Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćdomowojak odpoczywaćkulturalniemindfulnessslow lifestylezdrowie dziecizima

Nawet chcieć się nie chce dziś, czyli jak dodać sobie energii w zimie

by Paulina 29 stycznia, 2017

 

jak wypocząć, uważność, brak energii

 Gdy rozbiera się choinkę i zdejmuje te wszystkie świąteczne ozdoby z domu, to ten moment się zbiega z takim niefajnym okresem zawieszenia.

To jest ten czas kiedy wyczerpują się do zera zapasy energii i słońca zgromadzone w lecie. Czas atakujących ciągle infekcji i braku sił by z nimi walczyć, czas zimna przenikającego do kości, ospałości, zmęczenia i górującej nad wszystkim potrzeby zawinięcia się w kocyk z czymś ciepłym do picia, oglądania dobry filmów i czytania rozbuchanych powieści przez najbliższy miesiąc.
Dopadło i mnie, mimo ostatnich zachwytów zimą i zimnem.
Nie chce mi się ćwiczyć, za to chce się jeść, i to najbardziej frytki, fondue i treściwe zupy, ze śmietaną. Albo ciasta, jeszcze ciepłe najlepiej, maślane.

Słucham sobie teraz Tajemniczy Ogród i tak na mnie sugestywnie działają te opisy budzącej się przyrody… I ta choinka wyrzucona… A przy tym zima w pełnym rozkwicie i nawet nie próbuję jeszcze budzić w sobie tego nastroju przedwiosenno – oczekującego i kupować tulipanów z Lidla czy siać rzeżuchy – to jeszcze nie ten czas. To czas, który trzeba przetrwać, i jakoś radzić sobie z kompletnym brakiem energii, który, niestety, trochę się kończy błędnym kołem, bo im mniej mam energii, tym mniej  robię, a im mniej robię, tym mniej energii mam.
Dlatego, staram się jakoś spiąć w sobie i ratuję się, jak mogę. Jakiś czas temu, żeby jakoś się ożywić, wprowadziłam u siebie „program naprawczy”, bo jak tak dalej pójdzie, marca doczekam jako grubas bez kondycji, za to z pryszczami, wzdęciami i depresją.

Co ciekawe, małoletni nie odczuwają zupełnie spadków energii

Powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie…

 Comfort food vs superfood

Generalne założenie, to „jak mogę, wybieram zdrowiej”. Czyli może i tucząco i ciężkawo, ale przynajmniej naturalnie. Czyli np frytki z prawdziwych ziemniaków a nie czipsy. Majonez robiony w domu z jajka od szczęśliwej kury, zupy z dużą ilością warzyw, zupy kremy. Zapiekanki może i z masą roztopionego sera ale też masą dobrych i wartościowych rzeczy w środku. Przypraw dużo, ale żadnych gotowych mieszanek, żadnych „miksów, fixów” itd. Żadnych margaryn za to sporo dobrych olejów. Zdaję sobie sprawę, że czasem może to przypominać zamawianie coli zero do bigmaca, ale podobno diabeł tkwi w szczegółach.

A do tego dodaję różne napoje mocy.

Dzień zaczynam od ciepłej wody z cytryną, miodem i chili.
Codziennie piję zakwas buraczany. (pisałam o nim już tutaj) Zwykłe i poczciwe buraki same w sobie działają pobudzająco ożywczo i energetycznie, a do tego mają całe mnóstwo wartości odżywczych (żelazo, kwas foliowy i masa witamin), a kiszonki to wspaniała rzecz wzmacniająca odporność.

Piję koktajle z zapałem neofity – mamy wreszcie porządny blender kielichowy, który mieli mi liście i twarde warzywa tak, że moje smoothies są naprawdę smoooooooooth. Zawsze staram się tam wrąbać jakiegoś superfooda – olej kokosowy, jarmuż, spirulinę, jagody goji, siemię lniane, komosę ryżową – oczywiście tak, żeby całość dobrze smakowała. (na zdjęciu jagody goji, resztka jaglanki porannej, banany, pomarańcza i grejpfrut)

Piję też „herbatkę imbirową„. Chodzi o parę plastrów świeżego korzenia imbiru gotowanych przez parę minut w wodzie. Imbir, jak pewnie wiecie, jest super, podkręca metabolizm, wzmacnia organizm, leczy przeziębienia i zwiększa koncentrację (przydatne!)

I w ogóle piję ciepłe rzeczy zawierające zdrowie. Czystek, lipę, melisę.

No i zmuszam się do machnięcia czasem nogą czy ręką. Albo przynajmniej solidny plac zabaw czy spacerek z dzieciakami.

A poza tym, nie odmawiam sobie jakoś drastycznie tych esencjonalnych
zup, zapiekanych ziemniaków, kremowych sosów i złocistych grzanek. W
końcu kiedy, jak nie teraz? Czasami trzeba sobie trochę pofolgować,
pogłasiać swoje zmarznięte (i wychudzone zapewne…) wewnętrzne dziecko.
 

29 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinpasjaprzyjemnościzima

Co robić w Lublinie zimą

by Paulina 17 stycznia, 2017

Że Lublin w sezonie wiosenno – letnim jest super, pisałam wielokrotnie. Festiwale, ogródki, plenery i parki, jest różnorodnie i fajnie.
A co robić teraz, gdy rowery miejskie schowane, podobnie jak knajpiane ogródki i chęci do wyściubiania nosa z domu? Gdy noc zapada dwie chwile po śniadaniu, gdy zimny wiatr i śnieg przegania Tam, gdzie spokój jest święty,
No bo święci są pańscy
Szklanką ciepłej herbaty
Poczęstuje cię Pan.


Chociaż bardzo lubię ten domowy czas, tę przytulność z gorąca herbata i ciasteczkami gryczanymi, świeczkami i światełkami różnymi, gdy układamy z dzieciakami puzzle, czytamy książki w namiocie, to i tak bywa, że mnie nosi.
Wyszukuję co-by-tu, i ruszamy w miasto nasze kochane.

 

Nie widać tego może tak jak w lecie, gdy wszystko dzieje się na wierzchu, ale i teraz jest co robić. Mamy fajne przestrzenie wewnętrzne, w których odbywają się rzeczy czasowe i parę stałych miejsc do odwiedzenia.

Tak to jest, że jak się faktycznie mieszka gdzieś na stałe, to nigdy nie ma czasu odwiedzić lokalnych atrakcji, bo one przecież zawsze będą, trzeba odkrywać świat odległy. Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Lyonie, motywowani tymczasowością naszego mieszkania tam, korzystaliśmy, ile się dało i zawsze wychodziło potem śmiesznie w rozmowach z Francuzami gdy okazywało się, że odwiedziliśmy miejsce dla nich oswojone, ale nie poznane.
Nie mamy może w Lublinie takiego muzeum sztuk pięknych, dworu braci Lumiere, czy pamiątek z czasów starożytnych, wiadomo, że to inna skala. Ale i tak jest gdzie pójść, i czym się zachwycić.
Jest (nie)sławny zamek lubelski, niestety wielu kojarzący się głównie z hitlerowskim, a później stalinowskim więzieniem, ale który ma wiele ciekawego do zaoferowania. Przede wszystkim imponującą, trzynastowieczną wieżę romańską i kaplicę Trójcy Świętej, z pięknymi freskami. Jest też muzeum, ale jego wystawa stała nie jest specjalnie oszałamiająca, za to warto interesować się czasowymi, bo bywają naprawdę fajne.

Idąc z zamku w stronę starego miasta, przechodzimy przez bramę Grodzką, a tam, ciekawe, dość nietypowe muzeum-archiwum wspomnień świadków historii. Lublin. Pamięć Miasta, czyli stała wystawa poświęcona wspomnieniom z wielokulturowego, przedwojennego Lublina (to tam wybrałam się w ubiegłym roku z moją Babcią).

Na ulicy grodzkiej jest jeszcze muzeum – apteka i Izba Pamięci Żydów Lublina.

Grodzką dochodzimy na rynek, a tam można przejść się Lubelską Trasa Podziemną, zajść na ulicę Złotą do przepięknej (obecnie remontowanej) Bazyliki Dominikanów, wstąpić do niewielkiego Muzeum Czechowicza. Zupełnie niedaleko jest jeszcze Archikatedra Lubelska, a tam, poza wystawą liturgiczną jeszcze ciekawa Zakrystia Akustyczna (ja zawsze znałam ją jako Kaplicę Szeptów, uważam, że ta nazwa brzmi znacznie lepiej).
Na przeciwko Archikatedry znajduje się Dom Słów, czyli Izba Drukarstwa, w którym jeszcze nie byliśmy, a który myślę też może być ciekawy.
Jest jeszcze Majdanek, oczywiście nie do zwiedzania z dziećmi, czy w ramach miłych niedzielnych spacerków, ale z pewnością wart odwiedzenia.

To są te rzeczy na stałe i miejsca raczej Lublinianom znane. Ale często jest też tak, że znane tylko ze słyszenia. Albo i odwiedzone, ale jakieś sto lat temu z wycieczką z podstawówki. Teraz w zimie jest idealny moment, żeby jakieś zimne i wietrzne popołudnie spędzić właśnie w takich miejscach.

Druga kategoria, to sytuacje bardziej motywujące, czyli czasowe.
Naprawdę sporo się dzieje, tylko dla dzieci, albo z dzieciakami, albo bez dzieci;)

Są typowo dziecięce spektakle, warsztaty, wystawy dzieciom dedykowane, zajęcia muzyczne, plastyczne, spotkania. Warto zainteresować się ofertą Teatru Andersena, Filharmonii, Teatru Starego, Centrum Kultury, Centrum Spotkania Kultur i osiedlowych domów kultury i bibliotek, jest tego naprawdę sporo, i wiele z nich zupełnie za darmo lub za symbolicznego piątaka.

Są wydarzenia w których mogą uczestniczyć całe rodziny. Te lubię szczególnie, bo treść jest dedykowana raczej dla dorosłych (bo nie każda aktywność rodzinna musi być podporządkowana dzieciom), ale całość jest przyjazna także najmłodszym. Np. Kino dla rodziców z małymi dziećmi (CK), albo spektakle teatralne z bawialnią dla dzieci obok (Teatr Osterwy, jesienne Konfrontacje Teatralne) . Ale też po prostu różne wystawy np., na które chodzimy razem z maluchami. I wtedy nieletni są trochę obok, nie zawsze zainteresowani. Staramy im się pokazywać obrazy, zdjęcia czy inne obiekty i opowiadać o nich, ale bez jakiejś nadmiernego nękania, mają też zawsze jakieś małe resoraki, żeby nie czuły się do niczego przymuszane. W każdym razie są z nami, trochę w mój ulubiony sposób naturalnie i przy okazji nasiąkając różnymi aktywnościami, trochę przy okazji chłonąc jakieś okruchy kultury i sztuki.

Są też oczywiście różne koncerty i imprezy wieczorne, ale tu już do gry wchodzą dziadkowie.

 

 

Staram się zawsze mieć aktualnego ZOOMa, – to taka mała gazetka,
która jest dostępna za darmo w różnych punktach kulturalnych (ale też na
pocztach, w przychodniach…) i zbiera wszystko, co się będzie działo w
danym miesiącu, wszystko podzielone na kategorie. Są też strony
internetowe różnych instytucji, fejsbuki i aplikacja „co, gdzie,
kiedy?”

A jak jest z Wami, w zimowe miesiące eksplorujecie własne miasta, zapadacie w zimowy letarg, czy uciekacie jak najdalej?
Dajcie
też proszę znać, czy bylibyście zainteresowani tego typu cyklem, z
bardziej konkretnymi propozycjami różnych aktywności w Lublinie i
okolicach
?

17 stycznia, 2017 19 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślaniaspacerzima

a jeśli zima to w śniegu cała

by Paulina 13 stycznia, 2017

Nie jestem może jakimś największym na świcie fanem zimna, ale mimo wszystko powtarzam za klasykiem, że jak jest zima, to musi być zimno.
Ale tak naprawdę zimno, a nie jakieś bździawe okolice zera…

I zawsze czekam, na choć parę dni takich solidniejszych mrozów, takich dieslo-killerów. Jak tak przymrozi, to człowiek, mimo rajtuzów pod spodniami, zamarzniętych włosów i zdechłego samochodu, zdecydowanie czuje że żyje. Zawsze słyszałam od babć, że musi być duży mróz w zimie, bo wybija robactwo i potem w lecie jest mniej komarów. Podobno nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, jest wręcz przeciwnie – przy dużych mrozach owady po prostu zakopują się głębiej i żadnej owadozagłady nie ma.
Ale siedzi to we mnie. Zima jest. To musi być zimno.

Oczywiście, że przyjemniej byłoby mi teraz na jakieś rajskiej wyspie pod palmami chodzić boso po ciepłym piasku… Ale na tym to właśnie polega – w życiu nie musi, a wręcz nie powinno być zawsze przyjemnie i komfortowo. Przy wiecznym komforcie i nieustannej przyjemności ciało wiotczeje, charakter flaczeje, mózg rozmamłuje, wszystko się nudzi, zasładza tak na mdląco – klejąco.

A mróz nadaje nam jakiejś dzielności.
Ja wiem oczywiście jak to brzmi – w tym naszym wygodnym społeczeństwie, bezpiecznym i stosunkowo zamożnym, pełnym kaw z cynamonem, herbat z imbirem, kominków, wełnianych kocyków i termoforów.
Ale na taki mróz dobrze jest spod tych kocyków wyjść i się w tę zimę porządnie zanurzyć. Pochrupać i poskrzypieć butami po błyszczącym śniegu, mrużyć oczy na ostre zimowe słońce, poczuć szczypanie na policzkach. A po takim spacerku przy minus 20, we wspaniały sposób rozgrzewa się krew, nabłyszczają oczy, zarumieniają policzki i pojawia się zupełnie nowa, świeża energia, towar deficytowy o tej porze roku.

I się czuje taki intensywniejszy kontakt z naturą. Mniej komfortowy niż wąchanie kwiatków w ogrodzie, taki, który choć troszkę uświadamia, jak bardzo od tej natury jesteśmy zależni. Taki, który daje jakieś połączenie z pierwotnym człowiekiem w nas. A ja jakoś potrzebuję takich choć w niewielkim stopniu pierwotnych sytuacji. Niekoniecznie może od razu walki z niedźwiedziami i szycia sobie ałtfitów ze skóry tychże. Po prostu pójścia z dzieciakami na dłuższy mroźny spacer i zanurzenia się w to wdychanie lodowatego powietrza, szczypanie policzków i ręce kostniejące w minutę po zdjęciu rękawiczek.
Nie wiem czy widzieliście, jest taki film Capitain Fantastic o ojcu, zbuntowanym wobec naszej cywilizacji, wychowującym swoje dzieci wśród natury, w takiej trochę utopijnej rzeczywistości. Życie w lesie, polowanie, długie biegi, sprawność, a przy tym dużo książek, rozmów, nauka samodzielnego myślenia. Bardzo na mnie duże wrażenie zrobił, zwłaszcza w kontekście wychowywania naszych własnych dzieci i tego na co się godzimy z dzisiejszego świata, gdzie idziemy na kompromis, a gdzie idziemy pod prąd.

W każdym razie, bo ja tu się rozgadałam o utopijnych wizjach. Ten śnieg, ten mróz działają na mnie cudownie ożywczo. Niewygodne to może, ale potrzebne.
I zwyczajnie piękne przecież, na swój cudowny, bajkowy sposób piękne.

 

 

Zabawa w chowanego. Iskra przemyślnie ukryta.

 

13 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
podsumowania

Odpoczywalniowe przyjemności 2016

by Paulina 9 stycznia, 2017

Robiłam kiedyś taki nieregularny cykl o moich przyjemnościach, momentach, rzeczach i przeżyciach, które sprawiły mi szczególną radość. Cykl zarzuciłam, a przecież nie jest tak, że miłe sprawy mnie w tym roku nie dotyczyły!

Może, niech to roczne podsumowanie będzie dobrym początkiem na nowy rok. Mam nadzieję że cykl reaktywuję, bo to bardzo świetna rzecz, zapisywać sobie te najmilsze momenty – wcale niekoniecznie najbardziej spektakularne, za które jesteśmy szczególnie wdzięczni. Pozwala trochę się ogarnąć, docenić swoje życie a przy okazji wspominanie takich chwil jest zwyczajnie przyjemne.

Co więc było dla mnie szczególnie dobre w 2016?

Polska!
Udało nam się w minionym roku trochę pojeździć po Polsce, cieszyliśmy się polskim, pozasezonowym morzem, naszymi kochanymi Bieszczadami. W sierpniu zachwyciliśmy się Podlasiem a we wrześniu Śląskiem.
W grudniu skoczyliśmy na chwilę do Warszawy – wreszcie nie na zakupy,
tylko na zwiedzanie. Rok zakończyliśmy w Beskidzie Niskim. Cieszę się
bardzo, pokazaliśmy dzieciakom kawałek naszego kraju, i to taki mniej
oczywisty z, powiedzmy, drugich stron folderów turystycznych. Cieszę
się też, że udaje nam się odkrywać piękno nie tylko w tych najbardziej
oklepanych miejscach, że podróżujemy sobie po naszemu, zbaczamy z tych
głównych szlaków i na ogół rezygnujemy z ostentacyjnych atrakcji.

 

 
W międzyczasie,  krążyliśmy oczywiście po naszej Lubelszczyźnie kochanej, sporo było wycieczek, spacerków i pikników w naszych okolicach. Były też miłe momenty stricte lubelskie, np. podczas miejskich festiwali, w parkach, centrach kulturalnych i innych fajnych miejscach.

  

 

Nasze Mieszkanie
2016 to przede wszystkim pierwszy rok w naszym mieszkaniu. Bardzo lubiłam nasze „urządzaniowe zrywy” co jakiś czas (które ciągle mają miejsce), udomowianie , nowe pomysły, organizowanie przestrzeni, tak, żeby było wygodnie, praktycznie i estetycznie. Cieszę się zresztą bardzo, że nie dopięliśmy wszystkiego na ostatni guzik na samym początku i teraz dopiero pewne pomysły nam przychodzą do głowy – gdy już mieszkamy. Cieszę się też, że mieliśmy na początek niewiele mebli, i niewiele rzeczy (zredukowana dość mocno ilość po przeprowadzkach między Francją a Polska) – i że ten stan rzeczy jakoś się drastycznie nie zmienił.
I powiem Wam jeszcze, że – mimo mojej bałaganiarskiej natury – nawet polubiłam sprzątanie! Może już stara jestem po prostu, ale autentyczną przyjemność sprawia mi doprowadzanie naszego mieszkania do ładu, i że coraz skuteczniej dążymy do zasady „miejsce na wszystko, wszystko na miejscu„. Oczywiście nie jest idealnie, zwłaszcza z dzieciakami, które, jak wiadomo są raczej zaprzeczeniem ładu i harmonii, ale jesteśmy na dobrej drodze.

Praca
Po dość długiej przerwie wróciłam do życia zawodowego. Fajny jest ten moment „zasiądnięcia”, że oto teraz siadam do komputera i będę pracować, i fakt że czuję się potrzebna inaczej niż jako „matka dzieciom i żona mężu”. Nie bez znaczenia jest też zwyczajne zarabianie pieniędzy, to poza bardzo prozaicznymi korzyściami daje całkiem sporo satysfakcji. Może to dla wielu banalne, co piszę, ale dla mnie w tym roku miało spore znaczenie.

Przedszkole i żłobek dzieci
Wyjdę na najgorszą matkę świata, ale uwielbiam tę chwilę, gdy za pociechami zamykają się drzwi, gdy zostaję sama, w upajającej ciszy. Do tego jest świadomość, że dzieciaki naprawdę dużo się uczą, fajnie się rozwijają, są wśród rówieśników. Placówki są dzieciakom zwyczajnie potrzebne, dużo im dają. Dają oczywiście też całkiem sporą porcję wirusów, ale nie jest źle, trochę przeziębień trzeba przeżyć w życiu, no i szczęśliwie moje przechodzą takie infekcje dość łagodnie, nad odpornością pracujemy cały rok.

Audiobooki
Już o nich wspominałam, ale aplikacja Librivox to jedna z lepszych rzeczy jaką daje smartfon. Przez cały ubiegły rok składania /wieszanie prania, wyjmowanie zmywarki i inne nudne czynności wiązały się u mnie z dziewiętnastowieczną Anglią. Bardzo polecam!

Książki
Zawsze przy okazji książkowych podsumowań wyrzucam sobie, że nie mam jakiegoś zeszyciku, spisu, czy notatek o książkach, które przeczytałam. Umykają mi jakoś i wielu zwyczajnie nie pamiętam. Dlatego wspomnę tu o tych, które szczególnie zapadły mi w pamięć.

Mąż długo namawiał mnie do sagi „Pan lodowego ogrodu„, przekonując że tak samo fajna jak Wiedźmin. A ja długo nie mogłam się przekonać, tytuł kojarzył mi się z jakimś tandetnym erotykiem. Ale w końcu się wzięłam, i nie żałuję. Naprawdę fajny miał pomysł i ciekawy świat stworzył Jarosław Grzędowicz. Było parę zgrzytów, ale generalnie autentycznie się wciągnęłam.

Shantaram, już o niej pisałam. Teraz czaję się na kontynuację, czyli Cień góry.

Tajemna historia Donny Tartt – bardzo lubię jej filmowy styl pisania, podczas czytania wyświetla się w głowie ekranizacja!

Złodziejka Sarah Waters. Nie jestem pewna, czy to w tym roku było, ale ostatnio widziałam film (koreański) na jej podstawie i przypomniało mi się to, jak fantastycznie trzymała w napięciu.

I, też nie pamiętam czy to ten rok, czy poprzedni – Świat równoległy Tomka Michniewicza. Napisana świetnym językiem i pokazująca turystyczny świat od trochę innej niż zazwyczaj strony. Otwierająca oczy mocno. Bardzo bardzo dobra.

W międzyczasie zapoznawałam się z klasykami, wciągnęli mnie mocno m.in. pisarze amerykańscy z początku XX w. (Steinbeck, Hemingway, Fitzgerald).

 


Muzyka
Kev Fox i Smolik – mój zdecydowany hit
2016. Zaczęło się od koncertu w lecie – na którym byliśmy przy okazji
naszego Pierwszego Weekendu Bez Dzieci (no, popołudnia, nocy i poranka, ale to już coś), koncert był fantastyczny, zaraz kupiliśmy płytę i spora część naszych znajomych dostała ją od nas przy różnych okazjach. Jest zdecydowanie żywsza niż inne płyty Smolika, Kev Fox z tym swoim świetnym, seksownym głosem wprowadza taką fajną energię, ale dalej jest smolikowy, relaksujący klimat.
Kortez – kolejny hicior, cudowny głos  i nieprzekomplikowane piosenki z ładnymi tekstami

Filmy i seriale
Kolejna kategoria, w której powinnam prowadzić jakiś zeszycik z notatkami, bo oglądamy dużo i zwyczajnie nie wszystko potem pamiętam.
Z seriali poza tymi, które wszyscy widzieli, czyli Stranger Things, Wikingowie, Gra o Tron, Sherlock i Westworld, był jeszcze
Grantchester – serial o przystojnym księdzu który jeździ na rowerze i rozwiązuje kryminalne zagadki… Ale nie nazywa się Mateusz, jest niezbyt grzeczny, słucha jazzu, przesadza z alkoholem i przyjaźni się z równie ciekawym policjantem, a wszystko dzieje się w Anglii lat pięćdziesiątych.

A filmy, które najbardziej zapadły mi w pamięć…
Hunt for the wilder people. Jeden z lepszych filmów, jakie ostatnio widziałam – bezpretensjonalny, trochę wzruszający i śmieszny – ale nie tak komediowo, jakoś bardziej życiowo.
Swiss army man. To z kolei jeden z bardziej absurdalnych filmów, jakie ostatnio widziałam. Paul Dano i Daniel Radcliffe jako zwłoki i nieudacznik razem wśród natury (i śmieci). A pod obscenicznymi momentami i trochę prostackim humorem jest ciepła opowieść o samotności i wyobcowaniu.
Eddie the Eagle. To niesamowicie pozytywny film oparty na faktach
I naprawdę sporo innych bardzo fajnych… (zdecydowanie, zakładam zeszycik!)

Taki to był rok. Naprawdę dobry rok.

9 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmigórygóry z dzieckiempasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Góry na Sylwestra. Reaktywacja

by Paulina 2 stycznia, 2017

Tak bardzo się cieszę, że wróciliśmy w góry sylwestrowe. Nie tylko – choć to też – ze względu na fajny wyjazd w fajnym gronie, ale też na ten przełom roku, czas płynący w górach trochę inaczej i wspaniały dystans do świata jaki się w górach zyskuje.
To dobrze robi dla symbolicznych zamknięć i otwarć.

Beskid Niski, cudownie niepopularny, niezbyt może spektakularny, ale
szalenie klimatyczny. Cały brzmi Wolną Grupą Bukowiną, i stawianiem
kroków – w tym roku skrzypiących śniegiem, i nasyconą ciszą górską
jedyną w swoim rodzaju.

Jechaliśmy na południe i z
każdym kilometrem robiło się bardziej biało. A na miejscu, w niewielkiej
łemkowskiej wiosce, już całkiem baśniowa migocąca śnieżna pokrywa.
Dzieciaki zaniemówiły z zachwytu i gdy tylko wyładowaliśmy całą obfitość
naszych bagaży ruszyliśmy w poszukiwaniu górek na sanki.

I tak codziennie. Spacerki górsko – śnieżne, a wieczorami, biesiadowanie (ze zwiększoną już średnią wiekową) z grzańcem lub tequilą i ogniem w kominku.

 

 
A gdy niebo z perłowo szarego zmieniło się w lśniąco niebieskie,
załadowaliśmy opakowaną w ciepłe gacie i śpiwory młodzież do nosideł i
ruszyliśmy trochę wyżej. Nie mogę powiedzieć, że zrobiliśmy jakąś
szaloną trasę, czy mega szczyty, na co nie bez wpływu były nasze
rozśpiewane ładunki na plecach. Ale wystarczyło i tak, żeby się
zachwycić totalnie. Zobaczcie zresztą sami.

 

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

2 stycznia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowoświętazima

świątecznie, trochę

by Paulina 23 grudnia, 2016

Jeśli ktoś oczekuje tu dziś sielanki i rozestetyzowanej magii przygotowań świątecznych to serdecznie żałuję, ale się nie doczeka.

Nie będzie ani skarpet w reniferki, ani ozdabiania prezentów z pomocą samodzielnie suszonych pomarańczy, ani zarumienionych pociech w białych rajstopkach. Nie będzie też czuwającej nad wszystkim uśmiechniętej Pani Domu w jakimś wytwornym wdzianku. Będę za to ja, w umączonej pomarańczowej bluzce z chaosem na głowie i obłędem w oczach, moja niesforna dziatwa z glutem pod nosem i jękiem na ustach oraz małżonek robiący półki na ścianie w kuchni. Wszyscy po kolei dotknięci infekcją, niegroźną acz upierdliwą.

Oto mamy piątkowy, przedwigilijny wieczór, a ja nadaję do Was z chaosu. Miało być – a jakże – inaczej. Nie, żeby od razu idealnie, doskonale i że 21 grudnia pakujemy ostatnią perfekcyjną paczuszkę prezentową, a potem już tylko pławimy się w klimacie, podjadamy fikuśne pierniczki i słuchamy klimatycznych piosenek z dzwoneczkami. Planowałam po prostu ogarnąć większość czarnej roboty, gdy milusińscy będą w przedszkolu, a potem, już razem z nimi, bawić się w przygotowania, i żeby mi pomagali w robieniu ciasteczek, czy lepieniu pierogów. Mieli jechać razem z tatą po choinkę, a potem mieliśmy poczekać kilka dni (w międzyczasie zrobić długaśny łańcuch) i spędzić fajne popołudnie ubierając ją razem i podjadając te pierniczki (które miały się nie przypalić). W planach było też malowanie pewnego motywu u dzieci w pokoju. I te półki w kuchni. I pójście na łyżwy, zimowe spacery.

A tymczasem Pan Choróbka rozpanoszył się wygodnie w naszym nieświątecznym domu i tak został przez kolejne dni, potęgując chaos, rozmarudzając dzieci i zagęszczając atmosferę. Każdego dnia kolejne zadania przekładałam na dni następne, albo z nich rezygnowałam całkowicie. A dzieciaki każdego dnia były bardziej zmęczone gorączką, kaszlem i zamknięciem w czterech ścianach, a co za tym idzie oczywiście, bardziej skłonne do kłótni i awantur. Za to ja, podobnie jak one zmęczona, byłam coraz mniej skłonna do empatii i mądrych, wychowawczych reakcji.
Pomagali mi za to niezłomnie, np. zalepiając gotowe pierogi surowym ciastem.

Tak że ten.

Nie mogę powiedzieć, że najudańszy był ten przedświąteczny tydzień.
Ale, nie każdy przedświąteczny tydzień musi tak koniecznie być najudańszy.
Trochę klimatu zbudowaliśmy jednak. Mamy pachnącą choinkę (z długaśnym łańcuchem), piękne półki w kuchni, sto milionów pieczonych pierogów z kapusta i grzybami (bo troszkę pojechałam z ilością farszu) i całą lodówkę ozdobioną świąteczną twórczością dziecięcą. Chleb się piecze, kompot z suszu pachnie cynamonem, zakwas buraczany nabiera charakteru. Michael Bublé dla nas śpiewa, zaraz zapakujemy te prezenty w złoty papier, nie będzie dodatkowych ozdóbek. A dzieciaki zdrowieją.
Jest dobrze.
Czego i Wam, na te Święta życzę. Żeby było dobrze i po Waszemu, bez względu na okoliczności bardziej, lub mniej sprzyjające.

23 grudnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggeddzieckoprzyjemnościslow lifestyleświętazima

Migotanie, blaski i dzwoneczki

by Paulina 9 grudnia, 2016

Zaczął się z przytupem, cały ten czas dzwoneczków, światełek, i hohoho-czy-są-tu-grzeczne-dzieci. Czas tego wymiętolonego, sponiewieranego wciskaniem wszędzie ducha świąt.

Sypnęło. Zabieliło, zmiękczyło listopadową surowość, zalśniło.
Wyjęliśmy
sanki i pobiegliśmy korzystać z okazji, bo w tamtym roku za wiele ich
nie było. Śnieg trzeszczy pod butami i pachnie białością, sanki z przed
prawie trzydziestu lat dają radę aż miło. Zjeżdżamy z Wielkiej Ogromnej
Góry osiedlowej, oczy łzawią od wiatru i śmiechu, dzieci piszczą z
radości. Bijemy rekordy, kto pojedzie dalej i zrobi najdłuższy sankowy
ślad. Dzieciaki robią orły w śniegu, zaśmiewają się i zadeptują je zanim
jeszcze zdążą się dobrze podnieść.
Z balkonu sąsiedniego bloku słychać delikatne dzwonienie. Lepszego klimatu być nie mogło.

 

Rumieńce, przemoczone rękawiczki, błyszczące oczy.
Wracamy jeszcze wśród śmiechu, dzieciaki ciągną sanki na zmianę.
A
w domu cała ta szczęśliwa bańka pęka gwałtownie i prawdziwe życie wali
nas z placka w te uśmiechnięte twarze, bo mieszanka głodu, zmęczenia i
wielkich emocji skutkuje awanturą, histerią i buntem. Dla zachowania
równowagi, za słodko być nie może.

I ten Mikołaj.
Już w poniedziałek rano się zaczęło.
Rozpakowali pakiecik z adwentowego kalendarza. Z zadaniem upieczenia
ciasteczek dla Świętego Mikołaja. Przypomniało nam się o tym trochę
późno, bo w zasadzie to spać już by należało. Ale zadanie trzeba
wykonać, nie ma wyjścia.
Przyszurali swoje krzesełka, ustawili się
ciasno przy mnie, pilnowali, żeby mi sprawiedliwie pomagali sypać mąkę i
cukier, i masło, mikser i wagę włączać na zmianę, kto ile ma foremek, i
jakie i dlaczego ona ma kaczkę mamo, i ja tes chce tlaktola.
Iskra podśpiewuje i upycha na grubo ciasto do foremki, Wilczek
rozwałkowuje na krzywe placki. Wycinają krzywe samoloty, koślawe auta i
nieproporcjonalne kaczki. Piękne. A oni cali w mące i emocjach. Potem
ulepili jeszcze”dowolne wariacje”, czyli dwie bezkształtne formy żabę i rybę piłę.
Zapachniało.

Ciasteczka dla Mikołaja na talerzu, mleko w
szklance. Oczy mocno zamknięte, ale buzie się nie zamykają. Wilczkowi
rozwiązuje się worek z pytaniami zadawanymi świszczącym, teatralnym
szeptem, Iskra śpiewa hohoha, tralala, co to za Mikołaaaj. Gdy w końcu
zasypiają, nam udziela się ten naiwnie radosny nastrój, pakujemy,
wyjadamy mikołajowe ciasteczka, piszemy listy do grzecznych dzieci, z
czarnej płyty miękko wybrzmiewa Nat King Cole.
Na zmianę tajniaczymy się
z prezentami dla siebie, niby to na chwilę po coś wychodzimy, utykamy
te książki i płyty pod poduszką, a potem, gdy idziemy spać, kładziemy
się z udawaną obojętnością, ale jednak ostrożnie, na wszelki wypadek.
Mamy naszego, tradycyjnie trochę przedwczesnego Mikołaja i listy do
siebie pisane.

W nocy przebudzają się oboje, jakieś sny i przeżycia układają się w tych
małych głowach, dużo tego wszystkiego do ogarnięcia. Rano wstają
niewyspani, i u progu jęku i marudzenia dostrzegają kolorowe paczki.
BYŁ! Ciasteczka zjadł! Prezenty są, hurra! Ta ich radość… wyskakana,
wyśpiewana, najmocniejsza. Ściskająca w gardle aż.

I tak. Co prawda śnieg właśnie rozpaczliwie topnieje, jakiś wirus się przypałętał (a z nim i humorki marudzące) i trochę ten klimacik się nadpsuł, ale będzie pięknie, jeszcze się rozmigocze.

9 grudnia, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacer

pokażesz mi kolory szarych chmur

by Paulina 23 listopada, 2016

Zanurzyliśmy się w listopadzie.

Zanurzyliśmy się w zapachu zbutwiałych liści i zimnego wiatru. W aromacie dymiących ognisk z badyli podeschniętych palonych na wsi.Wdychaliśmy powietrze szare, wilgotne i zimne.

Całe stada bażantów na ogołoconych polach. Drzewa bezlistne, zachwycające ażurową finezją gałęzi. Szarość i burość, a czasami brzozowy wybryk złocistości.

Idziemy, nie za wolno, zagrzewamy krew, spacery w szarości mają to do siebie, że muszą być dość energiczne, mimo swego dość ospałego charakteru. Niby nigdzie się nie spieszymy, ale jednak żwawo stawiamy kolejne kroki, nie dajemy energii skostnieć do reszty. Nasz śmiech zmienia się w obłoki pary. I oddychamy powietrzem zmarzniętym, choć dobrze doświetlonym słońcem – słońcem podobnie niestosownym jak śnieg w kwietniu, choć z o ile większą przyjemnością witanym.

Cenne są te słoneczne promienie listopadowe, cenne i rzadkie. Napawamy się, napawamy.

 

23 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieciństwo unpluggedjesieńkultura z dzieckiemlubelszczyznaLublinmindfulnessprzyjemnościslow lifestyle

czas analogowy

by Paulina 18 listopada, 2016

Mniej mnie ostatnio w świecie wirtualnym. Trochę mi się ta internetowa doskonałość przejadła. Blogi, coraz częściej przypominające profesjonalne serwisy radzące nam – za pomocą nowych produktów jak żyć, instagram z masą identycznych zdjęć (z góry, kawa wśród jesiennych liści, z kawałkiem nogi wystającej spod wełnianego koca), plus motywacje i inspiracje, do których już wiecie jaki mam stosunek. Miałam przygotowany większy tekst na ten temat, ale widzę, że nie jestem sama w takich przemyśleniach i już o przesycie intenetowych ideałów napisały już Sara, Basia czy Agnieszka.

Dlatego trochę uciekam od komputera ostatnio. Gdy mogę.

Zamiast fejsa i blogosfery, wybieram
błogosferę na kanapie, kawę i muzykę.
Zamiast świecącego ekranu wybieram książkę, zamiast smyrania po gładkim ekranie – druty i miękkość wełny (choć technologie mi towarzyszą, z Jane Austin w słuchawkach). Okrywam się kocem, trochę niepięknym, ale ciepłym.

 

Popołudniami spacer, bo czasem, gdzieś
między szarością a deszczem wygląda promyk słońca lub dwa i wtedy jest
tak pięknie i pokrzepiająco, że nie straszny jest ani wiatr, ani
perspektywa nocy rozpoczynającej się o 15.

Gdy odbieramy dzieci, opóźniamy powrót do domu, idziemy na pusty plac zabaw, krążymy po osiedlu wokół przedszkola, robimy biegi do najbliższego śmietnika, liczymy kałuże i testujemy parasole. Bywa oczywiście mało malowniczo, bo jesień w tym roku jaka jest, każdy widzi. Czasem nam się nie chce, czasem nie chce się dzieciom.

Gdy pogoda jest już całkiem bezlitosna, wybieramy fajne miejsca pod dachem. W Lublinie jest sporo takich miejsc, do których można się udać, bardziej lub mniej specjalnie dla dzieci i wcale niekoniecznie są to sale zabaw. Ostatnio ulegliśmy pięknej twórczości malarzy Normandii. Mamy taką czasową wystawę na naszym lubelskim zamku – to takie muzeum w starym stylu, źle oświetlone, ze ścianami pomalowanymi na zielono, ale takie muzea tez coś w sobie mają, zwłaszcza o tej porze roku, działają podobnie kojąco jak biblioteki. Naszym starym zwyczajem poszliśmy tam razem z dziećmi. Nie byli jakoś szalenie zainteresowani, ale mieli też resoraki do jeżdżenia po podłodze. Poza tym robiliśmy rodzinne wybieranie ulubionego obrazu z wystawy, oglądaliśmy obrazy z bliska i daleka. Lubelskie Centrum Kultury też organizuje fajne nietuzinkowe zajęcia dla dzieciaków, to zawsze miłe urozmaicenie.

 

A czasami wracamy od razu do domu, jemy obiad. Układamy puzzle. Malujemy. Tworzymy bardziej, lub mniej udane DIY. Czytamy, przytulamy się, skaczemy i tańczymy, bawimy w chowanego. Bywają też cenne chwile wspólnej zabawy – bez nas. Bywa i oglądanie bajek na tablecie. A czasem przeczekujemy (ze zszarganymi nerwami) trudne popołudnie, z Księżniczką Fochną i Señor Awanturem, z nazgulimi wrzaskami, z kłótniami pod tytułem „nie lubię cię” lubisz” „nie” „tak”…”mamo ona powiedziała….” itd. Przytulamy, zalepiamy cudotwórczymi plasterkami Ciężkie Obrażania Na Paluszku o-tu-mamusiu-kropelka-krwi, całujemy stłuczenia, wycieramy łzy. A czasem tracimy cierpliwość, krzyczymy, mamy ich dość i czekamy do wieczora.

A wieczorami gramy w planszówki. Rozmawiamy. Albo słuchamy muzyki. Oglądamy filmy. Albo czytamy. Pijemy winko, albo melisę.

 

I dobrze mi jest, że nie muszę do tego picia kawy sypać sobie liści wokół kubka.  Że dzieciaki nie muszą bawić się szaro – miętowymi królikami. Że nasze codzienne spacery wśród bloków i śmietników. Że nie jestem zobowiązana do relaksowania się w odkrywczych, wystylizowanych wnętrzach. Do gotowania w designerskich garnkach. Że pamiętnik piszę w zwykłym zeszycie zwykłym piórem, bez washi tape, pieczątek, koronek i retro nożyczek.

Że mogę, ale nie muszę. Że nie mamy lajfstajlu, tylko nasze dobre życie. Z masą błysków, roziskrzeń i momentów, ale poza tym cudownie, cudownie niewyszukane.

18 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
asmrbrzmieniadźwiękimindfulnessprzyjemnościzmysły

Zmysłowe przyjemności. Brzmienia

by Paulina 7 listopada, 2016

O muzyce już
pisałam parę razy. Bardzo lubię słuchać jej z zamkniętymi oczami, zanurzyć się totalnie w jej brzmieniu. Ale słuchać uwielbiam nie tylko muzyki. Uwielbiam
miłe dźwięki, dają bardzo intensywne uczucie relaksu, czasem aż przyprawiają o drżenie i to o nich będzie dzisiejszy wpis z serii zmysłowych przyjemności. Zapraszam też do postów o zapachach i dotyku.

Należę do tych szczęśliwców, którym dużo czytano w dzieciństwie. Być może to właśnie głos mojej babci – ciepły i matowy, idealnie pasujący do słów takich jak biszkopt, a czytający krwawe historie braci Grimm – zaszczepił we mnie Wielką Miłość do Miłych Głosów.

Np. do głosów radiowych  Piotra Kaczkowskiego, Oli Kaczkowskiej czy Jerzego Janiszewskiego. Michelle Phan robiąca piękne makijaże (i mówiąca o nich) na YT, albo Karen Savage, czytająca angielskie klasyki z Librivox. Albo moja promotorka – z prawdziwą przyjemnością chodziłam na seminarium magisterskie, właśnie ze względu na brzmienie jej wykładów, zwłaszcza szarą porą jesienno – zimową, za oknem wiatr i deszcze, a my w ciepłej sali, otuleni tym miłym głosem jak baśnią. Inna sprawa, że regularnie z tej błogości zasypiałam, i moje notatki nie należały niestety do najbardziej treściwych.

Jakie jeszcze dźwięki dają mi podobną błogość?

chlup chlup

Jak wiecie jestem osobą mocno zbrataną z naturą, więc siłą rzeczy różne dźwięki naturalnego świata też dają mi mnóstwo radości. I cisza.
Np. cudowna, aksamitna cisza, gdy wjedzie się do lasu na rowerze. To ten moment kiedy przestaje świszczeć w uszach wiatr i wtedy ten las tą nagłą ciszą otula jak kocem. Albo, pozostając w leśnych klimatach, szelest i chrupanie jesiennych liści.

Wspominałam już o innych, intensywniejszych doznaniach na wakacjach pod namiotem. Jednym z nich są właśnie wieczorne dźwięki. Cudowny trzask ogniska i pykający ogień. Mlaskanie fal o brzeg jeziora, grające świerszcze. I żaby. A czasami deszcz bębniący o płachtę namiotu (o ile tylko delikatne bębnienie nie przemieni się w koncert Larsa Ulricha, bo wtedy przestaje być miło).

Jest jeszcze zimowe skrzypienie śniegu i trzask zamarzającego jeziora. I odgłos łyżew po gładkim lodzie, takie delikatne stuknięcie i szczęk.
I letnie skrzypienie gorącego piasku pod stopami. I huk morza – totalny, trochę straszny, potężny, a jednocześnie kojący.

I odgłos krojenia puchatego ciasta w blasze, ciche pyrkanie gęstej zupy, gulaszu albo mieszanych powideł. Cudownie brzmi też stukanie łyżeczką w szklankę napełnioną gęstym płynem – efektu nie robi ani kubek, ani woda czy herbata. Musi być śmietana, albo sos, albo koktajl.
A skoro już przy jedzeniu jesteśmy, to uwielbiam chrupanie – marchewki, papryka, grzanki, pękająca skorupka na crème brûlée

Do tego ukrojonego ciasta i powideł dodajcie jeszcze mruczącego kota, czyli esencję tego jak brzmi przyjemność. I delikatny trzask płyty winylowej, i ogólnie jej ciepłe brzmienie.


A pozostając przy temacie około muzycznym – strojenie się instrumentów w orkiestrze symfonicznej. Uwielbiam ten moment przed koncertem czy spektaklem, z dodatkiem cichych pochrząkiwań, skrzypieniem krzeseł, szuraniem butów.

A propos butów – cudowny jest odgłos kroków o bruk na starych filmach. Jakieś inne buty kiedyś mieli, i bruk może też robił swoje, w każdym razie bardzo miło się tego słucha. Szczególnie gdy idą w deszczu i w nocy. A potem jeszcze zapalają papierosa zapałką.

Albo szczęk nożyczek tuż przy uchu. Znacie może tego wirtualnego fryzjera? Do słuchania przez słuchawki:) Jest zresztą sporo tego typu filmików, nazywają się ASMR, potrafię przy nich przepaść na dłuższy czas.

I jeszcze świszcząco – łaskoczący, teatralny szept dziecka prosto do ucha, zawierzający mi Wielką Ogromną Tajemnicę. Zawsze wtedy przechodzą mnie dreszcze.

Są też słowa, które brzmią wyjątkowo przyjemnie. Cała masa dźwiękonaśladowczych (uwielbiam to w polskim języku) szeptów, szelestów, klekotów, stukotów, chlupotów i grzmień. A poza nimi wspomniany już biszkopt – słowo idealnie oddające delikatną konsystencję lekko chropowatą fakturę, a nawet słodycz. Albo świetlistość. Drżenie. Źdźbło. Chrust. Miękkość. Krokus. Klitka. Rozgwiazda. Czereśnia. Łapserdak. Lubczyk.

Pękanie folii bąbelkowej. Rozdeptywanie białych kulek śnieguliczki. Dźwięki migawki w aparacie. Tykanie niektórych zegarków. Bicie serca.

7 listopada, 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry