Powiedzieć, że nasza ostatnia wycieczka rowerowa była pełna wrażeń, to nic nie powiedzieć.
Było pięknie i cudownie, słonecznie, niezwykle malowniczo, ale też sponiewierała nas nieźle traska (w sumie ponad 100km, silny wiatr i podjazdy – same w sobie nie jakieś dramatyczne, ale z obciążeniem dały się we znaki) i niesympatyczne urozmaicenie w postaci (dość łagodnego na szczęście) wirusa brzusznego atakującego to tu, to tam.
W niedzielę rano, tuż po głosowaniu, załadowaliśmy się do pociągu i ruszyliśmy w drogę. Naszym celem była znana już nam Via Rhôna, czyli wspaniała trasa rowerowa wiodąca od źródeł Rodanu, aż do morza. Tym razem wybraliśmy fragment na północ od Lyonu, wiodący przez region Bugey.
Jechało się cudownie, słońce przygrzewało, widoki olśniewające, Rodan migotał sobie na błękitno. Problemem był brzuszek córy, ale poratował ją cudowny eliksir, czyli mleko mamy (na co dzień ssie już tylko na dzień dobry i na dobranoc, ale wobec awaryjnej sytuacji przeszłyśmy na tryb niemowlęcy, i to była dobra decyzja).
Mijaliśmy malownicze miasteczka, w oddali piętrzyły się majestatyczne góry – a w górach tu i ówdzie średniowieczne zamki i baszty, trasa poprowadzona była arcy przyjaźnie.
I tak mijały nam kilometry i godziny, aż postanowiliśmy poszukać miejsca na biwak. Dzieci w przyczepce spały, rozglądały się i ogólnie były zadowolone. I Rozbiliśmy się na takiej miłej łące, wśród drzew, aromatycznego tymianku (pierwszy raz spotkałam się z dziko rosnącym tymiankiem!), grających świerszczy i pięknych widoków.
Wieczorem zrobiliśmy nawet ognisko, ku radości Starszaka, z zapałem pomagającego tacie zbierać suche gałęzie. I tak sobie siedzieliśmy, wśród tych wspaniałości wszystkich z córą chrapiącą w namiocie i synkiem śpiącym przy ognisku, z trzaskającym ogniem, w ciemności aksamitnej, we dwoje. (Do pełni szczęścia brakowało czegoś do oparcia, turystycznych krzesełek, czy coś, bo jednak starość nie radość).


Drugiego dnia… Drugiego dnia zapowiadało się, że będzie podobnie. Już z rana okazało się jednak, że tym razem problemy brzuszne dotknęły męża – głównego muła ciągnącego przyczepkę i z cięższymi sakwami. Do tego, po kilkunastu kilometrach zmieniła się trasa, i nagle okazało się, że jedziemy głównie pod górę. I wiatr – zmienił kierunek i natężenie, wiał tak mocno, że nawet na (nielicznych) zjazdach, nie można było się rozpędzić.
![]() |
| Po jednym z ostatnich podjazdów… Wymęczony tata padł, a hrabiostwo wyległo z karocy, by z radością przesypywać kamyczki |
Ale i tak wycieczka udana. Jak się okazuje da się spędzić fajny weekend z dziećmi na rowerach i śpiąc na dziko pod namiotem 🙂













































































































