wiosną nawet Zabrze (przepraszam Zabrzan) jest miejscem pełnym uroku. Ale i tak rozważcie, bo jak jest cudownie, to może być cudownie do potęgi.

I gdy już będziecie w Lublinie, nacieszycie Kodami, miejskimi parkami, skwerkami i ogrodami, to wybierzcie się na wycieczkę za miasto. Najlepiej w kierunku Nałęczowa. Podnałęczowskie wioski to owocowe zagłębie. Wszędzie pełno jest sadów, tych nowych, równiutkich i pewnie porządnie owocujących, ale przede wszystkim starych, pokrzywionych, uroczych i bardzo klimatycznych. W maju te wspaniałe drzewa oczywiście kwitną. Kwitną totalnie obłędnie. Uwielbiam to połączenie starych, nierównych, sękatych konarów z subtelną bielą delikatnych kwiatuszków, ich łagodnym zapachem i ulotnymi płatkami. Zdecydowanie warto to zobaczyć, gdy stoją w pełnym rozkwicie w tym majowym słońcu i trelu skowronków a płatki powoli zaczynają opadać robiąc już całkiem bajkowy klimat.

W tym roku udało nam się uwiecznić jabłonie, któregoś popołudnia, jadąc samochodem przez tamte okolice. Planowaliśmy urządzić rowerową włóczęgę szlakiem kwitnących sadów , ale zanim się zebraliśmy, drzewa przekwitły. 

Ta ostatnia nasza wycieczka rowerowa na którą w końcu udało nam się wybrać, zaczynała się od skansenu lubelskiego, w którym zresztą spędziliśmy trochę czasu (o tym następnym razem). Tam ma swój początek pewien czerwony szlak, który wiedzie malowniczymi wiejskimi terenami przez Nałęczów, aż do Kazimierza Dolnego.
Zastanawialiśmy się, czy ciągle istnieje, jako że wokół Lublina powstaje obwodnica, i mógł on zostać zniszczony. Ucieszyliśmy się bardzo widząc nową czerwoną farbę. Dopiero po kilkunastu kilometrach zorientowaliśmy się że… to nie ten czerwony szlak… 😀

Fakt, że mieliśmy nieaktualną mapę i kierowaliśmy się po prostu znakami, ale nie przyszło nam do głowy, że w pobliżu jednej trasy powstanie druga, oznakowana dokładnie tak samo. Trochę szkoda, bo z tego co pamiętam ta pierwsza jest poprowadzona przez ładniejsze okolice, nad rzeką. Ale w gruncie rzeczy też było bardzo przyjemnie, odwiedziliśmy też dziadków na wsi i wróciliśmy do domu tworząc całkiem ładne kółko. Rzeczki może nie było, ale malowniczo owszem.
 

 

Tak czy inaczej, czas zaopatrzyć się w aktualną mapę okolic lubelskich.

23 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniawspomnienia

sleepwalking back again

by Paulina 18 maja, 2016

Nostalgia, nostalgia, nostalgia.
Jednym z pierwszych objawów dorosłości jest zauważenie młodszych pokoleń i stwierdzenie, że za naszych czasów było lepiej. Od jakiegoś czasu krążą po internetach różne teksty, memy i obrazki pisane przez i skierowane do ludzi urodzonych w latach 80. O tym, jakie mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Bezpretensjonalne, bezproblemowe, piękne. A dzisiejsze dzieci generalnie nie podnoszą wzroku znad komputera, są grube, sfrustrowane, nieszczęśliwe i zagubione w wirtualnym świecie.

Tak się składa, że z własnym narybkiem bywam na różnych placach zabaw, w parkach i na boiskach. Które są pełne dzieci. Dzieci młodszych i starszych, krzyczących i biegających, wymyślających zabawy, jeżdżących na rolkach, rowerach i hulajnogach. Skaczących na skakankach, a nawet grających w gumę.
Nie wiem oczywiście, ile  w tym czasie gubi się w wirtualnej rzeczywistości zajadając czipsami i frustrując, że nie ma najnowszego ajfona.
Ale, place zabaw nie są puste, na pewno. Są pełne dzieciaków, pewnie lepiej od nas ubranych i z porządniejszym sprzętem, ale przede wszystkim dzieciaków, które chcą się po prostu dobrze bawić.

Naprawdę nie jest tak, że nasze pokolenie jest jakoś lepsze, czy
nawet szczęśliwsze ze swoimi trzepakami, oranżadką w proszku i płynem
lugola.
To, że nie mieliśmy tylu resoraków co nasze dzieci, nie daje
nam prawa do jakiegoś wywyższania się, że dzisiejsza młodzież już nie
potrafi się bawić. Bawi się. Tak samo jak my,  wymyśla zabawy,
kreatywne, śmieszne, mądre i durnowate.

Jedliśmy lody
wodne za 35 groszy i flipsy czekoladowe, a nie Algidę i Laysy, ale to
nie daje nam paszportu do wiedzy wszystkiego. Graliśmy w zająca zbierającego jajka a później w Montezummę na
Atari, a nie w Assasin’s creed nie dlatego, że tak wybraliśmy. Nasze
place zabaw były wybetonowane, metalowe i zardzewiałe, ale to nie czyni z
nas weteranów wojennych. A my wychodziliśmy na dwór sami, bo taka była
norma, a nie dlatego, że nasi rodzice byli tacy odważni

Wszystkie dzieci się bawią – tym, co mają. Patykiem i kamieniem,
szmacianą lalką, klockami Montessori, resorakiem, czy konsolą. Zgadzam
się, że generalnie dzisiejsze dzieci mają za dużo zabawek i bodźców, a
to wpływa na niecierpliwość, niedocenianie tego co się ma, nienasycenie,
szybkie nudzenie się. Ale, to nie dzisiejsze dzieci są znudzone i
nienasycone, to rodzice (i dziadkowie… I ciocie, i znajomi … No,
dorośli. Czyli generalnie ci wychowani w dawniejszych, niby lepszych
czasach) zawalają je co chwila nowościami. To nie dzieci są
pierdołowate, to dorośli bywają nadgorliwi, wyręczają dzieciaki we
wszystkim, przegrzewają, podwożą wszędzie.

To nie dzieci są niesamodzielne, to my nie pozwalamy na samodzielność. My.
Społeczeństwo nie pozwala. Tak się porobiło, że wożenie samochodem do
szkoły, strzeżone osiedla i zajęcia dodatkowe stały się jakąś normą od
której nikt nie chce odbiegać. Nikt nagle nie chce być nowym pionierem i
sprawdzać, czy ktoś naśle opiekę społeczną, jeśli puści się
sześciolatka samego przed dom.

 Pewnie, można sobie ponarzekać, że to niefajnie, że tak się porobiło. Sama mam wielki sentyment do własnego dzieciństwa, tych betonowych placów zabaw, zabaw w podchody i robienia zup błotnych.

Ale wierzę, że moje dzieci, za dwadzieścia kilka lat będą miały podobnie piękne wspomnienia. Bo dzieciństwo to dzieciństwo. To przeżywanie na maksa, to świeżość i bezpretensjonalność. A potem pewność, że kiedyś trawa była zieleńsza.

18 maja, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry