Jestem co prawda od paru dni zanurzona po uszy w polską wieś, i napawam się tym uczuciem, ale dziś zapraszam Was jeszcze na wieczorny spacer po Lyonie.
Na ostatnie dni przyjechał do nas mój Tato, który pomógł nam ogarnąć dzieciaki pałętające się pod nogami z własną – odmienną od naszej – wizją pakowania i przeprowadzki (oraz, przede wszystkim wziął do swojego dużego samochodu większość naszych gratów). Dzięki niemu też udaliśmy się na Romantyczną Randkę. Wieczorem, sami, bez nosideł, ani przyczepki, bez zapasów pieluch i prowiantu. Tylko my, noc i to wspaniałe miasto. I mule. I wino. I siedzenie nad rzeką. Ach, te rzeki wieczorne.
Paulina
Wielka przeprowadzka coraz bliżej, załatwiamy sprawy, zamykamy umowy, wyrzucamy, pakujemy.
Już od jakiegoś czasu myślimy o tej zmianie i targają mną przeróżne uczucia…
Cieszę się i żałuję jednocześnie, tęsknię i wiem, że będę tęskniła…
Dlaczego się cieszę, że wracamy?
Skończyłam filologię romańską, więc język i kultura Francji są mi bliskie. Zresztą nie wyjechaliśmy na koniec świata, Francja to ten sam krąg kulturowy. A jednak nie jesteśmy, nigdy nie bylibyśmy tu u siebie. Nawet nie bardzo mamy prawo sobie ponarzekać na pewne rzeczy, bo to nie nasze… Nie ma poczucia przynależności, nie utożsamiamy się z historią, nie mamy wgranej w świadomości jakiejś popkultury, nie mamy takich samych wspomnień z dzieciństwa z ludźmi w podobnym wieku, nie czujemy mnóstwa drobnych myków.
Pisałam kiedyś o tym, co mnie we Francji wkurza. Totalny brak dbałości o klienta, monstrualna biurokracja, nie wspomniałam chyba wtedy o przegadywaniu każdego, najmniejszego nawet problemu… Nie bez powodu francuski nazywany jest językiem dyplomacji, Francuzi uwielbiają zebrania, spotkania i zgromadzenia, które trwają godzinami, na których się mnóstwo mówi i z których kompletnie nic nie wynika. Niesamowite, że można tyle rozmawiać nic konkretnego nie mówiąc.
Robi się tu trochę niebezpiecznie – zamachy, terroryzm, płonące samochody (po ostatnim święcie narodowym, 14 lipca, spłonęło ich kilkadziesiąt). Smutne w tym wszystkim jest to, że z terroryzmem utożsamiają się młodzi, pozornie zintegrowani Muzułmanie, trzecie pokolenie imigrantów…
Cieszymy się, ze względu na rodzinę -tęsknimy za nimi najzwyczajniej w świecie. Tęsknimy też za przyjaciółmi i znajomymi.
Jest jakaś blokada przy nawiązywaniu przyjaźni. Francuzi są mili, sympatyczni, uprzejmi. A potem jest ściana. Oczywiście nie twierdzę, że zawsze się tak dzieje, ale jednak nie udało nam się tutaj autentycznie zaprzyjaźnić z Francuzami.
Cieszymy się też że wracamy ze względu na wieczorne wyjścia ( wiwat dziadkowie) bardziej i mniej kulturalne. Chociaż w Lyonie imprez najróżniejszego typu jest mnóstwo (np teraz trwa festiwal Nuits de Fourviere, a tam występy m. in. Bjork, Herbie Hancock i Chick Corea, Florence and the Machine, Iggy Pop, Robert Plant, Charlie Winston, Patti Smith…), to zdecydowanie więcej bywamy i używamy w naszym dobrym, małym Lublinie.
Francja jest piękna, niewątpliwie, ale czasem kojarzy mi się z taką idealną dziewczyną, o zawsze ułożonych włosach i perfekcyjnym makijażu, bez miejsca na jakąkolwiek niedoskonałość. Brakuje mi trochę polskich uroczych krajobrazów, takich trochę niedoskonałych, naturalniejszych jakby, z polami i łąkami, powichrowanymi wierzbami płaczącymi, lasami (choć wiem, że w pakiecie dostanę trochę koszmarków architektonicznych z różową blachodachówką, szpetne płoty i szkaradne bilbordy)
W Polsce będziemy urządzać się na swoim. Może świadczy to o mojej przyziemności i małostkowości, ale chcę mieszkać u siebie, malować swoje ściany, ustawiać swoje meble i wybierać swoje lampy.
Kwestia mojego powrotu do pracy. Lublin co prawda nie szaleje w kwestii ofert, ale przynajmniej w Polsce uznaje się moje wykształcenie. Tutaj polskie mgr nie ma kompletnie żadnego znaczenia, liczą się tylko francuskie (bardzo ukierunkowane) szkoły.
A dlaczego żałuję, że wyjeżdżamy?
Bo dobrze nam się tu żyje. Lyon jest arcy przyjaznym miastem, pod wieloma względami. Sam w sobie jest piękny, różnorodny, o imponującym dziedzictwie. Do tego jest wspaniale położony – nad dwoma pięknymi rzekami, w dolinie, otoczony górami mniejszymi idealnymi na małe wycieczki, oddalony o dwie godziny drogi od Alp cudownych i jakieś cztery godziny od morza lazurowego.
Jest cieplej niż w Polsce. Od paru tygodni pogoda trochę przesadza co prawda, ale ten wiosenny luty, dwadzieścia parę stopni w kwietniu i babie lato do listopada, to jednak cudowna sprawa.
Synek zaczął mówić po francusku. Z naciskiem na zaczął, ale widzę, że już naprawdę dużo rozumie, dopytuje, odpowiada, chętnie powtarza… Szkoda, że teraz wyjedziemy i tracimy szanse na dwujęzyczne dziecko.
Bycie imigrantem bywa całkiem przyjemne. Nie angażuje się człowiek, nie strzępi nerwów, bo to w końcu nie moja sprawa. O ile łatwiej kocha się ojczyznę z daleka, idealizując i tęskniąc i wpadając raz na jakiś czas po to by pokorzystać z tego, co najlepsze.
I jedzenie! Targi francuskie, sklepy mięsne z rzeźnikami z prawdziwego zdarzenia, znającymi się na rzeczy, mnogość serów różniących się od siebie niuansikami, pyszne bagietki, makaroniki i croissanty, dostępność najróżniejszości z całego świata… Hobbit we mnie trochę się obawia przyjazdu do kraju świni i zimnioka.
Będzie mi też brakować naszego ulubionego sklepu tutaj, Nature&Découvertes. Sklep jedyny w swoim rodzaju o bardzo fajnym klimacie i z poczuciem misji (ekologia, natura, zrównoważony rozwój i fair trade, odkrywanie piękna świata), z aromaterapią, akcesoriami podróżniczymi (ale w oldschoolowym stylu), z produktami ręcznie robionymi z całego świata, ekologicznymi gadżetami, kosmetykami bio, sprzętem astronomicznym, bardzo piękną etniczną biżuterią, świetnymi zabawkami dla dzieci.
Chcę dodać, że przede wszystkim, od początku planowaliśmy, że spędzimy we Francji tylko
jakiś czas. Mając świadomość tej tymczasowości, cieszyliśmy się tym czasem,
korzystaliśmy, ile wlezie, traktując każdy weekend czy parę wolnych dni
jak Małe Wakacje we Francji i okazję do poznania okolic bliższych i dalszych. Znajomi
Francuzi śmiali się, że zobaczyliśmy więcej w Lyonie i okolicy niż oni sami,
mieszkający tu całe życie.
Ale
jednocześnie ta sama świadomość sprawiła, że czujemy że
nadszedł moment powrotu. Że jakiś czas się skończył i pora rozpocząć
nowy rozdział.
Upały u nas nie odpuszczają. Mamy już wiatrak na szczęście, mamy specjalne sposoby na chłodzenie, może tez się trochę przyzwyczailiśmy.
Generalnie, gdy jest tak gorąco, nie chce się jeść. Do czasu. Gdy wieczorem robi się choć trochę chłodniej, człowiek rzuca się na jedzenie, ze szczególnym upodobaniem gustując w pikantnym i tłustawym. (przynajmniej ja tak mam). Żeby do tego nie dopuścić, nie nie urządzam sobie głodówek w ciągu gorącego dnia, z późnowieczornym nadrabianiem.
Ale co jeść, gdy chce się tylko pić?
Na pewno nie rosołek. Generalnie nic, co wymaga gotowania na ogniu i podnoszenia pracowicie zbijanej temperatury w domu. Niechętnie mięsa. Z przyjemnością świeże sezonowe warzywka, wyroby jogurtowate, wychładzające zioła typu mięta i zimne owoce. Czyli modny ostatnio raw food.
Konkrety.
U nas sprawdza się:
Caprese. Mamy ulubioną panią na targu od której kupujemy absolutnie obłędne pomidory. Duże, nieregularne w kształcie, bardzo wrażliwe na każde uderzenie i szybko się psujące. Wypełnione pomidorowością do granic możliwości, słodkie, soczyste, doskonałe. Z dodatkiem mozzarelli, bazylii, dobrej oliwy i dobrego octu, z gruboziarnistą solą, z bagietką z ulubionej piekarni, są daniem iście królewskim. Jemy tę sałatkę naprawdę często, jest banalnie prosta, i nie możemy się nią znudzić.
Sałatka z arbuza i rzodkiewki z książki „Po prostu gotuj” Pascala Brodnickiego. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego połączenia, ale kiedyś mieliśmy arbuza za dużo i postanowiliśmy spróbować.
Dla dwóch osób potrzebujemy
pół małego arbuza (z lodówki najlepiej) pokrojonego w kostkę
małego ogórka, też w kostkę
szalotkę pokrojoną w cienkie piórka
garść rospzonki
kilka rzodkiewek
garść podprażonych migdałów
w oryginalnym przepisie jeszcze kiełki soi, ale my nie mieliśmy
sos:
łyżka miodu
łyżeczka octu winnego
2 łyżki oleju arachidowego (my mieliśmy z orzechów włoskich)
Jest idealna!
Spaghetti cukiniowe, pisałam już o nim w poście o jedzeniu na piknik.
Guacamole. Pasta z dojrzałego awokado rozgniecionego widelcem, z dodatkiem kolendry, soku z limonki, chili, drobno posiekanego pomidora, czosnku i cebulki. Zjem każdą ilość, zawsze.
Kanapka z tuńczykiem, rucolą i kaparami, z tego bloga.
Stara, dobra maślanka z młodymi ziemniaczkami. To wymaga gotowania co prawda, ale sterczeć nad parującym garnkiem nie trzeba.
(Mam też wielką ochotę na klasyczny chłodnik z botwinki, ale o botwinkę tutaj trudno…)
Gazpacho – hiszpański chłodnik ze zmiksowanych pomidorów, ogórków, zielonej papryki, cebulki i czosnku. Odkryliśmy jedno gotowe, bardzo pyszne z dobrym składem, więc ratuje nas ono jedzeniowo, ogarnia nas Grecja totalna i już nic się nie chce. Lubimy dodać sobie drobno posiekanych warzyw – zieloną paprykę, papryczkę chili, cebulkę i ogórka.
Tzatziki. Zimny ogórek, orzeźwiający jogurt, chłodząca mięta, czosnek. Idealne np do karkówki z grilla (tu już wchodzimy w fazę późnowieczorną).
Macie jeszcze jakieś propozycje?
Jeszcze. Lyon, spacery, zachwyty.
Chciałabym pokazać Wam dzisiaj jeszcze jeden niewielki park – na zboczu góry Fourvière. Zawsze wjeżdżamy na górę zabytkowym tramwajem – funiculaire, oglądamy sobie Lyon z wysoka, a schodzimy właśnie tamtędy. Parc des Hauteurs. Stanowi go przyjemny trawersik, miłe, zacienione placyki z ławkami, gdzieniegdzie rzeźby i fontanny, rozarium.
Bardzo romantyczne miejsce, idealne na popołudniowy spacer. Promienie słońca przeświecają czasem przez liście, oczy odpoczywają wśród tej zacienionej zieleni, śpiewają ptaki, jest trochę tajemniczo i bardzo klimatycznie.
Gdy wychodzi się z parku, trafiamy na stare miasto – objęte patronatem Unesco, przepiękne, rozległe, pełne przepięknych dziedzińców, z klimatycznymi zewnętrznymi klatkami schodowymi, z charakterystycznymi okiennicami. W sumie, co dziwne, mało Wam architektury starego miasta dotychczas pokazałam. Niniejszym nadrabiam:)
![]() |
| Rue Juiverie. Jedna z najstarszych ulic, zamieszkała początkowo przez społeczność Żydowską (stąd nazwa), do 1394, gdy dekretem króla Karola VI, Żydzi zostali wygnani z Francji. |
Ładnie, co?
Podzielę się dzisiaj z Wami przyjemnościami wczesnoletnimi. Początek lata to generalnie jedna wielka przyjemność (no, może poza temperaturami powyżej 35stopni), z zapachami, kolorami, smakami i słońcem, wszystko intensywne na maksa.
Jedzenie:
Ciąg dalszy sezonowości, ach jak ja to uwielbiam.
Początek lata to zdecydowanie
bób – odczarowałam go jakiś czas temu, wcześniej miałam skojarzenie z nieciekawym kartoflowatym fasolo podobnym warzywem. A tu zaskoczenie. Bób jest wspaniały (tutaj kupujemy go w strączkach – i wtedy, taki świeży, ugotowany na parze, jest najlepszy) i zajadaliśmy się nim cały czerwiec. Idealny na prosta sałatkę: pomidory+bób+oliwa z czosnkiem, albo bób z boczkiem, na przekąskę, albo bób z pomidorami i fetą. Wspaniałe są makrony z bobem z Kwestii Smaku, najbardziej lubimy ten, ten i ten.
Pomidory. Zaczęły się już w maju, ale to czerwiec dopełnił je smakiem absolutnie obłędnym, pasującym do wszystkiego, nasza córa piszczy i wyrywa się z wózka, jak zobaczy je na targu. Ostatnio minimum dwa razy w tygodniu jemy caprese, jakoś się nie nudzi.
Czereśnie. Te powodują nie tylko piski pożądania i radości, ale także kłótnie i przepychanki. Ogromne, tak czerwone, że aż czarne, słodkie do granic możliwości, niemożliwie soczyste. Miałam plan raz, czy dwa zrobić clafoutis, ale jakoś nie wyszło…
Odkryte na starówce lody „kwiatowe”. Fantastyczny pomysł – płaci się za wielkość porcji i można bez ograniczeń praktycznie dobierać w ramach tej porcji smaki. Idealna opcja dla mnie, która zawsze mam problem z ograniczeniem się do dwóch smaków (więcej gałek nie jestem w stanie zjeść).
Filmy/seriale
Czerwiec był miesiącem wybitnie serialowym. Skończył się Mad Man, którego uwielbiałam oglądać, dla samej przyjemności oglądania, dla historii Stanów podanej przy okazji, dla kulis reklamy, dla postaci, z którymi zżyłam się tak bardzo, że dzień po obejrzeniu ostatniego odcinka jakoś się snułam w poczuciu nostalgii, jakbym żegnała miłych przyjaciół…
Obejrzeliśmy tez najnowszy sezon Gry o Tron. Dla mnie sezon szczególny o tyle, że tej książki juz nie przeczytałam, nie wiedziałam więc paru (dramatycznych, jak to zazwyczaj w GOT) wydarzeń zupełnie się nie spodziewałam. O ile pierwsze odcinki jakoś nie porwały i miałam poczucie oglądania trochę z obowiązku, niektóre sceny rozczarowały i wydały się jakieś niedorzeczne, to w pewnym momencie historia porwała, wciągnęła i zmiętoliła. Jak zawsze. Czekam tylko aż HBO weźmie się za Wiedźmina. Bardzo czekam.
Dopiero ostatnio, po serialowym szale obejrzeliśmy parę fajnych filmów.
Wiek Adaline. Przyjemna historia, opowiedziana w ładny sposób (czasem może trochę zbyt przewidywalny), trochę bajka, ale dobrze się oglądało.
Kopciuszek. Tak, jest coraz lepiej:) Ale rola Cate Blanchett mnie przekonała. I Helena Bonham Carter. I Stellan Skarsgard. Niby disnejowska bajka, a obejrzałam z prawdziwą przyjemnością. Tu dobra recenzja.
Książki
Venila Kostis zainspirowała mnie do przeczytania książek nominowanych do nagrody Nike. Trochę walczyłam ze sobą, bo to ostatnie chwile we Francji, gdy mogę korzystać z zasobów tutejszej biblioteki, ale uznałam, że ostatecznie, w Polsce też mogę czytać francuskie książki.
Zaczęłam od Matki Makryny Jacka Dehnela. Kompletnie nie wiedziałam, o czym jest ta książka, ale po książki tego autora sięgam już w ciemno. Nie wiedziałam kim była Makryna Mieczysławska, nie znałam jej historii i do końca nie wiedziałam, na ile była ona prawdziwa. (Lubię w ten sposób podchodzić i do książek i do filmów, bez żadnych oczekiwań, bez własnej koncepcji).
w pewnym momencie trochę „na mijaka” zaczęłam czytać fragmenty o rzekomych torturach, w końcu ileż można. Szalenie mi się za to podobało poprowadzeni historii Julki – jej rozmyślań, rozterek i wątpliwości. No i ta przebogata polszczyzna. I historia polskiej emigracji w tle. I ta niepewność dotycząca tego, jak było naprawdę. Bardzo polecam.
Potem był Stasiuk. I stasiukowy „Wschód”. To wybitnie nie podróżnicza książka o podróżowaniu. Bardzo często w czasie. I we własnej głowie, własnych przekonaniach i wspomnieniach autora. Książka gadana, nostalgiczna. Jeśli podejdzie się do niej z odpowiednim nastawieniem (że to Stasiuk a nie Cejrowski czy Michniewicz), to bardzo dobrze się czyta. Ale nie za szybko.
I „Zawód bloger” Joanny Glogazy. Książka która dała mi trochę do myślenia kierunku, w jakim chcę rozwijać bloga.
Muzyka
W ostatnim czasie nic nowego nie odkryliśmy, ale mogę stwierdzić, że nasze weekendowe śniadania zdominował Sting (głównie za sprawą jego największego fana naszym domu, czyli trzyletniego synka). Moje popołudniowe happy hours – Cannonball Adderley i jego Bossa Nova i Stacey Kent. A wieczory Bonobo na zmianę z Boards of Canada.
Wspomnę jeszcze o (nietypowych dla nas ostatnio) doświadczeniach muzyki na żywo. O festiwalach muzycznych z dziećmi więcej pisałam tu.
Inspiracje mieszkaniowe.
Wspomniałam już, że niedługo wracamy do Polski. W związku z tym już rozpoczęliśmy szukania odpowiedniego lokum. Ostatnie tygodnie to było prawdziwe szaleństwo. Oglądanie (wirtualne) setek mieszkań i godziny na blogach wnętrzarskich i Pintereście… Trochę odpuściłam już, bo w sumie żadnej ostatecznej decyzji teraz nie podejmiemy, ale na różne pomysły wnętrzarskie chętnie zerkam. Może możecie coś polecić?
Goście z Polski
Niby niedługo wracamy, ale i tak miło jest gościć tu starych przyjaciół i rodzinę.
Dopiero takie wizyty uświadamiają, jak bardzo tęsknimy za bliskimi i jak trudno znaleźć tu faktycznie serdecznych przyjaciół i naprawdę się do kogoś zbliżyć.
Rzeka. A nawet rzeki.
To cudowna rzecz tutaj w Lyonie. Mają aż dwie rzeki, które nie tylko fajnie dzielą miasto, to jeszcze są wspaniale zagospodarowane. Idealne na orzeźwiający spacer, na mały relaks na kocu, na wieczorne spotkanie ze znajomymi. Przy brzegu Rodanu są barki z knajpami, poza tym ścieżki rowerowe i spacerowe, place zabaw, trochę trawy, drewniane leżaki i ławeczki, instalacje artystyczne… Świetna sprawa!
Letnie wypady. Nad jezioro, pod miasto, w góry.
Zapach lip. Uwielbiam. Jeden z moich ulubionych, przywołujących najlepsze skojarzenia, intensywny i słodki. Esencja lata.
Jakie są Wasze największe przyjemności latem?
W Lyonie zabrakło wentylatorów.
Gorąco.
Upały nie odpuszczają od paru dobrych tygodni. I kiedy ostatnio złamaliśmy się (bo mając w perspektywie przeprowadzkę nie chcieliśmy nabywać kolejnych wielkogabarytowych przedmiotów…) i postanowiliśmy kupić trochę chłodzącego wiatru, okazało się, że tak łatwo nie jest, wentylatorowe półki świeca pustkami, a wszystko, co przyjdzie sprzedaje się 10 minut po dostawie. Można się przenieść w czasie o jakieś trzydzieści lat i w przestrzeni trochę na wschód… Kiedy w kolejnym sklepie się nie udało (nie mając chodów w komitecie ani dziecka na ręku), zamówiliśmy drogocenny sprzęt w Polsce.
Gorąco.
Trochę się nie dziwię narodom południowym, że nie dają rady napędzać gospodarki. W takiej temperaturze się nie da po prostu. Myśleć, działać, załatwiać. Myśleć można o śniegu. A załatwiać orzeźwiające napoje. I walczyć o mniej niż 30st w domu.
Gorąco.
Trwamy jakoś, zwodzeni wizją burzy (zapowiadana od paru dni) i lekkiego ochłodzenia. Pijemy dużo. Wodę z miętą. Chłodną zieloną herbatę. Yerba mate zaparzane lodowatą wodą. Wodę z cytryną. Chłodną meliskę. Zimny cydr. Jemy wychładzacze różne. Maślankę, gazpacho, sałatki, arbuzy. Jeździmy nad rzekę, nad jezioro, albo do fontanny chociaż. Wychodzimy przed południem, gdy jeszcze jest poniżej 35st w cieniu i czasem zawiewa świeżością. Zamykamy rolety w mieszkaniu. Psikamy się wodą termalną w sprayu. Ubieramy się przewiewnie. I jeszcze, patent internetowy z przed paru dni – polewamy (przez ok 10 min) nadgarstki lodowata wodą, (działa!).
Dzisiaj trochę inaczej.
Przeczytałam ostatnio ebooka Joasi Glogazy, „Zawód Bloger” i uderzyło mnie, jak bardzo zielona jestem w wielu kwestiach związanych z blogowaniem. Mimo pięciu lat dość regularnego publikowania. Skupiałam się na zawartości, totalnie odpuszczając sprawy promocji, czy aspekty technologiczne.
To miejsce było (i jest) też moją odpoczywalnią, lubię je, jestem z niego dumna i nigdy nie chciałam tutaj pracować, pisać z obowiązku, zastanawiać się nad artykułami pod publikę, słowami kluczowymi i przyciągającym tytułem. Dotychczasowe propozycje współpracy odrzucałam trochę z automatu, strasznie bojąc się utraty autentyczności.
I w sumie nawet lubiłam tą moją technologiczną nieporadność, wychodząc z założenia, że to blog przecież, a nie profesjonalny portal.
Blog nie kwalifikuje się chyba do żadnej kategorii (zresztą na ogół uciekam od kategorii i etykietowania). Zaczynałam od wpisów szafiarskich, pojawiło się trochę podróży, trochę rozmyślań, trochę kultury, trochę tematów związanych z dziećmi. Ale zawsze miałam z tyłu głowy nazwę tego bloga. Odpoczywalnia. Miejsce świadomego odpoczynku i cieszenia się codziennością. Blog o dobrym, pełnym życiu. Może kategoria to „slow lifestyle”?
W ostatnich miesiącach dostałam trochę miłych dowodów uznania, świadczących o tym, że blog dociera do naprawdę wartościowych czytelników. Zaczęto wspominać o mnie w ambitnych miejscach w internecie, a nawet w prasie papierowej.
Pomyślałam sobie, że chyba warto byłoby zawalczyć o szerszą publiczność. Że w końcu skoro piszę, to chcę, żeby to czytano.
Nie lubię nachalnej promocji, zawsze byłam zwolennikiem opcji „najpierw jakość, potem otoczka”. I jeszcze „rób swoje, jak będziesz w tym dobra, to cię znajda i docenią”. Ale przyszedł chyba czas popracować nad otoczką.
Czas chyba nadszedł na przeniesienie się na własne podwórko. Domena wykupiona od paru lat, trzeba to teraz ogarnąć..
I tu prośba do Was, drodzy czytelnicy. Zakładam, że przychodzicie tutaj, bo Wam się podoba:) Proszę Was o opinie, o sugestie i rady. Jak tu trafiliście? Dlaczego zostaliście? Za co cenicie właśnie ten blog? Co powinnam zmienić? Nad czym popracować? Czego chcecie więcej? Co jest słabe, nudne, niepotrzebne? Ci z Was, którzy są na własnej domenie – co powinnam wiedzieć, na co uważać, o czym pamiętać?
Będę Wam niesamowicie wdzięczna za pomoc, wszelkie komentarze, mejle i wiadomości na fb:)
To był prawdopodobnie ostatni wypad w Alpy w najbliższym czasie. Ostatni, ale za to niezapomniany. Bajkowa zupełnie rzeczywistość, odlot estetyczny, ta jedyna w swoim rodzaju medytacja kroków i oddechu, górska, nasycona brzmieniami cisza… Będzie mi tego brakować.
Wiedząc, że życie potomstwo jak zwykle zweryfikuje nasze plany dotyczące wczesnego wyjazdu zaraz po szybkim śniadaniu i do samochodu zapakujemy się koło 11, postanowiliśmy dojechać na miejsce już w piątek. To oznaczało biwak w górach, z pięknym widokiem i milionami komarów. A w sobotę, już o 10 rano byliśmy na szlaku.
Szlaku, który uparcie, bezustannie i bezlitośnie prowadził w górę. Niby o to chodzi, ale miło, jak przy podejściu zdarzają się też wypłaszczone fragmenty pozwalające wyrównać oddech. Ale w końcu, po stu latach trawersowania wyszliśmy z lasu, a tam, tradycyjnie już, obłędne widoki wynagradzały trud (Podziwiałam je, gdy tylko pot nie zalewał mi oczu – w końcu wraz z lasem skończył się cień. I gdy nie patrzyłam z zawiścią na radośnie i bez wysiłku wbiegające grupki ludzi obciążonych niewielkimi plecaczkami z wodą).
Ale udało się koło południa dotrzeć na pierwszy punkt naszej
wycieczki, czyli Lac du Crozet. Cudowne jezioro polodowcowe, idealnie
przezroczyste, doskonale lodowate, wspaniale lazurowe. A tam, jak
przystało na prawdziwych Francuzów,
zjedliśmy obiad (nic specjalnego tym razem – liofilizaty, dziaciaki
wystarczająco nas dociążyły), odpoczęliśmy trochę, wymoczyliśmy nogi
żałując że nie mamy przy sobie kostiumów kąpielowych – okazało się, że zdecydowana
większość z mijających nas beztroskich luzaków wspięła się nad jezioro
dla samego jeziora i kąpieli w nim, spędzili miłe chwile wpatrując się w zimną toń, a inni wrzucali kamyczki
do wody (kamyczki największą atrakcją każdego wyjazdu – niezależnie, na
plac zabaw czy w Alpy).
Morale poprawione, ruszyliśmy
dalej, na przełęcz Col de la Pra, i do schroniska położonego obok. Trasa
przepiękna, a widoki obłędne. Na miejscu, poza kawką, była jeszcze
dość zaskakująca część artystyczna – na 2100m. n.p.m. nie spodziewaliśmy się
mini koncertu folkowego i nauki tańców tradycyjnych… Potańczyliśmy
więc sobie chwilę ( na scenie alternatywnej, dzieci nie uznały
narzuconych z góry kroków) i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Było pięknie, góry z dziećmi są super, choć muszę przyznać, że ciężar naszej (lekkiej w sumie) córki i paru niezbędników dał mi się we znaki, i moje przeciążone kolano raczej mnie nie lubi…
A dzieciorzyzna zadowolona, pierwszą rzeczą jaką zrobili oboje następnego dnia rano, było wejście do nosideł… W sumie to im się nie dziwię i bardzo się cieszę, że przyjmują takie wycieczki w taki naturalny sposób, trochę mimochodem nasiąkają pasją, aktywnością i podziwem dla świata.
Warto, choć następny górski wypad planujemy już nie w roli mułów pociągowych. Na plecach woda i kurtka przeciwdeszczowa, na ustach piosenka, w głowie beztroska a przed oczami raj…
W prehistorycznych czasach bez dzieci uwielbialiśmy koncerty i festiwale muzyczne (na jednym z takich festiwali zostaliśmy parą…13 lat temu:) )
Ale odkąd mieszkamy we Francji i nie mamy komu podrzucić drobiazgu, ta przyjemność nas omija. Odpuściliśmy temat.
Za sprawą jednak dwóch wydarzeń z ostatnich tygodni sytuacja ciut się poprawiła – na tyle tylko żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie słuchania muzyki na żywo. I żeby zatęsknić mocno.
Pierwsze miało miejsce 21 czerwca, gdy cała Francja zatraca się w
muzycznej uczcie. (tak było podczas Święta Muzyki w 2014 roku. A
przynajmniej na początku). W tym roku zapakowaliśmy młodzież do nosideł,
zaopatrzyliśmy w prowiant i przytulanki, i ruszyliśmy w miasto.
Przez
parę godzin, do (niezbyt późnej) nocy, mieliśmy okazję poskakać w
rytmie reggae, romantycznie potańczyć przy fontannie, do pięknie
wykonanych jazzowych standardów, posłuchać kapitalnej orkiestry dętej,
uciekać od zbyt głośnych bitów i zbyt mocnego rocka, i przystawać przy
paru jeszcze scenach.
Dzieci nie narzekały, początkowo nawet uczestniczyły aktywnie, później córa zasnęła, a synek był zadowolony, że doczekał 'ksiełzyca’. Dobrze, że wzięliśmy nosidła, a nie np wózek i rowerek, czy nawet przyczepkę. Przy takiej ilości ludzi, dzieciom na pewno lepiej było na górze, a nie wśród nóg tłumu.
Cieszę się, że udało nam się zażyć trochę imprezy, mimo trzylatka i roczniaka na plecach.
Druga impreza pozostawiła większy niedosyt. W Vienne, miasteczku oddalonym 30km
od Lyonu, od 35 lat odbywa się festiwal jazzowy. O jego renomie
świadczą muzycy w nim uczestniczący – w tym roku między innymi Marcus
Miller, Melody Gardot, George Benson czy Sting. Chcąc liznąć choć trochę tej
atmosfery, zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodu i ruszyliśmy
na koncerty dzienne i otwarte dla wszystkich. Nie zdążyliśmy niestety
na pierwszą część, dlatego pokrążyliśmy trochę po miasteczku (Samo w
sobie zdecydowanie warte zobaczenia. Byliśmy tam przy okazji naszej pierwszej wycieczki Via Rhona. To miasto jeszcze z czasów starożytnych, z mnóstwem antycznych zabytków – w
największym z nich, ogromnym amfiteatrze rzymskim, odbywają
się główne koncerty.)
![]() |
| Amfiteatr. Jeden z największych w starożytnym świecie. W czasach świetności mieścił nawet 13tys. widzów. Tu widok z pobliskiego wzgórza. |
Po południu udało się być na małych
koncertach w parku. Nawet trochę posiedzieliśmy, nawet udało się
zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać w muzykę (córa tańczyła, kokietowała pozostałych widzów, a
synek nawet posiedział chwilę z nami robiąc wrażenie że słucha). Dość
szybko jednak roczny wspinacz zauważył schody, czyli najlepsze wyzwanie, więc w mig porzucił pląsy, zalotne uśmiechy i zabawę w akuku z współsłuchaczami, a trzyletni meloman zaczął odczuwać brak popołudniowej drzemki i
upał, co zawsze oznacza marudy i jęki, więc nie chcąc psuć innym wrażeń,
musieliśmy się ewakuować. W drodze do samochodu smętnie zerkaliśmy na
coraz to nowe grupy rozkładające swoje saksofony i kontrabasy by grać na
ulicach…
Tak że ten. Jazzu posłuchaliśmy w domu, jak już młodzież poszła spać.
Ostatnia refleksja nie jest więc
najpozytywniejsza ( ani najbardziej odkrywcza)… Koncerty i festiwale są
fajniejsze bez dzieci. Pewnie łatwiej byłoby z pojedynczym dzieckiem,
może łatwiej będzie jak będą trochę starsze… Tymczasem jednak, następnym razem, dzieciom zorganizujemy imprezę u dziadków, a sami posłuchamy trochę muzyki z zamkniętymi oczami.
Wiadomo, ze bycie rodzicem zdecydowanie zmienia postrzeganie świata, i otwiera nowy rozdział w życiu. Nowe życie, nowy człowiek, nowe umiejętności do wpisania w cv.
Ale okazuje się tez, ze jest szereg spraw, których nie docenilibyśmy, czy wręcz nie zauważyli, gdyby nie dzieci.
Sen
„Szkoda czasu na sen”? No nie szkoda. Nieprzespane nie z własnej woli noce maja ogromny wpływ na wszystko – koncentracje, cierpliwość, nastrój ogólny, ogarniecie, pomysłowość. Niesamowite, jak porządna dawka nieprzerywanego snu poprawia jakość życia. Tak banalne i oczywiste, ze aż często zapominane
Cisza
Gdy trzylatek nie przestaje gadać (oczekując natychmiastowej reakcji, odpowiedzi, lub co najmniej potwierdzenia), a roczniak… tez nie przestaje gadać (a niedobory słownictwa nadrabia dobrymi chęciami, natężeniem decybeli lub rękoczynami), gdy ich radosne gadanie zmienia się w płacz, jęki lub pisk… Wtedy cisza staje się najwspanialszym dźwiękiem do słuchania.
Czyste ciuchy
W rzeczywistości pełnej brudnych łapek i buź, zabaw w piasku, pyle i na trawie, glutów, łez i innych, czysta koszulka jest rzadkością i zawsze jestem bardzo zaskoczona, gdy uda mi się dotrwać do wieczora bez przebierania się, albo gdy nie ma nic do prania.
Porządek w domu
Stan nieosiągalny. Zwlaszcza przy rocznej córce, dla której punktem honoru jest wyjęcie maksymalnej ilości rzeczy z półek w minimalnie krótkim czasie. Jest w bałaganieniu bardzo metodyczna i dokładna, nie ominie żadnej skarpetki zrzucając świeżo powieszone pranie, wyjmuje i ogląda każda książeczkę, bada (i smakuje) każdą kredkę brata do której uda jej się dobrać. Wygląda to dokładnie tak.
Pozornie małe sukcesy (dziecka i rodzica).
Schodzenie z łóżka i chodzenie jako takie, podskakiwanie, nabicie widelcem oliwki, włożenie butów; a także wybranie się na spacer szybciej niż w 40minut, wypicie całej, gorącej kawy, wyprawa z przychówkiem na targ po zakupy, uśpienie obojga w tym samym czasie, zrobienie obiadu z asyst głodnych piskląt… To wszystko daje całe mnóstwo satysfakcji i dumy, codzienni człowiek czuje się jakby podpisywał ważny kontrakt.
Male cudowności
Istnieją specjalne poradniki i kursy mindfulness, treningi uważności. A rodzic ma najlepiej wykwalifikowanego trenera na co dzień. Nikt tak jak dziecko nie praktykuje uważności, nie jest zanurzone po uszy w rzeczywistości, nie kontempluje świata i jego małych – wielkich cudów. „Wszystko co znam to wyłącznie cuda. Czy stoję pod
drzewami w lesie, czy rozmawiam za dnia z kimś, kogo kocham. Podziw
budzące owady w powietrzu, cienka krzywizna wiosennego nowiu, to dla
mnie cuda, całość pełna powiązań , a jednak każdy cal przestrzeni jest
cudem. Codzienny zwykły trud. Codzienny zwyczajny cud…. „*
Zdecydowanie, myślę, moim brudnym, budzącym się w nocy, głośnym odkrywcom należą się podziękowania… Jak to wygląda u Was? Jestem bardzo ciekawa innych nieoczywistych korzyści z rodzicielstwa:)

Jeśli spodobał Wam się ten post, będę wdzięczna za lajkowanie i udostępnianie:)
*Walt Whitman, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć kilkulatek. Zwłaszcza to o owadach.






























































































