Kiedy byłam najlepszym rodzicem świata, czyli zanim przyszły na świat moje dzieci, bardzo się dziwiłam młodym mamom i tatom narzekającym, ze wychowanie dzieci jest trudne.
Miałam w głowie dość proste i jasne wyobrażenie wychowywania potomstwa. Dużo miłości – bezwarunkowej i mądrej. Jasne, wyraźne granice i konsekwencja. Nie atakowanie bodźcami, mało zabawek, dużo książek i rozwijanie wyobraźni. Wypracowanie własnych rodzinnych rytuałów. Rodzicielstwo bliskości – dzieci przy rodzicach, nasiąkające naturalnie ich stylem życia, a nie w centrum wszystkiego. Pozwalanie na uczucia (także te negatywne) i nazywanie ich. Prawda, że sensowna wizja?
Nasz pierwszy dziecięcy egzemplarz był dość prosty w obsłudze, bezproblemowo karmił się piersią, przybierał, spał, uśmiechał się, jeździł z nami na wycieczki, bywał na imprezach i utwierdzał mnie w przekonaniu, że bezwzględnie jestem niepodważalnym ekspertem do spraw wychowania dzieci.
Ale mijał czas, nasz słodki niemowlaczek nabierał nie tylko ciała i nowych umiejętności technicznych, ale także zyskiwał własne zdanie, własne opinie i różne humorki. Na chwilę przed drugimi urodzinami dołączyła do niego siostra, zrobiło się intensywniej. Pojawiło się zmęczenie materiału, zniechęcenie, pojawiły się codziennie trudności logistyczne, a także trudności wychowawcze. I jakoś do mnie dotarła oczywista oczywistość, że rodzicem jest się do końca życia i nigdy nie jest tak, że za chwilę skończy się ten trudny okres. Owszem skończy się, a wtedy pojawi się nowy okres, trudny na swój zupełnie nowy sposób.
W gruncie rzeczy ciągle myślę, że moja ogólna wizja wychowawcza jest słuszna. Ale każdego dnia potykam się o niuansiki. Każdego dnia zawadzam o detale. Każdego dnia pojawiają się pytania, wątpliwości – jak zareagować na tę, bardzo konkretną sytuację. A chwilę potem na następną konkretną sytuację. I jeszcze następną. A następnego dnia to samo. (Choć bywa i tak, że zmęczona dwoma chorymi marudami i bliska szaleństwa w
czterech ścianach, łamię jedną zasadę za drugą i popełniam cały
wachlarzyk błędów wychowawczych.)
Czy to jeszcze szanowanie dziecka jako człowieka, czy już pozwalanie na wchodzenie sobie na głowę? Czy to stawianie granic których dziecko potrzebuje, czy może brak zrozumienia dla jego potrzeb? Czy mówienie „widzę, że jest ci smutno” nie podsyca marudzenia? Czy ustąpić, gdy dwulatka chce „innoł” (kubek, rajstopy, książeczkę) – czy to rozpuszczanie dzieciaka czy wspieranie jego samodzielności i prawa do własnego zdania? Czy ta histeria to sprawdzanie mnie i próba wymuszania, czy autentyczna rozpacz?
I jeszcze… Na ile dzisiejsze szybkie, kolorowe i głośne czasy pełne milionów bodźców z każdej strony wpływają na rozedrganie i histerie, a na ile są to błędy w wychowaniu? Czy (słuszne przecież) odejście od „wypłakiwania się” i ogromna troska współczesnych rodziców o to, żeby bobas miał komfort absolutny, nie przyzwyczaja dziecka do tego komfortu, i nie przyczynia się do histerycznego reagowania na każde tego komfortu zachwianie? I jeszcze, czy te moje wątpliwości nie psują mi autorytetu? W końcu rodzic ma być opoką (przynajmniej do pewnego momentu).
I dalej czytam, zastanawiam się, rozmawiam, zwracam do mojej mądrej mamy, własnej intuicji i zdrowego rozsądku. I dalej nic nie wiem. A Wy? Wiecie? (Pewnie wiecie, jeśli jeszcze nie macie dzieci, hehehe;) )





















































































































