Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćdzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

rodzinnie

by Paulina 31 grudnia, 2015

Zajrzałam wczoraj wieczorem do dzieci. Mała Iskra* jak zawsze rozkopana, z rozwichrzonym włosem, z trzema obowiązkowymi przytulankami wymownie rozrzuconymi wokół, śpi, Królowa Życia. Mały Wilczek* wtulony w Tygryska i Koziołka, zakopany w kołdrze samochodzikowej, jak zawsze na boku, oddycha spokojnie, oczka ma zamknięte z tymi obłędnymi rzęsami.
Śpią. Śpią. Zdrowi, szczęśliwi, otuleni miłością.


Ostatnia niedziela, 27 grudnia to Dzień Rodziny. Fajnie, że jest taki dzień, piękny i ważny, choć pewnie, w Poświątecznym Leczeniu Obżartego Brzucha nie zawsze go dostrzegamy.

Zresztą, rodzinę jako taką też niekoniecznie dostrzegamy, bo zwyczajne nie ma czasu na nabranie dystansu i zauważenie całej cudowności, jaką nam ona daje.
No bo jak dostrzec jakąkolwiek cudowność w pośpiechu, zmęczeniu i niewyspaniu. Gdzie jest miejsce na zachwyt w awanturkach, fochach, histeriach i buntach. Jak zauważyć cokolwiek pośród stosów prania, rozpacianego jedzenia, wylanego picia, i mas klocków lego na podłodze.
Rodzina to nie jest łatwa rzecz. Rodzina to sprawa mega trudna, wymagająca ogromnego zaangażowania czasu, energii, wiedzy i wszystkiego chyba. Rodzina bywa wkurzająca, stresująca i męcząca. Rodzina to niewygodne poczucie ogromnej odpowiedzialności, do końca życia, każdego dnia. Rodzina to schizofreniczny balans między mam-wszystkiego-dosyć-chcę-na-pustynię a nie-mogę-bez-nich-żyć-totalnie. Rodzina to rujnacja wielu innych planów, marzeń i aspiracji. Zresztą, oj tam oj tam, nuda i banały, każdy ma jakąś rodzinę i co z tego.

Wiele razy wzdychałam nad barwnymi reportażami z dalekich krajów, nad spektakularnymi karierami rówieśników. Nad kolejnym, cholernym dniem świstaka, nad kolejnym glutem, wiecznym bajzlem i porażkami pedagogicznymi.
Ale decyzja o założeniu rodziny była najlepszą jaką podjęłam w moim życiu.

Bo, czy można mieć większe poczucie sensu niż słysząc te naiwno – mądre pytania z ust przedszkolaka, że „nie wolno byc niedoblym plawda mamusiu”? Czy można dostać większy zastrzyk szczęścia na dzień dobry niż słodki cmok półtoraroczniaka  na przebudzenie poprzedzony teatralnym szeptem „Mamu pi” (mamusia śpi)? Czy można się rozwinąć bardziej jako człowiek niż będąc rodzicem?
Codziennie słyszę ich wrzaski i kłótnie, wyganiam fochy, zaciskam zęby i tłumaczę coś po raz milionowy, codziennie sprzątam syf przy stole, składam tony ciuszków, codziennie następuję na jakiś samochodzik/klocek, martwię się, denerwuję, nudzę i frustruję. I codziennie obserwuję, że czegoś nowego się nauczyli. Codziennie są mądrzejsi o nowe doświadczenie, moje dzieci. Codziennie pękam z dumy. Każdego dnia widzę wpatrzone we mnie oczy, pełne takiego uwielbienia, że aż mnie zatyka. Widzę, jak rodzą się jedyne w swoim rodzaju relacje bratersko-siostrzane, przyjaźń najprawdziwsza na świecie. Przyglądam się stópkom zwiniętym z przejęcia przy czytaniu książek. Przyjmuję na klatę Radość Absolutną z powodu zjazdu z brudnej zjeżdżalni i Rozpacz Totalną gdy skończy się sok jabłkowy albo czas oglądania misia uszatka. Każdego wieczora zasypiam znając się bardziej, mając oszałamiającą dość świadomość tego, że w oczach połowy domowników jestem wszechmocnym półbogiem i wzorcem z Sèvres w każdej kwestii.

Robi wrażenie.

Łapcie szczęście w Nowym Roku!

* Postanowiłam tak nazywać dzieci na potrzeby blogowe. Imionami pozostają nazywane w realu, niech tu mają ksywki. Iskra, zgapiona od Sapkowskiego, pasuje do naszej żywiołowej córy jak ulał, a Wilczkiem mianuje się nasz synek nieprzerwanie od ponad roku, ostatni protestował, gdy mówiliśmy o tym, że nie będziemy reagować na jego widzimisię: „nie jestem misię, jestem wilczkiem!” To jest.

31 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyleświętazima

coraz bliżej, coraz bliżej

by Paulina 22 grudnia, 2015

Pierwsze Święta w Polsce od trzech lat, i we własnym domu. Co prawda brak śniegu psuje trochę klimacik (moje biedne dzieci, poza tą wycieczką w góry, śniegu nie widziały), ale jest dobrze.

Nastrój robi się trochę samoczynnie, trochę przy okazji. Na początku grudnia zarwałam noc przygotowując mocno niedopracowany kalendarz adwentowy (przyznam się od razu, że pierwszego dnia nie było wszystkich paczek, na szczęście moje dzieci jakoś się nie spostrzegły)
Upiekłam też (z nieocenioną pomocą nieletnich) pierniczki. Podzielę się przepisem naszym rodzinnym, choć już jakby późnawo na to;)


0.5 masła
łyżka smalcu
1 szklanka miodu
przyprawa piernikowa (w tym roku robiłam sama, wyszła fantastyczna, z tego przepisu – wszystko w garnku zagotować i dodać do:
2 szklanki mąki żytniej
2 szklanki mąki pszennej
0.5 masła
Zagnieść. Może stać długo, w temperaturze pokojowej.
Przed pieczeniem dodać:

2 żółtka i szczyptę sody, zagnieść, rozwałkować,
wycinać kształty i piec.

Wycinamy, wycinamy, młodsza młodzież tez chce

Po upieczeniu, ciągle jeszcze ich nie udekorowaliśmy…

 U moich rodziców przygotowania pełną parą, światełka, choinki i Renifer wykonany przez mojego zdolnego brata.

 

I „chochinkę” ubraliśmy. Są oldschoolowe bombki od dziadków, koronkowe gwiazdki, słomkowe i papierowe ozdoby, światełka, będą jeszcze pierniczki.
Dzieci codziennie rano sprawdzają, czy ciągle stoi, no i zachwyt ten cudowny, bo „taka piękna mamusiu”.

Starożytny chochoł rodzinny

I już. Święta za chwilę, jakoś nie było czasu wpaść w gorączkę przedświąteczno – zakupową, słynny duch świąt pojawił się i nie naprzykrzał specjalnie, ujawniał się w tych małych, prostych momentach, w zapachach piernika, mandarynek i drzewka, w tych emocjach Ogromnych Największych gdy przyszedł Prawdziwy Mikołaj, w rytualnym rozpakowywaniu paczuszek z kalendarza, kolędach przyniesionych z przedszkola i śpiewanych znienacka („pała na wysokości, a pokój na ziemi”), w oczkach błyszczących i wypiekach rozemocjonowanych, „Trzeszczącej Płycie”, twórczości plastycznej pełnej pokracznych gwiazdek i garbatych Mikołajów i gdy dumni i bladzi pojechali po choinkę z tatą. I już, tylko tyle. I aż tyle.

Wszystkiego dobrego dla Was.

22 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarniezima

zimowe jedzenie

by Paulina 15 grudnia, 2015

Jest zima, a w zimie musi być zimno.

Pisałam już tutaj wielokrotnie, że jedzenie w ciepłych miesiącach jest dla mnie rozkoszą totalną. Uwielbiam tę prostotę, na jaką można sobie pozwolić, gdy wszystko aż bucha intensywnością i odurza wszystkie zmysły.
Ale w gruncie rzeczy, zimą tez może być pysznie, choć trzeba się trochę bardziej wysilić.

Jakiś czas temu na blogu Ruby Times znalazłam sporo fajnych pomysłów na zastąpienie pomidora w zimie.
A dziś u mnie będzie o rozgrzewającej mocy jaką zimowe jedzenie może mieć.

W swoim czasie dość mocno zainteresowałam się medycyną chińską i gotowaniem według pięciu przemian. Spodobało mi się w tej metodzie holistyczne podejście do organizmu i zdrowia i to, że jest ona mocno osadzona w naturze, w otaczającym świecie i zmieniających się warunkach. W końcu człowiek jest elementem świata, a wszystko ma wpływ na wszystko.
Nie będę tu się wymądrzać na jej temat, w Internecie jest mnóstwo artykułów, for, całych stron poświęconych właśnie Pięciu Przemianom. (W fajny, przystępny sposób przedstawiona jest np tutaj lub tutaj)
Chyba lenistwo spowodowało, że według pięciu przemian nie gotuję, ale sporo zasad weszło mi w krew. Jedną z nich jest właśnie dbanie o rozgrzewające jedzenie gdy zimno.

Taka dieta nie tylko sprawia, że robi nam się ciepło od środka, ale także dodaje energii i wzmacnia odporność.

Czyli co.

Ciepłe i gorące składniki

Brzydko się nazywająca, tzw obróbka termiczna. Dość logiczna sprawa, i mało odkrywcza, ale jedzenie ma być zwyczajnie ciepłe. Pieczenie, gotowanie, parowanie, duszenie. W zimie warto unikać surowości i prosto-z-lodówki.

Doprawiamy na ciepło.
Na ciepło, w sensie rozgrzewającymi przyprawami. Imbirem, kurkumą, cynamonem, papryką, chili, gałką muszkatołową, pieprzem, ziołami, kardamonem, czosnkiem.
Fajne czasami wychodzą połączenia i zwykłe dania zyskują nową jakość.
Np wspaniale smakuje dynia doprawiona gałką muszkatołową, w arcyprostej zupie (dynię pieczemy, na patelni dusimy cebulę na maśle z gałką właśnie (i solą i pieprzem), dodajemy do tego upieczoną dynię, zalewamy bulionem, gotujemy, miksujemy. Błyskawiczne, znakomite), albo w takim risotto. Nudnawy kalafior zyskuje zupełnie inny smak w takim połączeniu z kardamonem, a zupa pomidorowa z cynamonem.

 

Zupy! To prawdziwe dobrodziejstwo na zimową porę. Zdrowie w płynie, ciepła rozkosz w brzuchu, ratująca morale i zdrowie po przydługim pobycie na placu zabaw z niezniszczalnym półtoraroczniakiem.
Tradycyjny polski rosołek nazywany jest żydowską penicyliną.
Zupa z pieczonej dyni, pieczonej papryki i czosnku (zalane bulionem, zagotowane, zmiksowane), z dodatkiem oleju z pestek dyni.
Zupa porowa (białe części porów pokrojone w plastry i podsmażamy na maśle klarowanym, dodajemy do tego startego ziemniaka, zalewamy bulionem, gotujemy. Fajnie pasuje do tego garam masala)
Zupa cebulowa, francuski klasyk. Ja dokonuję profanacji i na koniec ją miksuję, nie lubię tych cebulowych pasm w gardle. Warto zrobić ją na prawdziwym brązowym bulionie wołowym, wtedy z pospolitej cebulówki staje się totalną delicją. Do gara można też dodać kieliszek wódki.
Zupa kalafiorowa, z czipsami z kalafiorowych liści. Kto by pomyślał.
Albo cukiniowa, np taka.
I klasyki, krupniki, żurki, barszcze… Ach te zupy.

Kasze.
Cudowne, wspaniałe kasze, dawniej będące podstawą polskiej kuchni, trochę traktowane po macoszemu, ostatnio jakby wracają do łask. Zwłaszcza jaglana, która stała się prawdziwą celebrytką kaszową.
My zajadamy się jaglanką rano przeważnie, w wersji wypasionej. Gotuję jaglankę na wodzie (płuczę ją najpierw, a potem zalewam zimną wodą i gotuję, w razie potrzeby dolewam wody), z dodatkiem rodzynek albo suszonych moreli, pod koniec gotowania dodaję prażone jabłka z cynamonem. Albo gruszki. I jeszcze, żeby było pożywniej, olej kokosowy, albo masło. Dosładzam syropem z agawy.
Ale dodaję też jaglankę do różnych pulpecików mięsnych, jest jaglana fajną bazą do pasztetów warzywnych.

Uwielbiam też gryczaną, chętnie w klasycznej postaci z sosem pieczarkowym i ogórkami kiszonymi. Albo w wersji arcy prostej, czyli kasza gryczana gotowana z dodatkiem oleju z pestek dyni, z podprażonymi pestkami słonecznika, podprażonym siemieniem lnianym, solą morską i oliwą. Albo w chlebie.

Pęczak, u mnie w krupniku, albo takiej sałatce np.

Kolorowa fiesta na paelli

Kolory. Sam widok słonecznej dyni, bordowego sosu pomidorowego z fasolą czerwoną, papryki skwierczącej w piekarniku na pomarańczowo, słonecznego rosołku jakoś dodaje energii i rozgrzewa serca. Wato dbać o estetykę, o energetykę kolorystyczną, choćby w postaci posypania jedzenia przyprawami, czy soczyście zieloną natką pietruszki

Ograniczenie wychładzaczy. Zresztą, warto zdać się na intuicję, w końcu kto jesienią ma ochotę na jogurty, zieloną herbatę czy arbuzy?

Lokalność.
To kolejna zdroworozsądkowa zasada. W naszej szerokości geograficznej nie rosną pomarańcze ani banany, które są wspaniałym orzeźwieniem dla narodów południowych. Skoro są orzeźwieniem, to słabo sprawdzą się wśród grudniowej zawieruchy. A nasze nudnawe może buraki, selery, cebule i inne mają spory potencjał.

Tutaj lokalność ze szczyptą Zagranico, czyli makaron pietruszkowy z pieczonymi buraczkami i camemberttem

Do picia.
Zwykła ciepła woda (warto zainwestować w filtr, wtedy smakujemy wodę, a nie kamień).
„Herbatka” imbirowa, czyli woda z gotowanymi plastrami imbiru, po przestudzeniu można dodać miodu. Rozgrzewa i wzmacnia
Ziółka. Np lipa, melisa, czystek, pokrzywa. Są smaczne i ciepłe, a do tego mają mnóstwo pozytywnych właściwości, witamin i mikroelementów.
Kawa zbożowa. Dopiero przy okazji ciąż odkryłam ten napój i  bardzo polubiłam.
Kawa przyprawowa.
Grzańczyk.

Absolutne niebo w gębie, czyli wołowina po burgundzku. Taki rodzaj wypasionego gulaszu, na obłędnym wołowym bulionie i winie.

 Jeszcze dodam, że nie jestem absolutnie jakimś fanatykiem, do obiadu
mieliśmy dzisiaj (wychładzającą wg KPP) cykorię, wczoraj popijaliśmy z
mężem zwykłe zimne piwko, olej kokosowy specjalnie lokalny nie jest, a
banany mam często na podorędziu, gdy niespodziewany głód atakuje mój
przychówek. A gdy mi się nie chce, jemy prosty makaron albo zwykłe pierogi ruskie z
zamrażalnika. Ale jednak miło jest się szanować, gdy nie szanuje nas aura i podbać o siebie warto.

15 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaslubelszczyznapodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaspodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmój stylslow lifestylespacer

chrzęst i szelet, szepty cisz…

by Paulina 1 grudnia, 2015

Listopad się skończył.

Dziś, wraz ze zjedzeniem pierwszej mandarynki (ten zapach ostatecznie i nieodwołalnie kojarzy mi się świątecznie Mam tak, że obierając pomarańczową skórkę, prawie słyszę George’a…)
i odpakowaniem pierwszej paczuszki z kalendarza adwentowego (wycinanym, klejonym i rysowanym wczoraj ostatnim listopadowym wieczorem), oficjalnie wkroczyliśmy w rozmigotany, dzwoniący dzwoneczkami, czerwony w kratkę okres bożonarodzeniowy.

Nie mam nic przeciwko niemu, wręcz przeciwnie.

Ale dziś jeszcze zapraszam Was na listopadowość. Jeszcze szarawo – brunatno – błękitnie. Jeszcze cicho, trochę mgliście, trochę tajemniczo. Pisałam już, że lubię listopad. Może dlatego, że jeszcze nie zmęczyło zimno, nie znudziła szarość, deszcz, plucha i wiatr, jeszcze mam w sobie letnie siły. Lubię obserwować ten czas, gdy świat sobie zasypia, wszystko cichnie, uspokaja się, zwalnia.

Spacerowaliśmy sobie rodzinnie, wdychaliśmy sosnowo-wilgotne zapachy, chroniliśmy przed wiatrem, wystawialiśmy buzie do słońca.
Jaki piękny świat.

Mówiłam, że trochę tajemniczo. Spacerujemy, spacerujemy, aż tu nagle z tunelu czasoprzestrzennego wyłonili się tacy dwaj jeźdźcy.
1 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowodzieckoslow lifestyle

easy like sunday morning

by Paulina 23 listopada, 2015

W weekendach uwielbiam poranki.Miłe, rodzinne, niespieszne poranki, dają dobrą energię na cały dzień. Takie wicie, w stylu slow.

Budzimy się rano (niektórzy raniej…) Pierwsza pakuje się córa, która czasem jeszcze zmruży oko, ale za chwilę dołącza starszy brat, z duplową hałasującą lokomotywą i duplowym strusiem dla siostry. Która, zainspirowana, biegnie po swoje gadżety i wraca z książeczkami, pokrzykując „Babo i Lalo”,  i pakuje się z powrotem, ładując oczywiście swoje łokcie, kolana i pięty w nasze oczy, szyje i brzuchy. Powoli, nasze łóżko przepełnia się dzieciowością, bardziej lub mniej intensywną i głośną (w zależności od natężenia konfliktów). Jesteśmy twardzi, leżymy łowimy resztki snu, odsunięci od siebie kokoszącymi się nieletnimi, czasem zetkniemy się stopami, czasem uda się nawet cmoknąć na dzień dobry.

Potem na zmianę myjemy się i szykujemy śniadanie (w asyście głodnych okrzyków).

A potem zasiadamy z kawą, dzieci chwilowo szczęśliwie zajęte w swoim pokoju.

Jest idealnie.
W głośnikach brzmi miła muzyka – mamy taką kategorię, „niedzielne płyty”, ma być przyjemna, nie smęcąca, ale i nie łomocząca, np Sting.
Mocna, choć delikatna w smaku kawa z aeropresu pachnie i smakuje cudownie, przegryzana kawałkiem tiramisu. Jest nam miło i ciepło (na ciele i sercu). Jest wygodnie, bezpiecznie i szczęśliwie, jest pełnia i moc.
Sielankowy nastrój burzy co prawda po chwili tabun naszych dzieci z samochodzikami w rączkach i okrzykami na ustach, wdrapujący się na kolana i sięgający do filiżanek z kawą, dopytujący o ciasteczko, i wycierający się o moją luksusową, specjalnie-na-weekendy piżamę w wybitnie nie-mamowym, białym kolorze… Ale to przecież dalej sielanka jest, trochę tylko przybrudzona, bardziej intensywna i głośniejsza – kwestia nastawienia ( i nastroju dzieciaków…;) )

23 listopada, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessslow lifestylespacer

W listopadzie słucham jazzu

by Paulina 17 listopada, 2015

Zachwyca mnie ostatnio nieoczywiste listopadowe piękno. Dość ascetyczne i surowe. Modnie minimalistyczne.
Mało może spektakularne i trudno dostrzegalne, zwłaszcza po barokowym przepychu pyszniącego się złotem października, pełnego dojrzałych kolorowych smakowitości, babiego lata i ciepłego światła. Smakującego wspaniałymi jabłkami, zupą dyniową (i makaronem z dynią doprawionym gałką muszkatołową, i risotto z dynią, i sałatką z dynią, fetą i orzechami…), słodkimi śliwkami i gruszkami, ciągle boskimi pomidorami, a nawet ostatnimi malinami.

Listopad po takim październiku wydaje się być tylko ponurym przyczajeniem się przed świątecznym błyszczącym i migającym szaleństwem. A jednak. Jakoś mnie zachwyca. Jest delikatnie i subtelnie, bardziej… wymagająco. Światło srebrzyste snuje się sennie  po świecie. Kolory stonowane, spokojne i eleganckie. Szare, wymalowane chmurami niebo stanowi bardzo wysmakowane tło dla delikatnych i kunsztownych koronkowych konstrukcji z gałęzi (kiedyś czytałam, że gałęzie bez liści przypominają japońską kaligrafię, szalenie podoba mi się to porównanie).

Bardzo to wszystko sobie miło pomyślałam na miłym rodzinnym spacerku, które to spacerki wreszcie sobie znowu praktykujemy.

Po spacerze, tradycyjnie, jazz, zupa, herbata lub grzaniec i ciasto – koniecznie pachnące wanilią. Pięknie jest.

Pilot

17 listopada, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowomindfulnessslow lifestyle

Somehow I’ll find my way home

by Paulina 10 listopada, 2015

Już.
Mieszkamy, ach.
Ach.
Jest mi cudownie, nie sądziłam, że do tego stopnia tak wiele będzie zależało od własnego M.

Ostatni tydzień, mimo braku materaca do łóżka, chaosu, nie rozpakowanych pudeł, intensywnej ospy u córy i kataro-kaszlu u synka, był cudowny. Choć jeszcze nie w pełni urządzone, zadomowiliśmy nasze mieszkanie bardzo szybko, wypełniliśmy je domowością, zapachem pieczonego chleba i świeżo zmielonej kawy, dźwiękami naszej muzyki, śmiechu (i wrzasków) dzieci, a także wszechobecnymi puzzlami i samochodzikami.
Wszystko się układa. Dzieciaki odnalazły się w swoim pokoju, i, choć to kolejna duża zmiana w ich życiu w ostatnim czasie, przyjęły ją wyjątkowo dobrze i są zadowolone z życia.

Budujemy sobie nasze miejsce pomału, porządkujemy, wyrzucamy (a przynajmniej próbujemy…), segregujemy, urządzamy. A w międzyczasie znów celebrujemy codzienność, smakujemy zwyczajność, cieszymy małymi rzeczami, wracamy do naszych rytuałów.

Nie mogę powiedzieć, że jest idealnie, że odnalazłam rytm i werwę, a rozmemłanie całkiem mnie opuściło. Ciągle mam zawieszki, zastoje pt „I co ja mam z tym zrobić”, przerwy techniczne na pacyfikacje młodzieży i chwile zwątpienia (np gdy patrzę na stos dokumentów do przejrzenia i zmniejszenia ich ilości). Ale jestem na dobrej drodze, ruszyłam z miejsca, jest dobrze. I walczę, żeby JAK TYLKO się przeprowadzimy nie zmieniło się w JAK TYLKO do końca się urządzimy…;)

 
 

10 listopada, 2015 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślania

I don’t know, I procrastinate.

by Paulina 19 października, 2015

Cóż.
Mało jest nasze życie „odpoczywalniowe” ostatnio…
Dlatego blog jest tak skandalicznie zapuszczony.
Ale zapuszczonych jest o wiele więcej ważnych dla mnie spraw.

Przyznam, że dopadł mnie silny i klasyczny syndrom „jak tylko„. I dużo (za dużo!) spraw zostało przez mnie odłożonych na półkę pod tytułem jak-tylko-się-przeprowadzimy.

Jak tylko się przeprowadzimy…

A tymczasem żyję w chaosie, przestrzennym ,organizacyjnym, życiowym. Jem za dużo słodyczy. Piję za dużo kawy. Nie ćwiczę. Za mało fajnego, pełnowartościowego czasu poświęcam dzieciom. Letnie sukienki ciągle smętnie wciśnięte między swetry. Nie piszę. Nie mamy czasu na październik ten piękny, złoto-rudy, nie szuramy nogami w liściach, nie zbieramy kasztanów na wspólnych rodzinnych spacerach po parku, nie mamy czasu na weekendowe celebrowanie śniadań, nie zachwycamy się jesienno-grzybowym zapachem w lesie, nie jeździmy na jesienne wycieczki rowerowe. Jakoś umknęło nam babie lato. Siebie mamy mało.
Dla zachowania (albo dalszego zachwiania – ale w dobra stronę) równowagi, miałam pracę przy Konfrontacjach Teatralnych (to już dwudziesta edycja!). Intensywnie, inspirująco.

Teoretycznie lepiej byc nie może, mamy ogromną pomoc ze strony rodziców, mamy swoją przestrzeń w domu pod Lublinem, z ogrodem i sporą dawką prywatności, czasami jakieś chwile dla siebie. Jednak ze wstydem muszę przyznać, że straszny ze mnie mięczak i mocno jestem uzależniona od mojej strefy komfortu (mocno związanej z własnym terytorium, jak się okazuje). Zupełnie nie wiem jak wyryłam sobie w głowie tę granicę jak-tylko-przeprowadzkową, i odłożyłam moje życie na później, i mimo prób, nie jestem w stanie nic z nią zrobić.

A najciekawsze w tym wszystkim, choć mam doskonałą świadomość iluzoryczności takiej właśnie granicy, wiem, że wezmę się w tę nieszczęsną garść, bo zwyczajnie mi tego brakuje i dosyć mam tego mojego rozmamłania.

Obym się nie myliła.
Jak
tylko
się
przeprowadzimy.

Już niedługo.

19 października, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry