Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

dzieciństwo unpluggeddzieckointegracja sensorycznarozmyślania

dzieci w pandemii

by Paulina 7 marca, 2021

 

Temat krąży od prawie roku. Jednak, w obecnych czasach, gdy ciężko chorują i umierają ludzie, gdy upadają biznesy życia, gdy ogólna niestabilność, jest to temat odsuwany, bo doraźnie jakoś jest oganiany. JAKOŚ.

Dzieci w pandemii.

Uważam się za wyjątkową szczęściarę, bo moje prywatne dzieci są w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, wiec „błogosławieństw” zdalnego nauczania doświadczyliśmy stosunkowo niewiele.

Widzę też jednak, że w tym wieku dzieci są bardzo chłonne i podatne na wpływy. Różnice w zachowaniu Wilczka zaczęliśmy zauważać po pierwszych dwóch tygodniach szkoły online. I mogę sobie tylko wyobrażać, co dzieje się z dzieciakami, które od roku nie chodzą do szkoły. Które są pozbawione tego, wokół czego w zasadzie kręciło się ich życie do tej pory. 

Skuteczność zdalnej nauki to jedna kwestia. Mówi się o obniżaniu poziomu matury np, co – nawet jeśli w założeniu ma wyrównywać szanse ( choć obstawiam że założenia są czysto polityczne) samo w sobie jest dowodem na to, że zdalne nauczanie jest zwyczajnie nieskuteczne. Przypuszczam, że poskutkuje ono pogłębieniem rozwarstwienia – będzie pewnie garstka wybitnych i zmotywowanych (i ich zmotywowanych rodziców) i cała masa niedouczonych.

Ale. Nauka nauką. Ale przecież szkoła to jest życie dzieci. To są kontakty społeczne, codzienne sytuacje, tak banalne, że nawet ich nie zauważamy, a które mają ogromny wpływ na rozwój społeczny. To, że muszą się „społecznie wysilić”, ubrać chociażby, odezwać czasem do kogoś, kogo nie znają. Całe życie około-szkolne, różne kółka zainteresowań, teatry szkolne, czy choćby załatwienie czegoś w sekretariacie, zrypka od pani woźnej, zapytanie o coś w obcej klasie. Oczywiście mnóstwa z tych sytuacji można doświadczać poza szkołą, ale to już wymaga dodatkowego wysiłku, zmotywowania przez rodzica, często wypchnięcia kolanem „idź sobie sam do biblioteki”, a nie zawsze takie wsparcie od rodziców jest.

Co zresztą prowadzi mnie do kolejnej kwestii. Rodzice w tym wszystkim są potwornie przeciążeni. Zżerani przez stres, bo sytuacja na rynku pracy, bo strach o własnych rodziców, wiadomo, że bardziej narażonych, bo monitorowanie tej nieszczęsnej zdalnej szkoły, bo niepewność, kwarantanny, ciągłe siedzenie sobie na głowie. To napięcie przenosi się na dzieci, i dobre relacje w rodzinie stają się kolejnym wyzwaniem.

Utwierdzam się w przekonaniu, że w tym momencie najlepszą „inwestycją” w moje dzieci jest offline. Pisałam o tym już nie raz (np tutaj). To procentuje już teraz, bo bawią się ze sobą, wymyślają mnóstwo rzeczy, tworzą, chce im się, rozmawiają z nami, rozmawiają z innymi. A jak bumelują, to czytając komiksy albo rysując.

Wiem , że jest mnóstwo wartościowych stron, podcastów, filmów, blogów, gier także. Nie skreślam internetu jako narzędzia do nauki, czy rozrywki, absolutnie nie. Jednak osobiście uważam, że wchodzi tu w grę cenzus wieku. Dzieci się kształtują, ich mózgi się rozwijają, szare komórki tworzą, to teraz ta przysłowiowa skorupka nasiąka. To teraz rodzą się nowe połączenia w neuronach, teraz uczą się myślenia, analizowania, tworzenia. To teraz budują się schematy więzi społecznych.

Wiecie że przy tworzeniu gier zatrudniani są specjaliści odpowiedzialni za uzależnianie graczy od siebie? Dzisiejsze gry (nawet jeśli mają walor edukacyjny czy jakikolwiek inny), z założenia mają uzależniać. I to jest tak, że nawet jeśli zrobimy ograniczenie typu za 10 minut koniec grania i nawet jeśli jesteśmy w tym temacie konsekwentni, to owoc pracy specjalistów od uzależniania dzieciaków od siebie już tam jest i hula.

Dziecko, które ma lat 5, 8, czy 11, to ciągle dziecko w intensywnej fazie rozwoju.

Do tego dochodzi kwestia integracji sensorycznej. Kiedyś już o niej wspominałam kiedyś, w kontekście zabaw wspomagających integrację sensoryczną. Ekran smartfona to gładka, szklana powierzchnia i nienaturalne bodźce dla mózgu dziecka. Zamiast potrzebnych im ruchu, faktur, zapachów, trójwymiarowości, mamy przeciwieństwa: siedzenie w bezruchu, płaski ekran, niebieskie światło i syntetyczne dźwięki.

Absolutnie nie oceniam, nie krytykuję, nie potępiam, każdy podejmuje decyzje samodzielnie, każdy waży plusy i minusy swoich decyzji, każdy ma swoją sytuację, a za każda decyzją kryją się najróżniejsze motywacje. 

Chodzi mi tylko o to, że warto na dzieci spojrzeć całościowo, i na to, że nie wszystkie kompetencje i umiejętności są mierzalne, a rozwój dziecka jest dużo bardziej skomplikowany niż ten sprawdzany ocenami w szkole.

Czasy są, jakie są. Wiem, że obecnie internet tworzy naszą rzeczywistość i nie ma od tego ucieczki.

I naprawdę daleka jestem od idealizowania „niegdysiejszych śniegów”. Żyjemy w czasach pełnych możliwości, gdy rodzice są najbardziej świadomi w historii, gdy nie ma tabu i granic, gdy można wszystko. I gdy jest najwięcej samobójstw wśród młodzieży w historii. 

Dzieci powinny wrócić do szkół. Oczywiście, zamknięcie to nie jest niczyj kaprys, ale obawiam się że w dalszej perspektywie, ta zdalna szkoła może poczynić dzieciom (i nam wszystkim) więcej szkód niż pandemia.

A tymczasem zwróćmy na dzieciaki uwagę. Ale naprawdę na nich – ich marzenia i lęki, ich pasje i zajawki. Zauważmy ich osobowość, posłuchajmy tego, co mają do powiedzenia, a może uda się nam wszystkim zbudować fajną jakość, mimo okoliczności.

7 marca, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBiałowieżadzieciństwo unpluggedlasPodlasiepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Puszcza zimowa

by Paulina 28 lutego, 2021

Wreszcie!

Do trzech razy sztuka, jak mówią.

Przyjechaliśmy na Podlasie wśród takich gwiazd, że można je było strącać grabiami, na gęsto rozsiane po niebie. Wysiedliśmy z samochodu, skrzypnął śnieg pod nogami, skrzypnęły drzwi naszego drewnianego domku i przepadliśmy, znowu.

Na zimę na Podlasiu polowaliśmy już wcześniej. Puszcza w zimowym dekorum wydawała mi się jakimś cudownym zespoleniem baśni, skandynawskich zimowych opowieści Astrid Lindgren, i moich wyimaginowanych ferii na wyimaginowanej wsi.

Tymczasem dotychczas w porze lutowej zaznawaliśmy przemrożonych resztek śniegu, lub przedwczesnego przedwiosennego błocka. Aż do teraz. Teraz trafiło się naprawdę pięknie.

Odwiedziliśmy rezerwat dzikich zwierząt, tym razem ludzi nie było prawie wcale, zwierzaki leżały sobie zrelaksowane na śniegu i mogliśmy się im przyjrzeć naprawdę uważnie. Odwiedziliśmy szlaki i miejsca znane i nieznane. Dzieci (my też w sumie;) ) napawały się śniegiem. Puszcza koiła i zachwycała, mówiła co jest ważne, jak zawsze.

Wiecie, pisałam już o Podlasiu parę razy. Jest w tym regionie coś dobrego. Coś, co przytula do serca, coś jak powrót do sielskości dzieciństwa. Lubię tu wracać.

Co się gapisz



Zarobiony Pirat
Wilczek w swoim naturalnym środowisku

Miejsce Mocy, podobno jest tu jakaś niesamowicie dobra energia. 

A tu nasza baza, Korolowa Chata. Przepiękne, klimatyczne miejsce. Oryginalny podlaski dom sprzed kilkudziesięciu lat, odnowiony na tyle żeby było nam, współczesnym wygodnie, a jednocześnie zachowujący całą magię. Do tego przesympatyczny właściciel, pan Sławek. Polecam Wam bardzo, my wrócimy tu na pewno!

Gdy chcesz uciec przed światem i zaszyć się „pośrodku niczego”…

 

28 lutego, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

i to zapiera dech że jest coś a nie nic

by Paulina 13 lutego, 2021


I to zabiera wdech
Że obok jest ktoś i że
Mogło być nic
A jest wszystko

Piszę* do Was tego posta z ciągnącej się w nieskończoność kwarantanny, która szczęśliwie się kończy, a trwa już jakieś pięćset lat. Nie był to najłatwiejszy czas, nauczanie domowe, strach o zdrowie bliskich, ciągła intensywna rodzinna bliskość, energia niewybieganych na dworze dzieci, brak przestrzeni dla siebie, i sytuacja w kraju, jak wisienka na gównianym torcie.

Ale mimo to, a może właśnie dlatego, przy okazji urodzin skupiam się na pozytywach i powodach do wdzięczności.

To jest działanie bardzo samoobronne, bo to taki moment, kiedy podstępnie zbliża się czarna dupa**, czyli miejsce, gdzie wszystko jest wkurzające i nie ma nadziei, i człowiek największa ochotę ma wyjść z domu, i iść, byle dalej, od wszystkiego i wszystkich i tego kraju też na pewno.

I staram się nie pogrążyć w tej beznadziei, która nic nie da, a tylko rozsieje złą energię, a ja będę skubać paznokcie, rozboli mnie brzuch i spadnie odporność. Dlatego bronię się. Bronię się wdzięcznością.

Jestem wdzięczna

Za zdrowie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Śnieg. nie dość że świat się zrobił całkiem bajkowy, to jeszcze daje to nadzieję, że w kwietniu nie będzie suszy

Za Wilczka, Iskrę i Pirata.

I Autora trzech powyższych, mojego męża.

Za to, że mam dystans do siebie i do świata.

Że mi się chce. Ćwiczyć, czytać, ubierać się, fajnie gotować, starać się.

Za czas na macie do akupresury, z audiobookiem, albo prowadzoną medytacją w słuchawkach

Że wyleczyłam buzię z koszmarnego stanu zapalnego. Nie tylko wyleczyłam, ale mam teraz najładniejszą cerę odkąd pamiętam.

Za wspólne gotowanie i jedzenie. Dobrze jest mieć za małżonka drugiego hobbita.

Za Rodzinę. Bliższą i dalszą.

Za Poczucie humoru.

Filmy. I platformy streamingowe. Po tym weekendzie mam zamiar częściej chodzić do kina, samotnie również bo bardzo to lubię. Ale jednak przez ostatnie lata, gdyby nie filmy online, byłabym bardzo mocno do tyłu. A tak, jestem nie aż tak bardzo;)

Książki. I audiobooki.

Wycieczki. Że w najbliższym zasięgu mamy lasy, jeziora, wąwozy i bezdroża. I że mamy świetną ekipę wycieczkową.

Za sytuację zawodową.

Nasze mieszkanie. Robi się już dla nas przymaławe, ale jest nam tu naprawdę dobrze.

Że żyjemy w czasach pokoju. 

Że pandemia naszych czasów to nie jest pandemia czarnej ospy na przykład.

Że w zasięgu paru godzin mam Bieszczady. I Puszczę Białowieską.

Że umiem tańczyć.

Że w eterze jest czego słuchać. 

Że dzień robi się coraz dłuższy.

Że…

 

* Kwarantanna zdążyła się w międzyczasie skończyć;)

** Czarna dupa, to nie to samo co smutny dzień, melancholia. Smuteczek miewa nawet swój klimacik.

 

13 lutego, 2021 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedmindfulnessslow lifestylezima

zima zima

by Paulina 29 stycznia, 2021

I przysypało.

cieszę się, bardzo się cieszę.

Śnieg przysypał szaro-błotniste chodniki i dygocące łyse drzewa, przeciągający się listopadowy smutek, i trochę też ciągnącą się od prawie roku stracho-niepewność i poczucie zagubienia i dezorientacji. 

W takiej Narni, jaką mamy obecnie świat automatycznie traci trochę na realistyczności. Jest biały, puchaty i błyszczący więc nie może być taki do końca zły jak mówią.

Wyrywamy dzieciakom sanki z rąk i zjeżdżamy, jakby miało nie być jutra. Lepimy bałwany nie patrząc na zmarznięte palce bez rękawiczek. Chichramy się rzucając gałkami. , 

I chociaż wiatr wwiewa się za kołnierz (bo szalik oddany dziecku), samochody trzeba odśnieżać, stać w korkach, do wszystkiego dochodzi zimowa niemrawość i kocolubność, to dobrze że jest, ta zima.

Trochę układa ten zwariowany świat. Jest styczeń, jest zima, jest śnieg, wszystko na swoim miejscu, tak, jak powinno być.

 W mokrych kombinezonach i z soplami do włosach wraca się do domu na herbatę z sokiem malinowym. Taka mała stabilizacja, namiastka normalności, trochę powrót do słodkiej przeszłości, za którą wszyscy tęsknimy w niepewnych czasach i która – wiadomo była inna, lepsza, a trawa była zieleńsza.

29 stycznia, 2021 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedlaslubelszczyznapodróże i wycieczkislow lifestylezima

bardzo długie ferie

by Paulina 14 stycznia, 2021

ferie zimowe

 

Przełom 2020 i 2021 mieliśmy wybitnie rodzinny. Spędziliśmy go razem, ze sobą, wspólnie. Bardzo wspólnie, rodzina much w smole. Zlała się zdalna nauka z przedszkolną kwarantanną, Świętami, feriami, wolniejszym czasem w pracy i innymi i powstała z tego przedziwna dziura w czasoprzestrzeni. 

Dziura swobody, w której spaliśmy czasem nawet do 9, kiedy ograniczały nas tylko nasze pomysły ( i obostrzenia pandemiczne), i kiedy nawet, nieśmiało, po długim czasie pojawiały się takie swawolne myśli, że może by tak do portugalskiego wrócić, albo że może jakieś warsztaty-czegokolwiek…

Wracamy już do rzeczywistości, ale to był potrzebny czas. Nawet nie wiedziałam jak bardzo mi takiej swobody brakowało. Nicniemuszenia, beztroskiej nudy i cudownie bezcelowego gapienia się w dal. 

Jeszcze parę miesięcy temu plany były inne. Początek roku mieliśmy spędzić w Bieszczadach, a ferie miały być kiedy indziej i bardzo gdzie indziej. Trochę się pozmieniało, ale w gruncie rzeczy nie mogę powiedzieć, że jakoś bardzo cierpię.

Przesyt onlinem

Wilczek, uczeń drugiej klasy i tak nie był narażony na zbyt długi czas zdalnych lekcji, ale miał (a my wraz z nim) totalnie dosyć. Po bardzo krótkim czasie zauważyliśmy, że zaczęło niezdrowo ciągnąć go do ekranów, a po lekcjach chodził skołowany, pobudzono-zmęczony, rozproszony. 

Szkoda nam było i dzieciaka, i naszych starań. Bo bardzo walczymy o to , żeby w życiu naszych dzieci było – przynajmniej na razie – jak najmniej świata cyfrowego. Uważamy (podobnie jak mądre głowy w dolinie krzemowej), że do pewnego wieku, kiedy mózgi są najbardziej plastyczne, należy na maksa rozwijać analogowe myślenie, wyobraźnię, prawdziwe pisanie literek, realne życie towarzyskie. Na cyfrowość, która dla mózgu jest trochę drogą na skróty, przyjdzie jeszcze czas. Osobiście uważam, że w dzisiejszych czasach ekranów i wirtualnej rzeczywistości jest i tak za dużo i zbyt wcześnie, a szkoła online, to – zwłaszcza dla młodszych klas – dodatkowo wielka krzywda.

Dlatego, mimo, że mnóstwo instytucji oferuje w ferie najróżniejsze, często zresztą bardzo ciekawe aktywności online, ograniczyliśmy je do totalnego minimum. Są online-wystawy, online-warsztaty, online-muzea, online-zabawy. Ale z premedytacją się od tego odcięliśmy. 

Co więc robiliśmy?

Zimowe wycieczki

To nasza główna atrakcja. Jeździmy po Lubelszczyźnie, spacerujemy, włóczymy się, chodzimy. Po błocie i śniegu. Nurkujemy z głową w zimowy świat. Niekoniecznie świat typu winter wonderland, rodem z teledysków świątecznych, czy pewnej bardzo długiej reklamy… W zimie w dzisiejszych czasach bywa szaro i mgliście, bywa wilgotno i przenikliwy wiatr, kałuże i błoto. Ale mamo, wiesz, jak się super szybko zjeżdża po błocie? 

Nasze dzieciaki są na tych wycieczkach totalnie w swoim żywiole (jeśli jest jedzenie oczywiście. Błoto nie błoto, szama w plenerze musi być). Czasami zastanawiamy się, że może dzieciaki oddają ten nasz nadmierny entuzjazm, który sączyliśmy w nich latami, patrzcie to chyba kupa wilka, hurra, i ale wyraźny jest ślad jelenia w tym błocku. Stukające dzięcioły, latające sikorki, wiewiórka, łasica, sarenka, to teraz dla nich atrakcje na miarę znalezienia skarbu.

Nie są to zbyt długie wycieczki, chociażby ze względu na zmrok zapadający chwilę po 15. Ale są cudownie ożywcze, dla wszystkich.

Twórcza nuda

„Daj dziecku przestrzeń na wyobraźnię”. Wydaje mi się, że to coś, co znacznie bardziej potrzebne jest dzisiejszym dzieciakom niż kursy programowania, szybkiego czytania, czy nauki języków. W nicnierobieniu, w pustce i pozornej nudzie powstają cudowne rysunki, projekty, budowle, rozważania. Na przestrzeni do rozmyślań nikt nie zarabia, więc może nie jest taka bardzo atrakcyjna i pożądana, ale jest bardzo bardzo ważna. To tu dzieci uczą się skupienia i wymyślania, poczucia sprawczości i samodzielności. Różne kursy to może być też wspaniała sprawa, ale myślę, że warto jest zauważyć i docenić taką właśnie pozorną pustkę. Dzieci bardzo potrzebują takiej przestrzeni, żeby rosnąć – rosnąć psychicznie, duchowo i intelektualnie.

Dodatkowe przyjemności

Nie jestem ekstremistką i nie twierdzę, że moje dzieci od miesiąca naprzemiennie chodzą po lasach i gapią się w ścianę. To jest ten czas, kiedy mogą odkrywać, co sprawia im największą frajdę. Nasi siedzą w komiksach (Asterix i Obelix, Kajko i Kokosz, Garfield), Wilczek tworzy autorskie konstrukcje, Iskra wzięła się za haftowanie, Pirat bawi się zwierzątkami lub samochodzikami. I rysują – cała trójka, rysują jakby jutro miał się skończyć świat.

Czytamy. Jest rytualne Wieczorne Czytanie przez Rodzica, jest też czytanie, lub „czytanie” samodzielne. Ostatnio – „Detektyw Pozytywka”, „Drzewo życzeń”, „Piaskowy Wilk”, „Nela…”, seria „8+2”, „Skarpetki” Justyny Bednarek, „Gwiazdkozaur”, najróżniejsze książki przyrodnicze (Np „Ciało, Ty i miliardy twoich mieszkańców”, Adam Wajrak, Piotr Socha, „Sen Alicji czyli jak działa mózg”), Iskra zachwyciła się ostatnio Mademoiselle Oiseau, zaczynamy Mary Poppins. I oczywiście Astrid Lindgren, Kubuś Puchatek, w formie audiobooków. Pirat w świecie Elmera, Kacpra, Małej Popielicy, książek Wechterowicza i Dziubak.

Gramy w gry. Planszówy, karcianki typowo dziecięce, i bardziej rodzinne. Azul, Uno, Leśne duchy, szachy, różne memory, Farmer…

Oglądamy. Robimy sobie czasem kino domowe i odpalamy rzutnik.

Jest dobrze w gruncie rzeczy, naprawdę. 

bagienka i kładki, sama radość. Poleski Park Narodowy.

silna grupa wycieczkowa

trochę zima, ale jakby kwiecień. Lasy Kozłowieckie.

zalew lubelski

namiastka zimy w namiastce gór;) Świętokrzyskie.

Jedni przedzierają się przez błoto, inni badają ilość śniegu pod kątem zjazdu

zimowa wspinaczka w górach 😉

świętokrzyskie skałki, atrakcja wyjazdu;)

kochane wąwozy

14 stycznia, 2021 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćpodróże i wycieczkipodsumowania

2020. podsumowanie

by Paulina 5 stycznia, 2021

 

Rok 2020. Jaki był, wiemy wszyscy. Wyjątkowy i niezapomniany, wiadomo.
Nie bardzo wiem, tak szczerze, co mam o nim napisać. 

Nie robiłam żadnej lemoniady z cytryn życia. Czasem było bardzo trudno i miałam ochotę wysiąść na chwilę z tego świata, kraju, domu.
Ale cały czas mam poczucie, że jestem ogromną szczęściarą, bo w gruncie rzeczy w naszym prywatnym życiu dramatów nie było.
Oczywiście, nie było też paru ładnych wyjazdów, wielu wyjść, spotkań, nie było normalności, spokoju i rutyny, ale poczucie przyzwoitości nie pozwala mi narzekać za bardzo.
Mimo wszystko, nic mi ten rok nie przewartościował w życiu, kręgosłup mam poustawiany i bez pandemii. I bez pandemii każdego dnia doceniam moje życie i te wszystkie oczywistości, jak zdrowie, rodzinę, poczucie bezpieczeństwa.
Dlatego zapraszam Was na małe podsumowanie naszego dobrego i zwykłego życia, mimo okoliczności.

styczniowe Bieszczady i jedyny ubiegłoroczny śnieg

Puszcza Białowieska. Miało być bardziej zimowo, ale i tak tradycyjnie nas urzekła.

Pierwszy lockdown i nowy talent mojego męża, croissanty
mamo, wydrukujesz nam kolorowanki? Czyli home office…
Chwilę przed jednym z wybornych pandemicznych pomysłów, czyli zamknięciem lasów
a latka lecą
i przyszedł maj
komiksomania
Przerwa od rzeczywistości w Górach Świętokrzyskich. 
I znowu lasy, chaszcze, łazęga
jedna z nielicznych chwil we dwoje
wyczekane wakacje z prawdziwego zdarzenia, czyli Mazury

wrzesień, weekend, wąwozy
gdy stwierdzasz, że szklane ekrany nie są jednak takie złe
ciacha dla Mikołaja!
i jeszcze jeden wypad. Tatry z dziećmi
Tak patrzę na te zdjęcia i wynika z nich, że rok 2020 spędziliśmy włócząc się po lasach… Całkiem to piękna nieprawda;) Jakoś nie wiem, gdzie te zdjęcia, gdy z furią w oczach próbuję ogarnąć bajzel w domu, obgryzam paznokcie z nerwów w pracy i tracę cierpliwość wobec dzieci;)
5 stycznia, 2021 5 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemmój styl podróżniczypodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemTatryzima

Zimowe Tatry z dziećmi

by Paulina 20 grudnia, 2020

Oj tęskniło mi się za górami, bardzo bardzo.

Po niedoszłych wakacyjnych Dolomitach, miały być wrześniowe Bieszczady, październikowe Pieniny, listopadowy Beskid Niski.

Udało się z grudniowymi Tatrami.

Uwielbiam te góry. Są jedyne w swoim rodzaju, takie skompresowane Alpy. Na niewielkiej powierzchni są przestrzenne doliny i ostre kamienne szczyty, przepiękne jeziora, zróżnicowana roślinność. Choć stosunkowo nie najwyższe, uczą szacunku do siebie. To w Tatrach właśnie wiele lat temu zrozumiałam, jak to jest bać się o życie w górach. A jednocześnie mnóstwo szlaków, które bezpiecznie pozwalają tę górską perełkę podziwiać.

Mimo tej wyjątkowości, w Tatrach z dziećmi byliśmy po raz pierwszy. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, wyszliśmy z założenia, że  w kwestii górskiej trzeba dzieciom stopniować zarówno stopień trudności, jak i – przede wszystkim – efektowność. Coś w tym jest, że jak zaczniemy naszą przygodę od rzeczy najefektowniejszych, to potem trudno zrobić wrażenie. Druga kwestia to tłumy, które mocno nas odstraszają.           

W ogóle w temacie, który był najbardziej komentowany na instagramie, czyli 

Dzieciaki w górach

Cieszę się, że dzieci zaczęły od chodzenia po mniejszych górach. Oczywiście wcześniej w nosidłach widzieli wcześniej co nieco (nawet trochę Alp), można powiedzieć, że z górskim krajobrazem się opatrzyły. Ale ich dotychczasowe samodzielne chodzenie to Beskidy i Bieszczady.

Pisałam już o tym, jak zachęcić kilkulatki do samodzielnego trekkingu. I sprawdziły nam się te metody, chociaż nie powiem, że było szybko, łatwo i zupełnie bezproblemowo. Proces trwał, bywał żmudny i czasem mocno męczący. Nie zliczę, ile razy w górach z dziećmi marzyłam o wędrówce solo – bez krzesania z siebie nadprogramowego entuzjazmu, bez zachwycania się każdym śladem i każdą kupą dzikich zwierząt, bez wyśpiewywania „piosenek wędrówkowych”. 

Ale z perspektywy czasu po raz kolejny stwierdzam, że cholernie warto. Chociaż teoretycznie pamiętam te trudniejsze momenty, to ogólne wspomnienia naszych wędrówek są wspaniałe, a jakość wspólnie spędzonego czasu jest nie do przecenienia. I jeszcze jedno- myślę, że mogę powiedzieć, że dzieci (póki co mówię o starszakach), nauczyły się chodzić po górach.

Patrzyłam na moje dwie koziczki i puchłam z dumy – z nas i z nich. Bo szli, wspinali się, zauważali krajobraz makro i przyrodę w skali mikro. Codziennie – z radością i entuzjazmem – uczyli się więcej niż na stu zdalnych lekcjach przez komputer. Zauważali, zachwycali się, zadawali pytania (czasem zbyt trudne na naszą mizerną przyrodniczą wiedzę). A to jest to, na czym nam tak bardzo zależy w wychowaniu – na uważności, na obecności, na docenianiu rzeczywistości.

A same wędrówki… Przepiękne. Tatry powitały nas chyba „szczęściem początkującego” w kwestii pogody. Było słonecznie, przejrzyście, z lekkim mrozem i bezwietrznie. Wróciliśmy z tradycyjnym niedosytem, tym większym, gdy znamy najnowsze obwieszczenia rządu.

Parę dni wystarczyło, żeby poukładać te puzzle zwane życiem. Wszystko jak zawsze poustawiało się tak jak trzeba, wszystko było tak, jak być powinno.

z takim jednym

Widok do porannej kawy

Hala Gąsienicowa. I wspomnienia. W Murowańcu spędziliśmy naszą tygodniową podróż poślubną (w pokoju z chrapiącymi Węgrami:D )

Niesamowite, że po tych sześciu godzinach w górach, dzieciom wystarczyła 20-minutowa regeneracja w samochodzie, żeby w domku dostać głupawki

schroniskowa szarlotka i ciastka mocy

Trekking? On ma od tego ludzi.

                                           

20 grudnia, 2020 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestyleświęta

Nie tylko dzwoneczki, czyli jak żyć w grudniu

by Paulina 9 grudnia, 2020

Zaczęło się. Rozhulało się wręcz konkretnie

Internet pęka w szwach od prezentowników, zdjęć z
pięknych świątecznych przygotowań, zdjęcia puchatych swetrów, skarpet w
reniferki, migającymi światełkami. Czas chyba największego rozdźwięku
między internetami a rzeczywistością. W świecie wirtualnym wszyscy od
pierwszego grudnia nucą sobie sympatycznie świąteczne piosenki, ich
wysprzątane domy przystrajane są pięknymi ozdobami, ich dzieci ubrane w
białe wełenki, a oni (ci wszyscy) nie mają nic do roboty poza fikuśnym
przystrajaniem pierniczków. Nikogo nie dotknął kryzys ani pandemia,
wszyscy są zbyt zajęci zapalaniem świeczek o zapachu cynamonu.

I
niby wiemy wszyscy że to kreacja. Niby wiemy, że ściema i że te piękne
obrazki mają po prostu robić kasę (a poza tym to też naturalne, że wszyscy staramy się robić raczej ładne zdjęcia). Ale sączy się ta okropna doskonałość i
słodycz jak miód po palcach i ani się spostrzeżemy a ręce się całe
lepią, i podłoga też. I przytłacza to wszystko, co w kontekście roku
bieżącego jest szczególnie okrutne.

I tu wkraczam ja, cała
potargana, w chaosie i w asyście mojego równie chaosiastego potomstwa, by
przekonać Was (i siebie), że naprawdę nie musimy od 1 do 24 grudnia snuć
się na świątecznym haju, odurzeni magią świąt i upojeni pierniczkowym zapachem.

Bo nawet w świątecznym uniesieniu
wciąż trzeba pracować, odrabiać lekcje (i pilnować te zdalne), składać
skarpety i wycierać gile. Klocki lego, mimo jednorazowej akcji
sprzątania przed mikołajem wciąż boleśnie wbijają się w stopy. Moja
racja jest mojsza
w wydaniu rodzeństwa nie traci na intensywności, wręcz się
nasila napędzana emocjami.

Nie jestem cynikiem, daleko mi do
tego. Sama daję się ponieść. Ba, łapię się na proste chwyty wełnianych
rękawic z warkoczowym splotem, przeklikuję te wszystkie piękne,
nierealistyczne prezentowniki i wzdycham, że z takim lnianym obrusem to
by jednak zupełnie inaczej wyglądała kuchnia, a przy okazji cała nasz
rzeczywistość około posiłkowa. Na pewno śmialibyśmy się wesoło miło rozmawiając o kulturze i sztuce, zakąszając karczochem i zerkając na
wysprzątany blat kuchenny. Wszystko to jak tylko ten obrus lniany…

A potem schodzę na ziemię. Do życia.

A w nim wciąż walczę z bałaganem, jednocześnie pracuję
i rozmawiam z Wilczkiem o kostkomeduzie śmiercionośnej oglądam
pięknowe lysunki Pirata (pociąg) i słucham pieśni o Dziadkuuuu do
Orzechóww wykonaniu Iskry. W międzyczasie ogarniamy zdalne nauczanie. Codziennie przytakuję, gdy podniecone szepty
zwierzają mi się jak to już się nie mogą doczekać świąt mamo.
Załadowuję/rozładowuję pralkę nalewam picie
nie-do-tego-kubka-chciałem-buuuuuuu, robię kanapki, podaję syropki.
Odpowiadam na (lub zadaję) zajebiście ważne pytanie… „co dzisiaj jemy?”. Regularnie doprowadzona do ostateczności zapowiadam wtargnięcie z
miotaczem ognia do pokoju dzieci.  Biegają, tupią, roznoszą playmobile i
wycinanki, kłócą się o pierdoły i z pierdół zaśmiewają. Przytulają
znienacka najmocniej, przy okazji rąbiąc łokciem w brzuch.

Życie. A ja, w zależności od ilości snu i stresu pokrzykuję jak ostatnia zołza, albo łzawo się uśmiecham.

A w kwestii atmosfery świątecznej? Powoli ją sobie dawkujemy.

Codziennie
piszę im zadania do kalendarza adwentowego. To oczywiście piękne, mieć taki
kalendarz przygotowany od A do Z już w listopadzie, może są takie rodziny,
które są w stanie zaplanować wszystkie adwentowe aktywności na parę
tygodni wstecz, ale my nie. Dlatego karteczki piszę wieczorami (albo rano), i gdy
dzieciaki się budzą znajdują nową karteczkę co rano. „Drogie dzieci…
Czasem to po prostu dzień bycia miłym dla siebie, czasem pieczenie pierników, czy
robienie ozdób, a czasem zadzwonienie do babci.

Codziennie
wieczorem czytamy Tajemnicę Bożego Narodzenia Josteina Gaardera. Już
kolejny rok, znają to doskonale, ale tu chyba właśnie chodzi o tradycję,
więc inne świąteczne książki zostawiam na popołudnia, albo na po
świętach.

Mamy parę żelaznych punktów – pieczenie gryczanych
ciasteczek dla Mikołaja, zbieranie szyszek i gałązek w lesie do
ozdobienia domu, coroczna wyprawa po nowe bombki. Klejenie łańcucha. Parę
dni przed Wigilią ubieranie choinki do trzeszczącej płyty Piotra
Kaczkowskiego – włączamy ją raz w roku, właśnie przy tej okazji.

I
nie trzeba więcej. Trzeba się dużo przytulać. Trzeba wwąchać się w
zapach drzew iglastych w lesie. Trzeba się wyluzować, być razem i znaleźć swoją własną
esencję.

 

 

9 grudnia, 2020 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jak odpoczywaćlasmindfulnessmój stylNałęczówrozmyślaniaslow lifestyle

odtrutki

by Paulina 10 listopada, 2020

jak odpoczywać, jak się zrelaksować

czasy są jakie są, wiadomo.

Ale tak to już jest chyba, że czasy zawsze są jakieś… My żyjemy w puchu tak naprawdę od dłuższego czasu, o ciężkich czasach słyszymy, że były kiedyś, albo są aktualnie gdzieś daleko. Wojny, klęski, kryzysy… Mimo wszystko, wciąż znalazłoby się (bez trudu) gorsze miejsce i czas do życia.

Myślę, że warto to zauważyć, i nauczyć się zauważać, że w gruncie rzeczy nasz czas i nasze miejsce to wygrany los na loterii.

A tymczasem, niezależnie od pandemii i polityki, nasze życie trwa właśnie teraz.

Słońce budzi nas (coraz później) rano, niezależnie od liczby dziennych zachorowań.

Drzewa gubią liście nie zważając na decyzje rządu.

Złota polska jesień właśnie powoli i majestatycznie zmienia się w polską listopadową szarugę, jak co roku, bez względu na to czy Polska jako taka kwitnie czy gnije.

Wciąż można sobie głęboko pooddychać na spacerze. Dziecięce rączki przytulają się wciąż z tą samą, niezmącona ufnością. Muzyka w głośnikach nie straciła na cudowności. Małe błyski cudowności wciąż są, wciąż tak samo cudowne.

I trochę mnie to trzyma w równowadze, powiem Wam. Miałam przez jakiś czas taki przeświadczenie, że może należy być nieustannie wkurwionym i wciąż się zamartwiać, że może nie wypada skupiać się na niczym , co odrywa nas od aktualnej sytuacji.

Ale, wiecie, zadręczenie się jeszcze nikogo i niczego nie uratowało.

Dlatego, dbam o siebie, buduję sobie własny, prywatny azyl, opiekuję się sobą i moją rodziną, bo taki stan może potrwać jeszcze długo, i doprawdy to nie jest powód, by zawiesić na kołku życie jako takie.

Dlatego, na życiu właśnie koncentruję się bardzo ostatnio. Życie nasze prywatne jest najlepszą odtrutką na nieprywatną rzeczywistość.

Pozwalam sobie częściej, na moje guilty pleasures – poczytuję wczesną Musierowicz, słucham Montgomery i ASMR.

Dobrze się karmię, dla ciała i duszy –  dużo warzyw, strączków i kasz, domowe frytki z camembertem, makaron z leśnymi grzybami, zakwas z buraków, sok malinowy, różne ziółka, dobry chleb, dobra oliwa, dobre czerwone wino.

Ćwiczę jogę, niedługie praktyki, rano na rozbudzenie i wieczorem na rozluźnienie.

Spaceruję, jak Kierkegaard normalnie.

Ćwiczę z Chodakowską. A ostatnio, ponieważ mi się trochę znudziło, odkryłam dance-workout. Czyli tańczę sobie, co zresztą wpływa dodatkowo pozytywnie, bo z tańcem byłam mocno związana bardzo długo i jest to coś, co zawsze dawało mi mnóstwo radochy. A do tego dochodzą potreningowe endorfiny i spalam te sery i makarony.

Praktykujemy intensywnie lasoterapię. Bo las czystym dobrem jest. I wydychamy stres, a wdychamy sobie ten mglisto – grzybowy, leśny zapach, oczy nabłyszczamy szczęściem, relaksujemy pospinane ciała, a całość zapijamy herbatą z termosu.

W niedzielę, po spacerze, często odpalamy rzutnik.

Miewam dni dresa owiniętego w koc, ale na ogół zwracam uwagę co na siebie zakładam. Ładne i dobrej jakości ubrania robią mi dobrze po prostu. Fajnie jest założyć sukienkę i wełniany sweter do pracy zdalnej, fajnie jest mieć pomalowane usta pod maseczką. 

Dużo, dużo się przytulamy.

Dbamy o rytuały, nasze małe, rodzinne. W weekendy jemy jajko na miękko na śniadanie, a potem pijemy kawę. Popołudniami zasiadamy z herbatą i muzyką w salonie. Wieczorami czytam dzieciakom, a późniejsze wieczory są dla nas.

Wysypiam się. Uwielbiam moment zanurzenia się wieczorem w lnianej pościeli, w dobrze wywietrzonej sypialni.

Ja wiem, że to banały, zwykłostki i drobiazgi. Ale wiem też, że to właśnie z drobiazgów, zwykłostek i banałów składa się nasze życie.

Wiem też, że joga nie wyleczy covida, spacery nie naprawią naszej sytuacji w służbie zdrowia, a miła wieczorna lektura nie uzdrowi biznesu zabitego przez lockdown. Ale wzmocnieni od środka, mamy zupełnie inne zasoby do zmagań z rzeczywistością. I jest nam troszkę milej, po prostu.

10 listopada, 2020 4 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
rozmyślania

…

by Paulina 28 października, 2020

Wiecie, czekałam na tą jesień, naprawdę. W lecie, gdy byłam zmęczona pracą i dziećmi i wiosennym – jak się okazało preludium pandemicznym. 

Wrzesień miał być powrotem do rutyny, normalności, przewidywalności.

Tymczasem mamy wszystko, tylko nie normalność i przewidywalność.

Mamy szalejącą drugą falę epidemii. 

Mamy służbę zdrowia, która kompletnie sobie nie radzi z sytuacją. Umierających ludzi w karetkach odsyłanych ze szpitala do szpitala, bo nigdzie nie ma miejsc. Tych z dusznościami spowodowanymi covidem, ale też tych podejrzanych, bo ciężko im oddychać z powodu zawału serca. 

Mamy bankrutujące firmy, które mimo ogromnego wysiłku nie są w stanie przetrwać kolejnego zamknięcia.

Mamy władzę, upojoną władztwem, i okrutną decyzję tzw Trybunału Konstytucyjnego. Mamy zerwanie kruchego kompromisu, skazanie kobiet, dzieci, całych rodzin na potworne, niepotrzebne cierpienie. W momencie pandemii, gdy całe państwo się chwieje.

Mamy ludzi, doprowadzonych do ostateczności, na ulicy.

Mamy gniew. Ogromny, płonący gniew.

I jest jeszcze człowiek, samotny, zły człowiek, który na ten pożar wylewa kanister benzyny. Który szczuje na siebie swoich rodaków. Który wzywa do wojny. Nie wojny o lepsze jutro, wojny z wirusem, czy kryzysem. Do wojny między nami. 

Boję się o to, co będzie się działo. Boję się, że skoczymy sobie do gardeł. Boję się, że naprawdę poleje się krew. 

Nie dajmy mu się sprowokować. Walczmy o godność, walczmy o wybór, walczmy o zmiany. Ale nie walczmy między sobą.

„To those who can hear me, I say – do not despair
The misery that is now upon us is but the passing of greed – the bitterness of men who fear the way of human progress
The hate of men will pass, and dictators die, and the power they took from the people will return to the people” Charlie Chaplin, The Great Dictator

 

28 października, 2020 3 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry