Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

minimalizmrozmyślania

Dlaczego nie jestem minimalistką

by Paulina 27 stycznia, 2016

Wiele z dotychczasowych moich postów wskazywały na fascynację nurtem minimalizmu.
Faktycznie, minimalistyczne zacięcie towarzyszy mi od dawna. 

Pamiętam, że pierwszy raz uderzyła mnie niepotrzebność nagromadzonych przedmiotów przy wielkiej przeprowadzce, jeszcze z  czasów mieszkania z rodzicami, z mieszkania zagracanego przez lata (wiecie, to ten typ mieszkania mieszkanego przez długie lata, z dwoma pawlaczami i piwnicą, masą przydasiów jeszcze z dawnych lat itd), do domu pod miastem…
Pamiętam też brak sentymentów i skrupułów przy pozbywaniu się zeszytów, notatek i książek po zdaniu matury. Którego potem żałowałam (po cichu).
To było dawno temu, ale chyba od tamtego czasu mam skłonność do niegromadzenia. Dlatego stanowiłam bardzo podatny grunt na trend minimalistyczny, Ostatnie lata, obfitujące w nowe dzieci (i ich gadżety), przeprowadzki i przenosiny całego dobytku, tylko mnie w tej tendencji utwierdzały. Nie warto gromadzić, bo nadmiar przedmiotów przytłacza, przeszkadza, jest męczący i generalnie wstrzymuje flow. Jak pisałam kiedyś, oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu
pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety.
Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień.
Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.
(tu całość)

Ale, jak to zwykle bywa, fajna koncepcja trochę się wykrzywiła.
Minimalizm stał się modny. A jak coś jest modne, to się wypacza. Traktowane powierzchownie, bez zrozumienia i poczucia tematu.

„Filozofia prostoty” przekonuje, że przedmioty zabierają nam cenną energię i czas (bo myślimy o nich, musimy je wybierać, dbać o nie, sprzątać, dokupować do nich dodatki itp). Tymczasem wielką część poradników i popularnych blogów minimalistycznych przeznacza absurdalnie dużo energii na wyrzucanie i organizację, selekcję wstępną i właściwą, zastanawianie się, systemy itd. Czy to nie zabiera cennego czasu i energii? Wiadomo, że jak narosło i chcemy „coś” z tym zrobić, to trzeba to robić z głową, ale czasem dochodzi do zdecydowanego przerostu formy nad treścią.

Minimalizm obecnie bywa traktowany jest jako usprawiedliwienie dla wielkiego wyrzucania, które jest przyczółkiem dla Wielkiego Kupowania. Minimalistycznego Kupowania rzecz jasna.

A minimalistyczne zakupy wiążą się z dość konkretna, jedynie słuszną linią. Teoretycznie nazywa się ona idziemy w jakość a nie w ilość, ale w praktyce często chodzi o jakiś styl i estetykę.
Geometryczne, surowe, często niekobiece i zwyczajnie brzydkie ubrania (pokazywane na stronach internetowych na smutnych chudych modelkach z przylizanymi włosami i pozie pt „nabucałam się, jestem jaka jestem, taka trochę uduchowiona”. Czerń i biel, ewentualnie szarość. Żadnych wzorów.
W wnętrzach też biało, czasem trochę pastelowo, metal, beton, czasem jakieś trójkąty i kropki.
Do tego gadżeciarskie plannery i organizery, specjalne naklejki i długopisy.
I cała masa minimalistycznych kubków na kawę, biżuterii, i innych gadżetów.

Poza tym, wielkie wyrzucanie, to wielkie góry śmieci na wysypiskach. (tu fajny tekst na ten temat) Weszliśmy do bogatego świata i mamy problemy bogaczy A problemem bogaczy jest rozstanie się z nadmierną ilością przedmiotów, i szczytem heroizmu jest eufemistyczne pozbywanie się nadmiaru. W praktyce oznacza to masy śmieci.Nie chcemy sie nad tym zastanawiać, bo wystarczająco dużo energii i silnej woli wymagało od nas zastanawianie się nad tym czy ta rzecz przynosi mi szczęście i sam akt pozbywania się rzeczy.
I czujemy się wtedy tacy rozsądni i świadomi. Bo się pozbyliśmy balastu. I tacy silni, bo bez skrupułów wyrzuciliśmy zbędności na śmietnik.

A tymczasem, jest sporo rzeczy, które nam się chwilowo znudziły. Ubrania, których nie nosimy od roku, czy innego przepisowego okresu. Ale są dobrej jakości i wyglądamy w nich obiektywnie ładnie. Książki, do których ostatnio nie zaglądaliśmy, jakieś pamiątki z dzieciństwa, ekwipunek dla pasji ostatnio nie praktykowanej, itd.
Ja osobiście, mam wór takich rzeczy i zaglądam do nich raz na jakiś czas i regularnie jakieś sztuki zyskują drugie (lub kolejne) życie. Wiadomo, ze nie zawsze jest na coś takiego miejsce, że to stwarza pokusę wrzucenia tam wszystkich w sumie nieźle wyglądających rzeczy, ale ja już się przekonałam, ze nie warto być zawsze takim ostatecznym.
Poza tym, mnóstwo rzeczy można naprawić, przerobić.
Można spróbować sprzedać, nawet za niewielkie pieniądze, wtedy jest szansa, że rzecz zyska drugie życie u kogoś, kto autentycznie jej potrzebuje, skoro wydał na nią jakieś pieniądze (chodzi o ten prosty mechanizm, że bardziej cenimy i szanujemy rzeczy, których nie dostajemy za darmo). Albo i oddać za darmo, ale tez jakiejś konkretnej osobie – można umieścić ogłoszenie w internecie, albo w sklepie.

Prawdziwym, choć mniej spektakularnym i nie będącym żadnym rewolucyjnym systemem oczyszczającym naszą życiową przestrzeń sposobem jest rozsądek. Stary, nudny i nieatrakcyjny rozsądek, który pomoże nam zdecydować o kolejnym zakupie, impulsie (do kupowania, wyrzucania czy przeorganizowania). I nasz zwykły gust podpowiadający czy coś jest w zgodzie zanim się na to zdecydujemy. I świadomość. Świadomość tego, że stanowimy tę szczęśliwą część 30% konsumujących 70% zasobów, że jesteśmy bezpieczni i syci i stąd są nasze Wielko – Straszne problemy pt nie mam się w co ubrać i grubo w tym wyglądam. I jeszcze trochę dystansu – do siebie, do świata i tych problemów.

27 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckospacerzima

Spacery zimowe

by Paulina 20 stycznia, 2016

Zima zima, zaśnieżyło, korzystamy.
Dziadzia przywiózł nasze prehistoryczne sanki, w pełni sprawne, dzieciaki poznają wreszcie co to jest.

„Idziemy na dwór” oznajmiam, „na sanki”, dodaję, spodziewając się, że dzieciaki w te pędy pójdą zrobić siku i stawią się w przedpokoju gotowe na kombinezonki i skafanderki. Ale nie ma lekko. Wilczek musi koniecznie kończyć zabawę pociągiem, wpada w rozpacz, bo siostra mu rozwaliła tory, i „masynista się zgubiła”. Kątem oka widzę, jak rozwalacz torów podskakuje w rajstopie na jednej nodze z nieszczęsnym duplo ludzikiem w łapce. Wymieniam maszynistę na duplo kotka, zarządzam absolutnie ostatnią rundkę pociągu. Daję pić Iskrze. Zakładam im (i sobie) te warstwy nieszczęsne, robi się gorąco. Przebieram zalaną piciem bluzeczkę.
Prawie gotowe, dzieci zbiorowo odczuły potrzeby toaletowe (mój błąd, trzeba było zapytać o siku wcześniej). Ubieramy się. Znowu. Mocuję się z wilczkowym zamkiem w kombinezonie, Iskra znika z pola widzenia. Po chwili odnajduję ją w łazience, w nieswojej (oczywiście) czapce, próbującą napić się płynu do soczewek. Coraz cieplej. Jeszcze krem na buzię, szaliki, poszukiwania jednego buta córy (znalazł się w kuchni, obok wzgardzonej skórki od chleba). Wychodzimy, wolę nawet nie sprawdzać, ile czasu minęło od mojego hasła o wychodzeniu. Sanki pod pachę, dzieciaki za ręce, złazimy z trzeciego piętra, ja, mnąc przekleństwa pod nosem, dwa ludziki michelin chwiejąc się niebezpiecznie, przysiadając na schodkach, walcząc o autonomię domagając się założenia rękawiczek JUS TELAS, lub chcąc koniecznie trzymać siostrę za rękę.
Uff. Pomrukuję jakieś teksty o cholernej zimie, cholernych spacerkach, kwiecie lotosu, ciężkich sankach, zapomnianych chusteczkach i jeszcze inne takie…

Idziemy. Tzn ja idę, i ciągnę towarzystwo po resztkach śniegu na pilnie odśnieżanych chodnikach.

Aż docieramy nad rzekę, gdzie zupełnie za darmo dostajemy takie arcydzieło.

 Ot tak, dla nas. Migoczącą białość, połyskującą świetlistość, tysiące odcieni bieli. Przepiękne rysunki białych drzew, małe, lśniące kryształki na gałęziach tworzące taką właśnie obłędną całość. Zatyka z zachwytu. Nieletni gadają do kaczek, brną po śniegu, ciągną sanki, badają, oglądają, zyskują fantastyczne rumieńce i gluty pod nosem (których nie mam czym wytrzeć za bardzo…).

A jednak warto.

20 stycznia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćkawamindfulnessrozmyślaniaslow lifestylezima

Wielka moc małych rzeczy

by Paulina 12 stycznia, 2016

Szczegóły. To szczegóły i drobiazgi decydują o całokształcie i ogólnym wrażeniu. Sól ziemi. Sól, przyprawy, dodatki i akcenty. To one robią efekt. Z pewnością wiecie, o czym mówię. Prosta czarna sukienka, a do niej spektakularne buty, nieskomplikowana potrawa, a czasem nudne warzywo  przyprawione efektownie. Miły, normalny wieczór, ucudowniony o jeden piękny gest. I tak dalej.
Macie tak? Drobiazgi, małostki, szczególiki które są najważniejsze na świecie? Dzisiaj podzielę się z Wami moimi.

Świeżo mielony czarny pieprz.
Jestem smakoszem, dawałam temu wyraz wielokrotnie na tym blogu. A jednocześnie lubię prostotę. Nie doprawiam jedzenia wielopiętrowymi mieszankami przypraw, kombinacjami typu :przyprawa do karkówki z grilla”, nie przepadam za kombo w stylu: chili, czosnek, zioła prowansalskie, imbir, czomber i czarnuszka. Dlatego znaczenie ma dla mnie jakość przypraw. W Lublinie na targu na Wileńskiej jest jeden pan z przyprawami. Śmiejemy się że na zakupy u niego trzeba dorzucić dodatkowe minimum pół godziny, na pogawędkę o niuansach cynamonowych i rodzajach goździków.Ale warto. Kupiony u pana-na-wileńskiej pieprz zmielony w porządnym żarnowym młynku, ma się do ciemnego pyłu z torebki jak ognisko w Bieszczadach do elektrycznego kominka z obi. Czyli nijak. Warto doprawiać potrawy świeżo zmielonym pieprzem, to totalnie inna jakość.

Świeże włosy
To trochę moja prywatna obsesja. Jestem posiadaczką włosów mocnych, gęstych i zdrowych, ale z przykrą tendtencją do przetłuszczania. Dietą i sposobem pielegnacji doprowadziłam do tego, że moge je myc co drugi dzień (przy czym dzień drugi to bezwzględnie włosy upięte, zaplecione i genrealnie z zakazem dotykania). W każdym razie brudne włosy oznaczją u mnie totalny upadek kobiecości i poczucia własnej atrakcyjności. Z brudnymi włosami czuję się flejowato, brzydko i ogólnie źle. Pamiętam do dziś Lizbonę, fantastycznie wyglądające Portugalki i moje wrażenie brudnego przybysza ze wschodu które psuło mi całą radość ze zwiedzania, bo nie miałam czasu umyć włosów po podróży. Przeszło po ginginhi i kupionej na szybko opasce;)

Ładna i wygodna bielizna z przyjaznych materiałów
Bez wdawania się w szczegóły, ta niewidoczna w zasadzie część garderoby wpływa u mnie na cały (na)strój. Musi być mi wygodnie i komfortowo, a jednocześnie zmysłowo i kobieco. Trudny kompromis, tym bardziej doceniam gdy uda się taką bieliznę znaleźć. (wszelkie polecenia mile widziane)

Dobra kawa
Kawa jest dla mnie miłym rytuałem. To stały element weekendowych poranków, gdy, jeszcze trochę piżamowo, ale już w miarę ogarniętej przestrzeni, z odświeżonym licem, zasiadamy na kanapie, z muzyką w głośnikach i delektujemy się czarnym napojem. Oczywiście, na tzw co dzień kładę nacisk na mniej celebry, a więcej kofeiny, ale jakość kawy zawsze ma znaczenie. Żadnych rozpuszczalności. Dobra, ziarnista kawa, świeżo mielona i zaparzona w godziwy sposób. Kofeina kofeiną, ale zasady muszą być.

Muzyka
Czasy mamy wygodne. Każdą muzę można odpalić z jutuba, ściągnąć z neta i słuchać w autobusie przez komórkę.
Niby wygodnie, ale jakoś nie bardzo…

„gdy to, co jest naszym wnętrzem, nas otacza
jako najbardziej wypróbowana dal, jako druga
strona powietrza:
czysto,
ogromnie,
już nie do zamieszkania.”
Z komórki? Albo pierdziawkowych głośników laptopa… No nie, gdy nie mam dostępu do porządnych głośników i prawdziwej płyty, wolę ciszę.

Świeże powietrze i świeże spojrzenie
Przy całym moim bałaganiarstwie bardzo sobie porządek cenię, tym bardziej, że przy małych dzieciach to stan zupełnie niezwykły i raczej krótkotrwały. Ale najważniejsze, także dla efektu estetycznego jest wywietrzone mieszkanie, świeże powietrze zdecydowanie „robi” efekt.

Moment „zasiądnięcia” z nową, dobrze zapowiadającą się książką
Ten dźwięk rozchylanych po raz pierwszy kartek, zapach papieru i zapowiedź opowieści…

Co jeszcze, trochę oczywistości, które już się tutaj przewijały i zapewne przewijać będą, bo trochę o tym jest ten blog. Zapach mokrej ziemi w marcu, rzeżucha w lutym, pomidory w lecie, odgłos kroków w górach, pierwsze piwko w schronisku po pierwszym podejściu, błogość hamakowa, brzmienie świerszczy w sierpniowy wieczór…
I mała wielka rzecz, czyli świeży śnieg zimą.

12 stycznia, 2016 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćslow lifestylespacerzima

spacery około noworoczne

by Paulina 4 stycznia, 2016

Trochę z nostalgią myśląc o ponad dziesięciu latach górskich sylwestrów (tradycja przerwana już dwa lata temu niestety, ale mamy nadzieję do niej wrócić), czas poświątecznego zawieszenia spacerowaliśmy sobie po okolicy najbliższej.

Swoją drogą, bardzo ta najbliższa okolica udana. Rzeka jest pełna uroku i kaczek, wokół łąki i pola, niedaleko wiadukt z pociągami, trochę dalej las i jezioro. Dzieciaki mają atrakcje dla siebie, a dorosłym jest zwyczajnie estetycznie przyjemnie.

Pięknie słoneczne były ostatnie dni. Zimowe światło ma niesamowicie dużo uroku, nawet w południe jest rozmiękczone, lekko przymglone, rozmigotane drobinkami unoszącego się śniegu.
Niebo w spokojnym błękicie a płowo – szary świat z listopada osnuła bardzo delikatna białość skąpego śniegu. 


Cieszę się, że trochę się teraz wyspacerowaliśmy, narobiliśmy tych kilometrów, naoddychaliśmy zimnym powietrzem. Pisałam już wiele
razy, że spacerki mają moc. Uważam, że dzieci powinny wychodzić
codziennie i zawsze mam kaca moralnego, gdy nam się nie chce i spacerek (choćby najkrótszy)
odpuszczamy.

Wystarczyło parę dni, by romantyczny rybak został wyparty przez lśniącą tafle lodu i nierozważnych łyżwiarzy…

 

I my weszliśmy na lód przy brzegu. Ach jak mi się chce na łyżwy!

4 stycznia, 2016 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

rodzinnie

by Paulina 31 grudnia, 2015

Zajrzałam wczoraj wieczorem do dzieci. Mała Iskra* jak zawsze rozkopana, z rozwichrzonym włosem, z trzema obowiązkowymi przytulankami wymownie rozrzuconymi wokół, śpi, Królowa Życia. Mały Wilczek* wtulony w Tygryska i Koziołka, zakopany w kołdrze samochodzikowej, jak zawsze na boku, oddycha spokojnie, oczka ma zamknięte z tymi obłędnymi rzęsami.
Śpią. Śpią. Zdrowi, szczęśliwi, otuleni miłością.


Ostatnia niedziela, 27 grudnia to Dzień Rodziny. Fajnie, że jest taki dzień, piękny i ważny, choć pewnie, w Poświątecznym Leczeniu Obżartego Brzucha nie zawsze go dostrzegamy.

Zresztą, rodzinę jako taką też niekoniecznie dostrzegamy, bo zwyczajne nie ma czasu na nabranie dystansu i zauważenie całej cudowności, jaką nam ona daje.
No bo jak dostrzec jakąkolwiek cudowność w pośpiechu, zmęczeniu i niewyspaniu. Gdzie jest miejsce na zachwyt w awanturkach, fochach, histeriach i buntach. Jak zauważyć cokolwiek pośród stosów prania, rozpacianego jedzenia, wylanego picia, i mas klocków lego na podłodze.
Rodzina to nie jest łatwa rzecz. Rodzina to sprawa mega trudna, wymagająca ogromnego zaangażowania czasu, energii, wiedzy i wszystkiego chyba. Rodzina bywa wkurzająca, stresująca i męcząca. Rodzina to niewygodne poczucie ogromnej odpowiedzialności, do końca życia, każdego dnia. Rodzina to schizofreniczny balans między mam-wszystkiego-dosyć-chcę-na-pustynię a nie-mogę-bez-nich-żyć-totalnie. Rodzina to rujnacja wielu innych planów, marzeń i aspiracji. Zresztą, oj tam oj tam, nuda i banały, każdy ma jakąś rodzinę i co z tego.

Wiele razy wzdychałam nad barwnymi reportażami z dalekich krajów, nad spektakularnymi karierami rówieśników. Nad kolejnym, cholernym dniem świstaka, nad kolejnym glutem, wiecznym bajzlem i porażkami pedagogicznymi.
Ale decyzja o założeniu rodziny była najlepszą jaką podjęłam w moim życiu.

Bo, czy można mieć większe poczucie sensu niż słysząc te naiwno – mądre pytania z ust przedszkolaka, że „nie wolno byc niedoblym plawda mamusiu”? Czy można dostać większy zastrzyk szczęścia na dzień dobry niż słodki cmok półtoraroczniaka  na przebudzenie poprzedzony teatralnym szeptem „Mamu pi” (mamusia śpi)? Czy można się rozwinąć bardziej jako człowiek niż będąc rodzicem?
Codziennie słyszę ich wrzaski i kłótnie, wyganiam fochy, zaciskam zęby i tłumaczę coś po raz milionowy, codziennie sprzątam syf przy stole, składam tony ciuszków, codziennie następuję na jakiś samochodzik/klocek, martwię się, denerwuję, nudzę i frustruję. I codziennie obserwuję, że czegoś nowego się nauczyli. Codziennie są mądrzejsi o nowe doświadczenie, moje dzieci. Codziennie pękam z dumy. Każdego dnia widzę wpatrzone we mnie oczy, pełne takiego uwielbienia, że aż mnie zatyka. Widzę, jak rodzą się jedyne w swoim rodzaju relacje bratersko-siostrzane, przyjaźń najprawdziwsza na świecie. Przyglądam się stópkom zwiniętym z przejęcia przy czytaniu książek. Przyjmuję na klatę Radość Absolutną z powodu zjazdu z brudnej zjeżdżalni i Rozpacz Totalną gdy skończy się sok jabłkowy albo czas oglądania misia uszatka. Każdego wieczora zasypiam znając się bardziej, mając oszałamiającą dość świadomość tego, że w oczach połowy domowników jestem wszechmocnym półbogiem i wzorcem z Sèvres w każdej kwestii.

Robi wrażenie.

Łapcie szczęście w Nowym Roku!

* Postanowiłam tak nazywać dzieci na potrzeby blogowe. Imionami pozostają nazywane w realu, niech tu mają ksywki. Iskra, zgapiona od Sapkowskiego, pasuje do naszej żywiołowej córy jak ulał, a Wilczkiem mianuje się nasz synek nieprzerwanie od ponad roku, ostatni protestował, gdy mówiliśmy o tym, że nie będziemy reagować na jego widzimisię: „nie jestem misię, jestem wilczkiem!” To jest.

31 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomindfulnessslow lifestyleświętazima

coraz bliżej, coraz bliżej

by Paulina 22 grudnia, 2015

Pierwsze Święta w Polsce od trzech lat, i we własnym domu. Co prawda brak śniegu psuje trochę klimacik (moje biedne dzieci, poza tą wycieczką w góry, śniegu nie widziały), ale jest dobrze.

Nastrój robi się trochę samoczynnie, trochę przy okazji. Na początku grudnia zarwałam noc przygotowując mocno niedopracowany kalendarz adwentowy (przyznam się od razu, że pierwszego dnia nie było wszystkich paczek, na szczęście moje dzieci jakoś się nie spostrzegły)
Upiekłam też (z nieocenioną pomocą nieletnich) pierniczki. Podzielę się przepisem naszym rodzinnym, choć już jakby późnawo na to;)


0.5 masła
łyżka smalcu
1 szklanka miodu
przyprawa piernikowa (w tym roku robiłam sama, wyszła fantastyczna, z tego przepisu – wszystko w garnku zagotować i dodać do:
2 szklanki mąki żytniej
2 szklanki mąki pszennej
0.5 masła
Zagnieść. Może stać długo, w temperaturze pokojowej.
Przed pieczeniem dodać:

2 żółtka i szczyptę sody, zagnieść, rozwałkować,
wycinać kształty i piec.

Wycinamy, wycinamy, młodsza młodzież tez chce

Po upieczeniu, ciągle jeszcze ich nie udekorowaliśmy…

 U moich rodziców przygotowania pełną parą, światełka, choinki i Renifer wykonany przez mojego zdolnego brata.

 

I „chochinkę” ubraliśmy. Są oldschoolowe bombki od dziadków, koronkowe gwiazdki, słomkowe i papierowe ozdoby, światełka, będą jeszcze pierniczki.
Dzieci codziennie rano sprawdzają, czy ciągle stoi, no i zachwyt ten cudowny, bo „taka piękna mamusiu”.

Starożytny chochoł rodzinny

I już. Święta za chwilę, jakoś nie było czasu wpaść w gorączkę przedświąteczno – zakupową, słynny duch świąt pojawił się i nie naprzykrzał specjalnie, ujawniał się w tych małych, prostych momentach, w zapachach piernika, mandarynek i drzewka, w tych emocjach Ogromnych Największych gdy przyszedł Prawdziwy Mikołaj, w rytualnym rozpakowywaniu paczuszek z kalendarza, kolędach przyniesionych z przedszkola i śpiewanych znienacka („pała na wysokości, a pokój na ziemi”), w oczkach błyszczących i wypiekach rozemocjonowanych, „Trzeszczącej Płycie”, twórczości plastycznej pełnej pokracznych gwiazdek i garbatych Mikołajów i gdy dumni i bladzi pojechali po choinkę z tatą. I już, tylko tyle. I aż tyle.

Wszystkiego dobrego dla Was.

22 grudnia, 2015 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarniezima

zimowe jedzenie

by Paulina 15 grudnia, 2015

Jest zima, a w zimie musi być zimno.

Pisałam już tutaj wielokrotnie, że jedzenie w ciepłych miesiącach jest dla mnie rozkoszą totalną. Uwielbiam tę prostotę, na jaką można sobie pozwolić, gdy wszystko aż bucha intensywnością i odurza wszystkie zmysły.
Ale w gruncie rzeczy, zimą tez może być pysznie, choć trzeba się trochę bardziej wysilić.

Jakiś czas temu na blogu Ruby Times znalazłam sporo fajnych pomysłów na zastąpienie pomidora w zimie.
A dziś u mnie będzie o rozgrzewającej mocy jaką zimowe jedzenie może mieć.

W swoim czasie dość mocno zainteresowałam się medycyną chińską i gotowaniem według pięciu przemian. Spodobało mi się w tej metodzie holistyczne podejście do organizmu i zdrowia i to, że jest ona mocno osadzona w naturze, w otaczającym świecie i zmieniających się warunkach. W końcu człowiek jest elementem świata, a wszystko ma wpływ na wszystko.
Nie będę tu się wymądrzać na jej temat, w Internecie jest mnóstwo artykułów, for, całych stron poświęconych właśnie Pięciu Przemianom. (W fajny, przystępny sposób przedstawiona jest np tutaj lub tutaj)
Chyba lenistwo spowodowało, że według pięciu przemian nie gotuję, ale sporo zasad weszło mi w krew. Jedną z nich jest właśnie dbanie o rozgrzewające jedzenie gdy zimno.

Taka dieta nie tylko sprawia, że robi nam się ciepło od środka, ale także dodaje energii i wzmacnia odporność.

Czyli co.

Ciepłe i gorące składniki

Brzydko się nazywająca, tzw obróbka termiczna. Dość logiczna sprawa, i mało odkrywcza, ale jedzenie ma być zwyczajnie ciepłe. Pieczenie, gotowanie, parowanie, duszenie. W zimie warto unikać surowości i prosto-z-lodówki.

Doprawiamy na ciepło.
Na ciepło, w sensie rozgrzewającymi przyprawami. Imbirem, kurkumą, cynamonem, papryką, chili, gałką muszkatołową, pieprzem, ziołami, kardamonem, czosnkiem.
Fajne czasami wychodzą połączenia i zwykłe dania zyskują nową jakość.
Np wspaniale smakuje dynia doprawiona gałką muszkatołową, w arcyprostej zupie (dynię pieczemy, na patelni dusimy cebulę na maśle z gałką właśnie (i solą i pieprzem), dodajemy do tego upieczoną dynię, zalewamy bulionem, gotujemy, miksujemy. Błyskawiczne, znakomite), albo w takim risotto. Nudnawy kalafior zyskuje zupełnie inny smak w takim połączeniu z kardamonem, a zupa pomidorowa z cynamonem.

 

Zupy! To prawdziwe dobrodziejstwo na zimową porę. Zdrowie w płynie, ciepła rozkosz w brzuchu, ratująca morale i zdrowie po przydługim pobycie na placu zabaw z niezniszczalnym półtoraroczniakiem.
Tradycyjny polski rosołek nazywany jest żydowską penicyliną.
Zupa z pieczonej dyni, pieczonej papryki i czosnku (zalane bulionem, zagotowane, zmiksowane), z dodatkiem oleju z pestek dyni.
Zupa porowa (białe części porów pokrojone w plastry i podsmażamy na maśle klarowanym, dodajemy do tego startego ziemniaka, zalewamy bulionem, gotujemy. Fajnie pasuje do tego garam masala)
Zupa cebulowa, francuski klasyk. Ja dokonuję profanacji i na koniec ją miksuję, nie lubię tych cebulowych pasm w gardle. Warto zrobić ją na prawdziwym brązowym bulionie wołowym, wtedy z pospolitej cebulówki staje się totalną delicją. Do gara można też dodać kieliszek wódki.
Zupa kalafiorowa, z czipsami z kalafiorowych liści. Kto by pomyślał.
Albo cukiniowa, np taka.
I klasyki, krupniki, żurki, barszcze… Ach te zupy.

Kasze.
Cudowne, wspaniałe kasze, dawniej będące podstawą polskiej kuchni, trochę traktowane po macoszemu, ostatnio jakby wracają do łask. Zwłaszcza jaglana, która stała się prawdziwą celebrytką kaszową.
My zajadamy się jaglanką rano przeważnie, w wersji wypasionej. Gotuję jaglankę na wodzie (płuczę ją najpierw, a potem zalewam zimną wodą i gotuję, w razie potrzeby dolewam wody), z dodatkiem rodzynek albo suszonych moreli, pod koniec gotowania dodaję prażone jabłka z cynamonem. Albo gruszki. I jeszcze, żeby było pożywniej, olej kokosowy, albo masło. Dosładzam syropem z agawy.
Ale dodaję też jaglankę do różnych pulpecików mięsnych, jest jaglana fajną bazą do pasztetów warzywnych.

Uwielbiam też gryczaną, chętnie w klasycznej postaci z sosem pieczarkowym i ogórkami kiszonymi. Albo w wersji arcy prostej, czyli kasza gryczana gotowana z dodatkiem oleju z pestek dyni, z podprażonymi pestkami słonecznika, podprażonym siemieniem lnianym, solą morską i oliwą. Albo w chlebie.

Pęczak, u mnie w krupniku, albo takiej sałatce np.

Kolorowa fiesta na paelli

Kolory. Sam widok słonecznej dyni, bordowego sosu pomidorowego z fasolą czerwoną, papryki skwierczącej w piekarniku na pomarańczowo, słonecznego rosołku jakoś dodaje energii i rozgrzewa serca. Wato dbać o estetykę, o energetykę kolorystyczną, choćby w postaci posypania jedzenia przyprawami, czy soczyście zieloną natką pietruszki

Ograniczenie wychładzaczy. Zresztą, warto zdać się na intuicję, w końcu kto jesienią ma ochotę na jogurty, zieloną herbatę czy arbuzy?

Lokalność.
To kolejna zdroworozsądkowa zasada. W naszej szerokości geograficznej nie rosną pomarańcze ani banany, które są wspaniałym orzeźwieniem dla narodów południowych. Skoro są orzeźwieniem, to słabo sprawdzą się wśród grudniowej zawieruchy. A nasze nudnawe może buraki, selery, cebule i inne mają spory potencjał.

Tutaj lokalność ze szczyptą Zagranico, czyli makaron pietruszkowy z pieczonymi buraczkami i camemberttem

Do picia.
Zwykła ciepła woda (warto zainwestować w filtr, wtedy smakujemy wodę, a nie kamień).
„Herbatka” imbirowa, czyli woda z gotowanymi plastrami imbiru, po przestudzeniu można dodać miodu. Rozgrzewa i wzmacnia
Ziółka. Np lipa, melisa, czystek, pokrzywa. Są smaczne i ciepłe, a do tego mają mnóstwo pozytywnych właściwości, witamin i mikroelementów.
Kawa zbożowa. Dopiero przy okazji ciąż odkryłam ten napój i  bardzo polubiłam.
Kawa przyprawowa.
Grzańczyk.

Absolutne niebo w gębie, czyli wołowina po burgundzku. Taki rodzaj wypasionego gulaszu, na obłędnym wołowym bulionie i winie.

 Jeszcze dodam, że nie jestem absolutnie jakimś fanatykiem, do obiadu
mieliśmy dzisiaj (wychładzającą wg KPP) cykorię, wczoraj popijaliśmy z
mężem zwykłe zimne piwko, olej kokosowy specjalnie lokalny nie jest, a
banany mam często na podorędziu, gdy niespodziewany głód atakuje mój
przychówek. A gdy mi się nie chce, jemy prosty makaron albo zwykłe pierogi ruskie z
zamrażalnika. Ale jednak miło jest się szanować, gdy nie szanuje nas aura i podbać o siebie warto.

15 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaslubelszczyznapodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilaspodróże i wycieczki

Lasy, bagna, torfowiska

by Paulina 8 grudnia, 2015

Słoneczna i ciepła pogoda ostatnich dni uruchomiła mi syndrom włóczykija i bardzo się cieszę że ostatnia niedziela zaspokoiła choć trochę moje szwendacze zapędy.

Wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Godzinkę drogi od domu, trasa jakże znana, chyba wszystkim Lublinianom, przez pojezierze łęczyńsko-włodawskie. Ach te wakacje nad Łukczem, Piasecznem i innym Zagłęboczem, całe dnie spędzane w wodzie, albo na rowerach w pobliskich lasach, a w późniejszych czasach, pierwsze wyjazdy ze znajomymi pod namioty…

Pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na nas parking, przy kórym znajduje sie pole wypoczynkowe, z ogromną wiatą, miejscem na ognisko i kijkami na kiełbaski, stołami, drewnianą toaletą (nie śmierdzącą sławojką, tylko normalną toaletą z umywalką nawet)… Wszystko takie dla ludzi, zapraszające do korzystania z pięknej przyrody, poczułam się trochę jak we Francji.

Zapakowaliśmy towarzystwo do przyczepki i ruszyliśmy w las.
Początkowo spacerowaliśmy po zwykłych leśnych, burych w liściach opadniętych ścieżkach, dzieciaki wyległy z karocy i szły same, odkrywając po drodze wielkie mrowiska, fascynujące listki, piaszczysta nawierzchnia i Inne Arcyważne i Arcyciekawe Spowalniacze Tempa.

A potem weszliśmy na szlak, niedawno otwartą ścieżkę edukacyjną, w dużej mierze poprowadzoną drewnianymi kładkami, po bagnistych terenach, prowadzącą do jeziora Moszne, pochłanianego przez ląd. Rzadkie gatunki roślin, kolory płowe, brunatne i fioletowawe, te klimatyczne wyschnięte bagienne trawy, jezioro, mimo swojego smutnego dystroficznego losu migoczące niebiesko w słońcu… Bardzo byliśmy pod wrażeniem. Zresztą, sami zobaczcie.

 

 

Miła wycieczka bardzo. I powrót też miły

8 grudnia, 2015 9 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńlasmój stylslow lifestylespacer

chrzęst i szelet, szepty cisz…

by Paulina 1 grudnia, 2015

Listopad się skończył.

Dziś, wraz ze zjedzeniem pierwszej mandarynki (ten zapach ostatecznie i nieodwołalnie kojarzy mi się świątecznie Mam tak, że obierając pomarańczową skórkę, prawie słyszę George’a…)
i odpakowaniem pierwszej paczuszki z kalendarza adwentowego (wycinanym, klejonym i rysowanym wczoraj ostatnim listopadowym wieczorem), oficjalnie wkroczyliśmy w rozmigotany, dzwoniący dzwoneczkami, czerwony w kratkę okres bożonarodzeniowy.

Nie mam nic przeciwko niemu, wręcz przeciwnie.

Ale dziś jeszcze zapraszam Was na listopadowość. Jeszcze szarawo – brunatno – błękitnie. Jeszcze cicho, trochę mgliście, trochę tajemniczo. Pisałam już, że lubię listopad. Może dlatego, że jeszcze nie zmęczyło zimno, nie znudziła szarość, deszcz, plucha i wiatr, jeszcze mam w sobie letnie siły. Lubię obserwować ten czas, gdy świat sobie zasypia, wszystko cichnie, uspokaja się, zwalnia.

Spacerowaliśmy sobie rodzinnie, wdychaliśmy sosnowo-wilgotne zapachy, chroniliśmy przed wiatrem, wystawialiśmy buzie do słońca.
Jaki piękny świat.

Mówiłam, że trochę tajemniczo. Spacerujemy, spacerujemy, aż tu nagle z tunelu czasoprzestrzennego wyłonili się tacy dwaj jeźdźcy.
1 grudnia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry