Dzień był przepiękny. Styczniowe przedwiośnie, z całym arsenałem jego cudowności… Z przepięknym zapachem wilgotnej ziemi, delikatnym wiatrem, i światłem jedynym w swoim rodzaju – lekko przymglonym, drgającym. Wydawać by się mogło, że to już tuż-tuż, że jeszcze moment i ruszymy rowerami we francuskie krajobrazy, że za chwilę wylegniemy z kocem na piknik.
Nie chciało się wracać. Miałam ochotę tak zostać, karmić się tym słońcem, tym powietrzem pachnącym, trwać w tej błogości totalnej, zajmować tylko oddychaniem…
…ale przekonano nas szybko do powrotu… Zbliżała się święta chwila jedzenia i drzemki.





