Cóż.
Mało jest nasze życie „odpoczywalniowe” ostatnio…
Dlatego blog jest tak skandalicznie zapuszczony.
Ale zapuszczonych jest o wiele więcej ważnych dla mnie spraw.
Przyznam, że dopadł mnie silny i klasyczny syndrom „jak tylko„. I dużo (za dużo!) spraw zostało przez mnie odłożonych na półkę pod tytułem jak-tylko-się-przeprowadzimy.
Jak tylko się przeprowadzimy…
A tymczasem żyję w chaosie, przestrzennym ,organizacyjnym, życiowym. Jem za dużo słodyczy. Piję za dużo kawy. Nie ćwiczę. Za mało fajnego, pełnowartościowego czasu poświęcam dzieciom. Letnie sukienki ciągle smętnie wciśnięte między swetry. Nie piszę. Nie mamy czasu na październik ten piękny, złoto-rudy, nie szuramy nogami w liściach, nie zbieramy kasztanów na wspólnych rodzinnych spacerach po parku, nie mamy czasu na weekendowe celebrowanie śniadań, nie zachwycamy się jesienno-grzybowym zapachem w lesie, nie jeździmy na jesienne wycieczki rowerowe. Jakoś umknęło nam babie lato. Siebie mamy mało.
Dla zachowania (albo dalszego zachwiania – ale w dobra stronę) równowagi, miałam pracę przy Konfrontacjach Teatralnych (to już dwudziesta edycja!). Intensywnie, inspirująco.
Teoretycznie lepiej byc nie może, mamy ogromną pomoc ze strony rodziców, mamy swoją przestrzeń w domu pod Lublinem, z ogrodem i sporą dawką prywatności, czasami jakieś chwile dla siebie. Jednak ze wstydem muszę przyznać, że straszny ze mnie mięczak i mocno jestem uzależniona od mojej strefy komfortu (mocno związanej z własnym terytorium, jak się okazuje). Zupełnie nie wiem jak wyryłam sobie w głowie tę granicę jak-tylko-przeprowadzkową, i odłożyłam moje życie na później, i mimo prób, nie jestem w stanie nic z nią zrobić.
A najciekawsze w tym wszystkim, choć mam doskonałą świadomość iluzoryczności takiej właśnie granicy, wiem, że wezmę się w tę nieszczęsną garść, bo zwyczajnie mi tego brakuje i dosyć mam tego mojego rozmamłania.
Obym się nie myliła.
Jak
tylko
się
przeprowadzimy.
Już niedługo.

