Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmigórygóry z dzieckiemnamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Bieszczady z dziećmi

by Paulina 19 lipca, 2016
góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi

Miało być na dłużej. Miał być porządny wakacyjny wyjazd z trekkingiem, leniwymi dniami restowymi przy namiocie  nad rzeczką, ogniska miały być i bieganie na bosaka.

Ale przegoniły nas deszcze i burze, próbowały to zresztą zrobić już od pierwszego dnia (o czym za chwilę) i wróciliśmy wcześniej. W każdym razie te parę dni wystarczyły, by na nowo zakochać się w Bieszczadach, w których ostatnio byliśmy prawie pięć lat temu (dowiadując się o małym Wilczku w brzuchu).

Postój po drodze, wymuszony chorobą lokomocyjną Iskry, ale za to w jakich okolicznościach przyrody…

Byliśmy oczywiście z dzieciakami, moje plany dotyczące samotnych beztroskich górskich wypadów jakoś się nie spełniają póki co…

Pierwszego dnia, po nocno – porannej podróży i rozbiciu namiotu wyruszyliśmy na szlak wiodący na Połoninę Wetlińską. Uznaliśmy, że
nadszedł czas, by oswajać dzieciaki nie tylko z cudownością górskich widoków, ale też z
samą górską wędrówką. (Wszystko bez presji oczywiście, na zasadzie
zabawy.) Ale młodzież podchwyciła i byliśmy szczerze zaskoczeni ich zapałem w chodzeniu. To nie były jakieś wielkie odcinki, ale oni sobie trochę pochodzili, a my mogliśmy nieco odpocząć od słodkiego ciężaru. W innych odcinkach, słodki ciężar na moich plecach raczył mnie piosenkami, chrapaniem i okrzykami dopingującymi w stylu „sibciej mama, gonimy tatusia”.

Bieszczady z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi
 

góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi

Weszliśmy na Smereka. A na górze… Zachwyty, jak to zwykle. Pięknie jest na górze i choć można się nawpatrywać w miliony zdjęć z górskimi widokami, nic nie zastąpi efektu na żywo.
Snuje się ta połonina, zielenieje tysiącem odcieni, zachwyca totalnie i brzmi w wiatru szumie. Tym razem niestety przy horyzoncie zaczęły się kłębić raczej
niesympatyczne chmury, więc nie zwlekaliśmy zbyt długo i ruszyliśmy dość
żwawo (żwawiej jeszcze, gdy połonina zaczęła też brzmieć pomrukami
burzowymi).

góry z dzieckiem, chodzenie po górach z dziećmi, trakking z dziećmi

Mąż postraszył mnie (nieistniejącym, jak się okazało) przysłowiem o tym, że „kruki tańczą na szkydłach burzy”. Ale faktycznie tak było. Naprawdę tańczyły. I naprawdę na skrzydłach burzy;)

Drogę powrotną pokonaliśmy w arcy żwawym tempie. Gdy byliśmy w zasadzie na
dole, zaczął się straszno – piękny spektakl piorunów rąbiących w góry, przy imponującym akompaniamencie grzmotów. Pojawiły się pierwsze krople deszczu. Przykryliśmy
nosidła ochraniaczami przeciwdeszczowymi, założyliśmy kurtki, mąż
ochraniacze na buty (ja beztrosko stwierdziłam, że już bez przesady, w końcu za
chwilę będziemy w schronisku) i wtedy krople deszczu przeobraziły się w
chlustające wiadra wody z gradem. Szliśmy, choć może trzeba by powiedzieć
płynęliśmy, i dotarliśmy, cali ociekający (ja z chlupotem w butach
oczywiście, bo nalało mi się od góry) po jakiś 15 minutach do
schroniskowej świetlicy.

Ale przeżyliśmy, młodzież trochę przestraszona przygodą, ze spodenkami do przebrania (bo dotykali kolanami do ochraniaczy), już po chwili czarowali swoim nieodpartym wdziękiem, jedli frytki i oszukiwali w Chińczyka.

Moje popisowe danie biwakowe, czyli kuskus z podsmażaną cukinią, pomidorem i czarnymi oliwkami i serem kozim

Potem był dzień zakwasów, deszczu i wycieczki kolejką bieszczadzką. Maluchom się podobało, bo pociąg przecież i Wilczek aż piszczał z radości przy tej mnogości lokomotyw widzianych z bliska i na żywo.
Osobiście, aż tak ekstatycznie zachwycona nie byłam, za to dodatkowo lekko zniesmaczona faktem, że Bieszczady zmieniają się w drugie Zakopane (pod względem cen za wszystko, ilości ludzi i straganów z gratami pamiątkami). Trasa kolejki przyjemna, wiodąca przez lasy – ładne oczywiście, ale wielkiego szału nie było.
A wieczorem, na naszym przesympatycznym polu namiotowym, zażyliśmy też przemiłej imprezy, zostawiwszy dzieci pod czułą opieką walkie-talkie. (innego wieczora był tez koncert, ale wtedy właśnie czułym walkie-talkie raczyły się zużyć baterie) (szczęśliwie w namiocie i tak wszystko słyszeliśmy)

Kałuże, kałuże jedna z głównych atrakcji campingu

W następne dni udało nam się trochę pochodzić, wśród pogody dość przyzwoitej, choć nie za ciepłej, nacieszyć wędrówką, widokami, lasami górskimi o wielkich zamszałych drzewach i nazachwycać cudownym bieszczadzkim światem.

Przytroczony jadowicie zielony nocnik dominuje każde zdjęcie, ale to jedna z potrzebniejszych rzeczy na szlaku;)

Rawki

 

Samo biwakowanie z dziećmi mamy przerobione (np tu lub tu) maluchy w namiocie odnajdują się świetnie, w końcu to wspaniała baza. A i sam camping, cały w (mokrej niestety) trawie był dla nich świetnym placem zabaw, choć na pewnie byłoby świetniej gdyby jednak dało się na tej trawie usiąść. Obok płynęła też prawdopodobnie-urocza-rzeczka, Wetlinka, która niestety po wielkiej burzy pierwszej nocy zmieniła się w rwący brązowy potok. Dlatego planujemy tam wrócić, może jeszcze tego lata, żeby trochę spokojnie się podelektować tym bieszczadzkim klimatem.

19 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilatolubelszczyznamindfulnessmoda rowerowamój stylpodróże i wycieczkipoezjarowerrower z dzieckiem

Brnę w słońcu po samo gardło

by Paulina 12 lipca, 2016

Nikt, jak Leśmian nie potrafi słowami oddać zmysłowości lata.
Sama jestem tą zmysłowością zauroczona, uwielbiam lato właśnie ze względu na to bombardowanie zapachami, smakami i fakturami, a leśmianowe potoczyste słownictwo, skojarzenia, czuła jego spojrzystość zachwyca mnie szczególnie.

I nawet upał, czy duszność letnia przedburzowa, lepkość poowocowa, żuki kosmate i złachmanione pajęczyny mają w sobie poezję, masę upojnego piękna i erotyzmu.

I chcę i nie chcę i muszę
Dziś jaśnieć razem z pogodą,
Co niepokoi mi duszę
Złotego szczęścia urodą.
A szczęście lśni od niechcenia

Sad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,
Co, światłem zaskoczony ćwierka wniebogłosy
I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosy
Skrzą się tłumnie u liści zawieszone brzegu

Upalny ranek. Gwary i turkoty
Kończę się nagle u sztachet ogrodu,
Gdzie ławek cienie, wdumane w piach złoty,
Dają tym piachom czar głębi od spodu

Jeździmy sobie po tej Lubelszczyźnie rozkosznie letniej rowerami,
wdychając lipy, mrużąc od srebrzystej złocistości słońca oczy, trwając w
błogości.
Przesuwają się leśmianowe zwiewne wersy i
żałuję tylko, że mam ich w głowie tak mało.

12 lipca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorodzeństworozmyślania

Czy warto decydować się na drugie dziecko z małą różnicą wieku

by Paulina 8 lipca, 2016

Dwoje ludzi o wzroście w okolicach metra przeprowadzało skomplikowane wymiany swoich dóbr. „Isklo, czy pozyczysz mi tą książeczkę, a ja ci dam ten samochód?” „Maś” „Dziękuję” „Płosie”. I wyszli do swojego pokoju, zostawiając rodziców na podłodze w poszukiwaniu szczęk.

Jedziemy na wycieczkę rowerową. Po pięciu minutach wspólnych
chichotów, zaczynają się przepychanki. Przepychanki zmieniają się w
jęki. Jęki zmieniają się we wrzask. I rękoczyny oczywiście, z
ubezwładnieniem totalnym jako celem. Człowiek nie zdąży się dobrze
obejrzeć,a  oczy prawie wydłubane, i ogólnowycieczkowe wrażenia
zmieniają się ze „świat jest piękny i harmonijny, cudowne jest to
rodzinne wędrowanie” na „niech ktoś zabierze te wrzeszczące bachory” i
„co nam strzeliło do głowy żeby to jazgoczące towarzystwo pakować do
przyczepki”. I taką sinusoidą kolejne kilometry.

„Mama,
niunia bam tu zlobiła. Boli, psitul.” Przytulam, obdzielam
regenerującymi pocałunkami. W tej samej sekundzie dotychczas Okropnie
Zajęty Maszynista robi się strasznie nieszczęśliwy, natychmiast
potrzebuje mamy BARDZIEJ i biegnie po pocieszenie po drodze wymyślając
powód swojej rozpaczy.

Siedzimy z kawą. Tabun naszego
potomstwa biega w tę i z powrotem, zaśmiewając się i trzymając centymetr
krawiecki za dwa końce, „jesteśmy pociągiem mamusiu”.

Rano.
Blady przedświt. Sobotni oczywiście. Próbujemy przypomnieć sobie czym
jest poranne odsypianie wieczornej imprezy, ale właśnie do łóżka pakują
się niesforne szkraby, z samolotem wy(da)jącym głośne dźwięki,
pudełkiem puzzli, wielkim głodem, szybka kłótnią, równie szybkim
chichotem i tysiącem pytań

 No nie powiem, z jednym dzieckiem było łatwiej. Mała różnica wieku między dziećmi to nie jest wygodna sprawa.

Chociażby ze względu na proporcje dwa na jednego i zwykłe ogarnianie rzeczywistości, ale przede wszystkim przez nagłe trudności pedagogiczne jakie się pojawiły. Różnica między naszymi to dwa lata, więc jest szansa, że nasz kochany, pogodny i bezproblemowy synek i tak by się zbuntował, nawet bez młodszej siostry, ale myślę, że ten bunt bez dodatkowego bodźca miałby szansę być łagodniejszy.

jaka różnica wikeu między dziećmi, kiedy drugie dziecko

Wilczek jako czterolatek pełen pasji potrafi pięknie zająć się sam. Zajęty swoimi pociągami, autkami, klockami i kolorowaniem nie potrzebuje nas za często, czasem wystarczy, że po prostu jesteśmy w pobliżu. Można z nim nawet zasiąść do pracy na trochę, rozumie, że mama teraz będzie trochę zajęta synku, pobawię się z Tobą, jak zadzwoni zegarek (nastawiam stoper). Za to gdy na scenę wkracza Iskra, spokój jest ostatnim pojęciem jakie przychodzi mi do głowy (poza pojęciami ze strefy nierealnych marzeń). Królowa Chaosu roznosi puzzle, obdziela nimi wszystkich domowników (potem znajduje się brakujące elementy pod dywanem), psuje Wilczkowi budowle – często zupełnie niespecjalnie, np gdy sięga po klocek dla siebie, zalewa się sokami, brudzi kanapę czekoladą, drze książeczki itd. A przede wszystkim wytrąca ze relaksu brata. Kiedyś czytałam, że badania wykazały, że małe dzieci kłócą się nawet 6 razy na godzinę. Jakieś mi się to dziwne wydało, że bez przesady już może i to musi być w przypadku jakiegoś wyjątkowo niezgodnego rodzeństwa. Ale, okazuje się że przesady w tym nie ma żadnej i taka właśnie regularność jest u nas na porządku dziennym. Przy czym jako, że dwuletniej Iskrze brakuje jeszcze argumentów logicznych brata pt „podziel się bo nie będę się z tobą bawił”, to rękoczyny i pisk godny parki Nazguli jest totalną normą (bo starszak przejmuje od siostry metody dyskusji).

rodzeństwo z małą różnicą wieku

Ale. Wśród tego jazgotu, siniaków, głupich wspólnych pomysłów i chaosu rodzi się najlepsza na świecie więź. Przyjaźń taka, że bardziej się nie da i jedynacy pewnie mogą tylko o takiej pomarzyć. Solidarność i wspólnota. Piękne wspomnienia. O umiejętnościach społecznych nie wspominając.

Widzę, jak w nowych i niepewnych okolicznościach odruchowo stają blisko siebie. Jak biorą się za ręce schodząc po schodach. Jak, przy ogromnej radości, gdy nie wiedząc jak ją okazać, padają sobie po prostu w ramiona. Jak się wzajemnie inspirują, wymieniają porozumiewawczymi spojrzeniami, jak za sobą tęsknią gdy się nie widzą trochę.

To, jak się bawią wspólnie. Jak o siebie dbają wzajemnie. Te wspólne biegi, harce, zabawy, chichoty… cokolwiek w zasadzie, bo to ta wspólność ma tu znaczenie. Rodzi się empatia, solidarność, dbanie  o innych, troska, poczucie sprawiedliwości. Czujecie te pojęcia? To są takie fundamentalne wartości, coś, czego wtłoczenie uważamy za swój obowiązek i najtrudniejsze wyzwanie na świecie. No więc z rodzeństwem to się dzieje. Naturalnie. Nie twierdzę, że łatwo, bezproblemowo, czy całkiem mimochodem. Ale, jeśli uda nam się wychować dobre rodzeństwo (a o to walczymy choćby z troski o własne zdrowie psychiczne), to automatycznie mamy wychowanych dwoje dobrych obywateli/ sąsiadów/pracowników/przyjaciół/rodziców, ludzi po prostu.
Te umiejętności powstałe przy rodzeństwie są tak totalnie nowe i różne od wszystkiego, czego może nauczyć rodzic, czy pani w przedszkolu, że sama nie mogę wyjść z podziwu, co dostaję zupełnie bonusowo w pakiecie „Double chaos”

Zdjęcie wybitnie metaforyczne, czyli życie rodzica jako chodzenie po linie kołysanej potomstwem;)

Polecam:D

8 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckorodzeństworowerrowerki biegowe

Jaki rowerek biegowy

by Paulina 3 lipca, 2016

Że nasze dzieci będą mieć rowerki biegowe wiedziałam zanim byłam w ciąży z pierwszym. Odkąd zobaczyłam je po raz pierwszy, uznałam za genialny wynalazek. Jeśli zaglądacie tu regularnie, wiecie, że rowery lubimy bardzo. Chcieliśmy pasją zarazić potomstwo, i właśnie biegówka wydawała nam się najlepszą opcja.

Po tego typu rowerku, dzieciak ze znacznie większą łatwością i w bardzo naturalny sposób przesiada się na prawdziwy rower, bo ma opanowaną równowagę i kierowanie, i ogólnie mówiąc „ogarnia” dwa kółka. Biegówka pomaga rozwijać koordynację ruchów, zręczność i samodzielność. Maluch jest zmotywowany prędkością jaką może rozwinąć wyłącznie dzięki własnym nogom – to dodaje skrzydeł i wiary we własne siły.

jaka biegówka

Gdy starsza latorośl zbliżała się do magicznych drugich urodzin, okazało się, że wybór rowerka biegowego to nie jest taka prosta sprawa, dlatego ja i brzuch zasiadłyśmy do internetów i wzięłyśmy się za element obowiązkowy przy każdym zakupie świadomego konsumenta, czyli doktorat z dziedziny nowego nabytku.

Po pewnym czasie, wiedziałam już że przy wyborze naszej biegówki będziemy zwracać uwagę na rodzaj kół, hamulec (obecność lub brak), ogranicznik przy kierownicy, regulację siodełka, i ciężar sprzętu. To są takie elementy, które mają największe znaczenie.

Później uznaliśmy, że w naszym przypadku najbardziej zależy nam na:

– pompowanych kołach. Koła z pełnej gumy to tańszy i lżejszy rowerek i brak ryzyka przebicia opony. Ale piankowe koła mają mniejszą przyczepność i łatwiej o poślizg, a do tego są mniej elastyczne, więc nie amortyzują wstrząsów.
– regulowane siodełko. Wiadomo, dzieci rosną szybciej niż nam się wydaje, a z przesiadką na rower z pedałami nie ma co się spieszyć.
– ogranicznik przy kierownicy. Zwłaszcza na początku, samo prowadzenie biegówki jest wyzwaniem, a skręcanie i opanowanie kierownicy nie ułatwia sprawy – szczególnie że kierownica potrafi gwałtownie skręcić i spowodować upadek.

rower biegowy, biegówka

Przejrzeliśmy oferty sklepów, i został jeden, Kokua, Like a bike. Jego cena trochę nas zwaliła z nóg, ale doszliśmy do wniosku, że to będzie prezent składkowy od całej rodziny, i za dwa lata rowerek odziedziczy siostra.

Wilczek siadł na swoim pojeździe bardzo chętnie, początkowo co prawda po prostu chodził z rowerem między nogami, mieliśmy wrażenie, że sprzęt jest na niego trochę za duży (choć mierzyliśmy sprawdzonymi metodami), ale dość szybko załapał, że trzeba na siodełku porządnie usiąść i się odpychać. Jak załapał, tak nie rozstaje się z nim od dwóch lat, nawet zimą.

Like a bike to porządny rower na aluminiowej ramie, z grubymi, pompowanymi oponami. A do tego ma jeszcze taki niewielki, pomarańczowy myk, który robi całą przewagę nad innymi tego typu. To guma pod rurą podsiodłową, która pełni funkcję amortyzatora. Rzecz arcyprosta, a genialna. Dzięki temu nasz synek zjeżdża z górek o mocno nierównej nawierzchni, śmiga po wystających korzeniach, zeskakuje z krawężników. I ma taki cel.

A ponieważ cel jeszcze przed nim, rowerek dzięki wymienionej sztycy jest ciągle dobry, dla zapatrzonej w brata Iskry nie pozostało nam nic innego, jak – w ramach kolejnego prezentu składkowego – kupić drugą Kokuę. Dwulatka pokochała swój łowelek od dnia urodzin, kiedy go dostała. Radzi sobie coraz lepiej, nie ma problemów ze sterowaniem. Oczywiście, może to być wpływ jej niewątpliwego bajecznego talentu (wiadomka), ale myślę, że spore znaczenie ma tu też sprytna, elastyczna blokada kierownicy, która pozwala skręcać, ale potem prostuje, więc nie ma ryzyka, że niechcący jej się skręci rower o 90stopni.

Nasze rowerki są lekkie, ważą 3,5kg, co ma znaczenie dla dzieci, ale też dla steranej matki, gdy Iskra nagle robi się Strasznie Zmęczona i nie ma siły jechać.

Ostatnio po parku jechaliśmy rowerami we czworo. Fajnie.

PS1. Kokua okazał się strzałem w dziesiątkę w naszym przypadku intensywnego i długiego użytkowania. Ale, jak będziecie wybierać biegówkę dla Waszego dziecka i nie chcecie wydawać dużych pieniędzy zastanówcie się nad Waszymi priorytetami. Może wystarczą koła piankowe, albo trochę mniejszy model, bo szybko chcecie się przesiadać na pedały? No i są jeszcze używki:)

PS2. Nie muszę przy tym chyba dodawać, że sprzęt ma znaczenie, ale nie jest najważniejszy. Przede wszystkim trzeba rowerka używać. Jeśli smyk jest silnie zmotywowany, to będzie też jeździł na plastikowym klekocie z supermarketu i pewnie też będzie zadowolony.

3 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessprzyjemnościrozmyślaniazmysły

Zmysłowe przyjemności. Dotyk.

by Paulina 29 czerwca, 2016

zmysły, dotyk

Zupełnie wspaniałe jest to, że wszystko, co najlepsze na świecie jest nam dane zupełnie za darmo i bezwarunkowo.
Weźmy zmysły. Wszystkie pięć dają nam cały wachlarz fantastycznych wspomnień, w dużej mierze budują nasze poczucie szczęścia, a już na pewno przyjemności. Dzięki zmysłom, odczuwamy świat pięciowymiarowo, co jest przecież absolutnie cudowne.

Dziś o dotyku. Zmysł dotyku jest trochę niedoceniany, a bardzo ważny. To jeden z najbardziej pierwotnych doznań, które rozwijają się już w życiu płodowym, dlatego tak szalenie ważny już dla noworodka. Każdy choć trochę świadomy rodzic wie jak fundamentalne znaczenie dla dziecka ma właśnie dotyk – przytulanie, głaskanie, masowanie. Wszyscy chyba zetknęli się z badaniami, mówiącymi o tym, że dotyk jest wręcz niezbędny do życia. Nie tylko pozwala odczuwać kluczowe dla naszego bezpieczeństwa sytuacje, jak ból, zimno, gorąco, napięcie, czy ruch. Jest też absolutnie niezbędny dla naszego rozwoju – intelektualnego, emocjonalnego, i fizycznego. ( i wiecie, nie niezbędny na zasadzie kocyka minky, elektronicznej niani, czy klocków. Naprawdę niezbędny.)

Gdy dorastamy, rola dotyku trochę przygasa, przy znamiennej funkcji wzroku, czy słuchu. Ale wciąż pozostaje on takim bazowym, ważnym i intymnym zmysłem, który daje nam dobry kontakt ze sobą, pomaga znać sie z własnym ciałem, wspaniale uczy uważności. Myślę, że warto skupić się czasem na nim i poszukać trochę ulubionych kontaktowych doznań, nie tylko erotycznych ( z którą to kategorią dotyk się rzecz jasna kojarzy).

Gdy myślimy o dotyku, dość oczywistym skojarzeniem jest masaż, często traktowany jako jeden z synonimów relaksu i odprężenia. Osobiście, poza klasycznym masażem pleców, uwielbiam tez masaż stóp, który (stymulując odpowiednie punkty, a może po prostu ogólnie zdejmując napięcie), czyni prawdziwe cuda przy moich potwornych bólach głowy. Praktykuję też masaż twarzy, codziennie wieczorem, w ramach prewencji przeciwzmarszczkowej.

Ale masaż to przecież nie wszystko.
Jest jeszcze przesypywanie między palcami piasku nad morzem. Tego bałtyckiego, drobnego (ale niepylistego) jasnozłotego piasku, głaskanie go, klepanie i zanurzanie całej dłoni.

Albo „kropkowanie twarzy”. Trzeba zamknąć oczy, a druga osoba dotyka, stawiając palcem kropki po twarzy, w przypadkowe miejsca. Odpręża idealnie, bo zawsze całą uwagę koncentruję na tym, gdzie za chwilę poczuję „kropkę”. I każde dotknięcie daje arcyprzyjemne uczucie, które rozlewa się po całym ciele.
I jeszcze, w podobnym klimacie, mizianie po plecach. Któż go nie zna, któż go nie uwielbia? W dzieciństwie z dzieciakami z rodziny organizowaliśmy całe sesje „dreszczyków”, kładliśmy się jedno za drugim i smyraliśmy się np „do dwudziestu dreszczyków”.

Albo ubrania z przyjemnych materiałów. Każdy ma jakiś swój ulubiony ciuch, mięciutki i wynoszony, w który się wtulany, mościmy i osiągamy ten stan błogiego bezpieczeństwa. Wspaniałe jest też czucie chłodnego jedwabiu na skórze w gorącą noc.

Chodzenie na bosaka. Po trawie, brzegiem morza, po piasku, po ciepłej drewnianej podłodze.

W lecie, jedną z większych przyjemności jest  trzymanie w dłoniach ciepłych od słońca owoców. I warzyw w sumie też. I czucie ich struktury różnorodnej (gładkiej, z delikatnym meszkiem, chropowatej), ciepłej i pełnej życiodajnych wspaniałości.
I dość podobna kategoria, czyli głaskanie traw, ziela i zboża. Mam taki zwyczaj, że zawsze głaszczę każde zboże w zasięgu mojej ręki. Uwielbiam to uczucie kłująco-łaskoczące, a jednocześnie poddaję się tym romantycznym myślom o głaskaniu chleba naszego powszedniego.

Pozostając w klimacie chlebowym – wyrabianie ciasta drożdżowego, i chlebowego. Tu mamy ciąg dalszy prawdziwego fizycznego kontaktu z powstającym jedzeniem – tym bardzo bazowym i tradycyjnym, pełnym znaczeń. Poza tym rosnące, ciepłe ciasto drożdżowe daje najzwyklejszą fizyczną przyjemność.

Przypomnijcie też sobie tę błogość totalną pojawiającą się przy ciapaniu się w różnych maziach. Zabawa tzw cieczą nienewtonowską (mąka ziemniaczana z wodą, pobawcie się nawet z dzieciakami), ugniatanie plasteliny, mieszanie zup błotnych, czyli powrót do dzieciństwa. Fajnie jest do tego wrócić.

A skoro już o dzieciństwie wspominam, to chyba nic nie wzrusza i nie roztkliwia mnie tak, jak przytulenie się policzkiem do ciepłego, pulchnego policzka dziecka. Albo dziecięca rączka, łapiąca ufnością moją dłoń.

Jest jeszcze najzwyklejsze, najprostsze „Niech mnie ktoś przytuli”. Zwykły przytulas. (wszyscy pamiętają chyba słynną akcję „free hugs„, która rozrosła się do niebywałych rozmiarów)

Zanurzenie stóp zmęczonych po wędrówce w chłodną wodę. Konsystencja guacamole i zupy dyniowej. Czesanie – albo raczej delikatne przekładanie włosów. Malowanie twarzy miękkim pędzlem. Otulenie się kocem w zimny wieczór.

W dzisiejszych czasach, gdy każdy dotyk jest podejrzany jako ten potencjalnie zły, zaczęliśmy unikać go w ogóle. Szkoda. Szkoda jest zabierać sobie taką masę wspaniałości.

29 czerwca, 2016 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamindfulnessrowerrower z dzieckiem

Made of clouds, czyli Lubelszczyzna rowerem po raz kolejny

by Paulina 22 czerwca, 2016
Nie mogę się nacieszyć tym czasem wiosenno – letnim, rowerowym, lubelskim naszym.

Ostatnia wycieczka wiodła, wśród świata idealnie pięknego, do Nałęczowa, miasteczka uzdrowiskowego do znudzenia znanego wszystkim Lublinianom. Trasa przepiękna, im dalej od miasta, tym bardziej wiejsko, sielsko i przyjemnie.
Szlak prowadził bardzo łagodnie, wiatr wiał akurat tyle, by dawać przyjemne orzeźwienie, słońce miło grzało, ale nie przypiekało. Rower (poza paroma niewielkimi fragmentami) jechał prawie sam

i można się było skupić na całej masie zmysłowych doznań oferowanych przez ten uroczy dzień. Jechałam więc przez ten cudowny świat, pachnący jaśminem, czarnym bzem i lipą, brzmiący świerszczami i ptakami a także aksamitną ciszą leśną, a wyglądający tak jak sami widzicie.

 
Czy mogło być piękniej?

Z cyklu prozaiczne też piękne, czyli roślinność do użyźniania gleby spektakularnie robiąca Prowansję z Lubelszczyzny
„W chmur odbiciu — śpią żółwie…
Woda z niebem — coś snuje i współwie…”

Towarzyszył nam kochany Dziadzio

Lody od Pawłowskiego, czyli element konieczny każdego weekendowego spacerku nałęczowskiego

 

…”Trzeba nic nie mieć prawdziwie,
Żyć tylko tym, że się żyje,
By dłoń wyciągać łapczywie
Po takie szczęście niczyje!” (B.L.)

22 czerwca, 2016 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylpasjaprzyjemnościrozmyślania

Co lubisz robić w życiu?

by Paulina 15 czerwca, 2016

To kultowe pytanie, mało odkrywcze w zasadzie, połączone z jeszcze mniej odkrywczą radą w pewnym momencie życia wydaje się totalnie nie przystające do rzeczywistości. A to hasełko często kojarzy się z innym, równie popularnym, czyli „Znajdź swoja pasję, zarabiaj na niej, a już nigdy nie będziesz pracował„.

Gdy ma się dzieci, kredyty i inne zobowiązania, takie podejście jest tak nierealistyczne, że nawet nie chce się nad nim zastanawiać.

(Moim zdaniem zresztą, to romantyczne wezwanie jest strasznie wyidealizowane. Można z pasji uczynić sposób na życie, wielu to zrobiło, ale nawet w najukochańszej pracy są mniej przyjemne momenty. Wszędzie może wkraść się rutyna i zwątpienie. Kryzysy, spadek kreatywności i umiejętności. Dni leniwej buły, i takie gdy nic się nie udaje.)
Poza tym, te motywacyjne w teorii hasła rodzą (jak w ogóle często różne inspiracje) kolejną presję – nawet na czasie wolnym, który przecież jest czasem odpuszczenia sobie i odpoczynku – żeby znaleźć sobie takie hobby, które będzie rozwijające, modne i stanie się naszym sposobem na życie.
Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj o robieniu rzeczy, które się lubi. O pasji, choć może raczej o pasji do życia, która pojawia się między innymi przy takim właśnie spędzaniu czasu. Przyjemnym, i, co ważne, niezobowiązującym.

Piszę o tym bo, mimo mojego histerycznego niemal dbania o tym, by jako rodzic nie popaść w to słynne domowe zgnuśnienie, takie właśnie zgnuśnienie ostatnio odczułam. A może raczej, zdziadzienie. Stara się poczułam! 

Niedawno doznałam małego olśnienia: nie bawimy się! A raczej, nie bawimy się z dorosłymi, bo na brak zabaw dziecięcych narzekać nie mogę…

Zabrakło mi gier, uczenia się nowych rzeczy (ale nie takich bardzo-praktycznych-i-przydatnych), nowych, fajnych, zabawnych, ekscytujących. I, mimo zanurzenia przecież nieustannego w dziecięcym świecie, zabrakło mi dziecięcego podejścia, takiego ufnego i totalnego, nie kalkulującego.

Zdaję sobie sprawę, jak to może zabrzmieć. Typowe first world problems. A nawet fairytale world…
Bo kto w tym rzeczywistym świecie w ogóle myśli o zabawie i wygłupach?

Ja myślę. I myślę, że warto. Zresztą, warto pewnie nie tyle o tym myśleć, co czasem dać się porwać przyjemnej zabawie, hobby – bez presji i zastanawiania się czy jest modne i czy mogę na nim zacząć zarabiać. Każdy ma coś, co zwyczajnie lubi robić. Ale wiecie – robić, a nie biernie w czymś uczestniczyć. Każdy ma coś, co zawsze chciał spróbować robić, czego chciał się nauczyć, zobaczyć jak to jest, albo coś w co lubił się bawić kiedyś. Gry planszowe i miejskie, żonglerka, badminton, teatr amatorski, kalambury.

Wiadomo, że są zainteresowania bardziej kosztowne. Kosztowne w sensie finansowym, zaangażowania, czasu. Ale właśnie w tym rzecz, żeby nie zaczynać „po dorosłemu”, od kupowania drogich gadżetów, inwestowania i podejmowania jakiegoś gigantycznego wysiłku.
Wiem też (bardzo dobrze wiem), że nie ma się co zrobić z dzieckiem, że naprawdę nie ma się kasy i szkoda nawet pięciu dych, że totalnie nie ma się czasu na nic. Ale – dziecko może nam towarzyszyć, mnóstwo przyjemności jest za darmo, a niektóre sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić. Nie chcę zresztą Wam tu serwować kołczingowych gadek motywacyjnych, to nie moja rola.

Chcę za to zachęcić:)
Bawmy się, tak jak lubimy, w coś, co sprawia nam prawdziwą frajdę, co daje szczerą, dobrą radochę, co nas zaangażuje w taki bezpretensjonalny, dziecięcy sposób. Bez stawiania sobie celów, bez presji. W końcu, blask w oczach skądś się musi brać.

15 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
książkipasjaprzyjemności

Książki, które mnie wymiętoliły

by Paulina 10 czerwca, 2016

Lubię czytać, czytam sporo, czytam na Kindle’u, książki papierowe – kupowane i z biblioteki, słucham audiobooków (składanie prania kojarzy mi się już nierozerwalnie z cudownym głosem Karen Savage, nagrywającej angielskie klasyki na Librivox.).


Na ogół czytam bez sprecyzowanego klucza, czasami sięgam po przypadkowe książki, czasem z czyjegoś polecenia, czasem zachęca mnie okładka lub pierwsza strona. Zdarzają mi się też wieloksiążkowe sesje typu „trop jednego autora”, „wiktoriańska Anglia”, „wszystko, co japońskie”, ale nie tak często jak bym chciała (myślę, że taki system pozwoliłby na wyniesienie z książek czegoś więcej), częściej skaczę z przysłowiowego kwiatka na kwiatek, a ta metoda na pewno zapewnia więcej świeżości. Ciekawa jest, jak jest u Was? Macie jakiś system? Robicie listy „do przeczytania”? Macie półki tematyczne / gatunkowe / epokowe?

Tak czy inaczej, uwielbiam czasem trafić na książkę, która porywa, w którą człowiek zanurza się z głową, robiąc krótkie przerwy, by z nieprzytomnym wzrokiem stwierdzić, że należałoby się położyć, albo że ta krótka przerwa na kawę niepostrzeżenie rozrosła się do paru godzin. Oczywiście, to nie jest pożyteczne, ani cenne i często prowadzi do wyrzutów sumienia i zawalania spraw, ale raz na jakiś czas uwielbiam zanurzyć się jakiś świat tak nieodpowiedzialnie totalnie. A potem się śnić o nim jeszcze wiele nocy.

Przedstawiam listę książek, które tak właśnie mnie pochłonęły. Zaznaczam, że nie jest to ani „lista książek do przeczytania przed śmiercią”, ani „lista książek, które mnie ukształtowały”, ani nawet lista moich ukochanych książek. Te mnie po prostu zjadły.

1. Seria o wiedźminie Sapkowskiego. Już kiedyś pisałam o mojej miłości do tej sagi. Choć zrobiła to już wiele razy, porywa zawsze. Uwielbiam za fantastyczny, różnorodny język, za wielowątkowa fabułę, za wiele poziomów na jakich można ją czytać, za bohaterów, za wyjście z szablonowości świata tolkienowskiego.
2. Saga o Diunie Herberta. Byłam w ciąży z Wilczkiem, miałam mnóstwo czasu i musiałam dużo leżeć, przeczytałam wszystkie tomu jeden za drugim, nie robiąc żadnych przerw, słuchając raz za razem ścieżki dźwiękowej z Blade Runnera. Ależ mnie w ciągnęło – świat Diuny, historia, filozofia, moc… Co ciekawe, pierwszy tom powstał w latach 60, to literatura science fiction, a zupełnie nie ma „efektu retro”.
3. Zły Tyrmanda. Po tej książce pokochałam Tyrmanda miłością totalną, przeniosłam się mentalnie do powojennej Warszawy, to była wspaniała podróż. Do tego soczysta intryga, tajemniczy dość klimat, intrygujące postaci…
4. Szczygieł Donny Tartt. to pozycja z ostatnich wakacji. Świetnie, bardzo plastycznie i filmowo opisana historia, w która weszłam tak mocno, że momentami (w czasie gdy główny bohater mieszkał w LA i to był czas okropnego sponiewierania używkowego) czułam się fizycznie źle.
5. Gorączka Tomka Michniewicza. Historie poszukiwaczy skarbów, lepsze niż Indiana Jones, bo prawdziwe, niebezpieczeństwo i tajemniczość i dramatycznie przejmujący los afrykańskich rezerwatów.
6. Rio Anakonda Wojciecha Cejrowskiego. Znowu daleki świat, dżungla amazońska, społeczności totalnie nie znające naszej cywilizacji, prawdziwi szamani o tajemniczych zdolnościach, a wszystko opisane w rewelacyjny sposób. Nawet jeśli ktoś nie przepada za osobą W.C. to jego książki podróżnicze są majstersztykiem
7. Shantaram G. D. Robertsa. Skończyłam niedawno to tomiszcze i jestem zachwycona. Niezwykle barwnie odmalowane Indie (nigdy specjalnie mnie nie kręcił ten kraj, ale zmieniłam poglądy), dramatyczna historia, filozoficzne rozważania, wspaniały styl. A do tego świadomość, że wszystko jest inspirowane prawdziwymi wydarzeniami!
8. Terry Pratchett – zwłaszcza seria o Wiedźmach. I o Straży Miejskiej. Muszę komuś przedstawiać Pratchetta? Nikt nie pisze książek z tak idealnie wyważoną mieszanką ironii i dystansu, świetnych historii, czerpania z popkultury i dużej mądrości. Gdy trafiłam na niego pierwszy raz (choć okładki nie zachęcają), zakochałam się od pierwszej strony.

9. Madame Antoniego Libery. Ależ to piękna historia jest. Arcy romatyczna, cudownie opisana, z nutką tajemniczości… Nie jest to romans w klasycznym wydaniu, ale takie, trochę nieoczywiste opowieści o miłości lubię najbardziej.
10. Cień wiatru C. L. Zafona. Może nie szczyt ambitnej lektury, ale pamiętam, ze ta mroczna i tajemnicza Barcelona porwała mnie doszczętnie. Pamiętam, że czytałam ją w czasie mojej dużej fascynacji tym miastem, na tej fali był jeszcze Mendoza.
11. Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna. Przeczytałam tę książkę zanim zaczęło się na nią prawdziwe szaleństwo i wzięła mnie całkowicie. Na studiach miałam wtedy literaturę średniowieczną, co idealnie współgrało z tematem. Przeczytałam jednym tchem i nawet zainteresowałam wątkiem spiskowej teorii dziejów, co było dość ekscytujące.
12. Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Tu wchodzimy na listę książek, które trzeba znać, ale tutaj też ma swoje miejsce, bo to dzieło pochłonęło mnie od pierwszych zdań.

Nie piszę o dziecięco – młodzieżowych klasykach typu Montgomery, Musierowicz, Bahdaj, Niziurski czy Lindgren, one wszystkie pochłaniały bez reszty i pewnie w dużej mierze ukształtowały moją bibliofilię.

Nie wspominam też o książkach do delektowania się. Są i takie, które czyta się niespiesznie, które się smakuje i których wręcz nie powinno się czytać zbyt szybko, bo traci się cały smaczek. O nich może innym razem.

A Wy? Macie takie książki, lubicie dać się tak pochłonąć, że zapominacie o całym świecie? 

* Post zawiera linki afiliacyjne, kierujące do strony ceneo.pl. Jeśli na coś się zdecydujecie, trafia do mnie niewielki procent od zakupów,.

10 czerwca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylwe dwoje

wyobraź sobie miasto czyli weekend kultury

by Paulina 7 czerwca, 2016

Taki to był weekend, bardziej miejski niż zazwyczaj, ale ja miasto też bardzo lubię. Zwłaszcza to moje kochane miasto, trochę niedoceniane (choć i to się zmienia), ale piękniejące coraz bardziej, i coraz bardziej przyjazne mieszkańcom.

 
W piątek wybraliśmy się do niedawno otwartego Centrum Spotkania
Kultur (powstałego na miejscu niesławnego Teatru W Budowie, czyli projektu wielkiej sceny operowej z lat 60 i porzuconej w stanie mocno częściowym w latach 80 i straszącej w centrum miasta aż do niedawna) na imponującą wystawę zdjęć „Genesis” Sebastião Salgado. Kontynuując naszą tradycję zabierania dzieci w „dorosłe” miejsca, poszliśmy całą rodziną. Młodzież
ruszyła za nami oglądać zdjęcia, zadając (donośnie) niezłomne „a co to?”
przed prawie każdym zdjęciem, ewentualnie udzielając siostrze pierwszych
lekcji biologii („ryby pływają w morzu, wies Iskro?”). Zdjęcia był
przepiękne, całość podzielona tematycznie, a dotyczyła świata
naturalnego, pełnego pierwotnego i nieskalanego piękna. Imponujące góry i
lodowce, przepiękne krajobrazy, zdjęcia dzikich zwierząt i społeczności zamieszkujących z
dala od naszej cywilizacji.

Fotografii było zwyczajnie bardzo dużo, a ponieważ byliśmy z dziećmi, cieszyliśmy się że wszystko rozmieszczone jest w dwóch salach, każda na innym piętrze, co dało naszym maluchom przerwę na dawkę rozrywki potrzebną do dalszego oglądania z zainteresowaniem wystawy, czyli bieganie po korytarzu i jechanie windą. Na koniec jeszcze wszyscy bawiliśmy się w lustrzanej instalacji.

A w sobotę… w sobotę udało nam się zostawić dzieciaki błogo śpiące pod opieką kochanych dziadków i ruszyliśmy w Noc Kultury. Tę lubelską imprezę, która odbywa się co roku w czerwcu już od dziewięciu lat, odwiedziliśmy ostatnio w prehistorycznych czasach przed-dzieciowych, czyli jakieś pięć lat temu, i pamiętam, że wtedy lało i skończyliśmy ze znajomymi w jakiejś knajpie.

Słyszeliśmy oczywiście, że od tamtego czasu noc kultury stała się imprezą o znacznie szerszej skali, pod względem przestrzennym, różnorodności i publiczności. Ale i tak byliśmy bardzo zaskoczeni rozmachem całości i potężnym tłumem właściwie wszędzie. Świetnie wymyślona przestrzeń, z rozległym trawnikiem i food truckami na jednej z głównych ulic, klimatyczne letnie kino z leżakami, boczna ulica na starym mieście zmieniona w miasteczko z lat trzydziestych z szyldami i wystawami sklepów, starymi samochodami, i swingującą potańcówką (popląsaliśmy), wystawy zdjęć w różnych zaułkach, instalacje artystyczne w innych, koncerty, pokazy fire show i oczywiście sporo imprez we wnętrzach – spektakle, pokazy, nietypowe zwiedzanie.
Powiem Wam, że byłam naprawdę pod wrażeniem, i nie miałam poczucia jakiejś zaściankowości nawet po całkiem sporych imprezach we Francji (bo siłą rzeczy takie rzeczy się porównuje). Trochę tylko nie dograliśmy i nie przejrzeliśmy porządnie programu przed wyjściem, skutkiem czego było dość chaotyczne błąkanie się przez jakiś czas z hasłem „gdzie teraz” i na pewno mnóstwo nas przez to ominęło. Sam program dostępny w festiwalowej budce nie ułatwiał sprawy, jako, ze zredagowany bez klucza tematycznego / przestrzennego i bez opisów, ciężko było się połapać.

Nie zrobiliśmy wiele zdjęć, zainteresowanych zapraszam np tu.

Weekend zakończyliśmy niedzielnym rodzinnym spacerkiem w parku saskim.

7 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamoda rowerowapodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiem

Wycieczka Doliną Ciemięgi

by Paulina 2 czerwca, 2016

Sama nazwa, Dolina Ciemięgi, ma dla mnie coś niezwykle pociągającego, w sumie nie wiem, z jakiego powodu… Ciemięga, jak się zastanowić, nie jest najpiękniejszą nazwą jaką może mieć rzeka. Ale i tak mi się podoba, może jakieś nie do końca uświadomione skojarzenia, może sylaby dobrze brzmią. W każdym razie bardzo się cieszyłam na naszą ostatnią wycieczkę około lubelską.

To szlak rowerowy na północ od Lublina, wiodący, jak można się domyślić wzdłuż Ciemięgi. To mała, ale pełna uroku rzeczka, która meandruje sobie w lessowych wąwozach, wśród bujnej roślinności (kserotermicznej według przewodnika, cokolwiek to oznacza, w każdym razie parząco – drapiącej). Zaczyna się w Ciecierzynie, prowadzi przez Dys i Pliszczyn i jest fatalnie oznakowana, dlatego przed wycieczką warto zaopatrzyć się w aktualną mapę. Albo zdać się na nos / własną orientację / przypadek / przeznaczenie.

Generalnie szlak prowadzi wiejskimi szosami, nie najbardziej ruchliwymi, wśród przyjemnych wiejskich krajobrazów.
W pewnym momencie był taki fragment, nastawiony chyba na piesze spacery, wybitnie zresztą malowniczy, prowadzący wąwozem nad samą rzeką bardzo wąską ścieżyną wyciętą w zboczu tego wąwozu. Ten odcinek pokonaliśmy prowadząc rowery, praktycznie niosąc przyczepkę z zaśmiewającym się wnętrzem, smyrani rozmaitym zielskiem (głównie pokrzywami).

Jak Gladiator, czyli głaskanie zboża za każdym razem gdy się jakieś trafi.

 

Istotny element każdej wycieczki, czyli piknik zorganizowaliśmy na
pięknym terenie domu zakonnego w Pliszczynie, gdzie młodzież miała
okazję wylec z przyczepki, wybiegać się boso po trawie i zerwać dla mamy
wszystkie stokrotki w okolicy, podczas gdy starzy leżeli sobie na kocu w
pełnej błogości, patrzyli w liście na tle cudownie błękitnego nieba (a
także na nogi w licznych bąblach pokrzywowych), słuchali
entuzjastycznych ptasich trelów i mruczeli z zadowolenia.

Dzień był bardzo udany, tym bardziej, że ładunek przyczepkowy tym razem zgodny, zadowolony i rozśpiewany. Szkoda tylko, że pod sam koniec wracaliśmy przez najbrzydszą wieś świata, o masakrycznie podziurawionych drogach (nawet jak na wymagania rowerowe), zabudowach z dykty, blachy i sajdingu, pełnych przedziwnych sprzętów złożonych głównie z rdzy.

2 czerwca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry