wiosna
Mam wrażenie, że ostatnio żyję od jednego słonecznego dnia do następnego. Chyba nigdy tak bardzo jak teraz moje dobre samopoczucie (jakiekolwiek samopoczucie w zasadzie), moja cierpliwość do narybku, zdolności intelektualne i ogólne ogarnięcie nie zależą od paru kęsów UVA i UVB.
Gdy tylko trochę przyświeci, zachowuję się jak wygłodniały szczeniak, któremu coś zagrzechotało w misce, jak obywatel PRLu na wieść o dostawie papieru toaletowego, fashionistka podczas dostawy do hmu i matka podczas drzemki dzieci. Sprzątam raczej szybko niż starannie, olewam obiad i zbieram w te pędy towarzystwo, odciągam ich na siłę od pociągów, książeczek i klocków, i bijemy prawdziwe rekordy szybkości w wybieraniu się na dwór. Dzieci, może trochę oszołomione moją nietypową ostatnio energią, a może same ożywione przedziwną jasnością wyjątkowo współpracują przy wychodzeniu.
Na placu zabaw, niby ich huśtam, niby łapię zjeżdżających ze zjeżdżalni, biję brawo i wycieram gluty, a jednak zawsze, jak słonecznik jakiś ustawiam się tak, żeby mi świeciło na twarz… I sycę się, sycę, napawam i chłonę promienidła cudowne, życiodajne, szczęściogenne.
Trzeba sobie jakoś radzić, łowić złocistość i podkarmiać tę pozimową biedę, bo sposoby lutowe, rzeżucha i żonkile przestają się sprawdzać i wszystko we mnie chce się już położyć na trawie świeżo zielonej, wąchać fiołki i jeść szparagi.
Jak miło gdy takie chwile trafiają się przy niedzieli. Gdy do słońca dołącza niedzielna błogość, pełna wspólnych śniadań i kaw, rosołów i spacerów.
Nastąpił ten moment lutego. Nie wiadomo kiedy dzień zrobił się dłuższy, parę stopni na plusie i jakoś się świat ożywił, zapachniał. Drgnęło, ruszyły te soki podskórne. Od razu inaczej się wszystkiego chce.
Brzydko jest okropnie, wszystko jest brudne, szare i takie pozimowo nieatrakcyjne i ociężałe, ale nie w tym rzecz zupełnie.
Rzecz w tym, że pojawiła się ta energia przed-przedwiosenna. To ten moment, kiedy wysiewam rzeżuchę, i kiedy do domu trafiają pierwsze żonkile. I w ogóle chce się grzebać w ziemi, kwiatki przesadzać, organizować domowa roślinność. Zresztą ogólnie chce się organizować, znowu zająć domem, wykańczaniem i zasiedlaniem, bo się zimowo – poporzeprowadzkowo zasiedzieliśmy, a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Chce się zająć sobą, rozruszać, iść biegać już teraz koniecznie, rowery wskrzesić, pierwsze piegi łowić na wycieczkach, rumieńce przywołać na szaro-blade lico. Zrzucić miękki brzuszek. Umysł pogimnastykować jakimiś błyskotliwymi łamigłówkami i wreszcie zagrać w nową planszówkę, a nie pogrążąć się tylko błogo w kolejnych książkach.
Ruszyć się trochę, z domu wyjść wreszcie.
Jest energia.
Idzie wiosna.
Nie mam złudzeń oczywiście, że jeszcze przyśnieży, zmrozi i mi się odechce. Ale już ruszyło, przełamało się i od teraz każdy śnieg, plucha będą coraz bardziej niestosowne. Już coraz bardziej legalnie będzie można rozpiąć płaszcz, wkładać nieocieplane buty i zauważać pierwsze bazie na drzewach. Do tej pory bazie i przebiśniegi były trochę wybrykiem, bo wiadomo, że żadne kwiatki w styczniu po prostu nie mają racji bytu. No więc właśnie teraz one tę rację bytu zyskują. Taki niuansik.
Chciałabym się pochwalić, że ten sweter to ręczna robota jest, mojej Mamy (te piękne warkocze) i moja (koślawa reszta). Jest cudowny, miękki i ciepły (100% wełny) i właśnie taki, jaki sobie wyobraziłam.
Pierwsza w tym sezonie trochę dalsza wycieczka rowerowa.
Nic spektakularnego może, bo niedalekie jezioro, ale przyznać trzeba, że okoliczności przyrody mocno podkręciły wrażenia iście letnią temperaturą, wszechobecną soczystą zielenią, trelami i tym wszystkim co tak cudownie działa na poczucie szczęścia wiosną.
A do tego miła dla wszystkich odmiana krajobrazu, mnóstwo fascynujących aktywności dla nieletnich i co za tym idzie chwile ciszy i relaksu dla dużych.
Parę dni temu zaczął się Wielki Post. Trochę niewygodny, nieciekawy, bardzo nieatrakcyjny marketingowo okres, w dzisiejszym laickim i konsumpcyjnym świecie. W czasach, kiedy nie chcemy sobie niczego odmawiać, kiedy wszystko nam się należy, i to natychmiast, „jesteśmy tego warci”, nie mamy czasu czekać, nie chcemy się wysilać.
Tymczasem rosnąca popularność nurtu minimalizmu pokazuje, że czasem asceza jest nam zwyczajnie potrzebna.
Bo ileż można zapychać się bylejakością- brzuch bezwartościowym
jedzeniem, mózg – szumem informacyjnym, oczy – „inspirującymi” (głównie
do zakupów) zdjęciami i rysunkami, szafę kiepskiej jakości ubraniami. Tracimy na to czas, energię i pieniądze, pędzimy nie mając nawet czasu
zastanowić się dokąd…nie ma czasu taczki załadować…
Sam moment końca zimy jest na post idealny, po bożonarodzeniowych hulankach zakupowych, karnawale, szaleństwie wyprzedaży, po zimie kiedy tak chętnie rozganiamy zimowe smutki kolejnymi batonikami.
To moment, kiedy świat się przyczaił przed buchnięciem nowym życiem, czas przedświtu. Dzień jest coraz dłuższy, słońce świeci jakoś optymistyczniej (i skuteczniej… Jak doskonale widać teraz niewytarty kurz, brudne okna, chaos organizacyjny, sflaczałe ciało, rozślamazarniony umysł i ogólną mułowatość). O tej porze roku zupełnie naturalnie dążymy do jakiejś odnowy.
Oczyszczenie, odrzucenie zbędności, pozbycie się spamu różnego typu pozwala odkryć to, co ważne. Porządkuje poglądy. Ustawia priorytety. Daje spokój wewnętrzny. Jest jak orzeźwiający prysznic w upalny dzień. Zdecydowanie poprawia jakość życia, podkręca smak, wyostrza kolory.
Dlatego tak się cieszę na te tygodnie. Wprowadzam trochę ograniczeń (zakupowych, jedzeniowych, internetowych), chcę walczyć z rozproszeniem i niezorganizowaniem, chcę walczyć o jasny umysł, o kondycję ciała i mózgu. Chcę ćwiczyć systematyczność, uważność i pełną koncentrację.
Warto, niezależnie od poglądów religijnych, taki czas sobie podarować.
Dzień targowy jest codziennie – tylko w różnych miejscach. Ale zdecydowanie najbardziej klimatycznie jest w sobotę nad rzeką. Tam co tydzień można zakosztować sielankowej, na wskroś francuskiej Francji. Nacieszyć zmysły estetycznymi, pachnącymi straganami z sezonowymi wspaniałościami.
Kupić pęczek pięknych szparagów od starszego pana w berecie,
przesłodkie truskawki od sympatycznej pani częstującej synka pierwszymi w
tym roku czereśniami. Porozmawiać o serach z ich producentem. Zachwycić
się młodymi karczochami. Niespiesznie wybierać młode marchewki do
nierównej, metalowej miski.
A potem usiąść na brzegu rzeki, zjeść truskawy i cieszyć się majem.
Młodsza młodzież skończyła miesiąc. Okrzepliśmy trochę, oswoiliśmy się wszyscy z nową sytuacją i ruszyliśmy na rowery.
Dzień był słoneczny i ciepły, pachniał czarny bez,a w ogromnym parku na przedmieściach Lyonu było zadziwiająco pusto. Dlatego zupełnie spokojnie rozłożyliśmy obfitość naszych bambetli, koce, bagietki, traktory i piłki. Rozwiesiliśmy slackline. Osłoniliśmy przyczepkę, żeby nie zakłócać Snu. I czas mijał nam na rozmowach, jedzeniu, spaniu, popijaniu cydru/mleka/wody, leżeniu i patrzeniu w chmury, przesypywaniu piachu do traktorka i szukaniu biedronek, chodzeniu po slacku, i innych miłych czynnościach lub bezczynnościach.
Córa skończyła tydzień, pogoda piękna, więc wybraliśmy się na trochę dłuższy spacer i pierwszy piknik w nowym składzie.
Całkiem się udało, jedni smacznie spali, inni z zapałem szukali biedronek, ładowali patyki do traktora i dmuchali dmuchawce, a pozostali z lubością zalegli na kocu, wystawiając twarze do słońca i przysypiając z lekka.
Zupełnie w sumie zwyczajny czas, spędzony w arcybanalny sposób, ot, słońce, świeże powietrze i piknik z rodziną. Znowu wychodzi na to, że szczęście jest zwykłe i banalne.
Jeszcze jedna wycieczka przed Zmianami.
Zaopatrzyliśmy się ostatnio w świetny przewodnik po okolicach Lyonu. Okazuje się, że z każdej strony są jakieś piękne miejsca do przemierzenia, zobaczenia. Tym razem udaliśmy się na wschód – w piękny, pagórzasty, malowniczy region Monts du Lyonnais. Pochodziliśmy, pooddychaliśmy lepszym powietrzem (w Lyonie wtedy stan pogotowia w związku z zanieczyszczeniem powietrza, zupełna nowość dla mnie, szczęśliwego mieszkańca czystego wschodu Polski), na górze z pieknym widokiem zjedliśmy ciacho bananowe.
We Francji piękna wiosna. Korzystamy i gdy tylko możemy wybieramy się na bliższe i dalsze spacery i wycieczki.
Ostatnio pojechaliśmy znowu do Annecy. Poprzednio
byliśmy tam w lecie, było potwornie gorąco i w sumie jakoś specjalnie
samym miastem się nie zachwycaliśmy, bo mury były nagrzane i woleliśmy
korzystać z uroków gór i jeziora. Tym razem była okazja docenić samo
miasto. Przeurocze, z piękną zabudową. Powstało ono jeszcze w czasach
rzymskich, a jego złote lata przypadły na wiek XVI, gdy stało się ważnym
ośrodkiem kontrreformacji. Miasto przecinają urocze kanały, nazywane
bywa zresztą „alpejską Wenecją”.Na jednym z nich możemy oglądać
charakterystyczny budynek w kształcie łodzi (podobno jeden z najczęściej
fotografowanych obiektów we Francji), który pełnił funkcje siedziby
kasztelana, budynku administracyjnego, wreszcie więzienia, a teraz
znajduje się tam muzeum.
Czas w Annecy spędziliśmy arcyprzyjemnie, zjedliśmy słynne tartiflettes z tutejszym serem reblochon, przepyszne.
A potem wspaniała sjesta, nad pięknym jeziorem, z obłędnym widokiem, słońcem i boskim, górskim powietrzem…



























































































