Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmiFrancjagórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Znowu Pilat

by Paulina 13 stycznia, 2015

Znowu wybraliśmy się do Pilat.

Tym razem zastała nas prawdziwa wiosna – słońce, względne ciepło i ani śladu śniegu ani mgły. Widoki przepiękne, cudowne powietrze. A to wszystko godzinę drogi od domu.

Po poprzedniej wycieczce dostałam trochę pytań o stronę praktyczną wycieczki z dwójką malutkich dzieci w góry zimą. Jak widać, jak najbardziej da się jeździć w góry z dziećmi. Nawet zimą:)

Dziewięciomiesięczna córa chrapała sobie błogo w chuście, pod kurtką taty, kołysana krokami, biciem serca i oddychaniem.
Ze starszakiem (trochę więcej niż dwa i pół roku) już tak bezproblemowo nie jest. W górach nosimy go w nosidle Deuter, które wspaniale się sprawdza przy takich wędrówkach. Dziecko ma wygodnie, bezpiecznie, jest chronione od słońca, wiatru i deszczu. Do tego jest całkiem sporo miejsca załadunkowego (sprawdzaliśmy to podczas wypadu w góry pod namiot, z tymże na plecach. I ze śpiworami, karimatami, camping gazem, jedzeniem, pieluchami itd). Oraz świetny, jak to u Deutera, system nośny. Ciężar rozkłada się całkiem wygodnie.
Na warunki zimowe oczywiście gościa ubraliśmy na cebulkę. Dodatkowo siedzonko wyścielone miał śpiworkiem do wózka ( arcyprzyjemnym JJ Cole Collections. Żeby pasował idealnie do pasów w nosidle, musieliśmy go rozciąć w jednym miejscu).
Poprzednim razem do ochrony przed mroźnym wiatrem przydał nam się też ochraniacz przeciwdeszczowy.
Dobrą opcją chroniącą przed zimnem są też chemiczne ogrzewacze do rąk.

Trochę pro forma dodam jeszcze, wycieczki były niedługie, a góry niewysokie. Ale da się. Można nawet zimą nie siedzieć w domu z maluchami, korzystać z piękna świata.

góry z małym dzieckiem, wycieczka z niemowlakiem

nosidło deuter, wycieczka w góry, góry z dzieckiem

Chciałabym też polecić portal dziecko w podróży. Zainteresowani podróżowaniem z dzieciakami znajdą tam sporo ciekawych informacji, porad, inspiracji dotyczących tematu. Warto zajrzeć i zostać na dłużej!

13 stycznia, 2015 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
domowodzieckomój stylrozmyślania

ces petits riens

by Paulina 5 stycznia, 2015

I skończyło się. A było tak pięknie. Dwa tygodnie błogości. Dwa tygodnie prawdziwej odpoczywalni. Dwa tygodnie, które budują wspomnienia o sielance, jaką przeżywa się będąc w domu z małymi dziećmi.
Dwa tygodnie, które ładują baterie, wypełniają poczuciem sensu i spełnienia po uszy.

I nic to, że był to czas z akompaniamentem paskudnego kaszlu na dwa gardła. Że był to czas podwójnego ząbkowania. I czas ogromnej zazdrości u starszaka, a co za tym idzie czas masakrycznych histerii, marud i ogólnej nieznośności. I kryzysu z zasypianiem u malucha.

I tak będę pamiętać ich pierwsze wspólne zabawy i obopólną radość na
swój widok. Będę pamiętać uśmiechy, zachwyt choinką i światełkami, 
pierwsze przeżywanie prezentów od gwiazdki (Starszak) i szaleństwo w
opakowaniach (Młodsza). Wycieczkę w góry i pierwsze doświadczanie
śniegu. Cudowny czas tylko we dwoje (wiwat dziadkowie!) Wspólne leniwe
poranki – z dzieciakami kokoszącymi się w łóżku, a potem królewskie
śniadania trwające nieprzyzwoicie długo. Powolne celebrowanie kawy.
Wspaniałe obiady w wykonaniu męża. Wieczory jak zawsze cudowne, trochę dłuższe niż zazwyczaj, bo przecież rano będziemy bumelować wspólnie…

Wracamy do rzeczywistości, łatwo nie jest.

 

 

5 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmichustaFrancjagórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Biało

by Paulina 1 stycznia, 2015

Rok temu przerwaliśmy naszą wieloletnią tradycję spędzania Sylwestra w górach. Ale w tym roku
udało nam się zażyć trochę gór. I zimy trochę.

Wybraliśmy się do Pilat, masywu trochę przypominającego nasze Beskidy.
Powitała nas białość. Mleczna mgła spowijająca ośnieżony świat, odgłos kroków stłumiony przez warstwę puchu, i jedyne w swoim rodzaju trzeszczenie zalodzonych drzew. Świszczący wiatr i zapadanie się w śniegu po kolana (co z kilkunasto kilogramowym obciążeniem na plecach stanowi prawdziwe wyzwanie).
A w pewnym momencie wszystko się zmieniło. Wiatr ustał, mgła się rozwiała, można było normalnie iść. Okazało się, że otacza nas totalnie baśniowa kraina. Przepięknie, odświeżająco.

 

 

1 stycznia, 2015 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

O prezentach dla dziecka

by Paulina 19 grudnia, 2014

Nie do końca może na miejscu ten post, w grudniu, tuż przed Świętami, gdy piosenki z dzwoneczkami, zapach mandarynek i cynamonu, światełka, i wszechobecne listy propozycji prezentowych napędzają kupowanie w ekstazie i poczuciu że oto wpisaliśmy się właśnie w ducha Świąt…

Na mnie też działają te zapachy, ten klimacik, ta cała sympatyczność i przytulność około świąteczna.

Ale moje dzisiejsze przemyślenia stanowią raczej przeciwny biegun.

Mówi się, że dziecko to luksus. Że skarbonka bez dna, że ludzi nie stać na dziecko. I można by się z tym zgodzić, jeśli chce się uznać faktyczną niezbędność dziecięcych niezbędników.
Których dziecko tak na prawdę nie potrzebuje. Nie potrzebuje tej ciężkiej kasy, potrzebuje rodziców po prostu…
Nie potrzebuje masy zabawek, potrzebuje zabawy.

A my, otoczeni reklamami, blogami parentingowymi, ofertami sklepów, mamy wrażenie, że bez kolejnej wspaniałej zabawki, czy gadżetu dziecko się nie rozwinie, nie nauczy nic, będzie leżało bezbronne, zaniedbane nic nie umiejące… Wszystko zaczyna się już w ciąży, człowiek wtedy zaczyna odkrywać ten nieznany dotąd świat. Nagle okazuje się, że na wyprawkę trzeba wydać grube tysiące, bo przecież nie da się bez sterylizatorów, elektronicznych niań, karuzel, grających zabawek, gadżetów przewijakowych, bajerów wózkowych, dizajnerskich ubranek z ekobawełny… Później jest jeszcze lepiej, dochodzą gadżety około jedzeniowe, jeździki i chodziki, no i cała masa nowych zabawek, przytulanek, drobiazgów… Inna sprawa, to wszystko najzwyczajniej w świecie przemawia do rodziców – bo takie piękne, rozwojowe, ja to o takiej mogłam tylko pomarzyć… A do tego dochodzi takie ogólne przeświadczenie, że dziecku się nie żałuje, sobie od ust trzeba odebrać, a dziecku dać.

A dziecko przytłoczone zabawkami, choćby najwspanialszymi, nie będzie się nimi cieszyć. Nie rozwija wyobraźni, pomysłowości, kreatywności. Staje się zblazowane, nienasycone i niedoceniające, nie umiejące się cieszyć, rozproszone.
W dobrych przedszkolach, mądre nauczycielki organizują czasem akcję „Przedszkole bez zabawek” (choć brzmi to jak oksymoron). Chodzi o dwu- trzymiesięczny projekt, podczas którego zabawki „jadą na wakacje”, a dzieci odkrywają potęgę wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw i zabawek. Odświeżające.

A w domach warto czasem zrobić czystkę… Powyrzucać, pooddawać, sprzedać. Część schować, tak, żeby dostęp na bieżąco był tylko do niewielkiej ilości, dać dzieciakowi trochę oddechu od bodźców. A na prezent, dać trochę zaangażowania, podsunąć pomysł na zabawę, zwyczajnie spędzić trochę czasu, na spacerze np.

Nie jestem hipokrytką, nie twierdzę, że dziecko nic nie kosztuje, że moje dzieci bawią się wyłącznie szyszkami, ludzikami z kasztanów i rolkami po papierze toaletowym, przytulają do gałganków udających misie, czytane mają książki tylko z biblioteki, jeżdżą wyimaginowanymi pojazdami, a mnie jest obojętne, co mają na sobie. Nie jest tak, nie raz uległam zachwytom tego, czy innego blogera, lubię, jak jest estetycznie, lubię, jak jest rozwojowo, lubię, jak dziecko jest zaangażowane. Lubię piękne książki, lubię klocki, lubię puzzle, mój syn uwielbia samochodziki.

Wiem też jaką przyjemnością jest sprawianie dziecku przyjemności, obdarowywanie własnego dziecka jest niewątpliwie wspaniałe. Ale nie wyprzedzajmy pragnień. Dobrze jest dać dziecku trochę poczekać, pomarzyć, niech faktycznie czegoś bardzo chce. Jeśli prezent jest wyczekany, wymarzony, to dopiero jest fajne.

Ale dobrze jest mieć świadomość, że to nie jest niezbędne. Niezbędni są rodzice, ich miłość i bliskość. Mniej to często lepiej.

19 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mój stylświętazima

Tymczasem w Lyonie

by Paulina 16 grudnia, 2014

W tym roku, zupełnie inaczej niż rok temu, świąteczny klimat poczułam już w październiku. Myślę, że to wszystko przez mandarynki, kupione przez męża właśnie wtedy, a które dla mnie zyskują rację bytu dopiero w okolicach 6 grudnia.

W każdym razie już od dwóch miesięcy mam ochotę na piosenki z trzeszczącej płyty Piotra Kaczkowskiego, grzańca, pierniczki i robienie choinkowych ozdób.

Co innego aura. Pogodowo wciąż w październiku tkwimy. Albo w marcu nawet. W pobliskim parku, za nic mając sobie wszechogarniającą atmosferę bożonarodzeniową, zakwitły stokrotki, przed domem radośnie zieleni się świeża trawa, a ptaki wyśpiewują jak na wiosnę.
Mój synek oglądał ostatnio padający śnieg na youtube.


16 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kultura z dzieckiemkulturalnieLyon

into the light

by Paulina 10 grudnia, 2014

Kolejne Święto Świateł.
Jak zawsze imponujące, robiące ogromne wrażenie i znowu mamy uczucie niedosytu. Nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, tym razem mieliśmy tylko jeden wieczór, a oglądania było na co najmniej trzy.
A jednak to, co widzieliśmy, podobało nam się chyba bardziej niż w ubiegłym roku. Zwłaszcza mapping na najważniejszych budynkach, był jakby bardziej przemyślany, z konkretną, ciekawą koncepcją.

 
Fantastyczny mapping na budynku muzeum sztuk pięknych pokazywał dzieła z muzeum, których bohaterowie „ożywali”.

Jedną z instalacji, która zrobiła na nas duże wrażenie była ta widoczna na wewnętrznym dziedzińcu ratusza. Pomysł w sumie dość prosty, ale wyszło bardzo klimatycznie.

 

Niektóre instalacje dostają drugie życie… Tak wyglądały rok temu.

High striker w wersji wypasionej…
Odpowiednio mocne i precyzyjne uderzenie młotem zapewniało całkiem niezłe efekty.

Lampka nocna na fontannie.

 

Pochodzący  Lyonu Antoine de Saint Exupery zaginał 70 lat temu. Potężna
instalacja na na największym placu w Lyonie, była poświęcona jego osobie
i twórczości.




10 grudnia, 2014 7 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmijesieńlasslow lifestylespacer

she said she was a painter

by Paulina 1 grudnia, 2014

W ostatni weekend listopad przestał się wygłupiać i stał się listopadem w prawdziwego zdarzenia – był zimny, szary, mglisty i depresyjny. Taki do koca i grzańca, do jazzu, rosołu i placka drożdżowego.

A my pojechaliśmy do lasu. Brakowało mi lasu ostatnio. Nie parku, nawet dzikiego, ale lasu mi się chciało, z tym zapachem leśnym, liściowo – grzybowym, z drzewami pokrzywionymi i omszałymi, nawet z błotem.

Pojechaliśmy. W niedzielę rano, przy kawie zapadła spontaniczna decyzja (inicjatywa starszej latorośli), już w samochodzie przeglądaliśmy przewodnik, gdzie-by-tu, żeby było nie za daleko, żeby zwykły las był.
Wyspacerowaliśmy się, obłociliśmy buty, rowerek i przyczepkę, nawdychaliśmy leśności i wróciliśmy. Na rosół, jazz i placek drożdżowy.

1 grudnia, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomój stylrozmyślania

In a world of magnets and miracles

by Paulina 24 listopada, 2014

Miałam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam w sąsiedztwie najlepszego placu zabaw w Lublinie.
Plac zabaw z rakietą, znany w całym mieście. Nie spełniający żadnych norm bezpieczeństwa, wybetonowany, wyposażony, poza wspomnianą rakietą (wysoką zjeżdżalnią – drabinka wiodąca na górę umieszczona była w metalowej rurze ), w wysokie metalowe drabinki – fale, wahadłowe huśtawki-killery, jedyny w  swoim rodzaju samolot z kręcącym się śmigłem… Siedzieliśmy tam całymi dniami, czasem tylko lecąc pod balkon i negocjując kolejny kwadransik zabawy w prąd lub w pająka, kręcenia fikołków, huśtania do dechy, robienia dziesiątek fikołków na drabinkach, grania w gumę (byłam najlepsza w wyjmowaną nóżkę) i w szczura ze skakanką… Ręce pełne pęcherzy od metalowych drągów, lubiłam je myć po przyjściu z dworu i przyglądać się cieknącej strużce brudnej wody. Kolana wiecznie zdarte, siniaki na piszczelach od skakania między metalowymi rurkami, czasem większe wypadki, szwy, złamane ręce.

Zamknięta w sześcian drabinka z rurą w środku była naszym domkiem, bazą, inspirowała do codziennego ulepszania reguł kolejnej gry, kolejnej zabawy w wyobraźni…

Inną bazą były krzaki ozdobne, tam gotowaliśmy zupy z błota, czerwonych klejących kulek i liści. I widoczki tam robiliśmy. A jak było gorąco, asfalt wybulał, i największym szczęściem było przebić taką miękką asfaltową bulkę.

Ciekawa jestem, jakie wspomnienia będą miały moje dzieci. Pewnie z nostalgią będą wspominać dawne czasy i, podobnie jak każde inne pokolenie będą twierdzić, że kiedyś trawa była zieleńsza i że kieeedyś… to dopiero… a teraz to na nic…

Czy będą umiały wyobrażać sobie, wymyślać, fantazjować? Mam nadzieję, że tak. Jak mogę, ograniczam zabawki „gotowce” i dziecięce atrakcje, nasz synek bawi się w gotowanie z pomocą torby korków po winie, zbieraniny różnych pojemniczków, robimy na poczekaniu tunele dla samochodzików z rurek po papierze toaletowym, funkcje szlabanów pełnią długopisy.  Zależy mi, żeby ich zabawki nie miały sztywno określonych celów, lubię, jak zmieniają się ich funkcje.

Daleka jestem, mimo tego rozmarzenia we wspomnieniach, od twierdzenia, że kiedyś to dopiero było, a teraz dzieci mają gorzej a rodzice trudniej. Jest inaczej po prostu. Ja miałam plac betonowy zabaw z podrdzewiałą rakietą, mój syn drewniany plac zabaw z bobrem, nad jeziorem.

 
  
 
 
 

24 listopada, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
FrancjaLyonmój stylspacer

down to the river

by Paulina 15 listopada, 2014

Ładny ten Lyon.
Duży wpływ na jego urodę mają dwie zbiegające się tu rzeki Saona i Rodan.

Pierwsza z nich – Rodan, jest znacznie większa, i stanowi trochę granicę między zwykłą, mieszkalną częścią miasta, a Lyonem do patrzenia (i robienia zakupów, jedzenia, załatwiania ważnych spraw…). Za pierwszą, a przed drugą rzeką, na tzw presqu’île, znajduje się handlowe, ekonomiczne i kulturalne centrum miasta, z mnóstwem sklepów, hoteli, restauracji, banków i muzeów. Z pięknymi budynkami, o bogato zdobionych fasadach.

Idąc dalej, natrafimy na mniejszą (stanowiącą dopływ Rodanu) Saonę. Ta rzeka dzieli aktywne centrum lyońskie od przepięknego starego miasta, zupełnie innego niż gwarne międzyrzecze, z zabudową z późnego średniowiecza i renesansu.

Obydwie rzeki mają zagospodarowane brzegi, piękne mosty (niektóre tylko dla pieszych) i dodają miastu fajnego charakteru.

 

 

15 listopada, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Uncategorized

Jak się dobudzić

by Paulina 12 listopada, 2014

Pytanie ważkie i aktualne, gdy jesienna złocistość szarzeje, zalewa się deszczem i robi wszystko by zniechęcić do wychodzenia z łóżka. Osobiście nie miałabym nic przeciwko wylegiwaniu, się dla odmiany do 9 np… Ale na dzieciach senna pora roku nie robi wrażenia, i obudzone i gotowe na nowy dzień są już od świtu. Dlatego, chcąc czy nie, trzeba się z tej ciepłej pościeli wygrzebać i próbować wykrzesać z siebie energię, by próbować choć nadążyć za tym drobiazgiem (- cytując pewnego Misia).

Tylko jak tę energię krzesać…

Najlepiej byłoby się oczywiście wysypiać… Ale niestety ostatnio widoków na to brak… (ząbkowanie…)

Jako kolejna dość oczywista odpowiedź, nasuwa się kawa. Najchętniej parzona przez męża, w aeropresie, łagodna w smaku, zdecydowana w działaniu, bez mleka i cukru, z kostką gorzkiej czekolady.
Problem z kawą mam taki, że potrzebuję do niej sprzyjających okoliczności. Kanapy, muzyki, względnego porządku, 15 minut spokoju. Nie lubię pić kawy w biegu i stresie, na stojąco, nie dla mnie szybkość espresso na dwa łyki.

Herbatę lubię, ale jakoś mnie ona nie budzi.

Na co dzień decyduję się raczej na yerba mate.Ten napój też wymaga trochę rytuału, ale pasuje mi popijanie go w trakcie różnych innych czynności. Mate odkryliśmy parę ładnych lat temu, podczas podróży, niestety nie po Paragwaju, a po Portugalii. Byliśmy na świeżo po przeczytaniu Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anakonda W. Cejrowskiego (swoją drogą, bardzo polecam tego autora, jest jedyny w swoim rodzaju, ma co opowiadać i robi to w mistrzowski sposób) i coś już o yerbie słyszeliśmy. Podobał nam się ten element rytuału, trochę magii, byliśmy ciekawi smaku i wspaniałych właściwości. Tak o yerbie pisze wspomniany już W.C.

I właśnie w Portugalii, gdy trafiliśmy na guampę (naczynko do yerby) z Palo Santo, specjalnego gatunku drzewa, rozpoczął się nasz mateizm. Warto pić mate, to napój wspaniale pobudzający, nie powodujący zamulania (co się zdarza kawie) ani pikawy (co też się zdarza kawie). Do tego zawiera mnóstwo antyoksydantów, obniża poziom cholesterolu, wspomaga trawienie, podnosi odporność.

A skoro warto, to jak pić? Najlepiej trzymając się paru zasad – trzeba zaopatrzyć się w naczynko, najlepiej właśnie z palo santo, albo z tykwy, do niej dołączona jest bombilla, czyli rurka z dziurkami, do picia, która zatrzymuje farfocle. Mate wsypujemy do wysokości trzech czwartych guampy i zalewamy gorącą – ale nie wrzącą – wodą. I, co jest naprawdę fajne, możemy tę wodę dolewać kilkakrotnie, aż skończy nam się woda w termosie lub smak lub ochota.

A jak smakuje? Niektórzy twierdzą, że jak mokre papierosy… Smak jest faktycznie… specyficzny… Ale czy specyficzne nie są kiszone ogórki?
Osobiście polecam.

Na senność bardzo pomaga też chwila gimnastyki o poranku. Odkąd nie mam takiej możliwości, mam wielką ochotę na poranny jogging, wyobrażam sobie jak lekko biegnę i wdycham rześkie powietrze w upajającej ciszy albo z pozytywna muzyka płynącą ze słuchawek… Ale od jakiegoś czasu zamiast tego mam parę powitań słońca, ewentualnie kilka mniej lub bardziej skoordynowanych wymachów rękami i nogami w asyście niemowlaka i obciążeniem dwuipółlatkowym.

Dobrze robi też gorąco – zimny prysznic z pobudzającymi aromatami, i solidne śniadanie ( u nas przeważnie jaglanka lub owsianka w wersji na bogato, gotowana na wodzie, ale z migdałami, rodzynkami, prażonymi jabłkami z cynamonem, i odrobiną masła.)

Jakie są Wasze sposoby?

12 listopada, 2014 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 30
  • 31
  • 32
  • 33
  • 34
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry