Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćLublinmindfulnessslow lifestylespacerwiosna

a pogoda rozśpiewana

by Paulina 11 maja, 2016

W pewien zwykły dzień, słoneczny zielony i pachnący u szczytu swojej majowości, upiekłam tartę z wędzoną rybą, opłukałam sałatę, a w słoiczku zabełtałam vinaigrette, zapakowałam jeszcze wodę, zapomniałam o sztućcach i dorzuciłam parę dziecięcych gadżetów. Wyjęliśmy rowery i przyczepkę, odebraliśmy dzieciaki z placówek i pojechaliśmy na piknik. Miasto stało w korkach, a my śmigaliśmy po ścieżkach rowerowych (w Lublinie sieć wspaniale się powiększa). I wjechaliśmy do parku, który przywitał nas pięknym słońcem, wspaniałą, soczystą zielenią, krzyczącymi pawiami i całym tym uroczym parkowym niespiesznym klimacikiem.

Park Saski, najstarszy w Lublinie, założony w 1837r, a całkiem niedawno zrewitalizowany, to jedno z tych przyjemnych miejsc na lubelski spacer. Położony na pagórzastym terenie, porośnięty starymi drzewami, taki do eleganckich spacerów w niedzielnej atmosferze – chodziło się tam z rodzicami lub dziadkami pospacerować, zjeść lody i nakarmić łabędzie. W późniejszych latach na koncerty w muszli koncertowej. A teraz historia zatoczyła koło i to my pokazujemy park naszym dzieciom.
Zaniedbaliśmy trochę tę szykowną niedzielną otoczkę, ale popołudnie było przeurocze. Wilczek znienacka zmienił się w hippisa, zjechał z górki i runął w zieloną trawę, wgapiał się w chmury, zrywał dmuchawce, podpatrywał słońce między palcami, turlał się po trawie, a na koniec zaległ na gałęzi niskiego drzewa, w malowniczej pozie geparda. Iskra, która zaliczyła rowerowy upadek, trzymała się bliżej koca.
Strasznie lubię i cholernie doceniam takie popołudnia. Niezbyt może spektakularne, oryginalne czy egzotyczne, ale migoczące szczęściem i radością jak gwiezdny pył. Nasze, wspólne, rodzinne. To trochę chyba na tym polega, bycie rodziną, na takich właśnie prostych chwilach, kiedy jesteśmy razem, szczerzymy się do słońca, wąchamy pachnące słońcem główki, gdy ściskają nas zielono-brudne od trawy łapki, gdy wspólnie gadamy do biedronek, patrzymy na chmury.

 

11 maja, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessmuzykapasjaprzyjemnościslow lifestyle

Odpoczywalnia muzyczna, czyli płyty do popołudniowego relaksu.

by Paulina 3 maja, 2016

Wiele razy wspominałam tutaj o tym, jak ważna jest dla mnie dobra muzyka.

Zawsze tak było, i zawsze miało znaczenie, czego słucham. Na moja muzyczną edukację, albo raczej muzyczną wrażliwość, bo prawdziwej edukacji muzycznej niestety nie miałam (na tzw lekcje muzyki w szkole spuszczę łaskawą zasłonę milczenia), największy wpływ miał chyba Tata, największy fan Pink Floyd na świecie. Dzięki niemu osłuchałam się w dzieciństwie z Floydami właśnie, z klasykami rockowymi typu Deep Purple czy Led Zeppelin, Emerson Lake and Palmer, Vangelis, Queen (w swoim czasie nawet kochałam się we Freddiem). Potem, gdy szłam trochę w kierunku niezależności, pozostałam pod  wpływem dużego brata, i nawet jeśli moja dziewczęca wrażliwość zachwycała się The Kelly Family, to z jakiegoś poczucia obciachu nie przyznawałam się do tego w naszym pokoju i, chcąc wejść w łaski starszego rodzeństwa, słuchałam z nim Nieaktualnej Listy Przebojów. Po to, by z czasem autentycznie się do niej przekonać, pokochać i identyfikować się. Doszło do tego oczywiście towarzystwo licealne, mocno w konkretnej muzyce osadzone.
To wszystko dopełniał jeszcze balet i dość subtelny, ale ciągły kontakt z muzyka klasyczną.
Potem dorosłam też do tego, by rozszerzyć moje muzyczne horyzonty, o jazz, trip hop, bossa novę i szeroko rozumianą muzykę świata, muzykę elektroniczną, ambitniejszy pop.

To taka moja muzyczna historia w skrócie.
Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami moimi muzycznymi miłościami. Co myślicie o takim cyklu muzycznym? Mam swoje ulubione płyty do słuchania w bardzo określonych sytuacjach, są takie, które pasują do niedzielnej kawy, inne do wieczorem randki z mężem przy czerwonym winie, jeszcze inne na wielką smutę, do ćwiczeń (gdy wyciszam Chodaka;) ), do tańca i  do sprzątania…

Dzisiaj najbardziej w klimacie bloga, czyli płyty do odpoczynku. Odpoczynku popołudniowego, na kanapie, z kawką, z miłym ramieniem do przytulania, dzieciakami zajętymi klockami u siebie w pokoju, albo (zdarza się to czasami, choć nie za często) – przytulonymi do nas*. Wtedy lubię spokojne granie, klimatyczne, trochę nawet rzewne czasami.

Oto pierwsza lista muzycznej odpoczywalni, podrzucam linki jutubowe.

Fismoll, At Glade
Siesty Marcina Kydryńskiego. Polecam też niedzielną audycję w Trójce.
Smolik, płytowa dowolność.
Możdżer, najchętniej Komeda, Facing the wind, The Time
Włodek Pawlik Night in Calisia
Miles Davies Kind of Blue, ballady z Coltranem
David Gilmour On an Island
Chet Baker My funny Valentine
Sonny Rollins, Ballads
Cocteau Twins Treasure
Vangelis Voices (tu już wchodzimy w odpoczynek wieczorny)
Kucz/Kulka Sleepwalk

Jak jest u Was? Macie ulubione relaksujące płyty? Do odpoczynku wolicie ciszę, czy muzykę?

* Pro forma dodam, że to nie jest tak, że takie popołudnia są codziennie.

3 maja, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmimój stylmorzemorze z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

Ebb and flow let it go. Morze z dzieciakami.

by Paulina 26 kwietnia, 2016

Morze, ach morze.
Parę dni pełnych jodu (choć i tak wrócili z katarem), wiatru, przepięknych widoków w idealnej kolorystyce i wszechobecnego piasku.


Nasyciliśmy się tym wszystkim, wśród kojącej, pozasezonowej pustki. Ten wyjazd trzeba przyznać mocno różnił się od naszych ostatnich bałtyckich wakacji, błogo leniwych z pojedynczym czteromiesięcznym dzieckiem zainteresowanym jedynie jedzeniem, spaniem i przekręcaniem się na brzuch. Teraz było mocno inaczej. Mocniej i bardziej. Tym razem była dwójka zainteresowana wszystkim, tylko nie jedzeniem i spaniem. Powiedziałabym, że nieletni trochę zdominowali wyjazd. Wspaniale było obserwować ich cudowne pierwsze wrażenie, otwarte z zachwytu buzie i: „duzio wody tam!” „To jest morze Iskro, prawda mamusiu?”. Zabawy w piasku, zbieranie muszelek i kamyczków, długie spacery, obserwowanie fal, z tą totalną fascynacją, podszytą wielkim strachem, podchodzenie jeszcze bliżej, ale mocno-mocno za rękę i ogromniaste emocje w oczach. Emocje, które wychodziły oczywiście w kryzysikach, buntach, jękołkach itd, ale nikt nie powiedział, że będzie idealnie.

Ale, nawet jeśli z dziecięcym chaosem, jest w morzu odpoczynek doskonały i kompletny dla wszystkich zmysłów. Oczy sycą się biało-granatową dwoistością. Szum fal, choć głośny, to jednak kojący dla uszu. Piasek, gładki przyjemny, masujący stopy z przyjemnym trzeszczeniem, cudny do gładzenia, przesypywania. Wwąchiwać się można w ten osławiony zapach morski (kolejny, po leśnym który próbuje się przenieść do pomieszczeń w formie odświeżaczy powietrza zupełnie bezskutecznie). Cudownie.

 

Turbo drzemka regeneracyjna.

Pogodę – jak na kwiecień i kapryśny Bałtyk – mieliśmy bardzo udaną, było słonecznie i dość ciepło, choć wietrznie. W najbardziej pochmurny dzień zrobiliśmy sobie spacer po centrum Gdańska. Lubię to miasto, mimo tłumu turystów. Poza spacerowaniem, i oczywiście długim oglądaniu statków prawdziwych piratów prawda mamusiu, nie robiliśmy nic szczególnego, odpuściliśmy dziecięce atrakcje, bo i tak byli przesyceni wrażeniami w tym krótkim czasie. Chcieliśmy tylko pójść do Ośrodka Kultury Morskiej zobaczyć wystawy, które wydawały nam się ciekawe. Ale, uwaga, o 15.30 już nas nie wpuszczono… Przyznam że miałam spory niesmak. Zdaję sobie sprawę, że byliśmy poza sezonem, ale żeby takie miejsce było czynne do 16? W piątek? W takim mieście jak Gdańsk?
Obraziliśmy się i poszliśmy oglądać statki na rzece.

Neptun szykuje się do sezonu. Tu na depilacji okolic bikini.

Piraci wypływają na szerokie wody.

Z serii życie na krawędzi. Zakazy są po to, by je łamać.

I jeszcze Gdynia. A tam, Centrum Naukowe Experyment, polecany przez czytelników (dziękuję!). Świetna sprawa, bawiliśmy się świetnie, choć nasze dzieci jeszcze za małe na to, żeby to była rozrywka typowo dla nich.

Nad samym morzem zdecydowanie mniej turystów, gwałtownie zmienna pogoda, przejrzyste powietrze i białe żaglówki. A także miłe spotkanie ze znajomymi z Francji.
  

26 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamoda rowerowaprzyjemnościrowerrower z dzieckiemwiosna

Close to the light

by Paulina 19 kwietnia, 2016

Nareszcie, całodniowa wycieczka rowerowa. Okraszona cudownym słońcem, zapachem kwitnących mirabelek, zawilcowym leśnym dywanem i przemiłym towarzystwem.

Ach jak mocno mi brakowało tej włóczęgi przez ostatnie miesiące.

Wybraliśmy się tym razem na sympatyczną przejażdżkę w okolice lubelskie. Trzeba przyznać, że niezależnie od kierunku, nasze miasto otoczone jest arcysielskimi przestrzeniami. Zielone pola, delikatne pagóry, lasy i skowronki. Lubelszczyzna jest piękna. Choć, o tej porze roku, w zasadzie wystarczy niewielki skrawek trawnika z dowolnym krzakiem, żeby wywołać w pozimowym człowieku masy ekstatycznej miłości do urody świata. Dlatego, myślę, że możecie sobie wyobrazić naszą radość wobec całego dnia w plenerze, wśród tej entuzjastycznie świeżej, pachnącej zieleni.

Cudownego dnia i pozytywnych wrażeń nie zepsuło nam nawet intensywnie kłócące się cargo. Chociaż przyznaję, że poważnie rozważamy zamontowanie pleksi lub wręcz dykty w królewskiej przyczepce, bo nasze dzieci ostatnio zdają się nie zauważać lusksusów w jakich przyszło im podróżować, zupełnie ignorują okoliczności mijanej przyrody, a skupiają się na tym, że „ona mnie dotyka łokciem” oraz „daaaaaj, to niuniiiiiiiiiiiiiii”. Nie ustajemy jednak w (naiwnej?) wierze, że na tym właśnie polega wychowanie i dobre dzieciństwo. I że idziemy w dobrym kierunku, trochę się pokłócą, dojdą samodzielnie do porozumienia i wreszcie zaczną wyglądać przez te okna.

Tym razem wyruszyliśmy w kierunku zachodnim. Minęliśmy tradycyjny chaos architektury przedmieść i zanurzyliśmy się w sielskości wiejskiej. Radawiec, z lotniskiem szybowców i wrażenie żurawi origami. Mam takie marzenie, żeby polecieć szybowcem, szalenie podobają mi się te samoloty, z ich delikatną konstrukcją, brakiem silnika, smukłością i skojarzeniem latawcowym.
A potem szlak rowerowy, prowadzący przez las. Las pełen światła wiosennego i przestrzeni, usłany zawilcami, grający promieniami.

Potem był piknik na polanie,  i jeszcze trochę kilometrów wśród już-za-chwilę-kwitnących sadów. A także, ponieważ byliśmy w pobliżu, odwiedziny u dziadków i kawka na ogrzanym tarasie. Pięknie, wspaniale i sycąco.
 

 

 

I can flyyyyyyyyyyyyyyy…

W drodze powrotnej przyczepka zgodnie śpiewała o panie Janie, z naciskiem na bim-bam-bom, by przed samym Lublinem zamilknąć i zacząć błogo pochrapywać. W końcu, tyle kilometrów przebyli…

19 kwietnia, 2016 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylpraca w domurozmyślania

Moda a praca w domu, czyli ewolucja stylu Kury Domowej

by Paulina 14 kwietnia, 2016
domowe ubrania, jak się ubierać pracując w domu

W grudniu nastąpiła historyczna chwila mojego powrotu do aktywności zawodowej po długiej przerwie. Cieszyłam się na ten moment i myślałam o nim już od paru miesięcy, w dużej mierze dlatego, że „wreszcie wyjdę do ludzi”. Los jednak trochę ze mnie zakpił, bo… pracuję w domu. Co oczywiście ma całe mnóstwo plusów i generalnie jestem z takiego obrotu sprawy bardzo zadowolona. Niemniej jednak, wyjścia do ludzi nie ma.

To oczywiście ogromna wygoda, że nie mam dress codu (dress coda, chciałoby się zarymować), obowiązkowych sztywnych żakiecików, cielistych rajstop i białych bluzek, ale z drugiej strony próba dla moich motywacji ubraniowych i pytanie, jak się ubierać pracując w domu.

 Ja oczywiście, jak każda chyba kobieta oficjalnie twierdzę, że chcę ładnie wyglądać przede wszystkim dla siebie, ale, prawda jest taka, że odczuwam dość mocno pokusę pt. „nie mam zewnętrznego przymusu, więc po co się starać”, „szkoda tego ubrania po domu” oraz „oj tam oj tam, i tak mnie nikt nie zobaczy”.

Ale, jak wiecie, mam praktykę w wygodnych domowych stylizacjach, w końcu od czterech lat „siedziałam” w domu, z dziećmi. Do tej pory było nawet trudniej, bo moje aspiracje do ładnego wyglądu, były nie tylko wystawione na próbę przez moją osobistą motywację, ale też cierpliwie i bezustannie bojkotowane przez brudno-lepki przychówek. (Tu wpis na temat mody młodej mamy. i jeszcze o modzie w ciąży)

Teraz w zasadzie jest luksusowo, nikt nie wyciera o mnie poczekoladowych łapek, smarków i pomidorowych buź. Jestem sobie sama i moim jedynym zmartwieniem ubraniowym jest dobrze wyważony kompromis między wygodą a estetyką. A zatem, estetyczna wygoda to dalej mój priorytet, z tą różnicą, że nie muszę się przebierać kilka razy dziennie.

A bardziej konkretnie? W ramach określania własnego stylu, za radą różnych autorytetów w dziedzinie, wynotowałam sobie ostatnio (jak to miło czasem mieć dzieci pod dobrą opieką żłobkowo – przedszkolną i móc przy – ciepłej! – kawie zajmować się takimi sprawami), co uważam za atrakcyjne i nieatrakcyjne cechy ubioru. Fajna zabawa, polecam Wam, zwłaszcza, że faktycznie pewne poglądy, niby dobrze nam znane, porządkuje.
Jak to wygląda u mnie?
Za nieatrakcyjne (dla mnie) uznałam m.in ogólnie styl sportowy, biurowy, pin-up, dyskotekowy. Wzory geometryczne i zwierzęce, wszelkie ozdóbki typu brokat, cekiny i przetarcia. Długie, sztuczne i przesadnie zdobione paznokcie. Kolory pastelowe, neonowe, i wszelkie brudne beże, musztardy i rudości (wyglądam w nich choro). Poliestrowe bluzki i akrylowe swetry. Golfy, dekolty w serek, dopasowane elastyczne koszule. Błyszczące cieliste rajstopy. Niewygodne i złej jakości buty. Zaniedbania typu poodpryskiwany lakier, tłuste włosy itd.

A co jest na mojej liście atrakcyjności?
Ogólnie rozumiany styl boho i rockowy, styl francuski (nie french chic Kasi Tusk, raczej pewien rodzaj francuskiej nonszalancji), traktowane jednak z dystansem. Dobre materiały. Porządne buty. Wygodne, raczej proste sukienki bawełniane. Rozszerzane spódnice przed kolano. Duże kieszenie. Dekolt w łódkę albo okrągły, odsłaniający obojczyki, dekolt na plecach. Kolory – granatowy, szary, czerwony i bordowy, zielony khaki i butelkowy, złamany biały. Bluzki w paski. Rajstopy koronkowe i koronkowa bielizna. Spodnie raczej luźniejsze niż rurki . Odsłonięte kostki. Biżuteria w trochę elfim stylu. Kontrasty na zasadzie szpilki do spodni i botki do sukienki, czerwona szminka lub paznokcie do zwykłego t-shirta.

A jak to się przekłada na praktykę, gdy siedzę przy komputerze i nikt mnie nie widzi? Jak wyglądam, pracując w domu?

Nie będę ściemniać, że jakoś się strasznie stroję (nawet jeśli chodzi o strojenie w moim stylu, czyli raczej nieprzesadne) i zakładam te koronkowe rajstopy na co dzień.
W końcu ma być mi przede wszystkim wygodnie i komfortowo. (no i nikt mnie nie widzi).

Ale, ponieważ wiem, że tak właśnie wygląda moja codzienność, i nie jest to sytuacja tymczasowa typu „jestem chwilowo w domu, zaraz wracam do innego stylu życia (i innego stylu ubierania się), więc mogę teraz trochę odpuścić, odpocząć i polubić się z dresami”. W moim przypadku to właśnie jest sytuacja docelowa i sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem także w kwestii tego, jak wyglądam.

Poza tym, sprawa równie istotna, to to, że dresy i piżamy nie pomagają w tzw ogarnięciu się. W dresie człowiek się kręci bez sensu z tym męczącym uczuciem tymczasowości. Ubranie i makijaż jednak motywują, przestawiają jakąś klapkę w głowie pt. teraz jestem w pracy.
Dlatego właśnie zawsze dążę do tego, żebym się czuła ładnie, i żeby mi było wygodnie.

Często zakładam wygodne bawełniane sukienki, albo proste bawełniane bluzki i rozszerzaną czarną spódnicę i kryjące rajstopy. Albo wygodne, raczej luźne spodnie materiałowe, lub jeansy. Do spodni koszulka / bluzka / miękka koszula. W zimniejsze dni cienki wełniany kardigan. Sporo moich ciuchów to gap, mango, jest trochę h&m – niedawno odkryłam linię premium w której można znaleźć bardzo fajną jakościowo bawełnę „pima”, next, promod, trochę rzeczy z małych polskich firm, np Pulpa albo KOKOworld, różne gratki z ciuchlandów, coś szytego. Dość niedawno odkryłam piękne rzeczy z Riska, choć ich ceny trochę odstraszają.

jak się ubierać w domu, domowe ubrania

Dość długo miałam problem z obuwiem domowym (w lubelskim mówimy ciapy). W końcu jestem w domu, więc nie zakładam butów. Na bosaka, choć tak jest najatrakcyjniej, jest mi za zimno. A kapcie są na ogół tandetne, infantylne albo zwyczajnie brzydkie. I w końcu odkryłam krakowiaczki, które są wygodne, wykonane z naturalnych materiałów, ładnie przylegają do stopy i nie rujnują mojego ałtfitu (albo infitu raczej, haha).

Robię delikatny makijaż (krem bb, brązowa kredka na powiekę, podkreślenie brwi cieniem, czasem róż i tusz na rzęsy, czasem coś na usta – zdecydowanie najbardziej lubię matowe pomadki, albo flamastry do ust), włosy przeważnie upinam w niedbały kok lub warkocz, albo chociaż podpinam (uwielbiam rozpuszczone włosy, ale nie potrafię się nauczyć nosić takie w domu). Moja codzienna biżuteria to obrączka, bardzo rzadko kolczyki, pierścionek lub naszyjnik. Pamiętam o perfumach.

Do tego dochodzi codzienna pielęgnacja, regularne dbanie o jakość cery, włosów, paznokci i figurę, bo, w gruncie rzeczy, to jest najistotniejsze i tak naprawdę jest podstawą wyglądu (ale to już temat na oddzielny wpis, nie wiem zresztą, czy taka tematyka Was interesuje?).

moda a praca w domu, praca zdalna, ubranie po domu

Sytuacja oczywiście komplikuje się, gdy młodzież raczy zachorować, w tym sezonie niestety dość często, wtedy idę raczej w kierunku kolorów maskujących;)

14 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmimoda rowerowarowerrower z dzieckiemwiosna

rowerem w wiosnę

by Paulina 7 kwietnia, 2016

Wreszcie odkurzyliśmy (w sensie metaforycznym jedynie, bo kurz rzeczywisty niestety ma się w najlepsze) nasze rowery. Sama jestem zadziwiona, że na rowerze nie jeździłam od sierpnia, choć to jedna z moich ulubionych form aktywności.

Ale. Czas bezrowerowy jest już przeszłością i ostatnio wybraliśmy się na małą przejażdżkę w bliskie okolice.
Popołudnie. Słońce świeciło nam prosto w oczy i powoli zaczęło pracować nad chorą bladością twarzy. Ptaki titutituterliły, bezwstydne żaby oddawały się rozpuście na ścieżce prawie pod kołami. Pachniała ziemia i liście. Pachniał las, sokami buzującymi pod korą. I powietrze pachniało, kwietniem.
Można było niemal usłyszeć, jak rozwijają się liście, zielenieją smutne gałęzie. Pod kołami szumiało igliwie, trzaskały drobne gałązki.

Zatrzymaliśmy się na trochę, rozsiedliśmy na ławce w słonecznej plamie. Dzieciaki w doskonałej zgodzie (stan dość niezwykły w ostatnich tygodniach) wrzucały do wody szyszki. I wdychaliśmy tę wiosnę tak rozkosznie rozpanoszoną na świecie, to powietrze ożywcze, zapachy i witalność kwietniową. Skóra nagrzana słonecznie pachniała beztroską, idealnie do pocałunków.

 

Chodź, odkryjemy świat.

7 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Uncategorized

Share Week 2016

by Paulina 2 kwietnia, 2016

Trochę rzutem na taśmę, bo akcja kończy się za chwilę, ale postanowiłam wziąć udział w Tygodniu Dzielenia się Fajnymi Treściami organizowanym przez Andrzeja Tucholskiego.

Polecę Wam dzisiaj blogi, może niekoniecznie te najbardziej popularne z milionami odsłon, ale te, które bardzo cenię i które czytam regularnie. Będzie ciężko wybrać tylko trzy najulubieńsze (a takie są zasady).

To jedziemy.

Ruby Times
Agata jest moim internetowym bliźniakiem, choć nie poznałyśmy się (jeszcze!) w realu, to niedługo nasze umysły będą stanowić jedną całość, jak powiedział Kot do Shreka. Mamy podobne historie, podobne dzieciaki (poza trzecią Sztuką, która u niej w drodze, a u mnie się raczej nie zapowiada), podobne myślenie. Widziałam nawet na jakimś zdjęciu, że i perfumy te same:D Agata świetnie pisze, z dużą dozą humoru, autoironii, ale i czułości. Tematy zróżnicowane – od szeroko (bardzo po mojemu;) ) ujętego parentingu, przez wnętrza i kulinaria, po poważniejszą publicystykę. Bardzo lubię!


Kokijażyki 
Nazwa Kokijaże sur la Plaże urzekła mnie zanim jeszcze zobaczyłam bloga. A jest co oglądać, ja za pierwszym razem wsiąkłam na parę ładnych godzin. Marta ma cudowną urodę, robi przepiękne zdjęcia, wspaniale na nich pozuje, ma wspaniałe nogi i świetny styl. I jeszcze fajnie pisze!

Miss Ferreira 
Kolejna Mama Trójki, wyglądająca przy tym jak milion dolców. Najbardziej lubię ją czytać, ma fantastyczny, niepodrabialny styl, fantastycznie bawi się słowami, potrafi pięknie cieszyć się życiem. I jest z Lublina!

Styledigger – za konkretne, analityczne artykuły o modzie „slow” i fajny styl pisania
Sannas land of illusion – za wełniane cudowności, piękne wnętrza, przesympatyczną osobowość i cudny uśmiech
Venila Kostis – za teksty!
Fabjulus – za rewelacyjne poczucie humoru i lekkie pióro
Kulturą w Płot – za ciekawą treść przedstawioną w fajny sposób
Aifowy – za zdjęcia, góry i magiczny klimat
Mammamija – za zdjęcia, miejsca i pięknie spędzany czas z synkiem

2 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

Rzemiosło, rękodzieło, DIY

by Paulina 31 marca, 2016
zrob to sam, home made 

… Lub swojsko, trochę sermiężnie kojarzące się zrób to sam, zyskało dość niedawno drugie, nowe życie w wersji glamour. Internety pełne są wzbudzających poczucie winy i niedoskonałości zdjęć, pomysłów, inspiracji (znielubiłam to słowo ostatnio) pokazujących pomysły DIY wszelkiej maści, od ozdób świątecznych, przez zabawki i meble dla dziecka, na biżuterii własnej kończąc.

W sumie, ta popularność trendu własnoręcznej roboty dobrze świadczy o naszym społeczeństwie, w sensie o jego rozwoju. Wzbogaciliśmy się, nasyciliśmy, osiągnęliśmy pewien poziom, teraz potrzebujemy coś tworzyć.

Oto staliśmy się Legendarnym Zachodem, gdzie DIY, czyli „zrób to sam”, przerabianie ubrań, samodzielne wymyślanie zabawek przestały być koniecznością i brakiem innych perspektyw, a stały się modą, zabawą, jakąś formą samorozwoju dość typową dla coraz popularniejszego życia w stylu slow

Co w sumie jest dobre i pożądane, o ile nie staje się kolejną formą udowadniania własnej doskonałości.

Osobiście bardzo lubię tak spędzać czas. A dlaczego?
To mnóstwo satysfakcji, ta świadomość, że oto właśnie własnoręcznie stworzyłam coś, co ma bardzo rzeczywiste i praktyczne zapotrzebowanie. Zwłaszcza w czasach korporacji, tzw przekładania papierków, wpisywania cyferek i bycia w pracy trybikiem ogromnej maszyny, która, umówmy się, ani nas do końca nie obchodzi, ani jej brak nie byłby dla ludzkości katastrofą.
Zrobienie czegoś, co ma znaczenie i jest zwyczajnie potrzebne. Nawet jeśli jest to upieczenie codziennego bochenka chleba, który zjemy rano na śniadanie. Ten bardzo wymierny efekt działania daje, jakkolwiek szumnie to zabrzmi, poczucie jakiejś sensowności.

Radość sama w sobie. Robienie, tworzenie czegoś, zaangażowanie manualne jest zwyczajnie przyjemne i daje inną radość i inny rodzaj relaksu niż np czytanie, czy oglądanie filmów. Wiele z manualnych zajęć bywa porównywanych do medytacji, czy jogi dla mózgu.

A do tego radość, duma i miłe wspomnienia z tworzenia (i prucia -te są mniej miłe) za każdym razem, gdy nasz twór jest używany. Lubię mój wełniany sweter nie tylko dlatego, że jest ciepły, ładny i przyjemny – za każdym razem gdy go wkładam,  zakładam wiele godzin pracy mojej i mamyi to sprawia, że cenię go jeszcze bardziej.

Samodzielne wykonanie czegoś to często spora oszczędność. Można oczywiście wkręcić się w przewrotną machinę DIY i nabywać gadżety, „absolutnie niezbędne” do kreacji… Ale nie trzeba. Mnóstwo można osiągnąć bez wielkiego nakładu środków.
Ja i nasze konto bardzo lubimy między innymi własnoręcznie wykonane kosmetyki – i ich fantastyczny skład za ułamek ceny podobnych preparatów na półkach drogeryjnych lub aptecznych. Na ogół kupuję półprodukty i mieszam, ale zdarza się, że robię kosmetyk od początku do końca. Np peeling do ciała najprostszy na świecie z cukru, mieszanki olejów naturalnych, delikatnego żelu do mycia, czasem jednej kropli olejku eterycznego (dla działania antycellulitowego – i brudzącego łazienkę – można dodać kawę mieloną).

Pomysł na strój wilka dostałam od Sylwii z mamawdomu.pl Dzięki jeszcze raz:)

A gdy za szeroko pojęte rękodzieło zabieramy się z bliskimi, dorzucamy fajną cegiełkę do budowania dobrych relacji. Bardzo miło wspominam wieczór przed karnawałowym balem naszego synka, gdy wspólnie z mężem robiliśmy mu strój. A dzieciaki „pomagające” coś robić też bardzo korzystają, rozwijają małą motorykę, uczą się świata, świetnie się bawią, czują się ważne i potrzebne. I – rzecz nie do przecenienia – są zajęte.

Lubię tworzyć.
Nie jestem przy tym Doskonałą Zosią Samosią, która ma na balkonie we własnoręcznie ulepionych doniczkach hodowlę własnych warzywek, , które potem marynuję (w swoim occie z samodzielnie robionego wina) i zamykam w słoiki, by jeść zimą, albo ofiarować pod choinkę, zapakowane w czerpany (osobiście rzecz jasna) papier z własnymi rysunkami i ozdobiony frywolitką dzierganą wieczorami, okraszając wszystkie etapy pięknymi fotografiami, bardzo artystycznie rozrzuconymi retro-nożyczkami i białym lnem. Gdy tworzę, wokół panuje wybitnie nieartystyczny bajzel, ja jestem w fazie absolutnie niefotogenicznej.
Robię coś sama, gdy mi się chce. Wiem, że mam ograniczony czas i możliwości i muszę decydować, na co je przeznaczę i bez najmniejszych wyrzutów sumienia odpuszczam, gdy nie mam ochoty na tworzenie i decyduję się na gotowce. W końcu na tym polega cała przyjemność DIY, że to wybór, a nie konieczność.

A Wy? Lubicie DIY? Robicie to sami?

31 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

nothing and everything

by Paulina 24 marca, 2016
 
Dzień zapowiadał się zupełnie nieciekawie i zwyczajnie. Zepsuty samochód, zimny wiatr, poranne fochy, porządek do zrobienia. Po południu słońce z typową wczesnowiosenną gorliwością zaświeciło w brudne okna naszego salonu. W głowie zamajaczyła mikofibra i płyn. Ale mąż miał lepszy pomysł. „Chodźmy na spacer. Na randkę”  Randka co prawda w towarzystwie dwóch pomponów, ich wózka i rowerka, piłki i królika, ale zawsze jednak randka.

Wiosna na łąkach rozprzestrzenia się leniwie, rozświetla suche trawy, pachnie świeżą ziemią, świergoli ptasim trelem.
Rześki wiatr zmysłowo rozwiewa włosy i sukienkę, słońce całuje po twarzy zostawiając pierwsze piegi i wypełnia po uszy poczuciem szczęścia – tego najprostszego, trochę banalnego, nieco pierwotnego i biologicznego. 
Słońce. Oto, jak niewiele potrzeba by zmienić „nieciekawie i zwyczajnie” na pięknie i szczęśliwie.

 

Mały backstage, „’Mamoooo, ona mi nie da naszej piłki!” „Niunia ni da piłyyyyyyyyyyyyyy”

24 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlubelszczyznaLublinmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

waiting for the sun

by Paulina 16 marca, 2016

Mam wrażenie, że ostatnio żyję od jednego słonecznego dnia do następnego. Chyba nigdy tak bardzo jak teraz moje dobre samopoczucie  (jakiekolwiek samopoczucie w zasadzie), moja cierpliwość do narybku, zdolności intelektualne i ogólne ogarnięcie nie zależą od paru kęsów UVA i UVB.

Gdy tylko trochę przyświeci, zachowuję się jak wygłodniały szczeniak, któremu coś zagrzechotało w misce, jak obywatel PRLu na wieść o dostawie papieru toaletowego,  fashionistka podczas dostawy do hmu i matka podczas drzemki dzieci. Sprzątam raczej szybko niż starannie, olewam obiad i  zbieram w te pędy towarzystwo, odciągam ich na siłę od pociągów, książeczek i klocków, i bijemy prawdziwe rekordy szybkości w wybieraniu się na dwór. Dzieci, może trochę oszołomione moją nietypową ostatnio energią, a może same ożywione przedziwną jasnością wyjątkowo współpracują przy wychodzeniu.
Na placu zabaw, niby ich huśtam, niby łapię zjeżdżających ze zjeżdżalni, biję brawo i wycieram gluty, a jednak zawsze, jak słonecznik jakiś ustawiam się tak, żeby mi świeciło na twarz… I sycę się, sycę, napawam i chłonę promienidła cudowne, życiodajne, szczęściogenne.

Trzeba sobie jakoś radzić, łowić złocistość i podkarmiać tę pozimową biedę, bo sposoby lutowe, rzeżucha i żonkile przestają się sprawdzać i wszystko we mnie chce się już położyć na trawie świeżo zielonej, wąchać fiołki i jeść szparagi.

Jak miło gdy takie chwile trafiają się przy niedzieli. Gdy do słońca dołącza niedzielna błogość, pełna wspólnych śniadań i kaw, rosołów i spacerów.

 

 

16 marca, 2016 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry