Wiele z dotychczasowych moich postów wskazywały na fascynację nurtem minimalizmu.
Faktycznie, minimalistyczne zacięcie towarzyszy mi od dawna.
Pamiętam, że pierwszy raz uderzyła mnie niepotrzebność nagromadzonych przedmiotów przy wielkiej przeprowadzce, jeszcze z czasów mieszkania z rodzicami, z mieszkania zagracanego przez lata (wiecie, to ten typ mieszkania mieszkanego przez długie lata, z dwoma pawlaczami i piwnicą, masą przydasiów jeszcze z dawnych lat itd), do domu pod miastem…
Pamiętam też brak sentymentów i skrupułów przy pozbywaniu się zeszytów, notatek i książek po zdaniu matury. Którego potem żałowałam (po cichu).
To było dawno temu, ale chyba od tamtego czasu mam skłonność do niegromadzenia. Dlatego stanowiłam bardzo podatny grunt na trend minimalistyczny, Ostatnie lata, obfitujące w nowe dzieci (i ich gadżety), przeprowadzki i przenosiny całego dobytku, tylko mnie w tej tendencji utwierdzały. Nie warto gromadzić, bo nadmiar przedmiotów przytłacza, przeszkadza, jest męczący i generalnie wstrzymuje flow. Jak pisałam kiedyś, oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu
pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety.
Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień.
Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.(tu całość)
Ale, jak to zwykle bywa, fajna koncepcja trochę się wykrzywiła.
Minimalizm stał się modny. A jak coś jest modne, to się wypacza. Traktowane powierzchownie, bez zrozumienia i poczucia tematu.
„Filozofia prostoty” przekonuje, że przedmioty zabierają nam cenną energię i czas (bo myślimy o nich, musimy je wybierać, dbać o nie, sprzątać, dokupować do nich dodatki itp). Tymczasem wielką część poradników i popularnych blogów minimalistycznych przeznacza absurdalnie dużo energii na wyrzucanie i organizację, selekcję wstępną i właściwą, zastanawianie się, systemy itd. Czy to nie zabiera cennego czasu i energii? Wiadomo, że jak narosło i chcemy „coś” z tym zrobić, to trzeba to robić z głową, ale czasem dochodzi do zdecydowanego przerostu formy nad treścią.
Minimalizm obecnie bywa traktowany jest jako usprawiedliwienie dla wielkiego wyrzucania, które jest przyczółkiem dla Wielkiego Kupowania. Minimalistycznego Kupowania rzecz jasna.
A minimalistyczne zakupy wiążą się z dość konkretna, jedynie słuszną linią. Teoretycznie nazywa się ona idziemy w jakość a nie w ilość, ale w praktyce często chodzi o jakiś styl i estetykę.
Geometryczne, surowe, często niekobiece i zwyczajnie brzydkie ubrania (pokazywane na stronach internetowych na smutnych chudych modelkach z przylizanymi włosami i pozie pt „nabucałam się, jestem jaka jestem, taka trochę uduchowiona”. Czerń i biel, ewentualnie szarość. Żadnych wzorów.
W wnętrzach też biało, czasem trochę pastelowo, metal, beton, czasem jakieś trójkąty i kropki.
Do tego gadżeciarskie plannery i organizery, specjalne naklejki i długopisy.
I cała masa minimalistycznych kubków na kawę, biżuterii, i innych gadżetów.
Poza tym, wielkie wyrzucanie, to wielkie góry śmieci na wysypiskach. (tu fajny tekst na ten temat) Weszliśmy do bogatego świata i mamy problemy bogaczy A problemem bogaczy jest rozstanie się z nadmierną ilością przedmiotów, i szczytem heroizmu jest eufemistyczne pozbywanie się nadmiaru. W praktyce oznacza to masy śmieci.Nie chcemy sie nad tym zastanawiać, bo wystarczająco dużo energii i silnej woli wymagało od nas zastanawianie się nad tym czy ta rzecz przynosi mi szczęście i sam akt pozbywania się rzeczy.
I czujemy się wtedy tacy rozsądni i świadomi. Bo się pozbyliśmy balastu. I tacy silni, bo bez skrupułów wyrzuciliśmy zbędności na śmietnik.
A tymczasem, jest sporo rzeczy, które nam się chwilowo znudziły. Ubrania, których nie nosimy od roku, czy innego przepisowego okresu. Ale są dobrej jakości i wyglądamy w nich obiektywnie ładnie. Książki, do których ostatnio nie zaglądaliśmy, jakieś pamiątki z dzieciństwa, ekwipunek dla pasji ostatnio nie praktykowanej, itd.
Ja osobiście, mam wór takich rzeczy i zaglądam do nich raz na jakiś czas i regularnie jakieś sztuki zyskują drugie (lub kolejne) życie. Wiadomo, ze nie zawsze jest na coś takiego miejsce, że to stwarza pokusę wrzucenia tam wszystkich w sumie nieźle wyglądających rzeczy, ale ja już się przekonałam, ze nie warto być zawsze takim ostatecznym.
Poza tym, mnóstwo rzeczy można naprawić, przerobić.
Można spróbować sprzedać, nawet za niewielkie pieniądze, wtedy jest szansa, że rzecz zyska drugie życie u kogoś, kto autentycznie jej potrzebuje, skoro wydał na nią jakieś pieniądze (chodzi o ten prosty mechanizm, że bardziej cenimy i szanujemy rzeczy, których nie dostajemy za darmo). Albo i oddać za darmo, ale tez jakiejś konkretnej osobie – można umieścić ogłoszenie w internecie, albo w sklepie.
Prawdziwym, choć mniej spektakularnym i nie będącym żadnym rewolucyjnym systemem oczyszczającym naszą życiową przestrzeń sposobem jest rozsądek. Stary, nudny i nieatrakcyjny rozsądek, który pomoże nam zdecydować o kolejnym zakupie, impulsie (do kupowania, wyrzucania czy przeorganizowania). I nasz zwykły gust podpowiadający czy coś jest w zgodzie zanim się na to zdecydujemy. I świadomość. Świadomość tego, że stanowimy tę szczęśliwą część 30% konsumujących 70% zasobów, że jesteśmy bezpieczni i syci i stąd są nasze Wielko – Straszne problemy pt nie mam się w co ubrać i grubo w tym wyglądam. I jeszcze trochę dystansu – do siebie, do świata i tych problemów.
























































































