Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

festiwaleJarmark JagiellońskilatolubelszczyznaLublinmój styl

Jarmark Jagielloński 2016

by Paulina 17 sierpnia, 2016

W miniony weekend odbył się kolejny, dziesiąty już Jarmark Jagielloński (tak było w 2010). To impreza, która nawiązuje do tradycyjnych jarmarków lubelskich organizowanych w  XV i XVI w – podobno jednych z najbardziej znanych handlowych wydarzeń międzynarodowych.

Jarmark to oczywiście stoiska z rękodziełem z Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy czy Słowacji, pokazy i warsztaty dawnego rzemiosła, ale też bardzo fajna atmosfera towarzysząca. Są potańcówki, koncerty, jest przestrzeń nietuzinkowych zabaw, spektakle i spotkania z opowiadaniem legend i baśni. No i jest pochód ze słynną dwumetrową kurą, kuglarzami i przy dźwiękach dud, który nadaje bardzo klimatycznego smaczku całości.

Można by pomyśleć, że nuda i skansen, kolejny po prostu jarmark z ludowizną. Ale całość, jest taka… z charakterem. Folklor miesza się z nowoczesnością, kuglarze noszą trampki i okulary słoneczne, potańcówki ludowe angażują jak dyskoteki, tradycyjna twórczość przybiera współczesne kształty. Wymieniają się i mieszają pokolenia i kultury.
Nie było skansenu, była autentyczna, żywa i piękna tradycja, którą bardzo warto pielęgnować.

Można też było sobie zrobić klimatyczne zdjęcie na szkle. Tu nawet widać, jak fotografia wyłania się z negatywu.

Stragany były bardzo ciekawe, można było zaopatrzyć się w tradycyjny ludowy – lub inspirowany ludowością strój, np pięknie haftowane lniane bluzki, tkane pasy. Było sporo drewnianych zabawek, ceramika, wycinanki, hafty, pisanki wyroby ze słomy.

Nie mieliśmy jednak w planach tego typu zakupów, więc większość czasu spędziliśmy na Błoniach zamku. Tam dzieciaki odkrywały dawne zabawy. Na sporym terenie było mnóstwo propozycji. Większe i mniejsze drewniane podesty (bo nie wszystko można robić na trawie), niektóre pod dużymi otwartymi namiotami. Wielkie bierki, czy memory (z ludowymi motywami), przestrzenne puzzle, a także kapsle, cymbergaj czy hacele. Wielkie drewniane kury do bujania, wyścigi kulek i sensoryczne plansze.
A do tego zabawy taneczne, pokazy dawnego rzemiosła, wspaniałe opowieści o dawnych baśniach i legendach słowiańskich.

 Plac zabaw nie tylko dla dzieci…

Wyścigi kaczek i kur, jedna z ulubieńszych zabaw naszych dzieci.

Garncarstwo w wykonaniu ślicznej sobowtórki Juno Temple, zahipnotyzowało młodzież na dłuższy czas.

„Mama zlub lakietę” Prawie wyszło;)

Udało nam się też spotkać z przesympatyczną Justyną, czyli Rudą Paskudą, i jej rodzinką. Wreszcie mogę wypowiedzieć najsłynniejsze blogerskie zdanie, że jednym z największych plusów blogowania, jest poznawanie świetnych ludzi. Tak właśnie jest! Pozdrowienia Justyna:)

17 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
fenomen Proustamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylezapachyzmysły

Zmysłowe przyjemności. Zapach.

by Paulina 14 sierpnia, 2016

Dzisiaj znów zmysłowo. Było już o dotyku, dziś równie pięknie, bo zapachowo. Węch jest kolejnym bardzo pierwotnym, i takim trochę zwierzęcym zmysłem.

Wiecie, że już kilkudniowe dzieci poznają swoją mamę właśnie po zapachu?

Węch jest szczególny, bo układ węchowy jest mocno powiązany ze strukturami w mózgu odpowiadającymi za emocje. Stąd słynny fenomen Prousta, nasze wspomnienia pachną, a zapachy się kojarzą. 

Ja bardzo mocno odbieram świat właśnie zapachami. Gdy mi przeszkadzają, to przeszkadzają bardzo, ale gdy pięknie pachnie… jest najpiękniej już totalnie.

Mam mnóstwo ulubionych zapachów i nie wiem, czy potrafiłabym wybrać jeden najulubieńszy. 
Myślę, że wysoko na takim podium byłaby skóra niemowlęcia karmionego piersią. To jedyny w swoim rodzaju zapach, ciepły, mleczny i słodki, jeden chyba z najbardziej kojących. Teraz uwielbiam wąchać włoski moich dzieci, zwłaszcza te nagrzane słońcem.

Zresztą, ciekawe, że grzejące słońce nadaje jakiegoś cudownego dodatkowego zapachu. Twarz ogrzana pierwszymi wiosennymi promieniami, albo ciepła sierpniowa papierówka, która nie wiem czy wspanialej smakuje, czy pachnie.

A idąc dalej tropem słonecznym, wielki uśmiech wywołuje u mnie zapach rozmarzającej ziemi. To pewnie za sprawą prostego skojarzenia zapowiadającego wiosnę – i w ogóle pierwszego zapachu jaki się pojawia w zimowym świecie. I rzeżucha jest wtedy. A potem jest cudowna wiosenna trawa i charakterystyczna woń pierwszego koszenia, która jest takim przypieczętowaniem nowej pory roku. A potem już jest całkiem rajsko – fiołki, bzy, jaśmin, czarny bez, lipy…

A skoro już roślinnie – to szalenie podoba mi się aromat pomidorowych liści. Świeżo zerwany pomidor pachnie zupełnie inaczej, pomidorowe liście pachną rewelacyjnie, może uruchamia mi się tutaj jakieś wspomnienie ze szczęśliwego dzieciństwa spędzanego w dużej mierze na działce.

Las. O leśnym zapachu już pisałam, że zbanalizowany do poziomu kostki toaletowej i choineczki samochodowej, a w lesie wdycha się nie tylko ten zapach obłędny, ale całą leśność – to powietrze chłodne, ciszę aksamitną i trzeszczące igliwie.
I choinka. Jak ktoś lubi Boże Narodzenie, to lubi też ten cudowny świerkowy zapach. I piernikowy zapach, cudowną mieszankę korzennych przypraw, która totalnie „robi” święta.

Pozostając przy wypiekach – ciasto drożdżowe. Z kruszonką, maślane, mleczne i waniliowe, to stuprocentowy sposób na stworzenie domowości. I jeszcze zapach chleba za zakwasie.

I w ogóle zapach dobrego jedzenia. Sos do pizzy – i ta mieszanka czosnkowo – oliwowo – pomidorowa. Gotujący się rosół pachnący przypaloną na ogniu cebulą. Kurki w rozmarynie do tego risotto. Cukinia z szafranem. Ser z niebieskim przerostem. Wołowina po burgundzku. Porządny bigos. Guacamole kolendrowo-limonkowe. Świeży bób. Curry. Caprese z masą bazylii. Dobre czerwone wino

I jeszcze powietrze po burzy, naładowane ozonem, wspaniale świeże. I morze, morze wspaniałe, odurzające, działające zresztą na wszystkie zmysły.

I mydło marsylskie, synonim czystości, poszukuję takiego płynu do mycia.

I drewno, drewniane meble.

Nowa książka, ten zapach (czasami jeszcze lekko sklejonych, uwielbiam) zadrukowanych kartek, zapowiadający nową historię. Albo nowy zeszyt, nowy kalendarz, papier w ogóle bardzo miło pachnie. Zawsze też uwielbiałam zapach nowych okładek na zeszyty – tych najzwyklejszych, plastikowych i przezroczystych, które po paru tygodniach wyglądały zupełnie fatalnie. Z tych niekoniecznie zdrowych, jeszcze świeża farba, nie wiem, czy to przez ten powiew nowości, czy mam jakiś narkotyczny gen.

Wwąchujecie się w świat? Jakie macie swoje ulubione zapachy?

14 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggednamiot z dziećmipasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Biwakowanie z dziećmi. Poradnik

by Paulina 9 sierpnia, 2016
biwak z dziećmi, camping dziecko, namiot, biwakowanie

Od zawsze jeździmy na wakacje pod namiot. Przed dziećmi były to wyjazdy samowystarczalne, na plecach mieliśmy cały all inclusive, jeździliśmy stopem po Europie, rozbijaliśmy się czasami przy parkingu na skrawku trawy, czasami na klifie nad oceanem, a czasami (gdy potrzebowaliśmy coś uprać, porządnie się wykąpać i generalnie zaznać wygód)  na campingach. Takie podróżowanie praktykowaliśmy trochę z konieczności finansowych, ale w dużej mierze ze względu na przygodę, na zupełnie inne przeżycia. Myślę, że gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, jeździlibyśmy na podobnych zasadach, tylko dalej, bardziej egzotycznie.

Taka przygoda w kiedyś Portugalii, podczas ogromnej zlewy w nocy. W pewnym momencie okazało się, że z podłogi namiotu zrobiło nam się łóżko wodne i nie chcieliśmy sprawdzać jego wytrzymałości, więc przenieśliśmy się w takie oto ustronne miejsce;)

 

Potem przyszły na świat nasze dzieci, a my nie chcieliśmy nagle totalnie statecznieć, i rezygnować z naszego stylu i upodobań. W końcu rodzic też człowiek, a i dla dziecka takie poświęcanki rodzica niekoniecznie wychodzą na dobre.

Dlatego nie było rewolucji, tylko nagięliśmy i dostosowaliśmy do dziecięcych potrzeb nasz styl podróżowania.

Z dziećmi może nie da się wszystkiego, ale można bardzo wiele. Spać z dziećmi pod namiotem np. można jak najbardziej. Oczywiście, namiot z dziećmi to jakieś wyzwanie.


Dzisiaj podzielę się z Wami naszymi patentami dotyczącymi biwakowania z maluchami.


Zacznę od samego namiotu. Wspominałam już o naszym – bardzo wygodnej i przestronnej trójce z dwoma przedsionkami, nieistniejącej już niestety marki Alpinus. Ten model ma szybki system rozkładania, przy czym nie jest to słynny namiot, który się rzuca,by go rozłożyć. Wybór namiotu to sprawa do przemyślenia, warto wybrać się do specjalistycznych sklepów turystycznych, (a nie do supermarketów, nawet tych turystyczno – sportowych), tam sprzęt będzie miał zdecydowanie większą jakość, podpowiedzą ludzie znający się na temacie, często są promocje i zawsze warto pytać o dodatkowe zniżki. Dobrze jest też popytać się o różne opcje i poczytać, zobaczyć różne rozwiązania

Biwakowanie z dziećmi – jak zorganizować spanie pod namiotem

My śpimy na karimatach. Nie ciągniemy ze sobą dmuchanych materacy (ani samopompujących się karimat), ze względu na ryzyko przebicia i ogóle dużą awaryjność. Zresztą, na dobrej karimacie, i przy w praktykowanej ostatnio przez nas wersji „dużym samochodem na biwak, czyli wszystko może się przydać”, gdy na rozłożone przy sobie karimaty kładziemy jeszcze koc, jest nam naprawdę wygodnie (oczywiście o ile stawiamy namiot na w miarę płaskim terenie).
Do spania mamy też śpiwory-mumie sprzed paru lat, które niestety już się mocno zbiły i myślimy o zakupie nowych, tym razem puchowych – bo te podobno mają większa trwałość. Nasze dzieci jeszcze nie doczekały się śpiworków, śpią pod swoimi kocami, ale śpiwory by się przydały – przy ich tendencji do migrowania po namiocie i rozkopywania się.
Śpimy wszyscy obok siebie, w systemie rodzic-dziecko-rodzic-dziecko, to pozwala nam w nocy mieć jako taką kontrolę nad tym, czy któreś nie spełzło niechcący na gołą podłogę i i nie śpi bez koca wtulone w ścianę namiotu.

Pewnie by się dało, ale już nie rozbijamy się na dziko. Wybieramy campingi i przez cały wyjazd zostajemy raczej w jednym miejscu. To oznacza większą wygodę (bo nie trzeba się codziennie pakować), stały dostęp do łazienki, i trochę poczucia domowości i stabilizacji.

Nie trzeba się codziennie pakować, za to traci się takie okoliczności przyrody

I takie;)

 W kwestii łazienki jeszcze.
Zabieramy miniaturki wielofunkcyjnych kosmetyków, to zwyczaj, który został jeszcze z czasów backpackerskich, ale sprawdza się i teraz. Bardzo polecam taniutki żel do mycia Babydream z Rossmana – do mycia siebie i dzieci, do twarzy i higieny intymnej, jak ktoś lubi to także do włosów. Dobry i przyjazny skład pozwalają na mycie wszystkiego bez ryzyka podrażnień i wysuszeń. Poza tym, przy dzieciach (i ich samodzielnym jedzeniu), sprawdzają się chusteczki nawilżane. Przyznaję się bez bicia, że na biwaku z dziećmi, zwłaszcza krótkim, nie przesadzamy z higieną, często po prostu myjemy zęby, buzie i pupy, i odpuszczamy prysznice, zwłaszcza, gdy jest chłodno. Lepsze brudne dziecko niż dziecko z katarem. Do tego porządny i wysoki filtr przeciwsłoneczny, żel aloesowy – na poparzenia i ukąszenia. Coś przeciw owadom (ostatnio czytałam o magicznych wręcz przeciwowadowych właściwościach czystka! Wystarczy się spryskać naparem z czystka, działa podobno rewelacyjnie, a przy tym to naturalna i nieśmierdząca rzecz.) Szczoteczki do zębów.
Bierzemy tez ręczniki z mikrofibry, są lżejsze, szybciej schną i lepiej chłoną niż te tradycyjne.

Co jeść na biwaku

Zawsze bierzemy ze sobą palnik turystyczny i menażki (dwie pakowane w jedną z uniwersalną przykrywką i wymienianą rączką) i dużo gotujemy sami. Na śniadanie jaglanka lub owsianka z rodzynkami i jabłkiem lub brzoskwinią, z masłem i syropem z agawy – to głównie dla dzieci, bo wiemy, że zjedzą na pewno takie śniadanie i będą mieli porządną i ciepłą „bazę” jedzeniową na cały dzień.

W ciągu dnia, na wycieczki bierzemy prosty piknik, czasem polski sentymentalny czyli puszka tyrolskiej albo paprykarza, pieczywo i ogórki, czasem mamy więcej fantazji (i lokalny sklep ma) i idziemy np. w melona albo awokado i szynkę. Zawsze jest jeszcze jakiś banan na podorędziu, tzw. kompoty (czyli mus owocowy w torebce z ustnikiem, czasem zmieszany z kaszą manną), cienkie kabanosy, w górach dodatkowo przegryzka bakaliowa (lepsze rozwiązanie niż czekolada).

Czasem próbujemy lokalnych specjałów w lokalnych knajpkach.

A wieczorem, na campingu przeważnie gotujemy sami. Proste dania na dwa garnki (bo więcej nie mamy).

Często makaron z prostym sosem.

Np. pomidorowym: w menażce podsmażamy trochę czosnki i cebuli, w wersji „na bogato” dodajemy mięso mielone, a potem pomidory w puszce (nie koncentrat tylko pomidory pelati), chwilę dusimy razem, mieszamy z makaronem.

Albo kurkowym: w menażce podsmażamy cebulkę, najlepiej z dodatkiem masła dodajemy pokrojone kurki (żeby je umyć, trzeba namoczyć w zimnej wodzie, wtedy piasek wypływa sam) i śmietankę 30%, mieszamy z makaronem.

Można też pokusić się o gotowy sos, w słoiku, często mają bardzo przyzwoite składy.

Albo kuskus z warzywami. Osobiście uwielbiam taką wersję: podsmażamy (najlepiej na oliwie) czosnek, dodajemy wydrążoną i pokrojoną młodą cukinię, potem oliwki i obrane (sparzone we wrzątku kuskusowym) pomidory. Całość mieszamy z kuskusem, można dodać trochę koziego serka, jak się ma.

pod namiotem z dziećmi, biwakowanie a dziecko

Ubieranie dzieci pod namiotem

Dla dzieci bierzemy praktyczne całą ich szafę. W warunkach namiotowych maluchy brudzą się zdecydowanie szybciej niż przeciętnie, a z praniem bywa różnie. Poza tym ZAWSZE jest tak, że znajdą jakąś kałużę i w niej usiądą, zaleją się piciem itd., więc suszące się ciuchy to standard. Poza tym trzeba być przygotowanym na zmiany pogodowe, czyli pamiętać o kurtkach przeciwdeszczowych i kaloszach, o cieplejszych bluzach i spodniach a nawet czapeczkach. Do tego niezliczone ilości koszulek, spodenek, skarpetek i majtek, przydają się też tetrowe pieluchy (do wytarcia, do ochrony przed słońcem, do przykrycia itd.)

(O moim podróżniczym stylu i tym, co ze sobą zabieram, żeby było praktycznie w górach i na biwaku, a jednocześnie żeby zachować trochę estetyki, napiszę innym razem, bo i tak post mi się rozrasta nieprzyzwoicie.)

Inne

Dla dzieci nie bierzemy jakiejś masy gadżetów, jak ktoś tu zagląda regularnie, to wie, że jesteśmy zwolennikami tzw. twórczej nudy, zabaw w wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw – i nasze maluchy zawsze nas pozytywnie zaskakują pod tym względem.
Bierzemy im ukochane przytulanki, piłkę do grania, kilka książeczek i po jakiejś niewielkiej zabawce (ostatnio np. bardzo fajna gra dobble).

Bierzemy też zawsze hamak, lub dwa, to cudowna forma relaksu, czasami Iskra daje się zaprosić na drzemkę hamakową.

Przydają nam się też różne turystyczne sprzęty:
scyzoryk wielofunkcyjny,
metalowe kubki, sporki, (połączenie łyżki i widelca), dla dzieci talerze z melaminy (my jemy w menażkach, jest mniej zmywania). I a propos zmywania, gąbeczka i mały płyn do naczyń.
linki (chociażby do rozwieszania mokrych rzeczy),
koc piknikowy,
folia nrc, apteczka
sól, pieprz i inne przyprawy w opakowaniach po soczewkach,
latarki (najlepiej czołówki),
walkie talkie (sprzęt który świetnie sprawdza się na szlaku, gdy nie chcemy do siebie krzyczeć z odległości kilkudziesięciu-kilkuset metrów, oraz wieczorami gdy włączamy funkcję „niania” i słyszymy ich gdy idziemy kawałek dalej od namiotu)
powerbank do telefonów
nasz ostatni nabytek (bo się starzejemy), składane siedzonko z oparciem, do wygodnego siedzenia w namiocie i na trawie
dobry termos

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

I jeszcze jedno. Zastanawiałam się nad zasadnością takiego wpisu, w dzisiejszych czasach wygodnych wczasów w hotelach, aribnb, klimatycznych domkach, gospodarstwach agroturystycznych i pensjonatach. Ale serio uważam, że warto. Wakacje pod namiotem to naprawdę świetna opcja. To zdecydowanie tańszy wyjazd. Za dobę „biwakową” płaci się kilkadziesiąt, a nie kilkaset złotych. To robi różnicę i otwiera mnóstwo możliwości.
Ale przede wszystkim totalna odmiana (także od komfortu dnia codziennego). To inne, autentyczniejsze przeżywanie świata, to zbliżenie się do siebie. To wakacje bardzo unplugged, w sensie zupełnie dosłownym, bo komórki są przeważnie wyłączone, jako że ładować można je tylko w knajpach i samochodzie – co jest bardzo wygodne, bo to nie my wydzielamy ilość tableta, czy pilnujemy ilości oglądanych na YT bajek. Tableta zwyczajnie nie ma, dzieciaki też nie widzą rodziców smyrających po ekranie telefonów. Jesteśmy w tym wyświechtanym tu i teraz, oddzieleni od prawdziwego, naturalnego świata tylko cienkim namiotowym materiałem, i to daje zupełnie inną jakość przeżyć.

* Tekst zawiera linki afiliacyjne. Wszystkie polecane przeze mnie produkty przetestowaliśmy i polecamy w całej rozciągłości. Jeśli zdecydujecie się na zakup któregoś z nich, trafi do mnie drobna prowizja.

PS. Trochę mi zajęło napisanie tego postu. No i lata zbierania doświadczeń są nie do przecenienia;) Dlatego będę wdzięczna za każdego lajka, komcia, czy udostępnienie:)

9 sierpnia, 2016 27 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiKazimierz Dolnylubelszczyznanamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrowerrower z dzieckiem

Kazimierzu nasz, ty coś w sobie masz…

by Paulina 4 sierpnia, 2016

Stacjonujemy teraz w Lublinie. A przy ładnej pogodzie, gdy możemy, wyrywamy się choć na chwilę i choćby niedaleko.


Ostatnio, Kazimierz Dolny i okolice. Ten Kazimierz, niby znany do znudzenia i ograny, który odkryliśmy na nowo tuż po urodzinach Wilczka, i jego mniej oczywiste oblicze. Zbaczamy z najgłówniejszych turystycznych ścieżek, unikamy niedziel i – świetnych skądinąd – festiwali (teraz trwają Dwa Brzegi, parę tygodni temu Kazimiernikejszyn) i robi się bardzo klimatycznie i idealnie wakacyjnie.

Niestety tak teraz wygląda cudowna plaża z tego posta plażowego-prawie-nadmorskiego.

5 minut od rynku

W Kazimierzu zdecydowanie warto postawić na mniej oczywiste zwiedzanie (choć to oczywiste też bardzo polecam, zwłaszcza jeśli jest się tam po raz pierwszy), warto wybrać się na spacer trochę dalej, może nawet poza miasteczko, trafić do jednego z przepięknych wąwozów, bardzo malowniczych, pięknie oświetlonych, ozdobionych wspaniałymi rzeźbami korzeniowymi (najbardziej znany to Korzeniowy Dół, a obok niego bardzo sympatyczna knajpka, w której można zjeść sporo dobrych rzeczy). Albo do jednej z urokliwych wsi podkazimierskich, np Mięćmierza. Albo na rower się wybrać jednym z okolicznych szlaków, prowadzących wąwozami, a potem pagórkami z przepięknym widokiem. Albo popłynąć do Janowca.

 Na ostatniej takiej wycieczce trafiliśmy na wspaniały drewniany wiatrak z widokiem, należący do prywatnych właścicieli, ale z możliwością wejścia na jego teren i spędzenia czarownych chwil z widokiem na Wisłę i okoliczne pola, z jagodziankami i kawką (tak, mieliśmy ze sobą palnik turystyczny i kafeterkę. ), w kojącym zapachu drewnianych budynków.

Tutaj ten wiatrak, z zamkiem w Janowcu w oddali

Co tam widoki, co tam pikniki, są Kamyczki!

 

Dla każdego coś miłego. Kawa, kawusia.
 

A ponieważ chcieliśmy, żeby było jeszcze bardziej wakacyjnie, wzięliśmy namiot i pojechaliśmy do Celejowa do zaprzyjaźnionego koziego gospodarstwa.Tam byliśmy uraczeni wspaniałą kolacją (ze świeżym kozim serem oczywiście. Przepysznym!), ogniskiem, przemiłym towarzystwem, i oczywiście kozami – niektóre wybitnie przymilne, psami, gęsiami, perliczkami… I ogniskiem wieczornym, w tej wiejskiej ciszy doskonałej.

4 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówkultura z dzieckiemkulturalnielatolubelszczyznaLublinprzyjemności

Carnaval Sztukmistrzów 2016

by Paulina 2 sierpnia, 2016

Nie byliśmy już od trzech lat na tej jedynej w swoim rodzaju, świetnej imprezie.

Dlatego w tym roku uczestniczyliśmy w Carnavale z tym większą przyjemnością.

W ciągu dnia (a w zasadzie dni) oglądaliśmy mniejsze i większe spektakle uliczne artystów z różnych krajów – łączące żonglerkę, akrobacje, komizm, angażujące publiczność. Te występy, dostępne dla wszystkich, zachwycały różnorodnością, wysokim poziomem technicznym i wspaniałym luzem, dystansem. Fantastycznie było je oglądać, uczestniczyć w nich, śmiać się trochę z siebie i trochę z innych, podziwiać kunszt kuglarski / akrobatyczny i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

„Tak jak kuglarz (czy też artysta) jest synonimem odmieńca, cudaka i
wyrzutka, tak czas karnawału jest synonimem czasu święta, zniesienia
praw, obowiązków, norm.”

 

 

Dzieciaki z radością wybawiły się w Klanzowym Miasteczku Zabaw
Niezwykłych zorganizowanym w przyjemnym zacienionym parczku przy Centrum
Kultury, i zapewniającym ciekawe i oryginalne zabawy na świeżym powietrzu.

Do tego highline nad różnymi budynkami na Starym Mieście, tworzący niezwykle spektakularną kropkę WYSOKO NAD i. Iskra, początkowo przerażona, że „pan spadnie”, od paru dni „chodzim po linie” na dywanie, trawie chodniku i wszędzie, gdzie dojrzy jakąś prosta linię. Krycha (mój mąż) wybitnie zmotywowany, przy rozwieszaniu slacka szuka większych odległości i wysokości.

Jednego (szkoda,
że tylko jednego) wieczora udało nam się też bezdzietnie wyrwać na
fantastyczny spektakl wieczorny, i genialny koncert. Spektakl, nazywający się Eventi Verticali, wykorzystywał ścianę dużego budynku, na której wyświetlane były różne animacje. I na tle tych animacji 2D, występowali artyści, podczepieni na linach  i robiący swoim dopracowanym przedstawieniem niesamowitą iluzję oglądania z góry prawdziwych ludzi wrzuconych do świata kreskówek.

A koncert, to grupa zakręconych Francuzów, grających rewelacyjną mieszankę muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, latynoamerykańskiej, wszystko z akcentami paryskiego akordeonu i cudowną energią.

 

Miło było popatrzeć nie tylko na te wszystkie atrakcje, ale też na tłumy ludzi, na pięknie oświetlone miasto żyjące nocą.

Szkoda,
ze nie udało nam się dostać  na spektakle w wielkim cyrkowym namiocie
festiwalowym, poza tym konwencja spektakli ulicznych (bez żadnej sceny
dla artystów) nie zawsze pozwala na zobaczenie wszystkiego gdy nie zdąży
się zająć miejsca z przodu.

Ale i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem, myślę, że podobnie jak większość uczestników imprezy.
Niech się stanie Carnaval!

2 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessmuzykamuzyka na dołarozmyślania

Odpoczywalnia muzyczna #2. Muzyka na wielką smutę.

by Paulina 28 lipca, 2016





Że smutek jest czasem potrzebny już kiedyś pisałam. Że przychodzi czasem do każdego też wiadomo. I czasem zupełnie bez powodu przychodzi, nawet w lecie, zaczepia się na rzęsach i Jest.


A skoro już przychodzi, to może nie jest taki całkiem niepotrzebny. Może, zamiast go odpychać, rozweselać na siłę, nakazywać sobie branie się w garść, trzeba go sobie poodczuwać, ponurzać się w nim jak facet w swojej przewysokiej-37,2-gorączce? Może potraktujmy się wtedy łagodnie, tak jak tego potrzebujemy, utulmy to nasze wewnętrzne dziecko, które sobie rozbiło kolanko? Może powiedzieć do siebie „widzę że ci smutno kochanie” i znaleźć jakieś ramię do przytulenia? Zrobić tylko to co absolutnie niezbędne, a potem zasiąść ze swoim weltschmerzem, nalać wam wina i włączyć Odpowiednio Przejmującą Muzykę.


Tak przeżywana smuta ma w sobie coś bardzo pociągającego, jest nawet w jakimś sensie filmowo atrakcyjna – jestem pewna, że każdy ma w tym momencie w głowie odpowiednio seksowny obrazek pięknej filmowej postaci pogrążającej się efektownie w rozpaczy (bez pracy, dzieci, prania i gotowania na głowie). Tylko ten dół, wódka i on/ona. Nie jestem oczywiście w stanie zapewnić Wam tych cudownych warunków do Przeżywania (to pewnie w wielu przypadkach rozwiązałoby większość problemów), ale zapewnię Wam Atmosferę, czyli smutną muzykę na doła.


Dzisiaj prezentuję depresyjne płyty, idealne na czas smutku. Bierzcie i płaczcie.

Antony and the Johnsons The crying light, albo Cut the world. Pełna dowolność w zasadzie, jego (jej już chyba) wszystkie piosenki są przejmująco smutne
Zbigniew Preisner, Danse Macabre
The Cure Pornography
Radiohead OK Computer
Pink Floyd Animals i The Wall
Archive, najbardziej chyba You all look the same to me (ach, Goodbye), ale chyba wszystkie ich płyty dają radę
Nirvana Nevermind. Klasyk przejmujących płyt, trochę kojarzy się z nastoletnimi dołami
Joy Division, Unknown Pleasures.
John Butler Trio Grand National
Portishead Dummy


I jeszcze pojedyncze piosenki:
Bush Letting the cables sleep 
Elliot Smith Between The Bars
Florence and the Machine Heavy in your arms
Red Hot Chili Peppers – Otherside
Kortez – Zostań
Led Zeppelin All of my love
Damien Rice 9 crimes
Razorlight Wire to wire
Republika –Odchodząc
Crash Test Dummies – Mmmm mmm
Cibelle Green Grass
Nosowska i Przemyk Kochana
ULKR – Po tak cienkim lodzie


Macie jakieś swoje ulubione smutasy? Chętnie uzupełnię listę:)
A jeśli macie ochotę na muzykę pogodniejszą, w klimacie popołudniowej kawy, zapraszam na pierwsza część tutaj.


28 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmigórygóry z dzieckiemnamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Bieszczady z dziećmi

by Paulina 19 lipca, 2016
góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi

Miało być na dłużej. Miał być porządny wakacyjny wyjazd z trekkingiem, leniwymi dniami restowymi przy namiocie  nad rzeczką, ogniska miały być i bieganie na bosaka.

Ale przegoniły nas deszcze i burze, próbowały to zresztą zrobić już od pierwszego dnia (o czym za chwilę) i wróciliśmy wcześniej. W każdym razie te parę dni wystarczyły, by na nowo zakochać się w Bieszczadach, w których ostatnio byliśmy prawie pięć lat temu (dowiadując się o małym Wilczku w brzuchu).

Postój po drodze, wymuszony chorobą lokomocyjną Iskry, ale za to w jakich okolicznościach przyrody…

Byliśmy oczywiście z dzieciakami, moje plany dotyczące samotnych beztroskich górskich wypadów jakoś się nie spełniają póki co…

Pierwszego dnia, po nocno – porannej podróży i rozbiciu namiotu wyruszyliśmy na szlak wiodący na Połoninę Wetlińską. Uznaliśmy, że
nadszedł czas, by oswajać dzieciaki nie tylko z cudownością górskich widoków, ale też z
samą górską wędrówką. (Wszystko bez presji oczywiście, na zasadzie
zabawy.) Ale młodzież podchwyciła i byliśmy szczerze zaskoczeni ich zapałem w chodzeniu. To nie były jakieś wielkie odcinki, ale oni sobie trochę pochodzili, a my mogliśmy nieco odpocząć od słodkiego ciężaru. W innych odcinkach, słodki ciężar na moich plecach raczył mnie piosenkami, chrapaniem i okrzykami dopingującymi w stylu „sibciej mama, gonimy tatusia”.

Bieszczady z dzieckiem, trekking z małymi dziećmi
 

góry z dziećmi, chodzenie po górach z dziećmi

Weszliśmy na Smereka. A na górze… Zachwyty, jak to zwykle. Pięknie jest na górze i choć można się nawpatrywać w miliony zdjęć z górskimi widokami, nic nie zastąpi efektu na żywo.
Snuje się ta połonina, zielenieje tysiącem odcieni, zachwyca totalnie i brzmi w wiatru szumie. Tym razem niestety przy horyzoncie zaczęły się kłębić raczej
niesympatyczne chmury, więc nie zwlekaliśmy zbyt długo i ruszyliśmy dość
żwawo (żwawiej jeszcze, gdy połonina zaczęła też brzmieć pomrukami
burzowymi).

góry z dzieckiem, chodzenie po górach z dziećmi, trakking z dziećmi

Mąż postraszył mnie (nieistniejącym, jak się okazało) przysłowiem o tym, że „kruki tańczą na szkydłach burzy”. Ale faktycznie tak było. Naprawdę tańczyły. I naprawdę na skrzydłach burzy;)

Drogę powrotną pokonaliśmy w arcy żwawym tempie. Gdy byliśmy w zasadzie na
dole, zaczął się straszno – piękny spektakl piorunów rąbiących w góry, przy imponującym akompaniamencie grzmotów. Pojawiły się pierwsze krople deszczu. Przykryliśmy
nosidła ochraniaczami przeciwdeszczowymi, założyliśmy kurtki, mąż
ochraniacze na buty (ja beztrosko stwierdziłam, że już bez przesady, w końcu za
chwilę będziemy w schronisku) i wtedy krople deszczu przeobraziły się w
chlustające wiadra wody z gradem. Szliśmy, choć może trzeba by powiedzieć
płynęliśmy, i dotarliśmy, cali ociekający (ja z chlupotem w butach
oczywiście, bo nalało mi się od góry) po jakiś 15 minutach do
schroniskowej świetlicy.

Ale przeżyliśmy, młodzież trochę przestraszona przygodą, ze spodenkami do przebrania (bo dotykali kolanami do ochraniaczy), już po chwili czarowali swoim nieodpartym wdziękiem, jedli frytki i oszukiwali w Chińczyka.

Moje popisowe danie biwakowe, czyli kuskus z podsmażaną cukinią, pomidorem i czarnymi oliwkami i serem kozim

Potem był dzień zakwasów, deszczu i wycieczki kolejką bieszczadzką. Maluchom się podobało, bo pociąg przecież i Wilczek aż piszczał z radości przy tej mnogości lokomotyw widzianych z bliska i na żywo.
Osobiście, aż tak ekstatycznie zachwycona nie byłam, za to dodatkowo lekko zniesmaczona faktem, że Bieszczady zmieniają się w drugie Zakopane (pod względem cen za wszystko, ilości ludzi i straganów z gratami pamiątkami). Trasa kolejki przyjemna, wiodąca przez lasy – ładne oczywiście, ale wielkiego szału nie było.
A wieczorem, na naszym przesympatycznym polu namiotowym, zażyliśmy też przemiłej imprezy, zostawiwszy dzieci pod czułą opieką walkie-talkie. (innego wieczora był tez koncert, ale wtedy właśnie czułym walkie-talkie raczyły się zużyć baterie) (szczęśliwie w namiocie i tak wszystko słyszeliśmy)

Kałuże, kałuże jedna z głównych atrakcji campingu

W następne dni udało nam się trochę pochodzić, wśród pogody dość przyzwoitej, choć nie za ciepłej, nacieszyć wędrówką, widokami, lasami górskimi o wielkich zamszałych drzewach i nazachwycać cudownym bieszczadzkim światem.

Przytroczony jadowicie zielony nocnik dominuje każde zdjęcie, ale to jedna z potrzebniejszych rzeczy na szlaku;)

Rawki

 

Samo biwakowanie z dziećmi mamy przerobione (np tu lub tu) maluchy w namiocie odnajdują się świetnie, w końcu to wspaniała baza. A i sam camping, cały w (mokrej niestety) trawie był dla nich świetnym placem zabaw, choć na pewnie byłoby świetniej gdyby jednak dało się na tej trawie usiąść. Obok płynęła też prawdopodobnie-urocza-rzeczka, Wetlinka, która niestety po wielkiej burzy pierwszej nocy zmieniła się w rwący brązowy potok. Dlatego planujemy tam wrócić, może jeszcze tego lata, żeby trochę spokojnie się podelektować tym bieszczadzkim klimatem.

19 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmilatolubelszczyznamindfulnessmoda rowerowamój stylpodróże i wycieczkipoezjarowerrower z dzieckiem

Brnę w słońcu po samo gardło

by Paulina 12 lipca, 2016

Nikt, jak Leśmian nie potrafi słowami oddać zmysłowości lata.
Sama jestem tą zmysłowością zauroczona, uwielbiam lato właśnie ze względu na to bombardowanie zapachami, smakami i fakturami, a leśmianowe potoczyste słownictwo, skojarzenia, czuła jego spojrzystość zachwyca mnie szczególnie.

I nawet upał, czy duszność letnia przedburzowa, lepkość poowocowa, żuki kosmate i złachmanione pajęczyny mają w sobie poezję, masę upojnego piękna i erotyzmu.

I chcę i nie chcę i muszę
Dziś jaśnieć razem z pogodą,
Co niepokoi mi duszę
Złotego szczęścia urodą.
A szczęście lśni od niechcenia

Sad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,
Co, światłem zaskoczony ćwierka wniebogłosy
I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosy
Skrzą się tłumnie u liści zawieszone brzegu

Upalny ranek. Gwary i turkoty
Kończę się nagle u sztachet ogrodu,
Gdzie ławek cienie, wdumane w piach złoty,
Dają tym piachom czar głębi od spodu

Jeździmy sobie po tej Lubelszczyźnie rozkosznie letniej rowerami,
wdychając lipy, mrużąc od srebrzystej złocistości słońca oczy, trwając w
błogości.
Przesuwają się leśmianowe zwiewne wersy i
żałuję tylko, że mam ich w głowie tak mało.

12 lipca, 2016 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorodzeństworozmyślania

Czy warto decydować się na drugie dziecko z małą różnicą wieku

by Paulina 8 lipca, 2016

Dwoje ludzi o wzroście w okolicach metra przeprowadzało skomplikowane wymiany swoich dóbr. „Isklo, czy pozyczysz mi tą książeczkę, a ja ci dam ten samochód?” „Maś” „Dziękuję” „Płosie”. I wyszli do swojego pokoju, zostawiając rodziców na podłodze w poszukiwaniu szczęk.

Jedziemy na wycieczkę rowerową. Po pięciu minutach wspólnych
chichotów, zaczynają się przepychanki. Przepychanki zmieniają się w
jęki. Jęki zmieniają się we wrzask. I rękoczyny oczywiście, z
ubezwładnieniem totalnym jako celem. Człowiek nie zdąży się dobrze
obejrzeć,a  oczy prawie wydłubane, i ogólnowycieczkowe wrażenia
zmieniają się ze „świat jest piękny i harmonijny, cudowne jest to
rodzinne wędrowanie” na „niech ktoś zabierze te wrzeszczące bachory” i
„co nam strzeliło do głowy żeby to jazgoczące towarzystwo pakować do
przyczepki”. I taką sinusoidą kolejne kilometry.

„Mama,
niunia bam tu zlobiła. Boli, psitul.” Przytulam, obdzielam
regenerującymi pocałunkami. W tej samej sekundzie dotychczas Okropnie
Zajęty Maszynista robi się strasznie nieszczęśliwy, natychmiast
potrzebuje mamy BARDZIEJ i biegnie po pocieszenie po drodze wymyślając
powód swojej rozpaczy.

Siedzimy z kawą. Tabun naszego
potomstwa biega w tę i z powrotem, zaśmiewając się i trzymając centymetr
krawiecki za dwa końce, „jesteśmy pociągiem mamusiu”.

Rano.
Blady przedświt. Sobotni oczywiście. Próbujemy przypomnieć sobie czym
jest poranne odsypianie wieczornej imprezy, ale właśnie do łóżka pakują
się niesforne szkraby, z samolotem wy(da)jącym głośne dźwięki,
pudełkiem puzzli, wielkim głodem, szybka kłótnią, równie szybkim
chichotem i tysiącem pytań

 No nie powiem, z jednym dzieckiem było łatwiej. Mała różnica wieku między dziećmi to nie jest wygodna sprawa.

Chociażby ze względu na proporcje dwa na jednego i zwykłe ogarnianie rzeczywistości, ale przede wszystkim przez nagłe trudności pedagogiczne jakie się pojawiły. Różnica między naszymi to dwa lata, więc jest szansa, że nasz kochany, pogodny i bezproblemowy synek i tak by się zbuntował, nawet bez młodszej siostry, ale myślę, że ten bunt bez dodatkowego bodźca miałby szansę być łagodniejszy.

jaka różnica wikeu między dziećmi, kiedy drugie dziecko

Wilczek jako czterolatek pełen pasji potrafi pięknie zająć się sam. Zajęty swoimi pociągami, autkami, klockami i kolorowaniem nie potrzebuje nas za często, czasem wystarczy, że po prostu jesteśmy w pobliżu. Można z nim nawet zasiąść do pracy na trochę, rozumie, że mama teraz będzie trochę zajęta synku, pobawię się z Tobą, jak zadzwoni zegarek (nastawiam stoper). Za to gdy na scenę wkracza Iskra, spokój jest ostatnim pojęciem jakie przychodzi mi do głowy (poza pojęciami ze strefy nierealnych marzeń). Królowa Chaosu roznosi puzzle, obdziela nimi wszystkich domowników (potem znajduje się brakujące elementy pod dywanem), psuje Wilczkowi budowle – często zupełnie niespecjalnie, np gdy sięga po klocek dla siebie, zalewa się sokami, brudzi kanapę czekoladą, drze książeczki itd. A przede wszystkim wytrąca ze relaksu brata. Kiedyś czytałam, że badania wykazały, że małe dzieci kłócą się nawet 6 razy na godzinę. Jakieś mi się to dziwne wydało, że bez przesady już może i to musi być w przypadku jakiegoś wyjątkowo niezgodnego rodzeństwa. Ale, okazuje się że przesady w tym nie ma żadnej i taka właśnie regularność jest u nas na porządku dziennym. Przy czym jako, że dwuletniej Iskrze brakuje jeszcze argumentów logicznych brata pt „podziel się bo nie będę się z tobą bawił”, to rękoczyny i pisk godny parki Nazguli jest totalną normą (bo starszak przejmuje od siostry metody dyskusji).

rodzeństwo z małą różnicą wieku

Ale. Wśród tego jazgotu, siniaków, głupich wspólnych pomysłów i chaosu rodzi się najlepsza na świecie więź. Przyjaźń taka, że bardziej się nie da i jedynacy pewnie mogą tylko o takiej pomarzyć. Solidarność i wspólnota. Piękne wspomnienia. O umiejętnościach społecznych nie wspominając.

Widzę, jak w nowych i niepewnych okolicznościach odruchowo stają blisko siebie. Jak biorą się za ręce schodząc po schodach. Jak, przy ogromnej radości, gdy nie wiedząc jak ją okazać, padają sobie po prostu w ramiona. Jak się wzajemnie inspirują, wymieniają porozumiewawczymi spojrzeniami, jak za sobą tęsknią gdy się nie widzą trochę.

To, jak się bawią wspólnie. Jak o siebie dbają wzajemnie. Te wspólne biegi, harce, zabawy, chichoty… cokolwiek w zasadzie, bo to ta wspólność ma tu znaczenie. Rodzi się empatia, solidarność, dbanie  o innych, troska, poczucie sprawiedliwości. Czujecie te pojęcia? To są takie fundamentalne wartości, coś, czego wtłoczenie uważamy za swój obowiązek i najtrudniejsze wyzwanie na świecie. No więc z rodzeństwem to się dzieje. Naturalnie. Nie twierdzę, że łatwo, bezproblemowo, czy całkiem mimochodem. Ale, jeśli uda nam się wychować dobre rodzeństwo (a o to walczymy choćby z troski o własne zdrowie psychiczne), to automatycznie mamy wychowanych dwoje dobrych obywateli/ sąsiadów/pracowników/przyjaciół/rodziców, ludzi po prostu.
Te umiejętności powstałe przy rodzeństwie są tak totalnie nowe i różne od wszystkiego, czego może nauczyć rodzic, czy pani w przedszkolu, że sama nie mogę wyjść z podziwu, co dostaję zupełnie bonusowo w pakiecie „Double chaos”

Zdjęcie wybitnie metaforyczne, czyli życie rodzica jako chodzenie po linie kołysanej potomstwem;)

Polecam:D

8 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckorodzeństworowerrowerki biegowe

Jaki rowerek biegowy

by Paulina 3 lipca, 2016

Że nasze dzieci będą mieć rowerki biegowe wiedziałam zanim byłam w ciąży z pierwszym. Odkąd zobaczyłam je po raz pierwszy, uznałam za genialny wynalazek. Jeśli zaglądacie tu regularnie, wiecie, że rowery lubimy bardzo. Chcieliśmy pasją zarazić potomstwo, i właśnie biegówka wydawała nam się najlepszą opcja.

Po tego typu rowerku, dzieciak ze znacznie większą łatwością i w bardzo naturalny sposób przesiada się na prawdziwy rower, bo ma opanowaną równowagę i kierowanie, i ogólnie mówiąc „ogarnia” dwa kółka. Biegówka pomaga rozwijać koordynację ruchów, zręczność i samodzielność. Maluch jest zmotywowany prędkością jaką może rozwinąć wyłącznie dzięki własnym nogom – to dodaje skrzydeł i wiary we własne siły.

jaka biegówka

Gdy starsza latorośl zbliżała się do magicznych drugich urodzin, okazało się, że wybór rowerka biegowego to nie jest taka prosta sprawa, dlatego ja i brzuch zasiadłyśmy do internetów i wzięłyśmy się za element obowiązkowy przy każdym zakupie świadomego konsumenta, czyli doktorat z dziedziny nowego nabytku.

Po pewnym czasie, wiedziałam już że przy wyborze naszej biegówki będziemy zwracać uwagę na rodzaj kół, hamulec (obecność lub brak), ogranicznik przy kierownicy, regulację siodełka, i ciężar sprzętu. To są takie elementy, które mają największe znaczenie.

Później uznaliśmy, że w naszym przypadku najbardziej zależy nam na:

– pompowanych kołach. Koła z pełnej gumy to tańszy i lżejszy rowerek i brak ryzyka przebicia opony. Ale piankowe koła mają mniejszą przyczepność i łatwiej o poślizg, a do tego są mniej elastyczne, więc nie amortyzują wstrząsów.
– regulowane siodełko. Wiadomo, dzieci rosną szybciej niż nam się wydaje, a z przesiadką na rower z pedałami nie ma co się spieszyć.
– ogranicznik przy kierownicy. Zwłaszcza na początku, samo prowadzenie biegówki jest wyzwaniem, a skręcanie i opanowanie kierownicy nie ułatwia sprawy – szczególnie że kierownica potrafi gwałtownie skręcić i spowodować upadek.

rower biegowy, biegówka

Przejrzeliśmy oferty sklepów, i został jeden, Kokua, Like a bike. Jego cena trochę nas zwaliła z nóg, ale doszliśmy do wniosku, że to będzie prezent składkowy od całej rodziny, i za dwa lata rowerek odziedziczy siostra.

Wilczek siadł na swoim pojeździe bardzo chętnie, początkowo co prawda po prostu chodził z rowerem między nogami, mieliśmy wrażenie, że sprzęt jest na niego trochę za duży (choć mierzyliśmy sprawdzonymi metodami), ale dość szybko załapał, że trzeba na siodełku porządnie usiąść i się odpychać. Jak załapał, tak nie rozstaje się z nim od dwóch lat, nawet zimą.

Like a bike to porządny rower na aluminiowej ramie, z grubymi, pompowanymi oponami. A do tego ma jeszcze taki niewielki, pomarańczowy myk, który robi całą przewagę nad innymi tego typu. To guma pod rurą podsiodłową, która pełni funkcję amortyzatora. Rzecz arcyprosta, a genialna. Dzięki temu nasz synek zjeżdża z górek o mocno nierównej nawierzchni, śmiga po wystających korzeniach, zeskakuje z krawężników. I ma taki cel.

A ponieważ cel jeszcze przed nim, rowerek dzięki wymienionej sztycy jest ciągle dobry, dla zapatrzonej w brata Iskry nie pozostało nam nic innego, jak – w ramach kolejnego prezentu składkowego – kupić drugą Kokuę. Dwulatka pokochała swój łowelek od dnia urodzin, kiedy go dostała. Radzi sobie coraz lepiej, nie ma problemów ze sterowaniem. Oczywiście, może to być wpływ jej niewątpliwego bajecznego talentu (wiadomka), ale myślę, że spore znaczenie ma tu też sprytna, elastyczna blokada kierownicy, która pozwala skręcać, ale potem prostuje, więc nie ma ryzyka, że niechcący jej się skręci rower o 90stopni.

Nasze rowerki są lekkie, ważą 3,5kg, co ma znaczenie dla dzieci, ale też dla steranej matki, gdy Iskra nagle robi się Strasznie Zmęczona i nie ma siły jechać.

Ostatnio po parku jechaliśmy rowerami we czworo. Fajnie.

PS1. Kokua okazał się strzałem w dziesiątkę w naszym przypadku intensywnego i długiego użytkowania. Ale, jak będziecie wybierać biegówkę dla Waszego dziecka i nie chcecie wydawać dużych pieniędzy zastanówcie się nad Waszymi priorytetami. Może wystarczą koła piankowe, albo trochę mniejszy model, bo szybko chcecie się przesiadać na pedały? No i są jeszcze używki:)

PS2. Nie muszę przy tym chyba dodawać, że sprzęt ma znaczenie, ale nie jest najważniejszy. Przede wszystkim trzeba rowerka używać. Jeśli smyk jest silnie zmotywowany, to będzie też jeździł na plastikowym klekocie z supermarketu i pewnie też będzie zadowolony.

3 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry