Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

Uncategorized

Share Week 2016

by Paulina 2 kwietnia, 2016

Trochę rzutem na taśmę, bo akcja kończy się za chwilę, ale postanowiłam wziąć udział w Tygodniu Dzielenia się Fajnymi Treściami organizowanym przez Andrzeja Tucholskiego.

Polecę Wam dzisiaj blogi, może niekoniecznie te najbardziej popularne z milionami odsłon, ale te, które bardzo cenię i które czytam regularnie. Będzie ciężko wybrać tylko trzy najulubieńsze (a takie są zasady).

To jedziemy.

Ruby Times
Agata jest moim internetowym bliźniakiem, choć nie poznałyśmy się (jeszcze!) w realu, to niedługo nasze umysły będą stanowić jedną całość, jak powiedział Kot do Shreka. Mamy podobne historie, podobne dzieciaki (poza trzecią Sztuką, która u niej w drodze, a u mnie się raczej nie zapowiada), podobne myślenie. Widziałam nawet na jakimś zdjęciu, że i perfumy te same:D Agata świetnie pisze, z dużą dozą humoru, autoironii, ale i czułości. Tematy zróżnicowane – od szeroko (bardzo po mojemu;) ) ujętego parentingu, przez wnętrza i kulinaria, po poważniejszą publicystykę. Bardzo lubię!


Kokijażyki 
Nazwa Kokijaże sur la Plaże urzekła mnie zanim jeszcze zobaczyłam bloga. A jest co oglądać, ja za pierwszym razem wsiąkłam na parę ładnych godzin. Marta ma cudowną urodę, robi przepiękne zdjęcia, wspaniale na nich pozuje, ma wspaniałe nogi i świetny styl. I jeszcze fajnie pisze!

Miss Ferreira 
Kolejna Mama Trójki, wyglądająca przy tym jak milion dolców. Najbardziej lubię ją czytać, ma fantastyczny, niepodrabialny styl, fantastycznie bawi się słowami, potrafi pięknie cieszyć się życiem. I jest z Lublina!

Styledigger – za konkretne, analityczne artykuły o modzie „slow” i fajny styl pisania
Sannas land of illusion – za wełniane cudowności, piękne wnętrza, przesympatyczną osobowość i cudny uśmiech
Venila Kostis – za teksty!
Fabjulus – za rewelacyjne poczucie humoru i lekkie pióro
Kulturą w Płot – za ciekawą treść przedstawioną w fajny sposób
Aifowy – za zdjęcia, góry i magiczny klimat
Mammamija – za zdjęcia, miejsca i pięknie spędzany czas z synkiem

2 kwietnia, 2016 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

Rzemiosło, rękodzieło, DIY

by Paulina 31 marca, 2016
zrob to sam, home made 

… Lub swojsko, trochę sermiężnie kojarzące się zrób to sam, zyskało dość niedawno drugie, nowe życie w wersji glamour. Internety pełne są wzbudzających poczucie winy i niedoskonałości zdjęć, pomysłów, inspiracji (znielubiłam to słowo ostatnio) pokazujących pomysły DIY wszelkiej maści, od ozdób świątecznych, przez zabawki i meble dla dziecka, na biżuterii własnej kończąc.

W sumie, ta popularność trendu własnoręcznej roboty dobrze świadczy o naszym społeczeństwie, w sensie o jego rozwoju. Wzbogaciliśmy się, nasyciliśmy, osiągnęliśmy pewien poziom, teraz potrzebujemy coś tworzyć.

Oto staliśmy się Legendarnym Zachodem, gdzie DIY, czyli „zrób to sam”, przerabianie ubrań, samodzielne wymyślanie zabawek przestały być koniecznością i brakiem innych perspektyw, a stały się modą, zabawą, jakąś formą samorozwoju dość typową dla coraz popularniejszego życia w stylu slow

Co w sumie jest dobre i pożądane, o ile nie staje się kolejną formą udowadniania własnej doskonałości.

Osobiście bardzo lubię tak spędzać czas. A dlaczego?
To mnóstwo satysfakcji, ta świadomość, że oto właśnie własnoręcznie stworzyłam coś, co ma bardzo rzeczywiste i praktyczne zapotrzebowanie. Zwłaszcza w czasach korporacji, tzw przekładania papierków, wpisywania cyferek i bycia w pracy trybikiem ogromnej maszyny, która, umówmy się, ani nas do końca nie obchodzi, ani jej brak nie byłby dla ludzkości katastrofą.
Zrobienie czegoś, co ma znaczenie i jest zwyczajnie potrzebne. Nawet jeśli jest to upieczenie codziennego bochenka chleba, który zjemy rano na śniadanie. Ten bardzo wymierny efekt działania daje, jakkolwiek szumnie to zabrzmi, poczucie jakiejś sensowności.

Radość sama w sobie. Robienie, tworzenie czegoś, zaangażowanie manualne jest zwyczajnie przyjemne i daje inną radość i inny rodzaj relaksu niż np czytanie, czy oglądanie filmów. Wiele z manualnych zajęć bywa porównywanych do medytacji, czy jogi dla mózgu.

A do tego radość, duma i miłe wspomnienia z tworzenia (i prucia -te są mniej miłe) za każdym razem, gdy nasz twór jest używany. Lubię mój wełniany sweter nie tylko dlatego, że jest ciepły, ładny i przyjemny – za każdym razem gdy go wkładam,  zakładam wiele godzin pracy mojej i mamyi to sprawia, że cenię go jeszcze bardziej.

Samodzielne wykonanie czegoś to często spora oszczędność. Można oczywiście wkręcić się w przewrotną machinę DIY i nabywać gadżety, „absolutnie niezbędne” do kreacji… Ale nie trzeba. Mnóstwo można osiągnąć bez wielkiego nakładu środków.
Ja i nasze konto bardzo lubimy między innymi własnoręcznie wykonane kosmetyki – i ich fantastyczny skład za ułamek ceny podobnych preparatów na półkach drogeryjnych lub aptecznych. Na ogół kupuję półprodukty i mieszam, ale zdarza się, że robię kosmetyk od początku do końca. Np peeling do ciała najprostszy na świecie z cukru, mieszanki olejów naturalnych, delikatnego żelu do mycia, czasem jednej kropli olejku eterycznego (dla działania antycellulitowego – i brudzącego łazienkę – można dodać kawę mieloną).

Pomysł na strój wilka dostałam od Sylwii z mamawdomu.pl Dzięki jeszcze raz:)

A gdy za szeroko pojęte rękodzieło zabieramy się z bliskimi, dorzucamy fajną cegiełkę do budowania dobrych relacji. Bardzo miło wspominam wieczór przed karnawałowym balem naszego synka, gdy wspólnie z mężem robiliśmy mu strój. A dzieciaki „pomagające” coś robić też bardzo korzystają, rozwijają małą motorykę, uczą się świata, świetnie się bawią, czują się ważne i potrzebne. I – rzecz nie do przecenienia – są zajęte.

Lubię tworzyć.
Nie jestem przy tym Doskonałą Zosią Samosią, która ma na balkonie we własnoręcznie ulepionych doniczkach hodowlę własnych warzywek, , które potem marynuję (w swoim occie z samodzielnie robionego wina) i zamykam w słoiki, by jeść zimą, albo ofiarować pod choinkę, zapakowane w czerpany (osobiście rzecz jasna) papier z własnymi rysunkami i ozdobiony frywolitką dzierganą wieczorami, okraszając wszystkie etapy pięknymi fotografiami, bardzo artystycznie rozrzuconymi retro-nożyczkami i białym lnem. Gdy tworzę, wokół panuje wybitnie nieartystyczny bajzel, ja jestem w fazie absolutnie niefotogenicznej.
Robię coś sama, gdy mi się chce. Wiem, że mam ograniczony czas i możliwości i muszę decydować, na co je przeznaczę i bez najmniejszych wyrzutów sumienia odpuszczam, gdy nie mam ochoty na tworzenie i decyduję się na gotowce. W końcu na tym polega cała przyjemność DIY, że to wybór, a nie konieczność.

A Wy? Lubicie DIY? Robicie to sami?

31 marca, 2016 14 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

nothing and everything

by Paulina 24 marca, 2016
 
Dzień zapowiadał się zupełnie nieciekawie i zwyczajnie. Zepsuty samochód, zimny wiatr, poranne fochy, porządek do zrobienia. Po południu słońce z typową wczesnowiosenną gorliwością zaświeciło w brudne okna naszego salonu. W głowie zamajaczyła mikofibra i płyn. Ale mąż miał lepszy pomysł. „Chodźmy na spacer. Na randkę”  Randka co prawda w towarzystwie dwóch pomponów, ich wózka i rowerka, piłki i królika, ale zawsze jednak randka.

Wiosna na łąkach rozprzestrzenia się leniwie, rozświetla suche trawy, pachnie świeżą ziemią, świergoli ptasim trelem.
Rześki wiatr zmysłowo rozwiewa włosy i sukienkę, słońce całuje po twarzy zostawiając pierwsze piegi i wypełnia po uszy poczuciem szczęścia – tego najprostszego, trochę banalnego, nieco pierwotnego i biologicznego. 
Słońce. Oto, jak niewiele potrzeba by zmienić „nieciekawie i zwyczajnie” na pięknie i szczęśliwie.

 

Mały backstage, „’Mamoooo, ona mi nie da naszej piłki!” „Niunia ni da piłyyyyyyyyyyyyyy”

24 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćlubelszczyznaLublinmindfulnessmój stylslow lifestylespacerwiosna

waiting for the sun

by Paulina 16 marca, 2016

Mam wrażenie, że ostatnio żyję od jednego słonecznego dnia do następnego. Chyba nigdy tak bardzo jak teraz moje dobre samopoczucie  (jakiekolwiek samopoczucie w zasadzie), moja cierpliwość do narybku, zdolności intelektualne i ogólne ogarnięcie nie zależą od paru kęsów UVA i UVB.

Gdy tylko trochę przyświeci, zachowuję się jak wygłodniały szczeniak, któremu coś zagrzechotało w misce, jak obywatel PRLu na wieść o dostawie papieru toaletowego,  fashionistka podczas dostawy do hmu i matka podczas drzemki dzieci. Sprzątam raczej szybko niż starannie, olewam obiad i  zbieram w te pędy towarzystwo, odciągam ich na siłę od pociągów, książeczek i klocków, i bijemy prawdziwe rekordy szybkości w wybieraniu się na dwór. Dzieci, może trochę oszołomione moją nietypową ostatnio energią, a może same ożywione przedziwną jasnością wyjątkowo współpracują przy wychodzeniu.
Na placu zabaw, niby ich huśtam, niby łapię zjeżdżających ze zjeżdżalni, biję brawo i wycieram gluty, a jednak zawsze, jak słonecznik jakiś ustawiam się tak, żeby mi świeciło na twarz… I sycę się, sycę, napawam i chłonę promienidła cudowne, życiodajne, szczęściogenne.

Trzeba sobie jakoś radzić, łowić złocistość i podkarmiać tę pozimową biedę, bo sposoby lutowe, rzeżucha i żonkile przestają się sprawdzać i wszystko we mnie chce się już położyć na trawie świeżo zielonej, wąchać fiołki i jeść szparagi.

Jak miło gdy takie chwile trafiają się przy niedzieli. Gdy do słońca dołącza niedzielna błogość, pełna wspólnych śniadań i kaw, rosołów i spacerów.

 

 

16 marca, 2016 20 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckorozmyślania

cierpienia młodego rodzica, czyli o wychowaniu

by Paulina 9 marca, 2016

Kiedy byłam najlepszym rodzicem świata, czyli zanim przyszły na świat moje dzieci, bardzo się dziwiłam młodym mamom i tatom narzekającym, ze wychowanie dzieci jest trudne. 

Miałam w głowie dość proste i jasne wyobrażenie wychowywania potomstwa. Dużo miłości – bezwarunkowej i mądrej. Jasne, wyraźne granice i konsekwencja. Nie atakowanie bodźcami, mało zabawek, dużo książek i rozwijanie wyobraźni. Wypracowanie własnych rodzinnych rytuałów. Rodzicielstwo bliskości – dzieci przy rodzicach, nasiąkające naturalnie ich stylem życia, a nie w centrum wszystkiego. Pozwalanie na uczucia (także te negatywne) i nazywanie ich. Prawda, że sensowna wizja?

Nasz pierwszy dziecięcy egzemplarz był dość prosty w obsłudze, bezproblemowo karmił się piersią, przybierał, spał, uśmiechał się, jeździł z nami na wycieczki, bywał na imprezach i utwierdzał mnie w przekonaniu, że bezwzględnie jestem niepodważalnym ekspertem do spraw wychowania dzieci.
Ale mijał czas, nasz słodki niemowlaczek nabierał nie tylko ciała i nowych umiejętności technicznych, ale także zyskiwał własne zdanie, własne opinie i różne humorki. Na chwilę przed drugimi urodzinami dołączyła do niego siostra, zrobiło się intensywniej. Pojawiło się zmęczenie materiału, zniechęcenie, pojawiły się codziennie trudności logistyczne, a także trudności wychowawcze. I jakoś do mnie dotarła oczywista oczywistość, że rodzicem jest się do końca życia i nigdy nie jest tak, że za chwilę skończy się ten trudny okres. Owszem skończy się, a wtedy pojawi się nowy okres, trudny na swój zupełnie nowy sposób.

W gruncie rzeczy ciągle myślę, że moja ogólna wizja wychowawcza jest słuszna. Ale każdego dnia potykam się o niuansiki. Każdego dnia zawadzam o detale. Każdego dnia pojawiają się pytania, wątpliwości – jak zareagować na tę, bardzo konkretną sytuację. A chwilę potem na następną konkretną sytuację. I jeszcze następną. A następnego dnia to samo. (Choć bywa i tak, że zmęczona dwoma chorymi marudami i bliska szaleństwa w
czterech ścianach, łamię jedną zasadę za drugą i popełniam cały
wachlarzyk błędów wychowawczych.)

Czy to jeszcze szanowanie dziecka jako człowieka, czy już pozwalanie na wchodzenie sobie na głowę? Czy to stawianie granic których dziecko potrzebuje, czy może brak zrozumienia dla jego potrzeb? Czy mówienie „widzę, że jest ci smutno” nie podsyca marudzenia? Czy ustąpić, gdy  dwulatka chce „innoł” (kubek, rajstopy, książeczkę) – czy to rozpuszczanie dzieciaka czy wspieranie jego samodzielności i prawa do własnego zdania? Czy ta histeria to sprawdzanie mnie i próba wymuszania, czy autentyczna rozpacz?
I jeszcze… Na ile dzisiejsze szybkie, kolorowe i głośne czasy pełne milionów bodźców z każdej strony wpływają na rozedrganie i histerie, a na ile są to błędy w wychowaniu? Czy (słuszne przecież) odejście od „wypłakiwania się” i ogromna troska współczesnych rodziców o to, żeby bobas miał komfort absolutny, nie przyzwyczaja dziecka do tego komfortu, i nie przyczynia się do histerycznego reagowania na każde tego komfortu zachwianie? I jeszcze, czy te moje wątpliwości nie psują mi autorytetu? W końcu rodzic ma być opoką (przynajmniej do pewnego momentu).

I dalej czytam, zastanawiam się, rozmawiam, zwracam do mojej mądrej mamy, własnej intuicji i zdrowego rozsądku. I dalej nic nie wiem. A Wy? Wiecie? (Pewnie wiecie, jeśli jeszcze nie macie dzieci, hehehe;) )

9 marca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kulinarnie

kanapka nasza codzienna

by Paulina 2 marca, 2016

Jedzenie kanapek stało się nieatrakcyjne, mało instagram friendly, nudnawe i passé. I jeszcze niezdrowe, dodadzą niektórzy. Jedyne dopuszczalne pieczywo z dodatkami, to burgery, a poza tym teraz na śniadania i kolacje wypada jeść jaglanki i owsianki, naleśniki, placki, koktajle i smoothie, ewentualnie croissanta lub poszetowe jajko z sałatką.

A tymczasem dobra kanapka może być i atrakcyjnie wyglądająca, i zdrowa i smaczna.
Zacznijmy od porządnego pieczywa. Świeżego, ze sprawdzonym składem. Pysznej bułki kajzerki z delikatnym miąższem, albo chleba. Prawdziwego chleba na zakwasie,
a nie produktu chlebopodobnego. Porządny chleb na zakwasie, to nie
tylko uczta totalna, ale całkiem sporo korzyści zdrowotnych. Z jednej strony bakterie kwasu mlekowego obecne w zakwasie skutecznie
eliminują związki rakotwórcze (azotany, azotyny, toksyny pleśniowe),
które obecne są w każdej mące. Z drugiej strony fermentacja mlekowa
powoduje rozkład kwasu fitynowego, co umożliwia powstawanie
wchłanialnych form mikroelementów zawartych w ziarnach zbóż. Ponadto
chleby na zakwasie pomagają odbudować korzystną florę bakteryjną
przewodu pokarmowego, są naturalnie zakonserwowane i utrzymują długo
świeżość. (źródło) 



Do tego prawdziwe masło, albo np olej lniany lub dyniowy.

A
do tego… Mamy taką masę możliwości,  że może się zakręcić w głowie.
Chciałabym przedstawić Wam dzisiaj nasze ulubione kanapki.

(Najulubieńsza,
to, jak tu już pisałam wiele razy, chleb, masło, letni dojrzały pomidor
i gruba sól morska, ale dziś zaproponuję mniej oczywiste skojarzenia,
bardziej zimowe).

Kanapka z białym serem twarogowym, plastrami awokado, ze
świeżo zmielonym czarnym pieprzem i grubą solą, skropiona (koniecznie!)
oliwą z oliwek. Kompozycja idealna!

Pasztety warzywne.
Moja mama robi rewelacyjne pasztety mięsne, zażeramy się nimi wszyscy w
nieprzyzwoitych ilościach. Ja specjalizuję się raczej (dzięki
Jadłonomii) z pasztetach warzywnych. Najbardziej lubię chyba
wielowarzywny z kasza jaglaną. Fajny jest też pasztet z selera albo
soczewicy. Wadą jest to, że jednak jest dość praco- i czasochłonny i
generujący trochę bałaganu w kuchni, a ja nie lubię się narobić;) Ale
smak wynagradza te gary do umycia. A do tego, zupełnie niepostrzeżenie
spożywamy całkiem sporą ilość zdrowych składników (warzywa, kasza,
orzechy, olej). Świetnie pasują do tego kiełki (czyli dodatkowa porcja
zdrowia i pyszności).

Pasty warzywne. To szybsza wersja pasztetów. Bardzo lubię np z czerwonej fasoli,
taka meksykańska w smaku. Miksujemy: odsączoną czerwoną fasolę z
puszki, mniej więcej pół czerwonej cebulki posiekanej, parę łyżek oleju,
kolendrę. Bardzo pyszna, a do tego ma piękny kolor, uwielbiam na
kolację.
Albo taka delikatna pasta z zielonego groszku. Jest ślicznie zielona, bardzo świeża i aromatyczna, idealna na przedwiośnie.
Pasty rybne.
Np u mnie w domu jadło się makrelę albo sardynki z puszki rozgniecione
widelcem z białym serem i z dodatkiem przecieru pomidorowego. Świetne z
żytnim chlebem.

Twarożki. To śniadanie niedzielne z mojego rodzinnego domu.
Biały ser, śmietana, jajka ugotowane na półtwardo, wszystko rozgniecione
widelcem. Z dodatkiem tartej rzodkiewki, kiełków lub szczypiorku. Albo
wersja mniej skomplikowana, twarożek kozi ze świeżym tymiankiem – z ciemnym chlebem robi efekt lata, prawie mam potem ochotę na lemoniadę albo mojito.

Hummusy, choć ostatnio zyskały nieco polityczny podtekst, pozostają bardzo pysznym dodatkiem do białego pieczywa i bagietek. Osobiście najbardziej lubię hummus z czerwonej soczewicy, ugotowanej w bulionie warzywnym. Z dodatkiem małego ząbka czosnku, kopiastej łyżki tahiny, z paroma łyżkami oliwy z oliwek, odrobiną octu balsamicznego, przyprawiony majerankiem. Lubię też tradycyjny, z ciecierzycy, a planuję spróbować pozostałych z Jadłonomii.

I jak? Pysznie, co?
Lubicie kanapki?

2 marca, 2016 11 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
lubelszczyznaLublinrozmyślania

historie rodzinne

by Paulina 25 lutego, 2016


Lubicie historię? I historie? Opowieści o dawnych czasach? Ja bardzo.

Lublin ma historię bogatą i ciekawą,przez wiele lat stanowił trochę bramę między wschodem a zachodem, był wielokulturowy i otwarty.


Po wojnie miasto mocno się zmieniło, a odtwarzaniem jego dawnego kształtu zajmuje się ośrodek Brama Grodzka przy Teatrze NN, mieszczący się (jak nazwa wskazuje) w Bramie Grodzkiej, która jest jednym z najstarszych murowanych budowli lubelskich. Kiedyś była nazywana Bramą Żydowską, bo stanowiła przejście między (bardzo liczną) gminą żydowską, a starym miastem.
Ośrodek zajmuje się historią ludzi, zbiera relacje „świadków historii”, gromadzi opowieści o tym, jak było dawniej, jak żyło się tzw zwykłym ludziom. To coś więcej niż dopełnienie lekcji historii, takie relacje dają pełniejszy i autentyczniejszy obraz dawnych czasów, są ciekawsze i bardziej angażujące niż suche historyczne fakty, daty, nic nie mówiące nazwiska i statystyki.

Moja Babcia urodziła się na lubelskim starym mieście, dzieciństwo i młodość spędziła mieszkając w lubelskim Rynku. Po kilku latach krążenia wokół tematu, wybrałyśmy się wreszcie do Bramy Grodzkiej, nagrać jej relację.

Spędziłam blisko trzy godziny na twardym krześle, słuchając jej opowieści o życiu w dawnym Lublinie, o zabawach w leju po bombie nad rzeką, o samolocie, który rozbił się o sąsiednią kamienicę, o Rosjanach, którzy mylili ich dom z sąsiednim domem publicznym i dobijali się do okien krzycząc „dawać diewoczki”, o zapachu chleba na ulicy Koziej, o niemieckich żołnierzach, którzy brali kilkuletnią dziewczynkę z loczkami na kolana (i jej strachu, że już jej nie oddadzą mamie), o pradziadku wziętym do niewoli. „Było trudno, ale było też pięknie”, babcia uśmiechała się do wspomnień a ja słuchałam zachłannie, bo zawsze takie opowieści lubiłam. Szczególnie, że ta była nie tylko ciekawa, ale też jakoś mnie przecież dotyczyła.

Poszłyśmy potem na kawę, bo w ich dawnym mieszkaniu teraz jest mała restauracja. „Tu była kuchnia, tam stał piec kaflowy, tu lustro, a pod tamtą ścianą tapczan, na którym urodziłam twojego tatę”.

 

Polecam Wam, jeśli będziecie w Lublinie wizytę w Teatrze NN, przenosi w przeszłość dużo lepiej niż wizyta w klasycznym muzeum.

Polecam też rozmowy z dziadkami i wysłuchanie ich opowieści. To wspaniała okazja do poznania własnej historii, ale także własnych dziadków jako młodych ludzi, popełniających błędy, przeżywających przygody (choć w przypadku tego pokolenia nie wiem, czy można mówić o przygodach w naszym rozumieniu ), pierwsze miłości, mających pasje i zainteresowania. To dość niesamowite jest, zwłaszcza, że okazuje się, że jakie by nie były czasy i okoliczności, ludzie są w gruncie rzeczy tacy sami. Dorastają, zakochują się, kłócą, lubią dobrze zjeść i dobrze się bawić, mają dzieci i marzenia, chcą być zwyczajnie szczęśliwi.

25 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmój stylwiosna

idzie

by Paulina 16 lutego, 2016

Nastąpił ten moment lutego. Nie wiadomo kiedy dzień zrobił się dłuższy, parę stopni na plusie i jakoś się świat ożywił, zapachniał. Drgnęło, ruszyły te soki podskórne. Od razu inaczej się wszystkiego chce.
Brzydko jest okropnie, wszystko jest brudne, szare i takie pozimowo nieatrakcyjne i ociężałe, ale nie w tym rzecz zupełnie.

Rzecz w tym, że pojawiła się ta energia przed-przedwiosenna. To ten moment, kiedy wysiewam rzeżuchę, i kiedy do domu trafiają pierwsze żonkile. I w ogóle chce się grzebać w ziemi, kwiatki przesadzać, organizować domowa roślinność. Zresztą ogólnie chce się organizować, znowu zająć domem, wykańczaniem i zasiedlaniem, bo się zimowo – poporzeprowadzkowo zasiedzieliśmy, a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Chce się zająć sobą, rozruszać, iść biegać już teraz koniecznie, rowery wskrzesić, pierwsze piegi łowić na wycieczkach, rumieńce przywołać na szaro-blade lico. Zrzucić miękki brzuszek. Umysł pogimnastykować jakimiś błyskotliwymi łamigłówkami i wreszcie zagrać w nową planszówkę, a nie pogrążąć się tylko błogo w kolejnych książkach.
Ruszyć się trochę, z domu wyjść wreszcie.

Jest energia.

Idzie wiosna.
Nie mam złudzeń oczywiście, że jeszcze przyśnieży, zmrozi i mi się odechce. Ale już ruszyło, przełamało się i od teraz każdy śnieg, plucha będą coraz bardziej niestosowne. Już coraz bardziej legalnie będzie można rozpiąć płaszcz, wkładać nieocieplane buty i zauważać pierwsze bazie na drzewach. Do tej pory bazie i przebiśniegi były trochę wybrykiem, bo wiadomo, że żadne kwiatki w styczniu po prostu nie mają racji bytu. No więc właśnie teraz one tę rację bytu zyskują. Taki niuansik.

Chciałabym się pochwalić, że ten sweter to ręczna robota jest, mojej Mamy (te piękne warkocze) i moja (koślawa reszta). Jest cudowny, miękki i ciepły (100% wełny) i właśnie taki, jaki sobie wyobraziłam.

16 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckopasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrozmyślania

Trudne strony podróżowania z dziećmi

by Paulina 8 lutego, 2016

Nie był to dla mnie przyjemny tydzień, chorujące potomstwo stłoczone w czterech kątach, z dnia na dzień bardziej zmęczone infekcją (szczęśliwie dość łagodną) i w związku z tym rozmarudzone, i ja, z dnia na dzień bardziej zmęczona potomstwem i naprzemiennymi fochami, jękami, smuteczkami i kłótniami. Wisienką na torcie był weekend, gdy do towarzystwa zadżumionych dołączył mąż.
A liczyłam na jakąś wycieczkę.

Może trochę na przełamanie tą wycieczkę, bo ostatnia do najudańszych nie należała…

Dlatego dziś o trudnych stronach podróżowania z dziećmi. Są one w zasadzie dość oczywiste, i to one stają przed oczami jako pierwsze, gdy zestawi się ze sobą słowa „podróż” i „dzieci”, na zasadzie, że to się udać nie może. Ja koncentrowałam się dotychczas na pozytywach, że warto, bo to integruje, otwiera, wychowuje, poszerza horyzonty małym i dużym i zwyczajnie nie ma co odkładać swojego uluboinego stylu życia na bok, oczekując, aż dzieci dorosną do tzw odpowiedniego (czyli jakiego w gruncie rzeczy?) wieku. (zainteresowanych odsyłam do wpisu o tym, czy warto podróżować z małymi dziećmi, albo o ostatniej wycieczce w Alpy, albo do całej kategorii „Aktywnie z Dziećmi”)

Ale ale, ad rem.

Podróże z dziećmi to przede wszystkim wyzwanie organizacyjne. Kiedy pojechać, jak i gidze, żeby te najważniejsze stałe punkty dnia zostały w miarę zachowane, spanie, aktywność, jedzenie, toaleta… Dorośli się dostosują, czują priorytety wycieczkowe, chodzi o przygodę, wrażenia, a nie o pełny brzuch (choć, po 2,5 roku we Francji punkt ciężkości się nieco zmienia…), czy komforty higieniczne, ale głodne czy niewyspane dziecko, jest po prostu Najnieszczęśliwsze Na Świecie i jakiekolwiek zwiedzania tracą wtedy totalnie sens. Z dwójką oczywiście to podwójna trudność, mieliśmy np taki moment, że Wilczek spał raz dziennie, koło 13-14, a Iskra, miała standardowo dwie drzemki – poranną i popołudniową i przy jednodniowych wypadach musieliśmy mocno kombinować, żeby każde dostało swoją porcje snu w miarę przyzwoitych warunkach.

Pakowanie!
Wszystkie dziecięce gadżety, o jakim nie śniło się minimalistom. Pieluchy, ukochane przytulanki, bidony, ubranka na zmianę, przekąski, w zależności od pogody kremy słoneczne / na mróz, rękawiczki i kapelusze od słońca, nocnik, apteczka… Jedziemy w sumie na parę godzin, a załadowani jesteśmy po dach.

Chaos poprzyjazdowy.
Wracamy zawsze za późno, dzieci są zmęczone, głodne lub śpiące (a najczęściej wszystko naraz). Wpadamy, sami zmęczeni i głodni z dzieciakami, wszystkimi bambetlami, z przyczepką, nosidłami, lub rowerkiem i wózkiem, ponaglani rozpaczą na dwa głosy. Zdarza się, że dzieci na kolacje powycieczkową często dostają makaron polany oliwą, albo bułę z masłem. Kładziemy ich spać, i wtedy ignorujemy graty na podłodze, albo zgarniamy burdello w jedno miejsce a potem starannie omijamy je wzrokiem, popijając piwko (dobre na zakwasy) i polegując miło.

Opcja muł pociagowy. 
Trzeba dzieciorzyznę i ich akcesoria tachać w nosidłach, czasem trzeba tachać zmęczonego rowerzystę (z rowerkiem rzecz jasna), albo ciągnąć słodki ciężar z nieocenionej królewskiej przyczepce. Nie jest źle w gruncie rzeczy, sprzęt mamy bardzo przyjazny i ułatwiający podróżowanie z dziećmi, ale, mimo wszystko, te kilogramy nie znikają…

Umykające wrażenia.
Wiele razy pisałam o tym, że podróżowanie z dziećmi jest po prostu inne, że inne są wrażenia, że ich intensywność koncentruje się gdzie indziej, że tak jest po prostu i nie ma co się nastawiać na bicie jakiś rekordów. Niemniej, czasem trochę żal, zwiedzania wieczornego, niektórych atrakcji, koncertów, oglądania zachodów słońca na plaży, beztroski i swobody.

Bywa, że mimo naszych starań organizacyjnych, nieletni strzelają focha.
Idą im zęby, niewsypali się, zaczyna im się infekcja (o czym dowiadujemy sie po fakcie oczywiście. To pzypadek ostatniej wycieczki) wstali lewą nogą po prostu. Wtedy zaciskamy zęby i czekamy, aż przejdzie, albo modyfikujemy plany (bo przecież chodzi o przyjemność, a nie obowiązek), robimy dłuższy piknik.

Problemy zdrowotne.
Pojęcie dość szerokie. U nas np. takim problemem okazała się choroba lokomocyjna (u obojga), skutkująca wieloma postojami na górskich serpentynach, miską specjalnego przeznaczenia obowiązkowo na wyposażeniu i bogatą garderobą do przebrania. Albo nagła gorączka, ugryzienie, upadek itp. Brr.

Zwykła, ogromna, odpowiedzialność, za drugiego, małego człowieka. 

Inne, nieprzewidziane trudności i wyzwania losu, które z maluchami zawsze powodują nieporównanie większe komplikacje. (vide nasza dwudniowa wycieczka rowerowa wzdłuż Rodanu).

Ale.
Sami się pewnie domyślacie, czy nas to zniechęca?

8 lutego, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Francjapasjapodróże i wycieczkipodsumowaniarozmyślania

one day after another

by Paulina 1 lutego, 2016

Dokładnie trzy lata temu przenieśliśmy się do Francji.
Powiem Wam, że te trzy lata to ważny czas był.
Ważny i dużo zmieniający w naszym życiu. Pozbierałam się mocno niedawno z tych zmian wszystkich, ale przyznam, że ciągle kroczę przez to nowe życie mocno chwiejnym krokiem.

Wyjechaliśmy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. W końcu chcieć to móc, jesteśmy młodzi, przygoda i fantastyczna sprawa i to Francja jeszcze do tego. Urządziliśmy się całkiem miło, chociaż było trochę problemów organizacyjnych powiedzmy i co krok potykaliśmy się o niebywały francuski brak elastyczności, ich monstrualną biurokrację i totalny brak dbałości o klienta jako takiego. Ale żyliśmy tam sobie, i w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie sobie żyliśmy, powiększając w międzyczasie rodzinę, starzejąc się trochę, przeprowadzając się, organizując francuskie wycieczki większe i mniejsze, poznając, oglądając, smakując i generalnie chłonąc na maksa.

To był czas maksymalnego zwrócenia się do siebie, zdawania egzaminu z
siebie,
w końcu byliśmy tam tylko my, z bardzo drobnym drobiazgiem,
który, choć najkochańszy, nie ułatwiał sprawy tzw integracji z miłymi
choć zdystansowanymi Francuzami. Czas weryfikacji wielu spraw, siebie,
priorytetów, własnego zdyscyplinowania i przyjaźni.

Powrót
nie był bynajmniej przybyciem do bezpiecznej i znanej nam przystani,

jako że po krótkim wakacyjnym odsapnięciu czekały nas przeprawy
mieszkaniowe, związane z zakupem, kredytem, remontem i urządzaniem, z
małoletnimi zaczynającymi przedszkole, wspinającymi się na niebezpieczne
drabinki i malującymi sobie całą twarz czerwoną szminką. Potem był
jeszcze restart mojego życia zawodowego i początek żłobka u córy.

Sporo jak na trzy lata.

Myślałam,
co to dla nas, pojedziemy, przeżyjemy fajną przygodę, wrócimy do siebie. Ale chyba się w
międzyczasie zestarzałam jeszcze, bo dał mi ten okres w kość. Choć było pięknie, to było
trochę trudno, ale dużo mi to dało. Miałam cholernie dużo czasu i
możliwości na to słynne poznanie siebie, zupełnie nie zagłuszana, hmhm,
światem zewnętrznym.

Minęły trzy lata. Dużo i mało.
Byliśmy
ostatnio na imprezie w klubie (wiwat Dziadzia), na koniec jedna piosenka
skojarzyła nam się z czasem z przed 2012. Uderzyło mnie, że zmieniło
się w naszym życiu od tamtego czasu niemal wszystko
. A sedno jest to
samo, choć nie takie samo.

1 lutego, 2016 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry