Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

podróże i wycieczkirozmyślania

O mikrowyprawach, trendach i filozofiach

by Paulina 18 września, 2016

 

Trafiam ostatnio na ideę nową. Nowy trend. Mikrowyprawy. Mikrowyprawy, czyli…. małe wycieczki niedaleko miejsca zamieszkania. Jeśli nie mamy możliwości na dalekie i egzotyczne podróże, możemy wybrać się gdzieś blisko! Eureka!
Generalnie idea jest nam bardzo bliska. Jeździmy na nieduże wycieczki od zawsze. Piszę o nich tutaj często, bo
tak po prostu spędzamy czas, tak się regenerujemy, tak jest nam
przyjemnie. Zawsze uważałam, że wystarczy zmienić perspektywę, by odkryć, że nasze okolice są równie wspaniałe jak dalekie zakątki świata, wschodzący księżyc jest równie hipnotyzujący nad jeziorem na Podlasiu, co na luksusowym rejsie na Karaibach. Po co wzdychać do dalekich podróży, których z różnych przyczyn nie możemy odbyć, gdy możemy skorzystać z tego co podtyka nam pod nos najbliższa okolica.

Wszystko pięknie, ale uderzyła mnie ta oczywista oczywistość. Czy dzisiejszy świat naprawdę zwariował do tego stopnia, że ze zwykłych spacerków, wycieczek, małych wędrówek musimy robić trend? Czy, żeby sprawić sobie przyjemność musimy mieć jakieś odgórne pozwolenie, że To Jest Fajne?

Dlaczego, zamiast cieszyć się życiem takim, jakie jest, doceniać to, co mamy i sprawiać sobie przyjemność gdy jest to możliwe, potrzebujemy Mód, Trendów i Filozofii? Mamy slow food, slow sex, minimalizm, esencjalizm, mindfulness, mikrowyprawy. Cała masa Nazw dla po prostu dobrze przeżywanego życia.

Potrzebujemy podręczników do odpoczywania. Potrzebujemy treningów uważności, trenerów minduflness. Potrzebujemy coachów, instruktaży, tutoriali. I Inspiracji potrzebujemy. Te inspiracje to zresztą jakaś koszmarna przewrotność. Same w sobie są przecież ok, dobrze jest się czasem natchnąć czymś, złapać jakiś pomysł. Ale mam wrażenie, że inspiracje stały się jakąś bańką, samonapędzającą się i w sumie nic konkretnego nie wnoszącą. Najpierw tracimy czas na ich przeglądanie. A potem się frustrujemy, bo nie mamy możliwości, bo nam się nie chce, albo nam nie wychodzi.

Nie wiem, może taka jest norma dzisiaj po prostu. Może, gdy robimy coś fajnego, trzeba to otagować i zrobić event z pieczenia ziemniaków na ognisku.
Może też w sumie zawsze tak było, trendy, must have i must do, są niezbywalnym elementem naszej rzeczywistości? Gdy chcesz gdzieś przynależeć musisz spełniać wymagania – wyglądać, zachowywać się i lubić bardzo konkretne rzeczy, bo to cię określa. I dzisiaj, mimo, że teoretycznie jesteśmy bardziej wolni niż kiedykolwiek, gdy nie ma tabu i możemy wszystko, nie ma jednej mody dla wszystkich, to i tak nas ta potrzeba przynależności dopada, tylko w bardziej wyrafinowany sposób.

Tak czy inaczej, jako że mamy tę wolność, nawet pozorną, może warto
nabrać trochę dystansu. I zamiast szukać kolejnych inspiracji i trendów,
zwrócić się do siebie, zapytać, „co sprawi ci Przyjemność” i po prostu
miło spędzić czas, bez etykiet i dopisywania filozofii.

18 września, 2016 19 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessmoda rowerowamój stylprzyjemnościrowerrower z dzieckiemrowerki biegoweslow lifestyle

day dream

by Paulina 13 września, 2016

Zupełnie nie wiadomo kiedy lato się zestarzało i zezłociło.
Lato ciągle gorące, piękne i słoneczne, ale powietrze pachnie już kasztanami, szalikiem i zupą dyniową.

Tym bardziej korzystamy z bezkarnego polegiwania piknikowo – hamakowego.
Pojechaliśmy rowerami do parku. Rowerki przypięte do przyczepki, coraz bardziej zmienia się proporcja dziecięcego sposobu przemieszczania się, śmigają na biegówkach coraz większe odległości (ostatnio 13km!), jeszcze trochę i przyczepka w ogóle przestanie być potrzebna.

Wzięliśmy hummus z soczewicy, bułki z Lidla i paprykę z nakazu Wilczka (uwielbia). Wzięliśmy ciepłe jeszcze, pachnące drożdżówki w powidłami śliwkowymi (nie zdążyłam ich zamknąć w słoiki, już praktycznie całe wyżarte). Umościliśmy się w ciepłych promieniach, na kocu, na hamaku, niektórzy na rodzicach.

Słońce sobie grzało potężnie, a liście szeleściły październikiem, i plątał się pięknie ten czas letnio jesienny.
W pobliżu był jeszcze plac zabaw, co dało nam możliwość przymknięcia oczu na hamaku.

I tak powstało popołudnie idealne

Mój cycle chic trochę psują sakwy, ale jakoś te hummusy, slacki i hamaki trzeba dowieźć.

Najlepszym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi dzieci jest położenie się na hamaku
Tato no chodź, było fajnie

13 września, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBiałowieżabiwakdzieciństwo unpluggedlasnamiot z dziećmiPodlasiepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemprzyczepka rowerowarowerrower z dzieckiem

When I grow up, I want to be a forester. Podlasie z dziećmi.

by Paulina 1 września, 2016
wakacje na podlasiu, rowery w okolicach Białowieży

Piękne Podlasie, namiot na półdzikim campingu, rowery i dzieci. Czyli  wakacje mindfulness, slow i unplugged.

Zakochaliśmy
się w Podlasiu. Od pierwszego wejrzenia się zakochaliśmy, a z każdym
dniem uczucie się pogłębiało.
Wiecie, że kocham lasy. No więc tamtejsze
lasy to Pierwsza Liga Leśności, Leśna Crème de la Crème i Cudowne Serce
Lasu. Puszcza Białowieska pochłania w całości, jest dostojna, potężna,
wzbudza szacunek. Drzewa ogromne, pamiętające Rzeczpospolitą Szlachecką i
uświadamiające tę naszą drobność wobec natury i czasu. Zwalone pnie,
omszałe, porośnięte, niesamowita gęstość, zapach obłędny, intensywny.
Nieletni też pod ogromnym wrażeniem, nie zawsze oczywiście, bo bywały
też sprawy ważniejsze niż piękne okoliczności przyrody, np to, że Ona się przepycha mamo i On udeził łokciem mamo.
Ale jakoś ta przyroda na nich działała, zupełnie inną jakość zyskała np
książeczka Rok w Lesie, podsłuchaliśmy też jak któregoś razu bawili się
w krecika drzewnego (bo drzewne kreciki mówią wies Iskro, a ziemne nie), i korniczka (lóziowego).

podlasie z dzieckiem, puszcza białowieska, wakacje rodzinne

białowieża na rowerach, wycieczki podlaskie, puszcza białowieska

 

Camping w puszczy

Wspaniale było mieszkać pośród tego wszystkiego. Podlasie pod namiotem to zdecydowanie piękny pomysł. W tygodniu byliśmy prawie sami
na sporym, półdzikim polu namiotowym. Wśród drzew (sosen co prawda, nie
wiekowych dębów), nad samym jeziorem, w naszym namiocie, czułam się
bardzo z tm puszczańskim klimatem zbratana. W weekendy niestety
zjeżdżało się towarzystwo imprezujące i klimat zdecydowanie się psuł.

biwak, camping z dziećmi, podlasie, białowieża

podlasie z dzieckiem, białowieża, camping

Porąb i spal.
wakacje pod białowieżą, podlasie z dzieckiem, namiot

 

Dzieci na campingu

Codziennie robiliśmy ogniska. Dzieci z niesłabnącą fascynacją kucały
przy tacie, przeszkadzając mu rozpalać ogień, dmuchając w nieodpowiednim
momencie i będąc jednym wielkim zachwytem. Potem piekli
kiełbaski notorycznie wsadzając je w popiół. A potem szły spać, często
niepostrzeżenie zasypiały na kocu przy ogniu. A ogniska trzaskały sobie
miło i pachniały drewnianie, a my siedzieliśmy już tylko we dwoje wśród
tej leśno – jeziornej ciszy przerywanej pluskami ryb i pohukiwaniem sów,
wśród aksamitnej ciemności i patrzyliśmy  w gwiazdy. I na księżyc
wschodzący nad jeziorem, odbijający się od wody. Zaczęło się niesamowitą
czerwoną pełnią, i każdego dnia obserwowaliśmy jak sobie cienieje.

 

W środku lasu przy szlaku trafiliśmy na taki mini skansen kolejki. Wilczek przeszczęśliwy.

na rowerach po puszczy białowieskiej, podlasie z dziećmi, przyczepka rowerowa
Przyczepka rowerowa była super bazą podczas długich rowerowych tras

 

Rowerem po Podlasiu

A w dzień lasy rowerami. Jeździliśmy po tym leśnym królestwie, Podlasie jest idealne na rower, szlaki cudownie równe i utwardzone, bez korzeni,
dołków i piachu
. W okolicach Białowieży jest bardzo dużo świetnych szlaków, dłuższych i krótszych. Warto zaopatrzyć się w mapę – na której będą wyszczególnione szlaki, atrakcje, punkty widokowe i ciekawe obiekty i na jej podstawie planować sobie wycieczki. Nasze dzieciaki „pokonywały” te piękne trasy w przyczepce rowerowej. Co miało tę dodatkową zaletę, że w pięknych, ale pełnych owadów podlaskich lasach były schowane za moskitierą. A czasami był dzień leniwy bardziej, przy jeziorze. Ze
słońcem, chlapaniem się w wodzie, nadwodnym slackiem, i Bardzo Okropnie
Zajętymi Dziećmi piaskiem i wodą.

Dzień odpoczynku. Przynajmniej dla nas odpoczynku, bo dzieci urobione po pachy.
 

Rodzicielstwo uczy umiejętności relaksowania się w każdych warunkach

Slackline nad wodą, błędnik szalał;)

 

Miasteczka na Podlasiu

Któregoś dnia wybraliśmy się też na wycieczkę po podlaskich
miasteczkach. Tykocin, Supraśl, a na koniec Kruszyniany i tatarska
jurta.
Kruszyniany to zresztą sprawa do powtórzenia, ze swoją tatarską
kulturą (i kuchnią!) i puszczą knyszyńską.
Jest też sama Białowieża oczywiście, z jej pamiątkami po królach i carach rosyjskich, które warto zobaczyć i malowniczymi uliczkami.
Swoją drogą, wszystkie
miasteczka i wioski na Podlasiu są przeurocze. Drewniane domy są
zadbane, często z pięknymi okiennicami i drewnianymi, jakby koronkowymi
ozdobami, ogródki pełne malowniczych kwiatów, całość taka w jednym
klimacie. Nie widziałam żadnej koszmarnej wieżyczki Gargamela, nie było
jaskrawych blacho-dachówek, niewykończonych klocków z pustaków i kolumn
doryckich. Bardzo to przyjemnie uzupełnia całość wrażeń, wyjeżdża
człowiek z tego raju zielonego i jeszcze się pławi w tej wiejskiej
sielskości.

misteczka na podlasiu, puszcza białowieska z dziećmi
podlasie na wakacje, wyjazd z dziećmi, puszcza białowieska

kryszyniany, kuchnia tatarska, podlasie

Mieliśmy nadzieję zobaczyć żubra w naturze. Bywaliśmy na mniej uczęszczanych szlakach, na których podobno żubry bywają. Niestety przypuszczam, że nasze, i tak mocno przyciszone gadające cargo skutecznie przepłoszyło każde dzikie zwierze, nawet przygłuchawe, w promieniu paru kilometrów.

Rezerwat dzikich zwierząt pod Białowieżą

Dlatego wybraliśmy się do rezerwatu pod Białowieżą. Nie mogliśmy sprawić większej radości Wilczkowi, który zobaczył Najprawdziwszego Wilka, i stał przed wilczym wybiegiem zaniemówiony totalnie, z błyszczącymi oczkami, ściskając swojego pluszowego wilczka z takimi emocjami, że na samo wspomnienie się wzruszam.
Ale samo miejsce… przyznam, że nie byłam zachwycona. Nie wyglądały na najszczęśliwsze te zwierzęta. Może to kwestia upału i tego, że byliśmy po południu w sobotę, więc były zmęczone turystami. Swoją zresztą drogą, turyści (przynajmniej ci, których spotkaliśmy) nie powalają klasą. Rodziny z dzieciakami w wieku szkolnym, czyli jak najbardziej rozumnym idą i drą się jak na wystawie pluszaków, na zasadzie kupiliśmy bilet, to już nam się należy i możemy wszystko. Krzyczą coś do tych dzikich przecież zwierząt i są tacy INTENSYWNI, że ja miałam dosyć towarzystwa po tej niespełna godzinie, a co dopiero zwierzaki. A to przecież taki piękny moment, żeby coś te dzieci nauczyć, jakiegoś szacunku i empatii. W takim miejscu, w tym sercu europejskiej natury, to się narzuca tak, że bardziej nie można, że naturę trzeba szanować. A szanować, to są też te najzwyklejsze zachowania, typu wchodzimy do czyjegoś domu to trochę powściągamy naszą osobowość. I już. Wiadomo, że nie nad wszystkim da się zapanować, przed chwilą zresztą pisałam o dzieciakach gadających w przyczepce, ale dziesięciolatkowi serio można przetłumaczyć, że wśród zwierząt trzeba się zachowywać spokojniej.

wakacje na podlasiu z dziećmi, puszcza białowieska

Wrócimy na Podlasie na pewno. Wrócimy może nawet na ten camping, będziemy tylko omijać weekendy, żeby uniknąć imprezowego towarzystwa i będziemy się zachwycać naszym światem.

A jeśli komuś się nie chce czytać mojej opowieści, to w skrócie

  • PODLASIE JEST PIĘKNE!
  • warto jechać na Podlasie z dziećmi
  • cały pobyt spędziliśmy pod namiotem (tu wpis o tym jak biwakować z dziećmi) , na polu namiotowym nad Siemianówką, darmowym (finansowanym przez gminę), bardzo ładnym, z przepięknym pomostem, z sanitariatami na poziomie (poza tym, że były czynne tylko w dzień i była tylko zimna woda)
  • Podlasie jest idealne na rower, mnóstwo wspaniałych, wygodnych szlaków – najlepiej planować je z mapą, albo wybrać do biura informacji turystycznej
  • z miasteczek i wsi bardzo warto zobaczyć Białowieżę, Tykocin, trochę mniej Supraśl, i mnóstwo przypadkowych klimatycznych wiosek
  • piękny mini skansen jest w Budach, w połowie drogi między Białowieżą a Hajnówką
  • w Białowieży z dzieciakami warto zobaczyć park, restaurację carską i pałac, przy samym parku pałacowym, który był stacją kolejową wybudowaną specjalnie na potrzeby carów rosyjskich tam przybywających. Jest pięknie odnowiony, wokół jest świetny parczek edukacyjny i mocno osadzony w przyrodzie i nawiązujący do lasu plac zabaw (drabinki w kształcie leśnych zwierząt, albo duże „plastry miodu” do wspinania)
  • polecam też przejechać się do Kruszynian, najlepiej na cały dzień, zobaczyć meczet, zjeść oryginalne tatarskie potrawy w jurcie, na miejscu są też konie, i oryginalna mongolska jurta, opisane są zwyczaje i tradycje.
  • gdy z Białowieży chce się wejść na teren parku narodowego, konieczne jest wynajęcie przewodnika. My zrezygnowaliśmy z tej opcji, i odkrywaliśmy puszczę na własną rękę w innych częściach

1 września, 2016 17 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckoodporność u dziecizdrowie dzieci

zwiększenie odporności u dzieci, czas start!

by Paulina 21 sierpnia, 2016

Choroby u dzieci to stan zarówno normalny, jak i stresujący.
Temat,
o którym z ulgą zapominamy w lecie. Jaki rodzic tego nie zna, te
przekładane spotkania ze znajomymi, którzy też mają dzieci przez kolejne
tygodnie, bo co chwilę któreś jest chore. Te gluty i gorączki,
wsłuchiwanie się w nocny kaszel – oby-nie-oskrzela, ten alarm w głowie
na każde „mamo boli mnie ucho”, na każda nadprogramową drzemkę, większą
bladość i na każda podejrzaną krostkę czy rzadszą kupkę.

Jak to miło w lecie trochę od tego odpocząć.

Ale
dobrze jest nie odpuszczać w walce o zwiększenie odporności. To właśnie
teraz jest moment budowania „odpornościowej bazy” u dzieciaków. To, co
jedzą i co robią teraz w dużej mierze będzie decydować o jesieni i
zimie.

Latem odporność wzmacnia się mimochodem

U nas pewne rzeczy dzieją się naturalnie
zupełnie, bo tak jest nam wygodnie, tak jest dla nas normalnie. Ale te
niektóre naturalne zachowania promuję bardzo świadomie, bo wiem, że małe
organizmy świetnie się wtedy wzmacniają.

Wzmacnianie odporności przez hartowanie

Przede wszystkim, nasze dzieci całe lato spędzają na bosaka. Jak tylko się da i ogólnie jest w miarę ciepło, moje maluchy zdejmują buty. Nawet gdy trawa / piasek nie najcieplejsze. Pewnie wszyscy (przynajmniej ci czytający o najlepszych butach dla dziecka) wiedzą, że chodzenie na bosaka po naturalnych terenach (bo już posadzki, terakoty i inne już takie super nie są), to najlepsze co może się przydarzyć stopie – bo masaż i akupresura, wspomaganie prawidłowej postawy. No i, takie bieganie na bosaka po chłodnej trawie czy piasku to świetna metoda hartowania. Oczywiście nie przesadzamy, gdy dziecku jest zimno, ubieramy się, zakładamy skarpety, buty itd. Ale jednocześnie mam świadomość, że gdy mają chłodne stópki, ale biegają i skaczą i mają ciepły kark, to nie jest to droga do przeziębienia.
I tylko chcę uczulić, jeśli ktoś chce spróbować, żeby nie rzucać się na głęboką wodę. Jeśli dziecko nie jest przyzwyczajone do chodzenia boso, niech przyzwyczaja się stopniowo, zwłaszcza jeśli chcemy dać mu pohasać po zimnej rosie np. Najpierw proponuję najnaturalniejsze letnie bieganie na bosaka, a potem wprowadzanie tych, powiedzmy, mniej oczywistych sytuacji (choć wciąż w lecie bardzo naturalnych ) typu właśnie chłodna rosa poranna lub wieczorna, zimne morze, czy strumyk, nieogrzany piasek

Wzmacnianie odporności a suplementy

Nie wierzę w syntetyczne witaminki w słodkich żelkach i syropkach. Może wyjdę na oszołoma i ekofreaka, ale myślę, że te sztucznie pozyskane witaminki, oderwane od ich naturalnego środowiska występowania, za to wzbogacone cukrem, po prostu niewiele dają. Zdecydowanie, gdy mogę „suplementuję nas” naturalnie. To teraz jest czas nasycenia się dobrociami. Korzystamy do przesytu ze wszystkich cudowności matki ziemi. Na potęgę jemy maliny, jeżyny, porzeczki, śliwki, jagody i borówki. Zażeramy się pomidorami, papryką, cukinią, fasolką i bobem. Warzywa i owoce teraz to bomba witalności, witaminy i składniki odżywcze podane w najlepszy możliwy sposób, świeży i naturalny.
Teraz też warto (jeśli ktoś lubi i ma czas) pomyśleć o sposobach zachowania tych wspaniałości na zimę. Mrożenie, konfitury, dżemy i soki. I kiszonki, czyli kolejna rewelacja – fantastyczne źródło witaminy C i dobrych bakterii zbawiennych dla jelit (gdzie podobno mieszka nasza odporność). 

Jeśli chodzi o witaminę C, to ma ona wpływ nie tylko na
odporność, ale także na wzmocnienie kości, gojenie się ran, ogólną energię i
samopoczucie. Jest ona silnym przeciwutleniaczem, polepsza wchłanianie żelaza, dobrze
wpływa na pamięć i serce. Warto właśnie w lecie zajadać ją w najlepiej
przyswajalnej, naturalnej i najpyszniejszej formie – dużo witaminy C zawierają
czarne porzeczki, truskawki i jagody, papryka, szpinak, czy natka pietruszki.
Zapraszam do tego artykułu, który mówi tej witaminie więcej – jej wspaniałych właściwościach,
ale też o mitach, które narosły wokół niej.

Łapiemy słońce. Łowimy witaminę D, ile wlezie. Oczywiście nie kładę dzieci plackiem w południe na pełnym słońcu, nie chcemy przy okazji oparzeń i raka, ale na poranne lub popołudniowe promienie często wystawiamy się bez filtrów. Tylko w lecie nasze organizmy są w stanie wytworzyć odpowiednią ilość tej cennej witaminy, więc korzystamy.

Odporność dzięki świeżemu powietrzu

I nawet jeśli słońca nie ma, maksymalnie dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu, w ruchu. Trochę deszczu nigdy nikomu nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie – właśnie teraz dobrze jest czasem w deszczu sobie pobiegać. I to świeże powietrze to nie tylko ładne powiedzonko. My mamy to szczęście, że mieszkamy w czystym zakątku Polski.
Ale, jeśli pochodzicie z bardziej uprzemysłowionej części kraju, to teraz jest fajny moment na zmianę klimatu i pooddychanie innym powietrzem, – bardzo dobrze robi taka odmiana, a jeśli nie mamy możliwości odbycia dalszej podróży nad morze czy w góry, dużo dają nawet krótkie wypady za miasto, do lasu – po cudowne świerkowe i sosnowe olejki eteryczne, działające wspaniale na drogi oddechowe.

Nie przesadzam z wychładzaczami. Owszem, jemy lody, ale nie robię z nich codziennego rytuału. Jemy dużo sałatek, jogurtów i chłodników, ale staram się tez pamiętać o zupkach, normalnym, ciepłym obiedzie, śniadania w dalszym ciągu przeważnie na ciepło. Lato w Polsce jest dość krótkie, nie warto aż tak intensywnie się ochładzać.

Teraz tylko tyle. I aż tyle. Najprościej i najskuteczniej jak się da. Przy żadnym wysiłku właściwie – raczej pewnej świadomości, dajemy dzieciakom fajną bazę i podstawy do budowania solidnej odporności.


I jeszcze jedno – nie jest powiedziane, że wzmocnione dzieci nie będą w ogóle chorować. Wirusy i bakterie atakują, zwłaszcza w przedszkolach czy żłobkach. Ale kluczowe jest tutaj to, jak mały organizm sobie z takimi atakami radzi. A wzmocniony, radzi sobie naprawdę dobrze. Moje dzieci w ubiegłym roku, były osłabione jesienną ospą wietrzną, i infekcje łapały dość często, ale wszystkie kończyły się na kilku (czasem kilkunasto) dniowym pobycie w domu, z gorączką, katarem i kaszlem, udało się uniknąć zapaleń wszelkich, powikłań, antybiotyków i sterydów. Małe organizmy same radziły sobie z chorobą, dzięki czemu, za każdym razem się wzmacniały.

*wpis powstał we współpracy z portalem natu.care

21 sierpnia, 2016 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
festiwaleJarmark JagiellońskilatolubelszczyznaLublinmój styl

Jarmark Jagielloński 2016

by Paulina 17 sierpnia, 2016

W miniony weekend odbył się kolejny, dziesiąty już Jarmark Jagielloński (tak było w 2010). To impreza, która nawiązuje do tradycyjnych jarmarków lubelskich organizowanych w  XV i XVI w – podobno jednych z najbardziej znanych handlowych wydarzeń międzynarodowych.

Jarmark to oczywiście stoiska z rękodziełem z Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy czy Słowacji, pokazy i warsztaty dawnego rzemiosła, ale też bardzo fajna atmosfera towarzysząca. Są potańcówki, koncerty, jest przestrzeń nietuzinkowych zabaw, spektakle i spotkania z opowiadaniem legend i baśni. No i jest pochód ze słynną dwumetrową kurą, kuglarzami i przy dźwiękach dud, który nadaje bardzo klimatycznego smaczku całości.

Można by pomyśleć, że nuda i skansen, kolejny po prostu jarmark z ludowizną. Ale całość, jest taka… z charakterem. Folklor miesza się z nowoczesnością, kuglarze noszą trampki i okulary słoneczne, potańcówki ludowe angażują jak dyskoteki, tradycyjna twórczość przybiera współczesne kształty. Wymieniają się i mieszają pokolenia i kultury.
Nie było skansenu, była autentyczna, żywa i piękna tradycja, którą bardzo warto pielęgnować.

Można też było sobie zrobić klimatyczne zdjęcie na szkle. Tu nawet widać, jak fotografia wyłania się z negatywu.

Stragany były bardzo ciekawe, można było zaopatrzyć się w tradycyjny ludowy – lub inspirowany ludowością strój, np pięknie haftowane lniane bluzki, tkane pasy. Było sporo drewnianych zabawek, ceramika, wycinanki, hafty, pisanki wyroby ze słomy.

Nie mieliśmy jednak w planach tego typu zakupów, więc większość czasu spędziliśmy na Błoniach zamku. Tam dzieciaki odkrywały dawne zabawy. Na sporym terenie było mnóstwo propozycji. Większe i mniejsze drewniane podesty (bo nie wszystko można robić na trawie), niektóre pod dużymi otwartymi namiotami. Wielkie bierki, czy memory (z ludowymi motywami), przestrzenne puzzle, a także kapsle, cymbergaj czy hacele. Wielkie drewniane kury do bujania, wyścigi kulek i sensoryczne plansze.
A do tego zabawy taneczne, pokazy dawnego rzemiosła, wspaniałe opowieści o dawnych baśniach i legendach słowiańskich.

 Plac zabaw nie tylko dla dzieci…

Wyścigi kaczek i kur, jedna z ulubieńszych zabaw naszych dzieci.

Garncarstwo w wykonaniu ślicznej sobowtórki Juno Temple, zahipnotyzowało młodzież na dłuższy czas.

„Mama zlub lakietę” Prawie wyszło;)

Udało nam się też spotkać z przesympatyczną Justyną, czyli Rudą Paskudą, i jej rodzinką. Wreszcie mogę wypowiedzieć najsłynniejsze blogerskie zdanie, że jednym z największych plusów blogowania, jest poznawanie świetnych ludzi. Tak właśnie jest! Pozdrowienia Justyna:)

17 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
fenomen Proustamindfulnessprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestylezapachyzmysły

Zmysłowe przyjemności. Zapach.

by Paulina 14 sierpnia, 2016

Dzisiaj znów zmysłowo. Było już o dotyku, dziś równie pięknie, bo zapachowo. Węch jest kolejnym bardzo pierwotnym, i takim trochę zwierzęcym zmysłem.

Wiecie, że już kilkudniowe dzieci poznają swoją mamę właśnie po zapachu?

Węch jest szczególny, bo układ węchowy jest mocno powiązany ze strukturami w mózgu odpowiadającymi za emocje. Stąd słynny fenomen Prousta, nasze wspomnienia pachną, a zapachy się kojarzą. 

Ja bardzo mocno odbieram świat właśnie zapachami. Gdy mi przeszkadzają, to przeszkadzają bardzo, ale gdy pięknie pachnie… jest najpiękniej już totalnie.

Mam mnóstwo ulubionych zapachów i nie wiem, czy potrafiłabym wybrać jeden najulubieńszy. 
Myślę, że wysoko na takim podium byłaby skóra niemowlęcia karmionego piersią. To jedyny w swoim rodzaju zapach, ciepły, mleczny i słodki, jeden chyba z najbardziej kojących. Teraz uwielbiam wąchać włoski moich dzieci, zwłaszcza te nagrzane słońcem.

Zresztą, ciekawe, że grzejące słońce nadaje jakiegoś cudownego dodatkowego zapachu. Twarz ogrzana pierwszymi wiosennymi promieniami, albo ciepła sierpniowa papierówka, która nie wiem czy wspanialej smakuje, czy pachnie.

A idąc dalej tropem słonecznym, wielki uśmiech wywołuje u mnie zapach rozmarzającej ziemi. To pewnie za sprawą prostego skojarzenia zapowiadającego wiosnę – i w ogóle pierwszego zapachu jaki się pojawia w zimowym świecie. I rzeżucha jest wtedy. A potem jest cudowna wiosenna trawa i charakterystyczna woń pierwszego koszenia, która jest takim przypieczętowaniem nowej pory roku. A potem już jest całkiem rajsko – fiołki, bzy, jaśmin, czarny bez, lipy…

A skoro już roślinnie – to szalenie podoba mi się aromat pomidorowych liści. Świeżo zerwany pomidor pachnie zupełnie inaczej, pomidorowe liście pachną rewelacyjnie, może uruchamia mi się tutaj jakieś wspomnienie ze szczęśliwego dzieciństwa spędzanego w dużej mierze na działce.

Las. O leśnym zapachu już pisałam, że zbanalizowany do poziomu kostki toaletowej i choineczki samochodowej, a w lesie wdycha się nie tylko ten zapach obłędny, ale całą leśność – to powietrze chłodne, ciszę aksamitną i trzeszczące igliwie.
I choinka. Jak ktoś lubi Boże Narodzenie, to lubi też ten cudowny świerkowy zapach. I piernikowy zapach, cudowną mieszankę korzennych przypraw, która totalnie „robi” święta.

Pozostając przy wypiekach – ciasto drożdżowe. Z kruszonką, maślane, mleczne i waniliowe, to stuprocentowy sposób na stworzenie domowości. I jeszcze zapach chleba za zakwasie.

I w ogóle zapach dobrego jedzenia. Sos do pizzy – i ta mieszanka czosnkowo – oliwowo – pomidorowa. Gotujący się rosół pachnący przypaloną na ogniu cebulą. Kurki w rozmarynie do tego risotto. Cukinia z szafranem. Ser z niebieskim przerostem. Wołowina po burgundzku. Porządny bigos. Guacamole kolendrowo-limonkowe. Świeży bób. Curry. Caprese z masą bazylii. Dobre czerwone wino

I jeszcze powietrze po burzy, naładowane ozonem, wspaniale świeże. I morze, morze wspaniałe, odurzające, działające zresztą na wszystkie zmysły.

I mydło marsylskie, synonim czystości, poszukuję takiego płynu do mycia.

I drewno, drewniane meble.

Nowa książka, ten zapach (czasami jeszcze lekko sklejonych, uwielbiam) zadrukowanych kartek, zapowiadający nową historię. Albo nowy zeszyt, nowy kalendarz, papier w ogóle bardzo miło pachnie. Zawsze też uwielbiałam zapach nowych okładek na zeszyty – tych najzwyklejszych, plastikowych i przezroczystych, które po paru tygodniach wyglądały zupełnie fatalnie. Z tych niekoniecznie zdrowych, jeszcze świeża farba, nie wiem, czy to przez ten powiew nowości, czy mam jakiś narkotyczny gen.

Wwąchujecie się w świat? Jakie macie swoje ulubione zapachy?

14 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggednamiot z dziećmipasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Biwakowanie z dziećmi. Poradnik

by Paulina 9 sierpnia, 2016
biwak z dziećmi, camping dziecko, namiot, biwakowanie

Od zawsze jeździmy na wakacje pod namiot. Przed dziećmi były to wyjazdy samowystarczalne, na plecach mieliśmy cały all inclusive, jeździliśmy stopem po Europie, rozbijaliśmy się czasami przy parkingu na skrawku trawy, czasami na klifie nad oceanem, a czasami (gdy potrzebowaliśmy coś uprać, porządnie się wykąpać i generalnie zaznać wygód)  na campingach. Takie podróżowanie praktykowaliśmy trochę z konieczności finansowych, ale w dużej mierze ze względu na przygodę, na zupełnie inne przeżycia. Myślę, że gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, jeździlibyśmy na podobnych zasadach, tylko dalej, bardziej egzotycznie.

Taka przygoda w kiedyś Portugalii, podczas ogromnej zlewy w nocy. W pewnym momencie okazało się, że z podłogi namiotu zrobiło nam się łóżko wodne i nie chcieliśmy sprawdzać jego wytrzymałości, więc przenieśliśmy się w takie oto ustronne miejsce;)

 

Potem przyszły na świat nasze dzieci, a my nie chcieliśmy nagle totalnie statecznieć, i rezygnować z naszego stylu i upodobań. W końcu rodzic też człowiek, a i dla dziecka takie poświęcanki rodzica niekoniecznie wychodzą na dobre.

Dlatego nie było rewolucji, tylko nagięliśmy i dostosowaliśmy do dziecięcych potrzeb nasz styl podróżowania.

Z dziećmi może nie da się wszystkiego, ale można bardzo wiele. Spać z dziećmi pod namiotem np. można jak najbardziej. Oczywiście, namiot z dziećmi to jakieś wyzwanie.


Dzisiaj podzielę się z Wami naszymi patentami dotyczącymi biwakowania z maluchami.


Zacznę od samego namiotu. Wspominałam już o naszym – bardzo wygodnej i przestronnej trójce z dwoma przedsionkami, nieistniejącej już niestety marki Alpinus. Ten model ma szybki system rozkładania, przy czym nie jest to słynny namiot, który się rzuca,by go rozłożyć. Wybór namiotu to sprawa do przemyślenia, warto wybrać się do specjalistycznych sklepów turystycznych, (a nie do supermarketów, nawet tych turystyczno – sportowych), tam sprzęt będzie miał zdecydowanie większą jakość, podpowiedzą ludzie znający się na temacie, często są promocje i zawsze warto pytać o dodatkowe zniżki. Dobrze jest też popytać się o różne opcje i poczytać, zobaczyć różne rozwiązania

Biwakowanie z dziećmi – jak zorganizować spanie pod namiotem

My śpimy na karimatach. Nie ciągniemy ze sobą dmuchanych materacy (ani samopompujących się karimat), ze względu na ryzyko przebicia i ogóle dużą awaryjność. Zresztą, na dobrej karimacie, i przy w praktykowanej ostatnio przez nas wersji „dużym samochodem na biwak, czyli wszystko może się przydać”, gdy na rozłożone przy sobie karimaty kładziemy jeszcze koc, jest nam naprawdę wygodnie (oczywiście o ile stawiamy namiot na w miarę płaskim terenie).
Do spania mamy też śpiwory-mumie sprzed paru lat, które niestety już się mocno zbiły i myślimy o zakupie nowych, tym razem puchowych – bo te podobno mają większa trwałość. Nasze dzieci jeszcze nie doczekały się śpiworków, śpią pod swoimi kocami, ale śpiwory by się przydały – przy ich tendencji do migrowania po namiocie i rozkopywania się.
Śpimy wszyscy obok siebie, w systemie rodzic-dziecko-rodzic-dziecko, to pozwala nam w nocy mieć jako taką kontrolę nad tym, czy któreś nie spełzło niechcący na gołą podłogę i i nie śpi bez koca wtulone w ścianę namiotu.

Pewnie by się dało, ale już nie rozbijamy się na dziko. Wybieramy campingi i przez cały wyjazd zostajemy raczej w jednym miejscu. To oznacza większą wygodę (bo nie trzeba się codziennie pakować), stały dostęp do łazienki, i trochę poczucia domowości i stabilizacji.

Nie trzeba się codziennie pakować, za to traci się takie okoliczności przyrody

I takie;)

 W kwestii łazienki jeszcze.
Zabieramy miniaturki wielofunkcyjnych kosmetyków, to zwyczaj, który został jeszcze z czasów backpackerskich, ale sprawdza się i teraz. Bardzo polecam taniutki żel do mycia Babydream z Rossmana – do mycia siebie i dzieci, do twarzy i higieny intymnej, jak ktoś lubi to także do włosów. Dobry i przyjazny skład pozwalają na mycie wszystkiego bez ryzyka podrażnień i wysuszeń. Poza tym, przy dzieciach (i ich samodzielnym jedzeniu), sprawdzają się chusteczki nawilżane. Przyznaję się bez bicia, że na biwaku z dziećmi, zwłaszcza krótkim, nie przesadzamy z higieną, często po prostu myjemy zęby, buzie i pupy, i odpuszczamy prysznice, zwłaszcza, gdy jest chłodno. Lepsze brudne dziecko niż dziecko z katarem. Do tego porządny i wysoki filtr przeciwsłoneczny, żel aloesowy – na poparzenia i ukąszenia. Coś przeciw owadom (ostatnio czytałam o magicznych wręcz przeciwowadowych właściwościach czystka! Wystarczy się spryskać naparem z czystka, działa podobno rewelacyjnie, a przy tym to naturalna i nieśmierdząca rzecz.) Szczoteczki do zębów.
Bierzemy tez ręczniki z mikrofibry, są lżejsze, szybciej schną i lepiej chłoną niż te tradycyjne.

Co jeść na biwaku

Zawsze bierzemy ze sobą palnik turystyczny i menażki (dwie pakowane w jedną z uniwersalną przykrywką i wymienianą rączką) i dużo gotujemy sami. Na śniadanie jaglanka lub owsianka z rodzynkami i jabłkiem lub brzoskwinią, z masłem i syropem z agawy – to głównie dla dzieci, bo wiemy, że zjedzą na pewno takie śniadanie i będą mieli porządną i ciepłą „bazę” jedzeniową na cały dzień.

W ciągu dnia, na wycieczki bierzemy prosty piknik, czasem polski sentymentalny czyli puszka tyrolskiej albo paprykarza, pieczywo i ogórki, czasem mamy więcej fantazji (i lokalny sklep ma) i idziemy np. w melona albo awokado i szynkę. Zawsze jest jeszcze jakiś banan na podorędziu, tzw. kompoty (czyli mus owocowy w torebce z ustnikiem, czasem zmieszany z kaszą manną), cienkie kabanosy, w górach dodatkowo przegryzka bakaliowa (lepsze rozwiązanie niż czekolada).

Czasem próbujemy lokalnych specjałów w lokalnych knajpkach.

A wieczorem, na campingu przeważnie gotujemy sami. Proste dania na dwa garnki (bo więcej nie mamy).

Często makaron z prostym sosem.

Np. pomidorowym: w menażce podsmażamy trochę czosnki i cebuli, w wersji „na bogato” dodajemy mięso mielone, a potem pomidory w puszce (nie koncentrat tylko pomidory pelati), chwilę dusimy razem, mieszamy z makaronem.

Albo kurkowym: w menażce podsmażamy cebulkę, najlepiej z dodatkiem masła dodajemy pokrojone kurki (żeby je umyć, trzeba namoczyć w zimnej wodzie, wtedy piasek wypływa sam) i śmietankę 30%, mieszamy z makaronem.

Można też pokusić się o gotowy sos, w słoiku, często mają bardzo przyzwoite składy.

Albo kuskus z warzywami. Osobiście uwielbiam taką wersję: podsmażamy (najlepiej na oliwie) czosnek, dodajemy wydrążoną i pokrojoną młodą cukinię, potem oliwki i obrane (sparzone we wrzątku kuskusowym) pomidory. Całość mieszamy z kuskusem, można dodać trochę koziego serka, jak się ma.

pod namiotem z dziećmi, biwakowanie a dziecko

Ubieranie dzieci pod namiotem

Dla dzieci bierzemy praktyczne całą ich szafę. W warunkach namiotowych maluchy brudzą się zdecydowanie szybciej niż przeciętnie, a z praniem bywa różnie. Poza tym ZAWSZE jest tak, że znajdą jakąś kałużę i w niej usiądą, zaleją się piciem itd., więc suszące się ciuchy to standard. Poza tym trzeba być przygotowanym na zmiany pogodowe, czyli pamiętać o kurtkach przeciwdeszczowych i kaloszach, o cieplejszych bluzach i spodniach a nawet czapeczkach. Do tego niezliczone ilości koszulek, spodenek, skarpetek i majtek, przydają się też tetrowe pieluchy (do wytarcia, do ochrony przed słońcem, do przykrycia itd.)

(O moim podróżniczym stylu i tym, co ze sobą zabieram, żeby było praktycznie w górach i na biwaku, a jednocześnie żeby zachować trochę estetyki, napiszę innym razem, bo i tak post mi się rozrasta nieprzyzwoicie.)

Inne

Dla dzieci nie bierzemy jakiejś masy gadżetów, jak ktoś tu zagląda regularnie, to wie, że jesteśmy zwolennikami tzw. twórczej nudy, zabaw w wyobraźni i samodzielnego wymyślania zabaw – i nasze maluchy zawsze nas pozytywnie zaskakują pod tym względem.
Bierzemy im ukochane przytulanki, piłkę do grania, kilka książeczek i po jakiejś niewielkiej zabawce (ostatnio np. bardzo fajna gra dobble).

Bierzemy też zawsze hamak, lub dwa, to cudowna forma relaksu, czasami Iskra daje się zaprosić na drzemkę hamakową.

Przydają nam się też różne turystyczne sprzęty:
scyzoryk wielofunkcyjny,
metalowe kubki, sporki, (połączenie łyżki i widelca), dla dzieci talerze z melaminy (my jemy w menażkach, jest mniej zmywania). I a propos zmywania, gąbeczka i mały płyn do naczyń.
linki (chociażby do rozwieszania mokrych rzeczy),
koc piknikowy,
folia nrc, apteczka
sól, pieprz i inne przyprawy w opakowaniach po soczewkach,
latarki (najlepiej czołówki),
walkie talkie (sprzęt który świetnie sprawdza się na szlaku, gdy nie chcemy do siebie krzyczeć z odległości kilkudziesięciu-kilkuset metrów, oraz wieczorami gdy włączamy funkcję „niania” i słyszymy ich gdy idziemy kawałek dalej od namiotu)
powerbank do telefonów
nasz ostatni nabytek (bo się starzejemy), składane siedzonko z oparciem, do wygodnego siedzenia w namiocie i na trawie
dobry termos

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

biwakowanie, camping dziecko, wakacje pod namiotem

I jeszcze jedno. Zastanawiałam się nad zasadnością takiego wpisu, w dzisiejszych czasach wygodnych wczasów w hotelach, aribnb, klimatycznych domkach, gospodarstwach agroturystycznych i pensjonatach. Ale serio uważam, że warto. Wakacje pod namiotem to naprawdę świetna opcja. To zdecydowanie tańszy wyjazd. Za dobę „biwakową” płaci się kilkadziesiąt, a nie kilkaset złotych. To robi różnicę i otwiera mnóstwo możliwości.
Ale przede wszystkim totalna odmiana (także od komfortu dnia codziennego). To inne, autentyczniejsze przeżywanie świata, to zbliżenie się do siebie. To wakacje bardzo unplugged, w sensie zupełnie dosłownym, bo komórki są przeważnie wyłączone, jako że ładować można je tylko w knajpach i samochodzie – co jest bardzo wygodne, bo to nie my wydzielamy ilość tableta, czy pilnujemy ilości oglądanych na YT bajek. Tableta zwyczajnie nie ma, dzieciaki też nie widzą rodziców smyrających po ekranie telefonów. Jesteśmy w tym wyświechtanym tu i teraz, oddzieleni od prawdziwego, naturalnego świata tylko cienkim namiotowym materiałem, i to daje zupełnie inną jakość przeżyć.

* Tekst zawiera linki afiliacyjne. Wszystkie polecane przeze mnie produkty przetestowaliśmy i polecamy w całej rozciągłości. Jeśli zdecydujecie się na zakup któregoś z nich, trafi do mnie drobna prowizja.

PS. Trochę mi zajęło napisanie tego postu. No i lata zbierania doświadczeń są nie do przecenienia;) Dlatego będę wdzięczna za każdego lajka, komcia, czy udostępnienie:)

9 sierpnia, 2016 27 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiKazimierz Dolnylubelszczyznanamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrowerrower z dzieckiem

Kazimierzu nasz, ty coś w sobie masz…

by Paulina 4 sierpnia, 2016

Stacjonujemy teraz w Lublinie. A przy ładnej pogodzie, gdy możemy, wyrywamy się choć na chwilę i choćby niedaleko.


Ostatnio, Kazimierz Dolny i okolice. Ten Kazimierz, niby znany do znudzenia i ograny, który odkryliśmy na nowo tuż po urodzinach Wilczka, i jego mniej oczywiste oblicze. Zbaczamy z najgłówniejszych turystycznych ścieżek, unikamy niedziel i – świetnych skądinąd – festiwali (teraz trwają Dwa Brzegi, parę tygodni temu Kazimiernikejszyn) i robi się bardzo klimatycznie i idealnie wakacyjnie.

Niestety tak teraz wygląda cudowna plaża z tego posta plażowego-prawie-nadmorskiego.

5 minut od rynku

W Kazimierzu zdecydowanie warto postawić na mniej oczywiste zwiedzanie (choć to oczywiste też bardzo polecam, zwłaszcza jeśli jest się tam po raz pierwszy), warto wybrać się na spacer trochę dalej, może nawet poza miasteczko, trafić do jednego z przepięknych wąwozów, bardzo malowniczych, pięknie oświetlonych, ozdobionych wspaniałymi rzeźbami korzeniowymi (najbardziej znany to Korzeniowy Dół, a obok niego bardzo sympatyczna knajpka, w której można zjeść sporo dobrych rzeczy). Albo do jednej z urokliwych wsi podkazimierskich, np Mięćmierza. Albo na rower się wybrać jednym z okolicznych szlaków, prowadzących wąwozami, a potem pagórkami z przepięknym widokiem. Albo popłynąć do Janowca.

 Na ostatniej takiej wycieczce trafiliśmy na wspaniały drewniany wiatrak z widokiem, należący do prywatnych właścicieli, ale z możliwością wejścia na jego teren i spędzenia czarownych chwil z widokiem na Wisłę i okoliczne pola, z jagodziankami i kawką (tak, mieliśmy ze sobą palnik turystyczny i kafeterkę. ), w kojącym zapachu drewnianych budynków.

Tutaj ten wiatrak, z zamkiem w Janowcu w oddali

Co tam widoki, co tam pikniki, są Kamyczki!

 

Dla każdego coś miłego. Kawa, kawusia.
 

A ponieważ chcieliśmy, żeby było jeszcze bardziej wakacyjnie, wzięliśmy namiot i pojechaliśmy do Celejowa do zaprzyjaźnionego koziego gospodarstwa.Tam byliśmy uraczeni wspaniałą kolacją (ze świeżym kozim serem oczywiście. Przepysznym!), ogniskiem, przemiłym towarzystwem, i oczywiście kozami – niektóre wybitnie przymilne, psami, gęsiami, perliczkami… I ogniskiem wieczornym, w tej wiejskiej ciszy doskonałej.

4 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
carnaval sztukmistrzówkultura z dzieckiemkulturalnielatolubelszczyznaLublinprzyjemności

Carnaval Sztukmistrzów 2016

by Paulina 2 sierpnia, 2016

Nie byliśmy już od trzech lat na tej jedynej w swoim rodzaju, świetnej imprezie.

Dlatego w tym roku uczestniczyliśmy w Carnavale z tym większą przyjemnością.

W ciągu dnia (a w zasadzie dni) oglądaliśmy mniejsze i większe spektakle uliczne artystów z różnych krajów – łączące żonglerkę, akrobacje, komizm, angażujące publiczność. Te występy, dostępne dla wszystkich, zachwycały różnorodnością, wysokim poziomem technicznym i wspaniałym luzem, dystansem. Fantastycznie było je oglądać, uczestniczyć w nich, śmiać się trochę z siebie i trochę z innych, podziwiać kunszt kuglarski / akrobatyczny i najzwyczajniej w świecie dobrze się bawić.

„Tak jak kuglarz (czy też artysta) jest synonimem odmieńca, cudaka i
wyrzutka, tak czas karnawału jest synonimem czasu święta, zniesienia
praw, obowiązków, norm.”

 

 

Dzieciaki z radością wybawiły się w Klanzowym Miasteczku Zabaw
Niezwykłych zorganizowanym w przyjemnym zacienionym parczku przy Centrum
Kultury, i zapewniającym ciekawe i oryginalne zabawy na świeżym powietrzu.

Do tego highline nad różnymi budynkami na Starym Mieście, tworzący niezwykle spektakularną kropkę WYSOKO NAD i. Iskra, początkowo przerażona, że „pan spadnie”, od paru dni „chodzim po linie” na dywanie, trawie chodniku i wszędzie, gdzie dojrzy jakąś prosta linię. Krycha (mój mąż) wybitnie zmotywowany, przy rozwieszaniu slacka szuka większych odległości i wysokości.

Jednego (szkoda,
że tylko jednego) wieczora udało nam się też bezdzietnie wyrwać na
fantastyczny spektakl wieczorny, i genialny koncert. Spektakl, nazywający się Eventi Verticali, wykorzystywał ścianę dużego budynku, na której wyświetlane były różne animacje. I na tle tych animacji 2D, występowali artyści, podczepieni na linach  i robiący swoim dopracowanym przedstawieniem niesamowitą iluzję oglądania z góry prawdziwych ludzi wrzuconych do świata kreskówek.

A koncert, to grupa zakręconych Francuzów, grających rewelacyjną mieszankę muzyki klezmerskiej, bałkańskiej, latynoamerykańskiej, wszystko z akcentami paryskiego akordeonu i cudowną energią.

 

Miło było popatrzeć nie tylko na te wszystkie atrakcje, ale też na tłumy ludzi, na pięknie oświetlone miasto żyjące nocą.

Szkoda,
ze nie udało nam się dostać  na spektakle w wielkim cyrkowym namiocie
festiwalowym, poza tym konwencja spektakli ulicznych (bez żadnej sceny
dla artystów) nie zawsze pozwala na zobaczenie wszystkiego gdy nie zdąży
się zająć miejsca z przodu.

Ale i tak jesteśmy pod wielkim wrażeniem, myślę, że podobnie jak większość uczestników imprezy.
Niech się stanie Carnaval!

2 sierpnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessmuzykamuzyka na dołarozmyślania

Odpoczywalnia muzyczna #2. Muzyka na wielką smutę.

by Paulina 28 lipca, 2016





Że smutek jest czasem potrzebny już kiedyś pisałam. Że przychodzi czasem do każdego też wiadomo. I czasem zupełnie bez powodu przychodzi, nawet w lecie, zaczepia się na rzęsach i Jest.


A skoro już przychodzi, to może nie jest taki całkiem niepotrzebny. Może, zamiast go odpychać, rozweselać na siłę, nakazywać sobie branie się w garść, trzeba go sobie poodczuwać, ponurzać się w nim jak facet w swojej przewysokiej-37,2-gorączce? Może potraktujmy się wtedy łagodnie, tak jak tego potrzebujemy, utulmy to nasze wewnętrzne dziecko, które sobie rozbiło kolanko? Może powiedzieć do siebie „widzę że ci smutno kochanie” i znaleźć jakieś ramię do przytulenia? Zrobić tylko to co absolutnie niezbędne, a potem zasiąść ze swoim weltschmerzem, nalać wam wina i włączyć Odpowiednio Przejmującą Muzykę.


Tak przeżywana smuta ma w sobie coś bardzo pociągającego, jest nawet w jakimś sensie filmowo atrakcyjna – jestem pewna, że każdy ma w tym momencie w głowie odpowiednio seksowny obrazek pięknej filmowej postaci pogrążającej się efektownie w rozpaczy (bez pracy, dzieci, prania i gotowania na głowie). Tylko ten dół, wódka i on/ona. Nie jestem oczywiście w stanie zapewnić Wam tych cudownych warunków do Przeżywania (to pewnie w wielu przypadkach rozwiązałoby większość problemów), ale zapewnię Wam Atmosferę, czyli smutną muzykę na doła.


Dzisiaj prezentuję depresyjne płyty, idealne na czas smutku. Bierzcie i płaczcie.

Antony and the Johnsons The crying light, albo Cut the world. Pełna dowolność w zasadzie, jego (jej już chyba) wszystkie piosenki są przejmująco smutne
Zbigniew Preisner, Danse Macabre
The Cure Pornography
Radiohead OK Computer
Pink Floyd Animals i The Wall
Archive, najbardziej chyba You all look the same to me (ach, Goodbye), ale chyba wszystkie ich płyty dają radę
Nirvana Nevermind. Klasyk przejmujących płyt, trochę kojarzy się z nastoletnimi dołami
Joy Division, Unknown Pleasures.
John Butler Trio Grand National
Portishead Dummy


I jeszcze pojedyncze piosenki:
Bush Letting the cables sleep 
Elliot Smith Between The Bars
Florence and the Machine Heavy in your arms
Red Hot Chili Peppers – Otherside
Kortez – Zostań
Led Zeppelin All of my love
Damien Rice 9 crimes
Razorlight Wire to wire
Republika –Odchodząc
Crash Test Dummies – Mmmm mmm
Cibelle Green Grass
Nosowska i Przemyk Kochana
ULKR – Po tak cienkim lodzie


Macie jakieś swoje ulubione smutasy? Chętnie uzupełnię listę:)
A jeśli macie ochotę na muzykę pogodniejszą, w klimacie popołudniowej kawy, zapraszam na pierwsza część tutaj.


28 lipca, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry