Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćprzyjemnościslow lifestyle

wczesnoletnie przyjemności

by Paulina 16 lipca, 2015

Podzielę się dzisiaj z Wami przyjemnościami wczesnoletnimi. Początek lata to generalnie jedna wielka przyjemność (no, może poza temperaturami powyżej 35stopni), z zapachami, kolorami, smakami i słońcem, wszystko intensywne na maksa.

Jedzenie:

Ciąg dalszy sezonowości, ach jak ja to uwielbiam.
Początek lata to zdecydowanie
bób – odczarowałam go jakiś czas temu, wcześniej miałam skojarzenie z nieciekawym kartoflowatym fasolo podobnym warzywem. A tu zaskoczenie. Bób jest wspaniały (tutaj kupujemy go w strączkach – i wtedy, taki świeży, ugotowany na parze, jest najlepszy) i zajadaliśmy się nim cały czerwiec. Idealny na prosta sałatkę: pomidory+bób+oliwa z czosnkiem, albo bób z boczkiem, na przekąskę, albo bób z pomidorami i fetą. Wspaniałe są makrony z bobem z Kwestii Smaku, najbardziej lubimy ten, ten i ten.

Pomidory. Zaczęły się już w maju, ale to czerwiec dopełnił je smakiem absolutnie obłędnym, pasującym do wszystkiego, nasza córa piszczy i wyrywa się z wózka, jak zobaczy je na targu. Ostatnio minimum dwa razy w tygodniu jemy caprese, jakoś się nie nudzi.

Czereśnie. Te powodują nie tylko piski pożądania i radości, ale także kłótnie i przepychanki. Ogromne, tak czerwone, że aż czarne, słodkie do granic możliwości, niemożliwie soczyste. Miałam plan raz, czy dwa zrobić clafoutis, ale jakoś nie wyszło…

Odkryte na starówce lody „kwiatowe”. Fantastyczny pomysł – płaci się za wielkość porcji i można bez ograniczeń praktycznie dobierać w ramach tej porcji smaki. Idealna opcja dla mnie, która zawsze mam problem z ograniczeniem się do dwóch smaków (więcej gałek nie jestem w stanie zjeść).

Filmy/seriale

Czerwiec był miesiącem wybitnie serialowym. Skończył się Mad Man, którego uwielbiałam oglądać, dla samej przyjemności oglądania, dla historii Stanów podanej przy okazji, dla kulis reklamy, dla postaci, z którymi zżyłam się tak bardzo, że dzień po obejrzeniu ostatniego odcinka jakoś się snułam w poczuciu nostalgii, jakbym żegnała miłych przyjaciół…

Obejrzeliśmy tez najnowszy sezon Gry o Tron. Dla mnie sezon szczególny o tyle, że tej książki juz nie przeczytałam, nie wiedziałam więc paru (dramatycznych, jak to zazwyczaj w GOT) wydarzeń zupełnie się nie spodziewałam. O ile pierwsze odcinki jakoś nie porwały i miałam poczucie oglądania trochę z obowiązku, niektóre sceny rozczarowały i wydały się jakieś niedorzeczne, to w pewnym momencie historia porwała, wciągnęła i zmiętoliła. Jak zawsze. Czekam tylko aż HBO weźmie się za Wiedźmina. Bardzo czekam.

Dopiero ostatnio, po serialowym szale obejrzeliśmy parę fajnych filmów.

Wiek Adaline. Przyjemna historia, opowiedziana w ładny sposób (czasem może trochę zbyt przewidywalny), trochę bajka, ale dobrze się oglądało.

Kopciuszek. Tak, jest coraz lepiej:) Ale rola Cate Blanchett mnie przekonała. I Helena Bonham Carter. I Stellan Skarsgard. Niby disnejowska bajka, a obejrzałam z prawdziwą przyjemnością. Tu dobra recenzja.

Książki

Venila Kostis zainspirowała mnie do przeczytania książek nominowanych do nagrody Nike. Trochę walczyłam ze sobą, bo to ostatnie chwile we Francji, gdy mogę korzystać z zasobów tutejszej biblioteki, ale uznałam, że ostatecznie, w Polsce też mogę czytać francuskie książki.

Zaczęłam od Matki Makryny Jacka Dehnela. Kompletnie nie wiedziałam, o czym jest ta książka, ale po książki tego autora sięgam już w ciemno. Nie wiedziałam kim była Makryna Mieczysławska, nie znałam jej historii i do końca nie wiedziałam, na ile była ona prawdziwa. (Lubię w ten sposób podchodzić i do książek i do filmów, bez żadnych oczekiwań, bez własnej koncepcji).
w pewnym momencie trochę „na mijaka” zaczęłam czytać fragmenty o rzekomych torturach, w końcu ileż można. Szalenie mi się za to podobało poprowadzeni historii Julki – jej rozmyślań, rozterek i wątpliwości. No i ta przebogata polszczyzna. I historia polskiej emigracji w tle. I ta niepewność dotycząca tego, jak było naprawdę. Bardzo polecam.

Potem był Stasiuk. I stasiukowy „Wschód”. To wybitnie nie podróżnicza książka o podróżowaniu. Bardzo często w czasie. I we własnej głowie, własnych przekonaniach i wspomnieniach autora. Książka gadana, nostalgiczna. Jeśli podejdzie się do niej z odpowiednim nastawieniem (że to Stasiuk a nie Cejrowski czy Michniewicz), to bardzo dobrze się czyta. Ale nie za szybko.

I „Zawód bloger” Joanny Glogazy. Książka która dała mi trochę do myślenia  kierunku, w jakim chcę rozwijać bloga.

Muzyka

W ostatnim czasie nic nowego nie odkryliśmy, ale mogę stwierdzić, że nasze weekendowe śniadania zdominował Sting (głównie za sprawą jego największego fana naszym domu, czyli trzyletniego synka). Moje popołudniowe happy hours – Cannonball Adderley i jego Bossa Nova i Stacey Kent. A wieczory Bonobo na zmianę z Boards of Canada.

Wspomnę jeszcze o (nietypowych dla nas ostatnio) doświadczeniach muzyki na żywo. O festiwalach muzycznych z dziećmi więcej pisałam tu.

Inspiracje mieszkaniowe.

Wspomniałam już, że niedługo wracamy do Polski. W związku z tym już rozpoczęliśmy szukania odpowiedniego lokum. Ostatnie tygodnie to było prawdziwe szaleństwo. Oglądanie (wirtualne) setek mieszkań i godziny na blogach wnętrzarskich i Pintereście… Trochę odpuściłam już, bo w sumie żadnej ostatecznej decyzji teraz nie podejmiemy, ale na różne pomysły wnętrzarskie chętnie zerkam. Może możecie coś polecić?

Goście z Polski

Niby niedługo wracamy, ale i tak miło jest gościć tu starych przyjaciół i rodzinę.
Dopiero takie wizyty uświadamiają, jak bardzo tęsknimy za bliskimi i jak trudno znaleźć tu faktycznie serdecznych przyjaciół i naprawdę się do kogoś zbliżyć.

Rzeka. A nawet rzeki.

To cudowna rzecz tutaj w Lyonie. Mają aż dwie rzeki, które nie tylko fajnie dzielą miasto, to jeszcze są wspaniale zagospodarowane. Idealne na orzeźwiający spacer, na mały relaks na kocu, na wieczorne spotkanie ze znajomymi. Przy brzegu Rodanu są barki z knajpami, poza tym ścieżki rowerowe i spacerowe, place zabaw, trochę trawy, drewniane leżaki i ławeczki, instalacje artystyczne… Świetna sprawa!

Letnie wypady. Nad jezioro, pod miasto, w góry.

Zapach lip. Uwielbiam. Jeden z moich ulubionych, przywołujących najlepsze skojarzenia, intensywny i słodki. Esencja lata.

Jakie są Wasze największe przyjemności latem?

16 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlatoLyonmój styl

Kanikuła

by Paulina 12 lipca, 2015

W Lyonie zabrakło wentylatorów.
Gorąco.
Upały nie odpuszczają od paru dobrych tygodni. I kiedy ostatnio złamaliśmy się (bo mając w perspektywie przeprowadzkę nie chcieliśmy nabywać kolejnych wielkogabarytowych przedmiotów…) i postanowiliśmy kupić trochę chłodzącego wiatru, okazało się, że tak łatwo nie jest, wentylatorowe półki świeca pustkami, a wszystko, co przyjdzie sprzedaje się 10 minut po dostawie. Można się przenieść w czasie o jakieś trzydzieści lat i w przestrzeni trochę na wschód… Kiedy w kolejnym sklepie się nie udało (nie mając chodów w komitecie ani dziecka na ręku), zamówiliśmy drogocenny sprzęt w Polsce. 

Gorąco.
Trochę się nie dziwię narodom południowym, że nie dają rady napędzać gospodarki. W takiej temperaturze się nie da po prostu. Myśleć, działać, załatwiać. Myśleć można o śniegu. A załatwiać orzeźwiające napoje. I walczyć o mniej niż 30st w domu.

Gorąco.
Trwamy jakoś, zwodzeni wizją burzy (zapowiadana od paru dni) i lekkiego ochłodzenia. Pijemy dużo. Wodę z miętą. Chłodną zieloną herbatę. Yerba mate zaparzane lodowatą wodą. Wodę z cytryną. Chłodną meliskę. Zimny cydr. Jemy wychładzacze różne. Maślankę, gazpacho, sałatki, arbuzy. Jeździmy nad rzekę, nad jezioro, albo do fontanny chociaż. Wychodzimy przed południem, gdy jeszcze jest poniżej 35st w cieniu i czasem zawiewa świeżością. Zamykamy rolety w mieszkaniu. Psikamy się wodą termalną w sprayu. Ubieramy się przewiewnie. I jeszcze, patent internetowy z przed paru dni – polewamy (przez ok 10 min) nadgarstki lodowata wodą, (działa!).


12 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

blogowanie

by Paulina 9 lipca, 2015

Dzisiaj trochę inaczej.

Przeczytałam ostatnio ebooka Joasi Glogazy, „Zawód Bloger” i uderzyło mnie, jak bardzo zielona jestem w wielu kwestiach związanych z blogowaniem. Mimo pięciu lat dość regularnego publikowania. Skupiałam się na zawartości, totalnie odpuszczając sprawy promocji, czy aspekty technologiczne.

To miejsce było (i jest) też moją odpoczywalnią, lubię je, jestem z niego dumna i nigdy nie chciałam tutaj pracować, pisać z obowiązku, zastanawiać się nad artykułami pod publikę, słowami kluczowymi i przyciągającym tytułem. Dotychczasowe propozycje współpracy odrzucałam trochę z automatu, strasznie bojąc się utraty autentyczności.
I w sumie nawet lubiłam tą moją technologiczną nieporadność, wychodząc z założenia, że to blog przecież, a nie profesjonalny portal.

Blog nie kwalifikuje się chyba do żadnej kategorii (zresztą na ogół uciekam od kategorii i etykietowania). Zaczynałam od wpisów szafiarskich, pojawiło się trochę podróży, trochę rozmyślań, trochę kultury, trochę tematów związanych z dziećmi. Ale zawsze miałam z tyłu głowy nazwę tego bloga. Odpoczywalnia. Miejsce świadomego odpoczynku i cieszenia się codziennością. Blog o dobrym, pełnym życiu. Może kategoria to „slow lifestyle”?

W ostatnich miesiącach dostałam trochę miłych dowodów uznania, świadczących o tym, że blog dociera do naprawdę wartościowych czytelników. Zaczęto wspominać o mnie w ambitnych miejscach w internecie, a nawet w prasie papierowej.
Pomyślałam sobie, że chyba warto byłoby zawalczyć o szerszą publiczność. Że w końcu skoro piszę, to chcę, żeby to czytano.

Nie lubię nachalnej promocji, zawsze byłam zwolennikiem opcji „najpierw jakość, potem otoczka”. I jeszcze „rób swoje, jak będziesz w tym dobra, to cię znajda i docenią”. Ale przyszedł chyba czas popracować nad otoczką.

Czas chyba nadszedł na przeniesienie się na własne podwórko. Domena wykupiona od paru lat, trzeba to teraz ogarnąć..

I tu prośba do Was, drodzy czytelnicy. Zakładam, że przychodzicie tutaj, bo Wam się podoba:) Proszę Was o opinie, o sugestie i rady. Jak tu trafiliście? Dlaczego zostaliście? Za co cenicie właśnie ten blog? Co powinnam zmienić? Nad czym popracować? Czego chcecie więcej? Co jest słabe, nudne, niepotrzebne? Ci z Was, którzy są na własnej domenie – co powinnam wiedzieć, na co uważać, o czym pamiętać?

Będę Wam niesamowicie wdzięczna za pomoc, wszelkie komentarze, mejle i wiadomości na fb:)

9 lipca, 2015 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiFrancjagórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Alpy z dziećmi i namiotem

by Paulina 6 lipca, 2015

alpy z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi,

To był prawdopodobnie ostatni wypad w Alpy w najbliższym czasie. Ostatni, ale za to niezapomniany. Bajkowa zupełnie rzeczywistość, odlot estetyczny, ta jedyna w swoim rodzaju medytacja kroków i oddechu, górska, nasycona brzmieniami cisza… Będzie mi tego brakować.

Harce na łące

Wiedząc, że życie potomstwo jak zwykle zweryfikuje nasze plany dotyczące wczesnego wyjazdu zaraz po szybkim śniadaniu i do samochodu zapakujemy się koło 11, postanowiliśmy dojechać na miejsce już w piątek. To oznaczało biwak w górach, z pięknym widokiem i milionami komarów. A w sobotę, już o 10 rano byliśmy na szlaku.

 
Na biwaku. Drobiazg, niepilnowany, zaczyna się rozłazić.

Szlaku, który uparcie, bezustannie i bezlitośnie prowadził w górę. Niby o to chodzi, ale miło, jak przy podejściu zdarzają się też wypłaszczone fragmenty pozwalające wyrównać oddech. Ale w końcu, po stu latach trawersowania wyszliśmy z lasu, a tam, tradycyjnie już, obłędne widoki wynagradzały trud (Podziwiałam je, gdy tylko pot nie zalewał mi oczu – w końcu wraz z lasem skończył się cień. I gdy nie patrzyłam z zawiścią na radośnie i bez wysiłku wbiegające grupki ludzi obciążonych niewielkimi plecaczkami z wodą).

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

nosidło górskie, deuter, trekking z małymi dziećmi

Ale udało się koło południa dotrzeć na pierwszy punkt naszej
wycieczki, czyli Lac du Crozet. Cudowne jezioro polodowcowe, idealnie
przezroczyste, doskonale lodowate, wspaniale lazurowe. A tam, jak
przystało na prawdziwych Francuzów,
zjedliśmy obiad (nic specjalnego tym razem – liofilizaty, dziaciaki
wystarczająco nas dociążyły), odpoczęliśmy trochę, wymoczyliśmy nogi
żałując że nie mamy przy sobie kostiumów kąpielowych – okazało się, że zdecydowana
większość z mijających nas beztroskich luzaków wspięła się nad jezioro
dla samego jeziora i kąpieli w nim, spędzili miłe chwile wpatrując się w zimną toń, a inni wrzucali kamyczki
do wody (kamyczki największą atrakcją każdego wyjazdu – niezależnie, na
plac zabaw czy w Alpy).

Morale poprawione, ruszyliśmy
dalej, na przełęcz Col de la Pra, i do schroniska położonego obok. Trasa
przepiękna, a widoki obłędne. Na miejscu, poza kawką, była jeszcze
dość zaskakująca część artystyczna –  na 2100m. n.p.m. nie spodziewaliśmy się
mini koncertu folkowego i nauki tańców tradycyjnych… Potańczyliśmy
więc sobie chwilę ( na scenie alternatywnej, dzieci nie uznały
narzuconych z góry kroków) i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Część artystyczna w schronisku. Scena alternatywna nie odpuszcza i zdobywa serca publiczności.
Tańczymy!
Przyznam, że miałam podczas całej imprezy niejakie poczucie absurdu, wśród tych gór…

Koń drogę do domu zna…

Zdjęcie butów i zmiana ciuchów działa prawdziwie uzdrawiająco

Było pięknie, góry z dziećmi są super, choć muszę przyznać, że ciężar naszej (lekkiej w sumie) córki i paru niezbędników dał mi się we znaki, i moje przeciążone kolano raczej mnie nie lubi…
A dzieciorzyzna zadowolona, pierwszą rzeczą jaką zrobili oboje następnego dnia rano, było wejście do nosideł… W sumie to im się nie dziwię i bardzo się cieszę, że przyjmują takie wycieczki w taki naturalny sposób, trochę mimochodem nasiąkają pasją, aktywnością i podziwem dla świata.

Warto, choć następny górski wypad planujemy już nie w roli mułów pociągowych. Na plecach woda i kurtka przeciwdeszczowa, na ustach piosenka, w głowie beztroska a przed oczami raj…

6 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckokultura z dzieckiemkulturalnieprzyjemnościrozmyślania

Czy warto brać dzieci na imprezę muzyczną?

by Paulina 1 lipca, 2015

W prehistorycznych czasach bez dzieci uwielbialiśmy koncerty i festiwale muzyczne (na jednym z takich festiwali zostaliśmy parą…13 lat temu:) )
Ale odkąd mieszkamy we Francji  i nie mamy komu podrzucić drobiazgu, ta przyjemność nas omija. Odpuściliśmy temat.
Za sprawą jednak dwóch wydarzeń z ostatnich tygodni sytuacja ciut się poprawiła – na tyle tylko żeby przypomnieć sobie to wspaniałe uczucie słuchania muzyki na żywo. I żeby zatęsknić mocno.

Pierwsze miało miejsce 21 czerwca, gdy cała Francja zatraca się w
muzycznej uczcie. (tak było podczas Święta Muzyki w 2014 roku. A
przynajmniej na początku). W tym roku zapakowaliśmy młodzież do nosideł,
zaopatrzyliśmy w prowiant i przytulanki, i ruszyliśmy w miasto.
Przez
parę godzin, do (niezbyt późnej) nocy, mieliśmy okazję poskakać w
rytmie reggae, romantycznie potańczyć przy fontannie, do pięknie
wykonanych jazzowych standardów, posłuchać kapitalnej orkiestry dętej,
uciekać od zbyt głośnych bitów i zbyt mocnego rocka, i przystawać przy
paru jeszcze scenach.

Dzieci nie narzekały, początkowo nawet uczestniczyły aktywnie, później córa zasnęła, a synek był zadowolony, że doczekał 'ksiełzyca’. Dobrze, że wzięliśmy nosidła, a nie np wózek i rowerek, czy nawet przyczepkę. Przy takiej ilości ludzi, dzieciom na pewno lepiej było na górze, a nie wśród nóg tłumu.
Cieszę się, że udało nam się zażyć trochę imprezy, mimo trzylatka i roczniaka na plecach.

 
Druga impreza pozostawiła większy niedosyt. W Vienne, miasteczku oddalonym 30km
od Lyonu, od 35 lat odbywa się festiwal jazzowy. O jego renomie
świadczą muzycy w nim uczestniczący – w tym roku między innymi Marcus
Miller, Melody Gardot, George Benson czy Sting. Chcąc liznąć choć trochę tej
atmosfery, zapakowaliśmy się w ostatni weekend do samochodu i ruszyliśmy
na koncerty dzienne i otwarte dla wszystkich. Nie zdążyliśmy niestety
na pierwszą część, dlatego pokrążyliśmy trochę po miasteczku (Samo w
sobie zdecydowanie warte zobaczenia. Byliśmy tam przy okazji naszej pierwszej wycieczki Via Rhona. To miasto jeszcze z czasów starożytnych, z mnóstwem antycznych zabytków – w
największym z nich, ogromnym amfiteatrze rzymskim, odbywają
się główne koncerty.)

Amfiteatr. Jeden z największych w starożytnym świecie. W czasach świetności mieścił nawet 13tys. widzów. Tu widok z pobliskiego wzgórza.
Widok z tego samego wzgórza na miasto i Rodan.

Po południu udało się być na małych
koncertach w parku. Nawet trochę posiedzieliśmy, nawet udało się
zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać w muzykę (córa tańczyła, kokietowała pozostałych widzów, a
synek nawet posiedział chwilę z nami robiąc wrażenie że słucha). Dość
szybko jednak roczny wspinacz zauważył schody, czyli najlepsze wyzwanie, więc w mig porzucił pląsy, zalotne uśmiechy i zabawę w akuku z współsłuchaczami, a trzyletni meloman zaczął odczuwać brak popołudniowej drzemki i
upał, co zawsze oznacza marudy i jęki, więc nie chcąc psuć innym wrażeń,
musieliśmy się ewakuować. W drodze do samochodu smętnie zerkaliśmy na
coraz to nowe grupy rozkładające swoje saksofony i kontrabasy by grać na
ulicach…

Schody, schody, Tato nie zabieraj mnie, ja muszeeeeeeeee.

Tak że ten. Jazzu posłuchaliśmy w domu, jak już młodzież poszła spać.

Ostatnia refleksja nie jest więc
najpozytywniejsza ( ani najbardziej odkrywcza)… Koncerty i festiwale są
fajniejsze bez dzieci. Pewnie łatwiej byłoby z pojedynczym dzieckiem,
może łatwiej będzie jak będą trochę starsze… Tymczasem jednak, następnym razem, dzieciom zorganizujemy imprezę u dziadków, a sami posłuchamy trochę muzyki z zamkniętymi oczami.

1 lipca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessrozmyślania

6 rzeczy, które docenia się bardziej będąc rodzicem

by Paulina 26 czerwca, 2015

Wiadomo, ze bycie rodzicem zdecydowanie zmienia postrzeganie świata, i otwiera nowy rozdział w życiu. Nowe życie, nowy człowiek, nowe umiejętności do wpisania w cv.
Ale okazuje się tez, ze jest  szereg spraw, których nie docenilibyśmy, czy wręcz nie zauważyli, gdyby nie dzieci.

Sen
„Szkoda czasu na sen”? No nie szkoda. Nieprzespane nie z własnej woli noce maja ogromny wpływ na wszystko – koncentracje, cierpliwość, nastrój ogólny, ogarniecie, pomysłowość. Niesamowite, jak porządna dawka nieprzerywanego snu poprawia jakość życia. Tak banalne i oczywiste, ze aż często zapominane

Cisza
Gdy trzylatek nie przestaje gadać (oczekując natychmiastowej reakcji, odpowiedzi, lub co najmniej potwierdzenia), a roczniak… tez nie przestaje gadać (a niedobory słownictwa nadrabia dobrymi chęciami, natężeniem decybeli lub rękoczynami), gdy ich radosne gadanie zmienia się w płacz, jęki lub pisk… Wtedy cisza staje się najwspanialszym dźwiękiem do słuchania.

Czyste ciuchy
W rzeczywistości pełnej brudnych łapek i buź, zabaw w piasku, pyle i na trawie, glutów, łez i innych, czysta koszulka jest rzadkością i zawsze jestem bardzo zaskoczona, gdy uda mi się dotrwać do wieczora bez przebierania się, albo gdy nie ma nic do prania.

Porządek w domu
Stan nieosiągalny. Zwlaszcza przy rocznej córce, dla której punktem honoru jest wyjęcie maksymalnej ilości rzeczy z półek w minimalnie krótkim czasie. Jest w bałaganieniu bardzo metodyczna i dokładna, nie ominie żadnej skarpetki zrzucając świeżo powieszone pranie, wyjmuje i ogląda każda książeczkę, bada (i smakuje) każdą kredkę brata do której uda jej się dobrać. Wygląda to dokładnie tak.

Pozornie małe sukcesy (dziecka i rodzica).
Schodzenie z łóżka i chodzenie jako takie, podskakiwanie, nabicie widelcem oliwki, włożenie butów; a także wybranie się na spacer szybciej niż w 40minut, wypicie całej, gorącej kawy, wyprawa z przychówkiem na targ po zakupy, uśpienie obojga w tym samym czasie, zrobienie obiadu z asyst głodnych piskląt… To wszystko daje całe mnóstwo satysfakcji i dumy, codzienni człowiek czuje się jakby podpisywał ważny kontrakt.

Male cudowności
Istnieją specjalne poradniki i kursy mindfulness, treningi uważności. A rodzic ma najlepiej wykwalifikowanego trenera na co dzień. Nikt tak jak dziecko nie praktykuje uważności, nie jest zanurzone po uszy w rzeczywistości, nie kontempluje świata i jego małych – wielkich cudów. „Wszystko co znam to wyłącznie cuda. Czy stoję pod
drzewami w lesie, czy rozmawiam za dnia z kimś, kogo kocham. Podziw
budzące owady w powietrzu, cienka krzywizna wiosennego nowiu, to dla
mnie cuda, całość pełna powiązań , a jednak każdy cal przestrzeni jest
cudem. Codzienny zwykły trud. Codzienny zwyczajny cud….  „*

Zdecydowanie, myślę, moim brudnym, budzącym się w nocy, głośnym odkrywcom należą się podziękowania… Jak to wygląda u Was? Jestem bardzo ciekawa innych nieoczywistych korzyści z rodzicielstwa:)


Jeśli spodobał Wam się ten post, będę wdzięczna za lajkowanie i udostępnianie:)

*Walt Whitman, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć kilkulatek. Zwłaszcza to o owadach.

26 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Lyonmój styl

Upon us all a little rain must fall.

by Paulina 16 czerwca, 2015

 
Tak naprawdę coraz częściej myślę o powrocie do Polski, który coraz bliżej, o pakowaniu się, przeprowadzce, urządzaniu w Polsce.

Mamy jeszcze trochę czasu na francuskie wycieczki bliższe i dalsze, mamy nadzieję jeszcze się tutejszością trochę nasycić.

A Lyon, choć deszczowy znowu, ciągle piękny. Nie bywamy w centrum zbyt często, ale jak już bywamy, to zawsze robi się tak niedzielno – wakacyjnie. Z obowiązkowym naleśnikiem przy muzeum miniatur, niespiesznym spacerkiem wśród renesansowych murów, z całą tą wspaniałością na wyciągnięcie ręki. Będzie mi tego brakować.

16 czerwca, 2015 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmikulinarniepodróże i wycieczkiprzyjemności

Co na piknik?

by Paulina 13 czerwca, 2015

Dzisiaj druga część wpisu piknikowego. Chciałabym podzielić się z Wami naszymi ulubionymi przekąskami plenerowymi. Takie przekąski muszą być pożywne (wiadomo, na wycieczce trzeba mieć siły), wygodne (najchętniej o chwycenia w rękę) , smaczne i nieskomplikowane.

Do naszych ulubionych, fajnie sprawdzających się w plenerze przekąsek należą:

– tarty i quiche różnego rodzaju, najchętniej wytrawne. Pieczone w wieczór przed wyjazdem.

– wytrawne ciasto – serowo warzywne, uwaga podaję przepis, jest pyszne, wilgotne i sycące:

Składniki:
3jaja
150g mąki
proszek do pieczenia
100ml mleka
100ml oliwy z oliwek
100g startego gruyera
sól, pieprz
nadzienie:
100g cukinii
100g roladki koziej

(w formie nadzienia fajnie sprawdzą się też oliwki, suszone pomidory, szynka, zioła)

Udusić cukinię na patelni, kozę pokroić.
Mieszamy jajka z mąką i proszkiem do pieczenia i dodajemy
po trochu mleka a następnie oleju i wsypujemy gruyera. Dodajemy cukinię i kozę.
Pieczemy 45min w 180stopniach.
(też dobrze jest je upiec wieczorem przed wycieczką)

– sałatki różnorakie (ale takie, którym nie zaszkodzą wstrząsy)
– cukiniowe „spaghetti”, wspaniale orzeźwiające, lekkie a jednocześnie sycące. My, jako nie-weganie, dodaliśmy jeszcze parmezanu

– szybkie zawijanki z ciasta francuskiego,
pakujemy co nam wpadnie w ręce na środek kwadratu wyciętego z
francuskiego ciasta, zawijamy rogi, pieczemy (ja dodawałam roladkę
kozią, morele i tymianek)
– spring rollsy, o których już pisałam
w upały – tabouleh (nie gotowana kasza kuskus z pomidorami, ogórkami, cebulą, oliwą z oliwek, miętą pietruszką i cytryną. ) lub gazpacho w termosie
i, gdy nie mamy czasu nic przygotować, kupujemy melona i szynkę suszoną, albo awokado i zwykłą szynkę, camemberta, pomidorki koktajlowe i bagietkę. Fajnym, sezonowym pomysłem są też najzwyklejsze warzywa na parze- bób, szparagi, fasolka szparagowa… I owoce, z którymi nic nie trzeba robić.
 


13 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjaprzyjemnościslow lifestyle

Terrains Tous Pique-Niquables

by Paulina 11 czerwca, 2015

Pikniki są we Francji chyba tak samo ważne jak biurokracja, wino i język (francuski oczywiście).
Piknikują wszyscy i przy każdej okazji, generalnie często pretekstem do wycieczki pieszej, rowerowej, czy samochodem jest właśnie jedzenie na kocu w jakimś ładnym miejscu.

Pamiętam parę lat temu, gdy pierwszy raz wybraliśmy się ze znajomymi Francuzami na trekking w Alpy, zrodziło się skojarzenie z Hobbitami i tak już zostało. Gdy my, nieświadomi jeszcze zwyczajów i skupieni na wspaniałych górach, wzięliśmy ze sobą zwykłe kanapki, żeby posilić się na jakimś postoju, nasi znajomi już od 11 rozglądali się za odpowiednim miejscem na piknik. Gdy takie znaleźli, w południe, czyli o świętej godzinie jedzenia, zaczęli rozkładać swoje koce, wyciągać przekąski, wypieki, sery, wino, oraz turystyczną kafeterkę. Trochę nas to rozbawiło wtedy, (a trochę też mieliśmy poczucie profanacji jakiejś świętości – wychodziliśmy z założenia, że góry są od podziwiania, zdobywania, bycia trochę w niebie, a nie do robienia sobie pikników) ale trzeba przyznać, że z biegiem lat wiele z tych zwyczajów przejęliśmy.

I teraz, sfrancuzieliśmy na tyle, że na każdą wycieczkę pakujemy koc i różne przekąski. Lubimy też  odkrywać nowe miejsca piknikowe. Ostatnio pojechaliśmy o przepięknego parku niedaleko Lyonu. Byliśmy pod dużym wrażeniem. Przepiękny, ogromny teren, trochę łąk, trochę leśności, trochę wygodnej, zielonej trawki, place zabaw,  kawiarenki i restauracje (wiadomo).

Swoją drogą, zastanawiam się, czy to zamiłowanie Francuzów do pikników i spędzania czasu na świeżym powietrzu przyczyniło się do powstania tak dużej ilości pięknych miejsc, czy to fajnie zagospodarowana przestrzeń natchnęła ich do wychodzenia z domu…

 

A w następnym odcinku nasze ulubione przekąski piknikowe!

11 czerwca, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
przyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

Szparagi, wikingowie i hamak, czyli majowe przyjemności

by Paulina 31 maja, 2015

Ten blog jest w dużej mierze zapisem naszych małych – wielkich przyjemności, i „delektowania się codziennym życiem”, ale pomyślałam sobie, że fajnie byłoby raz na jakiś czas zebrać te małe chwile szczęśliwości.

Stąd dzisiejsze podsumowanie majowe.

JEDZENIE

Maj to ten cudowny moment, gdy jedzenie zaczyna pachnieć, gdy najprostsze robi się najpyszniejsze, rozpoczyna się sezona świeżości, zdrowia, smaku i „prosto-z-pola”, prawie w ziemi jeszcze warzywa.

Zaczęły się szparagi. Ach, szparagi, o pięknym kształcie, wspaniale zielone, pełne tych wszystkich wiosennych cudowności, kojarzące się jednoznacznie, że tak, oto nadszedł czas słońca i ciepła. Szparagi, z makaronem, na sto sposobów, szparagi w tarcie, zupa szparagowa. I szparagi, moje ulubione, grillowane – umoczone wcześniej w oliwie z oliwek, potem na patelni grillowej przez parę minut, i skropione octem balsamicznym lub cytryną. Ze świeżą bagietką, posypane parmezanem.

I truskawki. Truskawki są czerwonym, słodkim odpowiednikiem szparagów. Najpierwsze. Słodkie, soczyste, idealne. Dotychczas udało mi się zrobić tylko jedną kruchą tartę z truskawkami, czekoladą i kremem z mascarpone i śmietanki. Przy innych podejściach zabrakło truskawek.

Spring rollsy. Moje majowe odkrycie.Wspaniałe w smaku, ładne, wygodne. I dość prosto się robi wbrew pozorom. Ja robiłam według tego przepisu. Idealne na piknik.

FILMY / SERIALE

Maj mogę śmiało ogłosić miesiącem Matthew McConaughey’a. Zaczęło się od spektakularnego Interstellar, arcyciekawego, świetnie zrobionego, i wciągającego.
Potem był „Dallas buyers club”, zachwycający aktorsko, ze świetną, mocną i wzruszającą (ale nie ckliwą!) historią.
I serial, „True Detective”, jak wisienka na torcie, przeszkadzająca zasnąć, z atmosferą gęstą jak smoła, świetnie prowadzoną historią i głównymi bohaterami szorstkimi i nieidealnymi, ale z problemami, ale wzbudzającymi zaufanie i serdeczność. Do tego tematyka krzywdzenia dzieci… do której totalnie inaczej podchodzi się jako rodzic…

„Wild„, spodziewałam się trochę żeńskiej wersji „Into the wild”, ale jednak trochę był inny, jakiś taki… prawdziwszy, ciekawszy, bardziej autentyczny, z powoli dawkowaną historią bohaterki (choć sondtrack z Into the wild jest nie do podrobienia), czekałam trochę z obejrzeniem tego filmu na odpowiedni klimat i nie zawiodłam się.

„Ex machina”. Lubię takie SF. Może dość powolne, może bez spektakularncyh strzelanek, ale za to z podtekstem filozoficznym – czyli dosyć już ograne pytanie o sztuczną inteligencję i o istotę człowieczeństwa, ale podane w świetny sposób, z rewelacyjnie budowanym napięciem, podkręcanym klimatycznym soundtrackiem. Warto obejrzeć, także ze względu na estetyczne wysmakowanie.

I jeszcze, serialowo, „Wikingowie”, z ich fantastyczną ścieżką dźwiękową. Zaczęłam oglądać dla fryzur Lagerthy, ale wciagnęło bardzo – historia, obyczaje, klimat.

KSIĄŻKI

„Wyspa Łza”. Moim fawrotytem J. Bator pozostaje dyptyk Piaskowa Góra i Chmurdalia, ale jej najnowsza książka pokazuje coś supełnie nowego. Autorka odsłania trochę kulis twórczych, snuje trochę historii, autobiograficzno-baśniowych… Świetnie się czytało, chociaż spodziewałam się czegoś innego.
Śmierć nieodżałowanego sir Pratchetta skłoniła mnie do powrotu do fantastycznego Świata Dysku. Odkryłam nieznany mi dotąd cykl o Akwili Dokuczliwej, i choć początkowo miałam wrażenie jakiejś wtórności wobec (mojego ulubionego) cyklu o czarownicach z Lancre), to wciągnęło mnie i zachwyciło jak zawsze.
„Szczęśliwi ludzie, potraficie zamknąć swe umysły na nieskończoność
zimnych głębi wszechświata. Macie to co nazywacie… nudą? To najrzadszy
talent we wszechświecie!”

MUZYKA

Najnowsza płyta Lao Che. Zdecydowanie najbardziej podoba mi się spośród kilku ostatnich albumów grupy. Fajna tekstowo, zróżnicowana muzycznie.           

UKŁADANIE ZDJĘĆ DO ALBUMÓW

Wywołaliśmy milion zdjęć (w Empiku – papier satynowy, świetnie są oddane kolory, kupiliśmy albumy, rożki do klejenia i dziecięce drzemki mam z głowy. Włączam audiobooka, i układam, przebieram, wklejam. Świetny relaks.

HAMAK I PIKNIKOWANIE

Maj nie rozpieszczał pogodowo co prawda, ale udało się spędzić trochę miłych chwil w plenerze. Hamak mamy cudowny, już od jakiegoś czasu, jest arcy wygodny, przyjemny i niezwykle lekki.
W tym miesiącu odkryliśmy też parę nowych miejsc na miły piknik.

ŻEL ALOESOWY

Cudowne odkrycie. Na poparzenia słoneczne, ugryzienia komarów i mrówek, stany zapalne po depilacji. Idealny, szybko się wchłania, nawilża, odżywia, koi i goi.

31 maja, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry