Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmilubelszczyznaLublinpodróże i wycieczkiskansen

muzeum wsi lubelskiej

by Paulina 30 maja, 2016

Tak jak wspomniałam, nasza ostatnia wycieczka rowerowa zaczęła się od skansenu. Mam wrażenie, że o jedno z tych miejsc, które każdy, kto mieszka w Lublinie odwiedza parę razy jako dziecko, a potem o nim zapomina. Do czasu, kiedy sam ma dzieci.

Bo fakt, że jest to miejsce idealne dla rodziców z dziećmi.
Niby muzeum, a jednak na świeżym powietrzu.
To pierwsze muzeum, do jakiego zabraliśmy nasze dzieci (a było tego trochę), w którym maluchy były autentycznie zainteresowane ekspozycją, a nie tylko akceptowały fakt, że gdzieś tam się weekendowo z rodzicami znalazły, jak w tym wierszyku „Piękny pałac, wielka brama… „To muzeum” – mówi mama.
Nie widziałem ani razu tylu ludzi i obrazów”… 

A tym razem nie było jakiś obrazów, tylko bardzo rzeczywiste miejsce.


W skansenie są prawdziwe chaty z dawnych lubelskich wsi, w tych chatach prawdziwe sprzęty, a do tego są zwierzęta. Konie, króliki, gęsi, kozy, krowy. Swojsko. Wszystko jest zresztą takie swojskie i sielskie, jakieś przytulne. Zawsze w takich miejscach pojawia się we mnie jakiś rodzaj tkliwości tęsknoty do dawnych nieskomplikowanych i dobrych czasów,
„I zacny to lud, choć prosty„.
Oczywiście wiem, że wsi spokojna wsi wesoła nie była ani sielankowa, ani spokojna specjalnie, ani niekoniecznie wesoła, ale mimo to jakoś mnie ruszają takie miejsca.

Kulikiii!

Do naszych maluchów co prawda nie dotarły jeszcze niuanse
czasoprzestrzenne (dla Wilczka „kiedyś” jest równoznaczne z „we
Francji”, czyli z przed rokiem. W sumie trudno mu się dziwić, w końcu we
Francji mieszkaliśmy ćwierć jego życia temu, to dla niego cała epoka.), ale i tak byli zachwyceni, oglądali z uwagą i nawet
dopytywali o dawne czasy („To we Flancji ludzie nie miały samochodów?”).

Parę lat temu w skansenie pojawiła się nowa, małomiasteczkowa część. To ekspozycja prowincjonalnego miasteczka w lat 30 XX w. z odtworzonymi lokalami – jest np dawny zakład fryzjerski, poczta, piwiarnia, czy szewc – do których można zajrzeć, czasem przysiąść, poczuć dawną atmosferę i zapach.

W skansenie są jeszcze fantastyczne miejsca typowo jak dla mnie piknikowe. Cały teren podzielony jest na sektory z różnych regionów Lubelszczyzny, czyli Roztocze, Powiśle, Polesie, Nadbuże. 
Tym razem nie zatrzymaliśmy się tam dłużej, ale na pewno będziemy wracać, zwłaszcza, ze muzeum organizuje różne imprezy okolicznościowe typu dożynki, rekonstrukcje historyczne i inne.

30 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylrozmyślania

list do m.

by Paulina 26 maja, 2016

Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale jest taka prawidłowość. Im bardziej jestem mamą tym mocniej jestem córką.

Obdarowana przecudnymi laurkami pełnymi koślawych kwiatów, rozkosznie nieporadnych serc, jednego pociągu  i masy Mazów, powinnam w zasadzie skupić się w tym święcie na byciu jego główną bohaterką. W końcu wreszcie, mój dzień, dzień mamy, to teraz właśnie się mnie docenia i stawia na piedestał.

Ale, jakoś może z tej radości, z tego wzruszenia, że te wszystkie „kocham cię mamusiu”, i piosenki o treści „maaamaaaaa kochaaaaaana” to do mnie są skierowane, myśli moje samoczynnie kierują się na moja własną Mamę.

Która jest fantastycznym, mądrym, dobrym i cholernie empatycznym człowiekiem i która jest moją najlepszą przyjaciółką.
Nie będę chyba się rozpisywać strasznie, choć próbuję-i-kasuję od dłuższego czasu ująć w słowa to kłębowisko ogromniastej wdzięczności, radości i szczęścia, ale ciągle wychodzi strasznie patetycznie i wtórnie.

Dlatego napiszę tylko, że dzięki mamo.
Za fantastyczny, mamowy szablon i wzór. Za bazę, fundament i kręgosłup. Za inspirację. Za mnóstwo jeszcze innych, tak bardzo istotnych rzeczy,
ale w kontekście tego wpisu za ścieżkę którą podążam teraz, jako mama.
Że, choć z wybojami dzisiejszoczasowymi, podążam w dobrym kierunku po
prostu i doceniam to każdego dnia.

sukienka rzymskie wakacje

Robi się tak strasznie słodko, że się zatrzymam, zasugeruję mocną kawę, albo whisky i po buziaku dla mam i dzieci.

26 maja, 2016 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamój stylNałęczówpodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrowerrower z dzieckiemwiosna

Lubelszczyzna majowa

by Paulina 23 maja, 2016

Jeśli będziecie się kiedyś wybierać do Lublina, to rozważcie maj. To oczywiście dość proste rozwiązanie, bo taką upojną wiosną nawet Zabrze (przepraszam Zabrzan) jest miejscem pełnym uroku. Ale i tak rozważcie, bo jak jest cudownie, to może być cudownie do potęgi.

I gdy już będziecie w Lublinie, nacieszycie Kodami, miejskimi parkami, skwerkami i ogrodami, to wybierzcie się na wycieczkę za miasto. Najlepiej w kierunku Nałęczowa. Podnałęczowskie wioski to owocowe zagłębie. Wszędzie pełno jest sadów, tych nowych, równiutkich i pewnie porządnie owocujących, ale przede wszystkim starych, pokrzywionych, uroczych i bardzo klimatycznych. W maju te wspaniałe drzewa oczywiście kwitną. Kwitną totalnie obłędnie. Uwielbiam to połączenie starych, nierównych, sękatych konarów z subtelną bielą delikatnych kwiatuszków, ich łagodnym zapachem i ulotnymi płatkami. Zdecydowanie warto to zobaczyć, gdy stoją w pełnym rozkwicie w tym majowym słońcu i trelu skowronków a płatki powoli zaczynają opadać robiąc już całkiem bajkowy klimat.

W tym roku udało nam się uwiecznić jabłonie, któregoś popołudnia, jadąc samochodem przez tamte okolice. Planowaliśmy urządzić rowerową włóczęgę szlakiem kwitnących sadów , ale zanim się zebraliśmy, drzewa przekwitły. 

Ta ostatnia nasza wycieczka rowerowa na którą w końcu udało nam się wybrać, zaczynała się od skansenu lubelskiego, w którym zresztą spędziliśmy trochę czasu (o tym następnym razem). Tam ma swój początek pewien czerwony szlak, który wiedzie malowniczymi wiejskimi terenami przez Nałęczów, aż do Kazimierza Dolnego.
Zastanawialiśmy się, czy ciągle istnieje, jako że wokół Lublina powstaje obwodnica, i mógł on zostać zniszczony. Ucieszyliśmy się bardzo widząc nową czerwoną farbę. Dopiero po kilkunastu kilometrach zorientowaliśmy się że… to nie ten czerwony szlak… 😀

Fakt, że mieliśmy nieaktualną mapę i kierowaliśmy się po prostu znakami, ale nie przyszło nam do głowy, że w pobliżu jednej trasy powstanie druga, oznakowana dokładnie tak samo. Trochę szkoda, bo z tego co pamiętam ta pierwsza jest poprowadzona przez ładniejsze okolice, nad rzeką. Ale w gruncie rzeczy też było bardzo przyjemnie, odwiedziliśmy też dziadków na wsi i wróciliśmy do domu tworząc całkiem ładne kółko. Rzeczki może nie było, ale malowniczo owszem.
 

 

Tak czy inaczej, czas zaopatrzyć się w aktualną mapę okolic lubelskich.

23 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślaniawspomnienia

sleepwalking back again

by Paulina 18 maja, 2016

Nostalgia, nostalgia, nostalgia.
Jednym z pierwszych objawów dorosłości jest zauważenie młodszych pokoleń i stwierdzenie, że za naszych czasów było lepiej. Od jakiegoś czasu krążą po internetach różne teksty, memy i obrazki pisane przez i skierowane do ludzi urodzonych w latach 80. O tym, jakie mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Bezpretensjonalne, bezproblemowe, piękne. A dzisiejsze dzieci generalnie nie podnoszą wzroku znad komputera, są grube, sfrustrowane, nieszczęśliwe i zagubione w wirtualnym świecie.

Tak się składa, że z własnym narybkiem bywam na różnych placach zabaw, w parkach i na boiskach. Które są pełne dzieci. Dzieci młodszych i starszych, krzyczących i biegających, wymyślających zabawy, jeżdżących na rolkach, rowerach i hulajnogach. Skaczących na skakankach, a nawet grających w gumę.
Nie wiem oczywiście, ile  w tym czasie gubi się w wirtualnej rzeczywistości zajadając czipsami i frustrując, że nie ma najnowszego ajfona.
Ale, place zabaw nie są puste, na pewno. Są pełne dzieciaków, pewnie lepiej od nas ubranych i z porządniejszym sprzętem, ale przede wszystkim dzieciaków, które chcą się po prostu dobrze bawić.

Naprawdę nie jest tak, że nasze pokolenie jest jakoś lepsze, czy
nawet szczęśliwsze ze swoimi trzepakami, oranżadką w proszku i płynem
lugola.
To, że nie mieliśmy tylu resoraków co nasze dzieci, nie daje
nam prawa do jakiegoś wywyższania się, że dzisiejsza młodzież już nie
potrafi się bawić. Bawi się. Tak samo jak my,  wymyśla zabawy,
kreatywne, śmieszne, mądre i durnowate.

Jedliśmy lody
wodne za 35 groszy i flipsy czekoladowe, a nie Algidę i Laysy, ale to
nie daje nam paszportu do wiedzy wszystkiego. Graliśmy w zająca zbierającego jajka a później w Montezummę na
Atari, a nie w Assasin’s creed nie dlatego, że tak wybraliśmy. Nasze
place zabaw były wybetonowane, metalowe i zardzewiałe, ale to nie czyni z
nas weteranów wojennych. A my wychodziliśmy na dwór sami, bo taka była
norma, a nie dlatego, że nasi rodzice byli tacy odważni

Wszystkie dzieci się bawią – tym, co mają. Patykiem i kamieniem,
szmacianą lalką, klockami Montessori, resorakiem, czy konsolą. Zgadzam
się, że generalnie dzisiejsze dzieci mają za dużo zabawek i bodźców, a
to wpływa na niecierpliwość, niedocenianie tego co się ma, nienasycenie,
szybkie nudzenie się. Ale, to nie dzisiejsze dzieci są znudzone i
nienasycone, to rodzice (i dziadkowie… I ciocie, i znajomi … No,
dorośli. Czyli generalnie ci wychowani w dawniejszych, niby lepszych
czasach) zawalają je co chwila nowościami. To nie dzieci są
pierdołowate, to dorośli bywają nadgorliwi, wyręczają dzieciaki we
wszystkim, przegrzewają, podwożą wszędzie.

To nie dzieci są niesamodzielne, to my nie pozwalamy na samodzielność. My.
Społeczeństwo nie pozwala. Tak się porobiło, że wożenie samochodem do
szkoły, strzeżone osiedla i zajęcia dodatkowe stały się jakąś normą od
której nikt nie chce odbiegać. Nikt nagle nie chce być nowym pionierem i
sprawdzać, czy ktoś naśle opiekę społeczną, jeśli puści się
sześciolatka samego przed dom.

 Pewnie, można sobie ponarzekać, że to niefajnie, że tak się porobiło. Sama mam wielki sentyment do własnego dzieciństwa, tych betonowych placów zabaw, zabaw w podchody i robienia zup błotnych.

Ale wierzę, że moje dzieci, za dwadzieścia kilka lat będą miały podobnie piękne wspomnienia. Bo dzieciństwo to dzieciństwo. To przeżywanie na maksa, to świeżość i bezpretensjonalność. A potem pewność, że kiedyś trawa była zieleńsza.

18 maja, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćLublinmindfulnessslow lifestylespacerwiosna

a pogoda rozśpiewana

by Paulina 11 maja, 2016

W pewien zwykły dzień, słoneczny zielony i pachnący u szczytu swojej majowości, upiekłam tartę z wędzoną rybą, opłukałam sałatę, a w słoiczku zabełtałam vinaigrette, zapakowałam jeszcze wodę, zapomniałam o sztućcach i dorzuciłam parę dziecięcych gadżetów. Wyjęliśmy rowery i przyczepkę, odebraliśmy dzieciaki z placówek i pojechaliśmy na piknik. Miasto stało w korkach, a my śmigaliśmy po ścieżkach rowerowych (w Lublinie sieć wspaniale się powiększa). I wjechaliśmy do parku, który przywitał nas pięknym słońcem, wspaniałą, soczystą zielenią, krzyczącymi pawiami i całym tym uroczym parkowym niespiesznym klimacikiem.

Park Saski, najstarszy w Lublinie, założony w 1837r, a całkiem niedawno zrewitalizowany, to jedno z tych przyjemnych miejsc na lubelski spacer. Położony na pagórzastym terenie, porośnięty starymi drzewami, taki do eleganckich spacerów w niedzielnej atmosferze – chodziło się tam z rodzicami lub dziadkami pospacerować, zjeść lody i nakarmić łabędzie. W późniejszych latach na koncerty w muszli koncertowej. A teraz historia zatoczyła koło i to my pokazujemy park naszym dzieciom.
Zaniedbaliśmy trochę tę szykowną niedzielną otoczkę, ale popołudnie było przeurocze. Wilczek znienacka zmienił się w hippisa, zjechał z górki i runął w zieloną trawę, wgapiał się w chmury, zrywał dmuchawce, podpatrywał słońce między palcami, turlał się po trawie, a na koniec zaległ na gałęzi niskiego drzewa, w malowniczej pozie geparda. Iskra, która zaliczyła rowerowy upadek, trzymała się bliżej koca.
Strasznie lubię i cholernie doceniam takie popołudnia. Niezbyt może spektakularne, oryginalne czy egzotyczne, ale migoczące szczęściem i radością jak gwiezdny pył. Nasze, wspólne, rodzinne. To trochę chyba na tym polega, bycie rodziną, na takich właśnie prostych chwilach, kiedy jesteśmy razem, szczerzymy się do słońca, wąchamy pachnące słońcem główki, gdy ściskają nas zielono-brudne od trawy łapki, gdy wspólnie gadamy do biedronek, patrzymy na chmury.

 

11 maja, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessmuzykapasjaprzyjemnościslow lifestyle

Odpoczywalnia muzyczna, czyli płyty do popołudniowego relaksu.

by Paulina 3 maja, 2016

Wiele razy wspominałam tutaj o tym, jak ważna jest dla mnie dobra muzyka.

Zawsze tak było, i zawsze miało znaczenie, czego słucham. Na moja muzyczną edukację, albo raczej muzyczną wrażliwość, bo prawdziwej edukacji muzycznej niestety nie miałam (na tzw lekcje muzyki w szkole spuszczę łaskawą zasłonę milczenia), największy wpływ miał chyba Tata, największy fan Pink Floyd na świecie. Dzięki niemu osłuchałam się w dzieciństwie z Floydami właśnie, z klasykami rockowymi typu Deep Purple czy Led Zeppelin, Emerson Lake and Palmer, Vangelis, Queen (w swoim czasie nawet kochałam się we Freddiem). Potem, gdy szłam trochę w kierunku niezależności, pozostałam pod  wpływem dużego brata, i nawet jeśli moja dziewczęca wrażliwość zachwycała się The Kelly Family, to z jakiegoś poczucia obciachu nie przyznawałam się do tego w naszym pokoju i, chcąc wejść w łaski starszego rodzeństwa, słuchałam z nim Nieaktualnej Listy Przebojów. Po to, by z czasem autentycznie się do niej przekonać, pokochać i identyfikować się. Doszło do tego oczywiście towarzystwo licealne, mocno w konkretnej muzyce osadzone.
To wszystko dopełniał jeszcze balet i dość subtelny, ale ciągły kontakt z muzyka klasyczną.
Potem dorosłam też do tego, by rozszerzyć moje muzyczne horyzonty, o jazz, trip hop, bossa novę i szeroko rozumianą muzykę świata, muzykę elektroniczną, ambitniejszy pop.

To taka moja muzyczna historia w skrócie.
Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami moimi muzycznymi miłościami. Co myślicie o takim cyklu muzycznym? Mam swoje ulubione płyty do słuchania w bardzo określonych sytuacjach, są takie, które pasują do niedzielnej kawy, inne do wieczorem randki z mężem przy czerwonym winie, jeszcze inne na wielką smutę, do ćwiczeń (gdy wyciszam Chodaka;) ), do tańca i  do sprzątania…

Dzisiaj najbardziej w klimacie bloga, czyli płyty do odpoczynku. Odpoczynku popołudniowego, na kanapie, z kawką, z miłym ramieniem do przytulania, dzieciakami zajętymi klockami u siebie w pokoju, albo (zdarza się to czasami, choć nie za często) – przytulonymi do nas*. Wtedy lubię spokojne granie, klimatyczne, trochę nawet rzewne czasami.

Oto pierwsza lista muzycznej odpoczywalni, podrzucam linki jutubowe.

Fismoll, At Glade
Siesty Marcina Kydryńskiego. Polecam też niedzielną audycję w Trójce.
Smolik, płytowa dowolność.
Możdżer, najchętniej Komeda, Facing the wind, The Time
Włodek Pawlik Night in Calisia
Miles Davies Kind of Blue, ballady z Coltranem
David Gilmour On an Island
Chet Baker My funny Valentine
Sonny Rollins, Ballads
Cocteau Twins Treasure
Vangelis Voices (tu już wchodzimy w odpoczynek wieczorny)
Kucz/Kulka Sleepwalk

Jak jest u Was? Macie ulubione relaksujące płyty? Do odpoczynku wolicie ciszę, czy muzykę?

* Pro forma dodam, że to nie jest tak, że takie popołudnia są codziennie.

3 maja, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmimój stylmorzemorze z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemslow lifestyle

Ebb and flow let it go. Morze z dzieciakami.

by Paulina 26 kwietnia, 2016

Morze, ach morze.
Parę dni pełnych jodu (choć i tak wrócili z katarem), wiatru, przepięknych widoków w idealnej kolorystyce i wszechobecnego piasku.


Nasyciliśmy się tym wszystkim, wśród kojącej, pozasezonowej pustki. Ten wyjazd trzeba przyznać mocno różnił się od naszych ostatnich bałtyckich wakacji, błogo leniwych z pojedynczym czteromiesięcznym dzieckiem zainteresowanym jedynie jedzeniem, spaniem i przekręcaniem się na brzuch. Teraz było mocno inaczej. Mocniej i bardziej. Tym razem była dwójka zainteresowana wszystkim, tylko nie jedzeniem i spaniem. Powiedziałabym, że nieletni trochę zdominowali wyjazd. Wspaniale było obserwować ich cudowne pierwsze wrażenie, otwarte z zachwytu buzie i: „duzio wody tam!” „To jest morze Iskro, prawda mamusiu?”. Zabawy w piasku, zbieranie muszelek i kamyczków, długie spacery, obserwowanie fal, z tą totalną fascynacją, podszytą wielkim strachem, podchodzenie jeszcze bliżej, ale mocno-mocno za rękę i ogromniaste emocje w oczach. Emocje, które wychodziły oczywiście w kryzysikach, buntach, jękołkach itd, ale nikt nie powiedział, że będzie idealnie.

Ale, nawet jeśli z dziecięcym chaosem, jest w morzu odpoczynek doskonały i kompletny dla wszystkich zmysłów. Oczy sycą się biało-granatową dwoistością. Szum fal, choć głośny, to jednak kojący dla uszu. Piasek, gładki przyjemny, masujący stopy z przyjemnym trzeszczeniem, cudny do gładzenia, przesypywania. Wwąchiwać się można w ten osławiony zapach morski (kolejny, po leśnym który próbuje się przenieść do pomieszczeń w formie odświeżaczy powietrza zupełnie bezskutecznie). Cudownie.

 

Turbo drzemka regeneracyjna.

Pogodę – jak na kwiecień i kapryśny Bałtyk – mieliśmy bardzo udaną, było słonecznie i dość ciepło, choć wietrznie. W najbardziej pochmurny dzień zrobiliśmy sobie spacer po centrum Gdańska. Lubię to miasto, mimo tłumu turystów. Poza spacerowaniem, i oczywiście długim oglądaniu statków prawdziwych piratów prawda mamusiu, nie robiliśmy nic szczególnego, odpuściliśmy dziecięce atrakcje, bo i tak byli przesyceni wrażeniami w tym krótkim czasie. Chcieliśmy tylko pójść do Ośrodka Kultury Morskiej zobaczyć wystawy, które wydawały nam się ciekawe. Ale, uwaga, o 15.30 już nas nie wpuszczono… Przyznam że miałam spory niesmak. Zdaję sobie sprawę, że byliśmy poza sezonem, ale żeby takie miejsce było czynne do 16? W piątek? W takim mieście jak Gdańsk?
Obraziliśmy się i poszliśmy oglądać statki na rzece.

Neptun szykuje się do sezonu. Tu na depilacji okolic bikini.

Piraci wypływają na szerokie wody.

Z serii życie na krawędzi. Zakazy są po to, by je łamać.

I jeszcze Gdynia. A tam, Centrum Naukowe Experyment, polecany przez czytelników (dziękuję!). Świetna sprawa, bawiliśmy się świetnie, choć nasze dzieci jeszcze za małe na to, żeby to była rozrywka typowo dla nich.

Nad samym morzem zdecydowanie mniej turystów, gwałtownie zmienna pogoda, przejrzyste powietrze i białe żaglówki. A także miłe spotkanie ze znajomymi z Francji.
  

26 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilubelszczyznamoda rowerowaprzyjemnościrowerrower z dzieckiemwiosna

Close to the light

by Paulina 19 kwietnia, 2016

Nareszcie, całodniowa wycieczka rowerowa. Okraszona cudownym słońcem, zapachem kwitnących mirabelek, zawilcowym leśnym dywanem i przemiłym towarzystwem.

Ach jak mocno mi brakowało tej włóczęgi przez ostatnie miesiące.

Wybraliśmy się tym razem na sympatyczną przejażdżkę w okolice lubelskie. Trzeba przyznać, że niezależnie od kierunku, nasze miasto otoczone jest arcysielskimi przestrzeniami. Zielone pola, delikatne pagóry, lasy i skowronki. Lubelszczyzna jest piękna. Choć, o tej porze roku, w zasadzie wystarczy niewielki skrawek trawnika z dowolnym krzakiem, żeby wywołać w pozimowym człowieku masy ekstatycznej miłości do urody świata. Dlatego, myślę, że możecie sobie wyobrazić naszą radość wobec całego dnia w plenerze, wśród tej entuzjastycznie świeżej, pachnącej zieleni.

Cudownego dnia i pozytywnych wrażeń nie zepsuło nam nawet intensywnie kłócące się cargo. Chociaż przyznaję, że poważnie rozważamy zamontowanie pleksi lub wręcz dykty w królewskiej przyczepce, bo nasze dzieci ostatnio zdają się nie zauważać lusksusów w jakich przyszło im podróżować, zupełnie ignorują okoliczności mijanej przyrody, a skupiają się na tym, że „ona mnie dotyka łokciem” oraz „daaaaaj, to niuniiiiiiiiiiiiiii”. Nie ustajemy jednak w (naiwnej?) wierze, że na tym właśnie polega wychowanie i dobre dzieciństwo. I że idziemy w dobrym kierunku, trochę się pokłócą, dojdą samodzielnie do porozumienia i wreszcie zaczną wyglądać przez te okna.

Tym razem wyruszyliśmy w kierunku zachodnim. Minęliśmy tradycyjny chaos architektury przedmieść i zanurzyliśmy się w sielskości wiejskiej. Radawiec, z lotniskiem szybowców i wrażenie żurawi origami. Mam takie marzenie, żeby polecieć szybowcem, szalenie podobają mi się te samoloty, z ich delikatną konstrukcją, brakiem silnika, smukłością i skojarzeniem latawcowym.
A potem szlak rowerowy, prowadzący przez las. Las pełen światła wiosennego i przestrzeni, usłany zawilcami, grający promieniami.

Potem był piknik na polanie,  i jeszcze trochę kilometrów wśród już-za-chwilę-kwitnących sadów. A także, ponieważ byliśmy w pobliżu, odwiedziny u dziadków i kawka na ogrzanym tarasie. Pięknie, wspaniale i sycąco.
 

 

 

I can flyyyyyyyyyyyyyyy…

W drodze powrotnej przyczepka zgodnie śpiewała o panie Janie, z naciskiem na bim-bam-bom, by przed samym Lublinem zamilknąć i zacząć błogo pochrapywać. W końcu, tyle kilometrów przebyli…

19 kwietnia, 2016 8 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylpraca w domurozmyślania

Moda a praca w domu, czyli ewolucja stylu Kury Domowej

by Paulina 14 kwietnia, 2016
domowe ubrania, jak się ubierać pracując w domu

W grudniu nastąpiła historyczna chwila mojego powrotu do aktywności zawodowej po długiej przerwie. Cieszyłam się na ten moment i myślałam o nim już od paru miesięcy, w dużej mierze dlatego, że „wreszcie wyjdę do ludzi”. Los jednak trochę ze mnie zakpił, bo… pracuję w domu. Co oczywiście ma całe mnóstwo plusów i generalnie jestem z takiego obrotu sprawy bardzo zadowolona. Niemniej jednak, wyjścia do ludzi nie ma.

To oczywiście ogromna wygoda, że nie mam dress codu (dress coda, chciałoby się zarymować), obowiązkowych sztywnych żakiecików, cielistych rajstop i białych bluzek, ale z drugiej strony próba dla moich motywacji ubraniowych i pytanie, jak się ubierać pracując w domu.

 Ja oczywiście, jak każda chyba kobieta oficjalnie twierdzę, że chcę ładnie wyglądać przede wszystkim dla siebie, ale, prawda jest taka, że odczuwam dość mocno pokusę pt. „nie mam zewnętrznego przymusu, więc po co się starać”, „szkoda tego ubrania po domu” oraz „oj tam oj tam, i tak mnie nikt nie zobaczy”.

Ale, jak wiecie, mam praktykę w wygodnych domowych stylizacjach, w końcu od czterech lat „siedziałam” w domu, z dziećmi. Do tej pory było nawet trudniej, bo moje aspiracje do ładnego wyglądu, były nie tylko wystawione na próbę przez moją osobistą motywację, ale też cierpliwie i bezustannie bojkotowane przez brudno-lepki przychówek. (Tu wpis na temat mody młodej mamy. i jeszcze o modzie w ciąży)

Teraz w zasadzie jest luksusowo, nikt nie wyciera o mnie poczekoladowych łapek, smarków i pomidorowych buź. Jestem sobie sama i moim jedynym zmartwieniem ubraniowym jest dobrze wyważony kompromis między wygodą a estetyką. A zatem, estetyczna wygoda to dalej mój priorytet, z tą różnicą, że nie muszę się przebierać kilka razy dziennie.

A bardziej konkretnie? W ramach określania własnego stylu, za radą różnych autorytetów w dziedzinie, wynotowałam sobie ostatnio (jak to miło czasem mieć dzieci pod dobrą opieką żłobkowo – przedszkolną i móc przy – ciepłej! – kawie zajmować się takimi sprawami), co uważam za atrakcyjne i nieatrakcyjne cechy ubioru. Fajna zabawa, polecam Wam, zwłaszcza, że faktycznie pewne poglądy, niby dobrze nam znane, porządkuje.
Jak to wygląda u mnie?
Za nieatrakcyjne (dla mnie) uznałam m.in ogólnie styl sportowy, biurowy, pin-up, dyskotekowy. Wzory geometryczne i zwierzęce, wszelkie ozdóbki typu brokat, cekiny i przetarcia. Długie, sztuczne i przesadnie zdobione paznokcie. Kolory pastelowe, neonowe, i wszelkie brudne beże, musztardy i rudości (wyglądam w nich choro). Poliestrowe bluzki i akrylowe swetry. Golfy, dekolty w serek, dopasowane elastyczne koszule. Błyszczące cieliste rajstopy. Niewygodne i złej jakości buty. Zaniedbania typu poodpryskiwany lakier, tłuste włosy itd.

A co jest na mojej liście atrakcyjności?
Ogólnie rozumiany styl boho i rockowy, styl francuski (nie french chic Kasi Tusk, raczej pewien rodzaj francuskiej nonszalancji), traktowane jednak z dystansem. Dobre materiały. Porządne buty. Wygodne, raczej proste sukienki bawełniane. Rozszerzane spódnice przed kolano. Duże kieszenie. Dekolt w łódkę albo okrągły, odsłaniający obojczyki, dekolt na plecach. Kolory – granatowy, szary, czerwony i bordowy, zielony khaki i butelkowy, złamany biały. Bluzki w paski. Rajstopy koronkowe i koronkowa bielizna. Spodnie raczej luźniejsze niż rurki . Odsłonięte kostki. Biżuteria w trochę elfim stylu. Kontrasty na zasadzie szpilki do spodni i botki do sukienki, czerwona szminka lub paznokcie do zwykłego t-shirta.

A jak to się przekłada na praktykę, gdy siedzę przy komputerze i nikt mnie nie widzi? Jak wyglądam, pracując w domu?

Nie będę ściemniać, że jakoś się strasznie stroję (nawet jeśli chodzi o strojenie w moim stylu, czyli raczej nieprzesadne) i zakładam te koronkowe rajstopy na co dzień.
W końcu ma być mi przede wszystkim wygodnie i komfortowo. (no i nikt mnie nie widzi).

Ale, ponieważ wiem, że tak właśnie wygląda moja codzienność, i nie jest to sytuacja tymczasowa typu „jestem chwilowo w domu, zaraz wracam do innego stylu życia (i innego stylu ubierania się), więc mogę teraz trochę odpuścić, odpocząć i polubić się z dresami”. W moim przypadku to właśnie jest sytuacja docelowa i sama sobie jestem sterem, żeglarzem i okrętem także w kwestii tego, jak wyglądam.

Poza tym, sprawa równie istotna, to to, że dresy i piżamy nie pomagają w tzw ogarnięciu się. W dresie człowiek się kręci bez sensu z tym męczącym uczuciem tymczasowości. Ubranie i makijaż jednak motywują, przestawiają jakąś klapkę w głowie pt. teraz jestem w pracy.
Dlatego właśnie zawsze dążę do tego, żebym się czuła ładnie, i żeby mi było wygodnie.

Często zakładam wygodne bawełniane sukienki, albo proste bawełniane bluzki i rozszerzaną czarną spódnicę i kryjące rajstopy. Albo wygodne, raczej luźne spodnie materiałowe, lub jeansy. Do spodni koszulka / bluzka / miękka koszula. W zimniejsze dni cienki wełniany kardigan. Sporo moich ciuchów to gap, mango, jest trochę h&m – niedawno odkryłam linię premium w której można znaleźć bardzo fajną jakościowo bawełnę „pima”, next, promod, trochę rzeczy z małych polskich firm, np Pulpa albo KOKOworld, różne gratki z ciuchlandów, coś szytego. Dość niedawno odkryłam piękne rzeczy z Riska, choć ich ceny trochę odstraszają.

jak się ubierać w domu, domowe ubrania

Dość długo miałam problem z obuwiem domowym (w lubelskim mówimy ciapy). W końcu jestem w domu, więc nie zakładam butów. Na bosaka, choć tak jest najatrakcyjniej, jest mi za zimno. A kapcie są na ogół tandetne, infantylne albo zwyczajnie brzydkie. I w końcu odkryłam krakowiaczki, które są wygodne, wykonane z naturalnych materiałów, ładnie przylegają do stopy i nie rujnują mojego ałtfitu (albo infitu raczej, haha).

Robię delikatny makijaż (krem bb, brązowa kredka na powiekę, podkreślenie brwi cieniem, czasem róż i tusz na rzęsy, czasem coś na usta – zdecydowanie najbardziej lubię matowe pomadki, albo flamastry do ust), włosy przeważnie upinam w niedbały kok lub warkocz, albo chociaż podpinam (uwielbiam rozpuszczone włosy, ale nie potrafię się nauczyć nosić takie w domu). Moja codzienna biżuteria to obrączka, bardzo rzadko kolczyki, pierścionek lub naszyjnik. Pamiętam o perfumach.

Do tego dochodzi codzienna pielęgnacja, regularne dbanie o jakość cery, włosów, paznokci i figurę, bo, w gruncie rzeczy, to jest najistotniejsze i tak naprawdę jest podstawą wyglądu (ale to już temat na oddzielny wpis, nie wiem zresztą, czy taka tematyka Was interesuje?).

moda a praca w domu, praca zdalna, ubranie po domu

Sytuacja oczywiście komplikuje się, gdy młodzież raczy zachorować, w tym sezonie niestety dość często, wtedy idę raczej w kierunku kolorów maskujących;)

14 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmimoda rowerowarowerrower z dzieckiemwiosna

rowerem w wiosnę

by Paulina 7 kwietnia, 2016

Wreszcie odkurzyliśmy (w sensie metaforycznym jedynie, bo kurz rzeczywisty niestety ma się w najlepsze) nasze rowery. Sama jestem zadziwiona, że na rowerze nie jeździłam od sierpnia, choć to jedna z moich ulubionych form aktywności.

Ale. Czas bezrowerowy jest już przeszłością i ostatnio wybraliśmy się na małą przejażdżkę w bliskie okolice.
Popołudnie. Słońce świeciło nam prosto w oczy i powoli zaczęło pracować nad chorą bladością twarzy. Ptaki titutituterliły, bezwstydne żaby oddawały się rozpuście na ścieżce prawie pod kołami. Pachniała ziemia i liście. Pachniał las, sokami buzującymi pod korą. I powietrze pachniało, kwietniem.
Można było niemal usłyszeć, jak rozwijają się liście, zielenieją smutne gałęzie. Pod kołami szumiało igliwie, trzaskały drobne gałązki.

Zatrzymaliśmy się na trochę, rozsiedliśmy na ławce w słonecznej plamie. Dzieciaki w doskonałej zgodzie (stan dość niezwykły w ostatnich tygodniach) wrzucały do wody szyszki. I wdychaliśmy tę wiosnę tak rozkosznie rozpanoszoną na świecie, to powietrze ożywcze, zapachy i witalność kwietniową. Skóra nagrzana słonecznie pachniała beztroską, idealnie do pocałunków.

 

Chodź, odkryjemy świat.

7 kwietnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry