Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 30 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowaniezmysły

zabawy wspomagające integrację sensoryczną

by Paulina 27 marca, 2018

Tytuł brzmi okropnie przemądrzale, wiem.
Ale zapewniam, że moje propozycje takie nie będą:)

Problemy z integracją sensoryczną to dzisiaj spory problem. Objawia się w zachowaniu (i tzw grzeczności dziecka), trudności z koncentracją, słabą koordynacja ruchowa, niezdarnością, nadwrażliwością na bodźce (np wszystkie ubrania są gryzące, dziecko nie chce się przytulać), lub wręcz przeciwnie, ciągłym poszukiwanie bodźców – nadaktywność i brak hamulców. 
Z
czego one wynikają, oczywiście nie do końca wiadomo, jak zwykle, ale
wiele ekspertów jako jedno ze źródeł problemu mówi o tym że dzisiejsze
dzieci nie eksplorują świata wszystkimi zmysłami.

Wszystko jest
strasznie bezpieczne, kanty są usuwane, brud wycierany, na placach zabaw
co chwilę słychać, zostaw, nie siadaj nie dotykaj, to brudne (same
place zabaw zresztą też zrobiły się aż do znudzenia przewidywalne,
sztampowe i z dokładnie wyznaczonymi rodzajami zabaw).
Zabawki są
gładkie i plastikowe – jeśli dostarczają bodźców zmysłowych, to tych
agresywnych i bezsensownych, czyli świecąco migocących i głośnych
syntetycznych dźwięków. Do tego dochodzą oczywiście smartfony i tablety i
najmłodsze maluchy które sprawnie smyrają sobie po gładkich szybkach.
„90% dzieci poniżej 2. roku życia ogląda jakiś rodzaj mediów
elektronicznych, a dzieci do 2. roku życia oglądają średnio 1-2 godziny telewizji dziennie.
1/3 dzieci ma telewizor w sypialni w wieku 3 lat. 39% rodziców małych
dzieci potwierdza, że telewizor jest w ich domach włączony, przez co
najmniej 6 godzin dziennie! (źródło)” To też nie pomaga…


Wszystkie zmysły są ważne. Ważne jest dotykanie, czucie różnych struktur, słuchanie najróżniejszych dźwięków, smakowanie, wąchanie i oglądanie oczywiście też.

Moje propozycje wzmacniające integrację sensoryczną są zupełnie zwykłe,
nie ma w nich nic odkrywczego, integracja sensoryczna wzmacnia się
tutaj trochę przy okazji. Nasze pokolenie po prostu się tak bawiło (i
może dlatego nie doceniamy takich właśnie zabaw jako rozwojowych). Nie
potrzeba żadnych specjalnych
zajęć, drogich zabawek, ani mnóstwa czasu, ani specjalnych przygotowań. 
Kluczem tutaj
jest uważność. Uważność na daną chwilę. Robimy obiad? (prosty makaron z
cukinią i tymiankiem), dajemy do pomacania mąkę, kawałek makaronowego
ciasta, dajemy do wąchania tymianek, i, np dla porównania, oregano.
Zwracamy uwagę na świeży śnieg, na pierwsze pączki na drzewach, na kwiatki, na strukturę owoców. Zachęcamy – dotknij, poczuj, zauważ. To świat jest właśnie, cudownie różnorodny. Zadajemy
pytania, jakie to jest, czy zimne czy ciepłe, czy przyjemne, z czym ci się kojarzy.
Dzieci
naturalnie mają tę fantastyczną skłonność do poznawania totalnego. Nie
przeszkadzajmy im w tym. Pozwólmy wziąć do ręki pasikonika, chrabąszcza,
gąsienicę i żabę, nawet jeśli sami się trochę brzydzimy. Głaszczmy
trawę. Wąchajmy. Kucnijmy razem z nimi, weźmy lupę na spacer i
obserwujmy mrówki.

 

rozszerzanie diety

  • Wspomaganie integracji sensorycznej można zacząć już w okresie niemowlęcym. Polecam noszenie w chuście i delikatne relaksujące masaże przed kąpielą. Głaskanie i przytulanie, bujanie. BLW przy rozszerzaniu diety.
  • Smyranie, głaskanie, rysowanie palcem na pleckach
    prostych rzeczy (typu serduszko, słońce, domek) i odgadywanie co to
    jest – to pozwala fajnie skupić się tylko na dotyku. I jest zwyczajnie
    przyjemne.
  • Wąchanie przypraw przy okazji. Zresztą, nie tylko przypraw, w ogóle wąchanie, opisywanie tego, co czujemy.

  • Jedzenie z zamkniętymi oczami.
    Fajna jest zabawa w jedzeniowe odgadywanki. Zawiązuję dzieciakom oczy,
    sadzam je na blacie w kuchni i daję do próbowania różne rzeczy – mają je
    opisywać i odgadnąć, co dostały. Arcyprosta rzecz, bardzo przyjemna a
    jednocześnie trochę otwierająca na nowe smaki.
  • Chodzenie na bosaka, nie tylko po delikatnym ciepłym piaseczku, ale też po trawie, po ziemi, po błocie, po lesie, generalnie po podłożu o różnej fakturze – same korzyści, dla zdrowia, postawy, przyjemności.

gotowanie a integracja sensoryczna,

  • Robienie ciasta z rodzicami, wspólne gotowanie,
    zabawy w mące, wkładanie rączek do kaszy, ryżu, soczewicy. To bywa
    nieco bałaganogenne, ale czy jakiekolwiek dziecięce aktywności nie są?
    Poza tym dziecięce „pomaganie” w kuchni działa też dobrze na ich
    otwartość kulinarną, angażuje w domowe obowiązki (widzą, że jedzenie nie
    przygotowuje się samo), daje im poczucie że są potrzebne i ważne.

  • Kontakt ze zwierzętami. Ten oczywisty, jak głaskanie kotów, czy zabawy z psami, ale też dżdżownice, chrabąszcze i żaby
  • Przyroda przyroda przyroda. Szyszki, błoto, piasek, trawa. Wspinanie się po drzewach, bieganie, skakanie, najróżniejsze naturalne przeszkody. Puszczenie dzieci wolno w plener – nie tylko latem na plaży, ale nawet teraz, przy tej pogodzie zimno błotnistej. Pozwalanie dziecku na eksperymenty, próby, pobrudzenie się i przewracanie.
  • rowerek biegowy,
  • huśtanie się, wieszanie, 
  • Ciecz nienewtonowska i wszelkiego rodzaju mazie, piankoliny, ciastoliny i inne eksperymenty z mąką ziemniaczaną, piasek kinetyczny.
  • Wspólne zabawy ruchowe, w domu i na dworze.
    Turlanie się, przepychanki, łaskotki, robienie taczki, zawijanie się w
    koc, robienie baz z koców i poduszek. To tez jest bardzo naturalne i
    bardzo potrzebne, a jakoś zanikło mam wrażenie.
  • Bujanie w kocu, dzieci to uwielbiają. A poza tym wyciszają się i uspokajają, rozwijają im się wtedy mózgi.

  • Robienie zup błotnych (z szyszkami, igłami, ziemią, owocami, patykami), wszelkie babranie się.

I tak dalej. Jak widzicie, większość tych zabaw nasze pokolenie traktowało jak niezbywalną część rzeczywistości, zupełnie naturalną, a nasze dzieci, wychowywane na ogół w czystości, komforcie, bezpieczeństwie już takiej rzeczywistości naturalnie nie mają. Dlatego warto się na takie uważne odczuwanie świata otworzyć, to pomoże nie tylko dzieciom.


*Dla porządku i ścisłości dodam tylko, że nie jestem terapeutą i te propozycje zabaw wspomagają SI, ale nie zastąpią profesjonalnej terapii jeśli taka jest potrzebna.

27 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćpodsumowaniazima

zimowe przyjemności

by Paulina 19 marca, 2018
 

Osobiście jestem zdecydowanie latolubna, ale w zimie też bywa fajnie.
Opowiem Wam dzisiaj o tegorocznych zimowych przyjemnościach. Część z
nich pewnie się zdubluje z ubiegłym rokiem, tak to już jest, że niektóre
rzeczy rację bytu mają tylko w zimie.

Jak napisała kiedyś pięknie Aga, „zima jest od przytulania wszystkiego, co najważniejsze.”
Zimą
zbliżamy się do siebie, grzejąc sobie wzajemnie zmarznięte dłonie.
Kulimy się przy tym ognisku domowym, grzejemy serca miłością (i gorącą
czekoladą z chili) a brzuchy rosołem, wsłuchujemy w ciepłe brzmienia
płyt winylowych. To szukanie różnych rodzajów ciepła jest chyba u
podstaw wszystkich zimowych przyjemności.

Domowo
„Siedzenie” w domu z dzieckiem ma tę ogromną
zaletę, że nie idzie się rano do pracy. Unikam porannego skrobania szyb w
samochodzie czy wystawania na wietrznych przystankach. Nie wyleguję się
do późna, i nasze poranki w tygodniu są dalekie od sielankowych, ale
zdecydowanie cudowne jest to, że popędzam i pokrzykuję na rozespane
dzieciaki będąc sama jeszcze w piżamie, i, gdy wyjdą już do przedszkola,
zostaję z maluszkiem, który wtedy własnie zapada w pierwszą drzemkę i w
cichej przytulności domowej robię sobie kawę i NIE wychodzę rano na
zimny i nieprzyjemny świat.
Wychodzę później. Bo…

…rozgrzewające spacery to kolejna wielka zimowa przyjemność.
Wspominałam
już o terapeutycznej mocy spacerków. Ciągle nie mogę wyjść ze
zdumienia, jak często te najprostsze czynności przynoszą zupełnie
spektakularne efekty. Nic (nawet ta spokojna kawa) nie ustawia mnie tak
jak parokilomotrowe intensywne spacerki nad rzeką. Rozgrzewam krew,
rozbudzam mózg i zaczynam ogarniać życie.

Spokojne spacery to jedno, a drugie, to sanki i śnieżne szaleństwa z przedszkolakami.
Oni są w tym śniegu najszczęśliwsi na świecie, mają purpurowe rumieńce,
błyszczące oczy, wzmacniają odporność i wybiegują tę swoją energię
niesamowitą. Wieczorem, ku naszemu zachwytowi, padają jak muchy, często
jeszcze podczas czytania. Dla nas (poza długim bezdzietnym wieczorem) to
trochę takiej zwykłej dziecięcej radochy w śniegu (na którą dorośli bez
dzieci nie zawsze potrafią sobie pozwolić).
Mamy to szczęście, że
w Lublinie zimą powietrze jest przyzwoite (choć też bez szału) i nie
borykamy się w takim stopniu ze smogiem jak inne regiony.

Apogeum zimowej śnieżnej radości był w górach.
W lutym wspięliśmy się na wyżyny logistyczne, zapakowaliśmy się całą
piątką do samochodu i ruszyliśmy na parę dni w Bieszczady. Góry z dziećmi zimą były najpiękniejsze na świecie i niezwykle klimatyczne w naszym drewnianym domku.

 

Jak zima, to książki. W ten klimat zimowy lubię takie książki mocno wciągające.
Teraz czytam Dzikie Łabędzie. Trzy córki Chin. Nie porywa mnie może styl, ale historia i masa wiedzy o Chinach podana przy okazji jest totalnie fascynująca.
Niedawno skończyłam Swing Time Zadie Smith. Bardzo lubię jej książki, czyta się je naprawdę dobrze. W fajny, nienachalny, mądry ale nie moralizatorski sposób poruszane są bardzo aktualne problemy – rasowe, ekonomiczne, społeczne.
Czytam też, dość powoli – bo tylko wtedy gdy mam odpowiedni klimat, Córki Wawelu Anny Brzezińskiej. Szczerze mówiąc spodziewałam się tutaj trochę ciekawej powieści z dobrze odmalowanym tłem historycznym, ale tutaj zdecydowanie na pierwszym planie jest to historyczne tło, fabuła jest tylko pretekstem do kolejnych – bardzo zresztą ciekawych wykładów o obyczajach. Czytam z zainteresowaniem, ale nie zagryzam paluchów;)
Wcześniej było też klimatycznie i grubo, czyli Dom duchów Allende. Bardzo jestem ciekawa filmu. Strasznie mi się podoba ten południowo amerykański realizm magiczny, na pewno jeszcze sięgnę po książki tej autorki. Niepowtarzalny zupełnie, wciągający cudownie.
Gdzieś w międzyczasie 13 pięter Springera. Bardzo sprawnie te reportaże są napisane. I się człowiek od razu w tym swoim domu czuje tak inaczej komfortowo.
Ballada o pewnej panience. To już nie to samo co Król, choć klimat pozostał i charakterystyczny dla Twardocha styl.
Dzieci z Bullerbyn. Doczekałam się, że moje dzieci dorastają do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Chyba nigdy dotąd nie czekałam na rytualne wieczorne czytanie z taką radością.W ogóle cieszę się, że nasze czytanie coraz częściej przechodzi na inny poziom – czytamy coraz więcej dłuższych książek (ostatnio jeszcze Piaskowy Wilk i Muminki), takich po rozdziale na wieczór, które trzeba założyć „pokładkami” i powoli poznawać ciągłą historię.

Filmy i seriale
Najbardziej ww pamięć zapadły mi:

Big little lies. Ach i och. coś fantastycznego.
The expanse. Serial, któremu trochę zajęło wciągnięcie w swoją historię i świat. Ale udało się, jesteśmy naprawdę pod wrażeniem i czekam na kolejny sezon.
Loving Vincent, przepiękny, przepiękny, oglądaliśmy z prawdziwą przyjemnością. Sama historia nie była super porywająca, ale to kompletnie nie przeszkadzało.
Blade Runner 2049. Kolejny film zachwycający formą, który w zasadzie można by oglądać tylko dla tych przepięknych zdjęć.
Nasz najlepszy rok. Bardzo miła rzecz. To jeden z tych filmów, do których się sięga na pokrzepienie, a jednocześnie nie ma nadmiaru banałów.
3 Bilboardy za Ebbing, Misouri. Rewelacja. Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film. Przełamujący schematy, niesztampowy, smutny a jednocześnie w jakimś sensie pogodny.
The Shape of water. Tu się trochę rozczarowałam jednak. Podeszłam z najlepszym nastawieniem, i miałam świadomość, że to baśniowa konwencja, ale jednak schematyczność tych postaci ale jakoś mi dawała po zębach.
Mountain 2017. Przepiękny dokument o górach
The man who stares at goats. Świetny abstrakcyjny humor, dość odjechana historia, podobało mi się.
Lady Bird. Najfajniejsza w tym filmie była jego zwyczajność. Brak spektakularnych dramatów, skrajnych sytuacji, wszystko jest naturalne i wiarygodne.

Piec chlebowy daje radę także zimą

Muzyka
Największym chyba odkryciem była australijska multiinstrumentalistka, Tash Sultana, niesamowita jest totalnie, posłuchajcie.

Mało tej zimy „bywaliśmy kulturalnie”, czego trochę żałuję, bo w Lublinie jest co robić nawet zimą.
Nie byliśmy też na łyżwach niestety, choć miałam w planie, bo zawsze bardzo lubiłam łyżwy. Ale czasem jednak ta zima przytłacza trochę bardziej niż byśmy chcieli, mrok, korki i wizja ubierania całej gromady w te kombinezony i inne jednak zniechęca dość mocno;)

Zima bywa przyjemna jak widać, ale już wystarczyyyyy…

19 marca, 2018 21 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmimindfulnesspodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemrowerrower z dzieckiemslow lifestylespacerwiosna

Wiosenne wycieczki – czas start!

by Paulina 13 marca, 2018
przedwiośnie, duża rodzina na wycieczce, przyczepka rowerowa

Tak, to już. W miniony weekend rozpoczął się najlepszy na świecie czas. Czas naszych ulubionych rodzinnych wycieczek, szurgania się po naturze, czas miłosnego uścisku ze światem, kiedy byle spacer wypełnia po uszy musującymi endorfinami.
Uderzyła nas po twarzach ta nagła wiosna obuchem jasności. Choć wypatrywana, i wyczekiwana, to i tak zaskoczyła. Zaskoczyła, jak zima drogowców. Dlatego ruszyliśmy w świat czym prędzej, zanim się rozmyśli.

rowery z dziećmi, pan pantaloni,

Nie byliśmy zresztą jedyni. Ludność, co roku o tej porze, wbrew ponurym przepowiedniom, że niby ludność już tylko w domu przed telewizorami względnie w centrach handlowych, wylega w naturę. Wszyscy, o wspólnym mianowniku sino-bladych obliczy, lekko błędnych uśmiechów i słonecznego mrużenia oczu, wszyscy wyruszają w przyrodę cali w maju i czerwcu.

Ruszyliśmy w świat, szaro – beżowy, błotny i nieatrakcyjny zupełnie. Ale ta marcowa szpetota najpiękniejsza jest tym, co już za chwilę. Gdy jest się choć trochę uważnym, to od razu widać, że ta szarość i burość aż wibruje zielonymi listkami i forsycją. Powietrze pachnie inaczej, pachnie rozmarzająca ziemia – to podobno mikroorganizmy i grzyby się namnażają, ale tak naprawdę, zapach ziemi to skompresowane zapachy fiołków, bzu i jaśminu.

Widzicie tu uśmiechniętego dinozaura?

podróżnik zen

Oglądanie „umarniętego” krecika lupą…

…i rolnetką

Błoto jest super

przepiękny wąwóz Lipcyk w Nowym Gaju, ciekawe jak będzie wyglądał gdy już się zazieleni
czyste buty są nudne

Dzieciaki dopytywały się o pikniki, ciamkały w błocie, „rolnetkami” wypatrywały oznak wiosny (co z tego, że tylko jedna była prawdziwa, ta druga, z rolek po papierze toaletowym, była za to kolorowa i doskonale dawała radę), przeszyły naprawdę solidną traskę bez zająknięcia (choć niewątpliwy wpływ na morale miały nasze tradycyjne wycieczkowe drożdżówki z powidłami śliwkowymi).

Wiosna łagodzi obyczaje. Gdyby w naszym kraju częściej była wiosna, może nie żarlibyśmy się tak o wszystko. Wiosną chcemy padać sobie w ramiona. Róbmy to na zapas.

13 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
minimalizmrozmyślania

post na Post czyli pochwała nie-dostatku

by Paulina 2 marca, 2018

Chodzą za mną te myśli już od jakiegoś czasu.
Chodzą, jak jakieś odkrycie przełomowe i olśniewająca prawda wyjaśniająca różne problemy, uniwersalna odpowiedź na różne egzystencjalne „jak żyć”…
I, jak większość z tych największych mądrości, zamyka się w banale.

Otóż, moi drodzy, w życiu nie może być za łatwo.

Nachodzi mnie ta myśl ostatnio zaskakująco często.

Gdy dzieciaki marudzą, grymaszą i wybrzydzają którą łyżką będą jeść zupę. Gdy robią awanturę o ubranie, jakie mają założyć, gdy wywalają zabawki na podłogę i nie robi na nich wrażenia, że jakieś elementy się zniszczą lub zgubią.

W zimie. Gdy lodowato-wilgotny wiatr przenika do szpiku kości, gdy
każde wyjście z domu (a już zwłaszcza z dziećmi) wymaga Dzielności i
Hartu Ducha.

W górach. Gdy człowiek porządnie zmęczy się na szlaku, zobaczy potem te widoki i czuje się potem wobec świata piękną pokorę i harmonię.

Nachodzi wobec ostatnio popularnych trendów. Trochę w kontrze do powszechnego dobrobytu, dostępności wszystkiego i kompulsywnego kupowania, szybkiej i łatwej mody, i związanym z nią wyrzucaniem nienoszonych ciuchów, marnowania jedzenia, popularne staje się pozbywanie się nadmiaru, odpowiedzialne zakupy, zwracanie uwagi na ilość śmieci.

Za łatwo nie może być też w kontekście dbania o zdrowie. Nadmierność jest dla zdrowia zwyczajnie szkodliwa. Zwłaszcza nadmierność tego przyjemnego i łatwego jedzonka, kiedyś dostępnego tylko od święta, jak słodycze, mięso, białe pieczywo.

Formy fizycznej też nie wyrabia się wśród wygody i komfortu.

I jeszcze kwestia zdrowia psychicznego i rosnącej liczby zachorowań na depresję. Czytałam ostatnio wywiad z dr Cezarym Żechowskim, który powiedział o przesycie tak: „Niedosyt kreował myślenie iluzyjne, które jest bardzo
potrzebne. A dzisiaj, mam wrażenie, młodzi ludzie są tak konsumpcyjnie
nasyceni, że nawet fajne rzeczy już im się nie podobają”

Oczywiście fajnie jest się porozpieszczać czasami, spędzić dzień snując się w piżamie, zrobić sobie dobrze gorącą czekoladą pod kocykiem, poczytać nieambitne gazetki, kupić coś co nam się podoba ot tak. Pogłasiać się wewnętrznie. Nic nie musieć, nie ścigać się i nie starać. To jest super. I to też jest nam potrzebne. Ale nie cały czas, nie zawsze, nie bezustannie.

Okazuje się, że zbytni i bezustanny komfort, puch i udogodnienia są niewskazane.
Okazuje się, że naszym rodzicom, mimo kolejek, prania we frani i różnych braków, było w pewnym sensie wychowawczo prościej. Nie było łatwo, ale było prosto. Nie było wielu dzisiejszych udogodnień, ale nie było też nadmiaru wszystkiego i wynikającego z tego zblazowania, tylu pokus i reklam, milionów bodźców każdego dnia.
Bo obiektywny brak i trudności, taki niezależny od nas, w jakimś sensie pomaga, upraszcza – przyjmujemy go do wiadomości i mnóstwa problemów po prostu nie ma. To nie rodzic musi codziennie odmawiać – różnych atrakcji, kupienia zabawki, zjedzenie słodycza, oglądania kolejnej bajki. Nie musi tego ograniczać, bo brak jest obiektywy, nie zależny od nas, a do takich braków dzieci przystosowują się zadziwiająco szybko i bezboleśnie. Zauważamy to doskonale, gdy jesteśmy na wakacjach pod namiotem, dzieciaki, które nie mają prawie żadnych gotowych zabawek, są zajęte i bezproblemowe jak nigdy.

Gdy czasem będziemy trochę głodni, nie najemy się do syta, nie zjemy pysznego słodyczka, to wyjdzie nam to tylko na zdrowie. Podobnie na zdrowie wyjdzie nam hartowanie się na zimnym powietrzu i wylanie siódmych potów na treningu.

Gdy sobie czasem odmówimy przyjemności, zmniejszymy wygody i spełnianie wszystkich zachcianek, ograniczymy wygody i narzucimy jakieś limity, wyjdzie nam to naprawdę na dobre.

Swoją drogą, gdy nie mamy pieniędzy, to zupełnie naturalny staje się ekologiczny
minimalizm, zero waste, „projekt denko” i kupowanie tylko tego co dobre i
potrzebne. Nic nas nie nauczyło minimalizmu i zero waste tak bardzo jak
trudności finansowe. We względnym dobrobycie nie jest to takie naturalne,
bo pierwsze, do czego dążymy, to wygoda.

Tak to chyba jest, że dążymy do komfortu, że chcemy mieć wszystko i już, a dzisiejsze czasy trochę nam to wszystko już zapewniają. Ale, co zdobywa się bez trudu, nie jest cenne. Wszystko, co dobre podbija siła kontrastu. Największe przyjemności to te wyczekane. Najlepsze jest słońce po zimie, najsmaczniejsza woda na pustyni, najwygodniejsze łóżko po kilkunastu dniach na karimacie a najlepszą przyprawą jest głód.

Dlatego w jakimś sensie lubię Post. Wiem, że warto się samoograniczać czasami, dobrze, jak czasem nie jest nam miło, ciepło i błogo, dobrze jest się czasem postarać, potrudzić, pomęczyć. Uważam, że to jest naprawdę jest ważne.
Dla Was też? Uważacie, że niewygody są czasem potrzebne?

2 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmichustagórygóry z dzieckiempodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemzima

Bieszczady, zima i dzieci

by Paulina 23 lutego, 2018

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Nasze standardowe zimowe wyjazdy w góry, to Sylwester. W tym roku przesunęliśmy sobie sylwestrowy wyjazd w góry o półtora miesiąca. Przekonaliśmy się już, że takie przesuwanie to niezły pomysł przy okazji ubiegłorocznej majówki w Beskidzie Niskim.

Bieszczady zdążyły się do tego czasu porządnie zabielić i pokazać, że warto jeździć w góry z dziećmi, zimą także.

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Naszą bieszczadzką bazą było prywatne schronisko nad Smolnikiem, czyli klimatyczna drewniana chata na zboczu góry z przepięknym widokiem. Za to położenie i ten widok trzeba było zapłacić codzienną dodatkową traską przez śnieg, ale było warto.

góry z dziećmi, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy
Pierwsze podejście do schroniska, każdy z plecakiem na miarę możliwości

Nasze dotychczasowe podróże z dziećmi trochę wyrobiły w nas wszystkich pewne rytuały i nawyki przy wyjazdowych przygotowaniach. Dzieciaki wiedzą już, że w noc przed wyjazdem idą spać w ubraniach i śpiworach, i że w nocy w tych śpiworach zniesiemy ich do samochodu, żeby mogli sobie przespać przynajmniej część trasy. My pakujemy wszystko wieczorem poprzedniego dnia. Tym razem różnica polegała na konieczności kompaktowego pakowania, bo wiedzieliśmy, że wszystkie nasze rzeczy (a także niektóre dzieci) będziemy musieli wnieść do schroniska na plecach.

Zapakowaliśmy się więc wszyscy i nad ranem wyruszyliśmy na nasz zimowy wypad w góry.

góry z dzieckiem, dziecko w podróży, rodzinny trekking zimowy

Na zapiecku, tu była nasza baza czytelnicza

Jechaliśmy, a razem ze świtem zmieniał się krajobraz, na coraz bardziej zimowy i pagórzasty. Tak, jakbyśmy delikatnie przechodzili do innego świata.
Dotarliśmy, razem z szarawym porankiem. Bieszczady otoczyły nas swoimi śnieżnymi ramionami i uścisnęły serdecznie, witajcie, czujcie się jak u siebie. Momentalnie poczuliśmy się u siebie.
Wilczek z Iskrą wyskoczyli z samochodu prosto w zaspy, niemowlę zawinięto w chustę, plecaki przywdziano na plecy,
Nie powiem, że było jakoś bardzo łatwo. Ścieżka była zasypana śniegiem, dzieciaki zapadały się po uda. Ale pomagały nowe okoliczności, zew przygody, wizja czekoladowego medalu i tropy zwierząt na śniegu.
Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi w pięknej drewnianej chacie, z ciepłym piecem i przesympatycznym gospodarzem, zafascynowanym wypiekiem własnego chleba.

Urządzaliśmy sobie codziennie mały trekking w tych pięknych okolicznościach. Trekking to może określenie trochę na wyrost, raczej po prostu spacery górskie, niezbyt forsowne i niezbyt długie, wiadomo, że wszystko trzeba dostosować do krótkich nóżek kilkulatków i zawiniętego w chustę pięciomiesięczniaka  i jego głodu. Planowaliśmy trasy tak, żeby mieć przystanek w jakimś schronisku lub bacówce, żeby dzieciaki (i my też w sumie) mogły odpocząć, przekąsić coś, a małe rozwinąć się z chusty, nakarmić i przewinąć.

Najlepsze na świecie naleśniki z jagodami w Bacówce pod Rawkami
 

 

Nie ma sanek, ojtam ojtam

Zimowe wejście na Górę Śnieżną przy parkingu

Nie myślcie sobie, że było idealnie zupełnie i bezproblemowo. Nie było. Wybraliśmy to schronisko między innymi po to, żeby być w górach i nie musieć dojeżdżać na szlaki, ale okazało się, że okolica jest totalnie nieprzetarta i tylko jeden dzień spędziliśmy na spacerze w okolicach schroniska. W pozostałe nie tylko dojeżdżaliśmy na szlaki samochodem, ale też musieliśmy do tego samochodu dojść (a potem z niego wrócić do domku). Nie obyło się też bez paru awanturek, w wykonaniu upartej Iskry, która albo przewracała się po dwóch metrach twierdząc że nie ma siły, albo upierała się, że ma tej siły mnóstwo, gdy faktycznie nie dawała rady, bo „chciała być dzielniuchem” (tak mi później wyjaśniła).
Ale, nigdy nie twierdziłam, że podróże z dziećmi to nieustanna sielanka.

Ale piękne to były dni, w tych górach zimowych, bajecznie zaśnieżonych.
Piękne, cudowne oderwane od rzeczywistości. Śniegowo migotliwe, pachnące
drewnem i mrozem, cudownie ponad cywilizacją. Wspaniale
skrzypiące w śniegu kroki. A potem przystanek, by rozejrzeć się z
zachwytem i wtedy ogarnia ta puchata cisza, jedyna w swoim rodzaju
górska zimowa cisza. Wieczory przy ciepłym piecu, rozmowy, wspomnienia (bo zawsze wspomina się różne wyjazdy z przed lat),
książka. Dzieciaki z czerwonymi policzkami i błyszczącymi oczami, całe w
śniegu. 

I to poczucie… To poczucie, że właśnie o to chodzi w życiu,
że to właśnie jest ten czas, który się liczy. Poczucie totalnego
szczęścia po prostu.

23 lutego, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
muzykawe dwoje

Odpoczywalnia muzyczna. Muzyka na miłość

by Paulina 14 lutego, 2018

Dużo romantycznych wspomnień mam dość ściśle związanych z wydarzeniami muzycznymi. Być może dlatego, gdy wyobrażam sobie randkę idealną, to zawsze pojawia się tam motyw muzyczny. Porywający koncert jazzowy. Emocjonalny koncert rockowy. Potańcówa w klimacie starego disco. Kolacja z plumkającym w tle zmysłowym saksofonem. Ognisko i śpiewanie przy gitarze.

Nasze randki w ostatnich czasach ograniczają się jednak do salonu i jego miłej atmosfery. Podbijamy te atmosferę bardzo konkretną muzyką, robi się znacznie bardziej klimatycznie.

Dzielę się dzisiaj z Wami muzyka zmysłową, na romantyczny wieczór z drugą połówką. Jest to dość niesztampowy wybór, świadomie pominęłam różne pościelówy w stylu Wicked game, Nights in white satin, Unchained Melody czy Titanica.
Jeśli macie ochotę na inny muzyczny klimat, zapraszam: muzyka energetyczna, muzyka na niedzielne poranki, muzyka na relaksujące popołudnie, muzyka na doła.

Siesta Marcina Kydryńskiego, Nr5 i Nr8 (saksofonowa)
The doors, bez konkretów, chyba chodzi o głos Morrisona
Portishead Portishead, Dummy
Massive Attack Heligoland, Mezzanine, Protection
Bonobo Animal Magic, Black Sands
Fever Ray
Boards of Canada Campfire headphase
Archive, najbardziej chyba Controlling Corwds

Wybaczcie, tym razem bez linków do YT, ale wracam do pakowania właśnie:)
Jakie są wasze miłosne piosenki?

14 lutego, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
mindfulnessmój stylprzyjemnościslow lifestyle

Momenty. Zima.

by Paulina 10 lutego, 2018

Wsunięcie się pod kołdrę wieczorem w chłodnej sypialni i przytulenie do ciepłego ciała.
Zapach rosołu gdy wracamy ze spaceru.
Śmiech zamieniający się w obłoki pary.
Szron i szadź.

Oglądanie płatków śniegu z bardzo bliska.
Gdy nad ranem dzidziuś zakwęka i sam się uspokaja i można znowu wtulić się w poduszkę.
Wieczorne przebranie się we flanelowa piżamę.
Kawa przyprawowa.
Gdy słońce nagle zaczyna dłużej świecić.
Ciasto drożdżowe w niedzielne popołudnie.
Domowe frytki z domowym majonezem.
Zapach palonych liści.
Samotne wyjście z domu po dniu obfitującym w dzieci. Nawet do Lidla.
Kąpiel w wannie z olejkiem lawendowym.
Radość wszystkich dzieci, gdy starszaki wracają z przedszkola i witają się z Małym.
Pękanie cienkiego lodu na kałużach.
Pomrukiwanie niemowlęcia przy piersi.
Brzmienie ciszy, gdy po porannym zgiełku starszaki są wyprawione do przedszkola, a najmłodszak ma drzemkę.
Głęboki oddech po zakończonym treningu.
Planowanie wyjazdu.
Pierwszy pocałunek po tygodniu nie widzenia się.

Otwieranie paczek z zamówieniami internetowymi. Nawet te z chemią gospodarczą mnie jarają.
Gdy jest zimna pogoda, a jest się odpowiednio ubranym i mimo wszystko jest ciepło.
Pisanie porządnym piórem po porządnym papierze.
Pierwszy łyk idealnie gorącej herbaty z imbirem, pomarańcza i cynamonem.
Skrzypienie śniegu.

spódnica wełniana, kilt

10 lutego, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmićwiczeniana macierzyńskim

aktywność fizyczna na macierzyńskim

by Paulina 1 lutego, 2018

aktywność fizyczna po porodzie, odzyskanie figury po ciąży, powrót do formy
Dziś kolejny odcinek cyklu o bycie nie tylko mamą na macierzyńskim. Pisałam już o ubieraniu się w domu z dzieckiem, dzisiaj o odzyskiwaniu formy fizycznej po ciąży i porodzie. Kiedy i jak ćwiczyć w domu z dzieckiem i dlaczego to jest ważne.

Jestem aktywna. Lubię i zawsze lubiłam różne sporty. Przed ostatnią ciążą głównie ćwiczyłam w zaciszu domowym, na kocyku z Chodakowską. Był jeszcze taniec, rower, chodzenie po górach w wakacje i jakieś zabawy w rolki, łyżwy, czy slackline. No i dziecionoszing oczywiście;)

W ciąży dalej jeździłam na rowerze, i delikatnie ćwiczyłam – bardziej rozciągająco i wzmacniająco niż wyciskałam siódme poty. Pod koniec ciąży już bardzo tęskniłam za solidnym treningiem, w przeciwieństwie do mojego ciała, które ledwo zipało;)
Po porodzie, odczekałam przepisowe sześć tygodni, kiedy główną aktywnością były spacery, stopniowo wydłużane. Teraz, powoli zwiększam intensywność i długość moich ćwiczeń.

Jak ćwiczę teraz, cztery miesiące po porodzie?

Przede wszystkim, codzienny standardzik, czyli parę kilometrów spacerku. A skoro już i tak na spacery chodzę, to najchętniej biorę chustę i kijki trekkingowe i zamiast nudnego stawiania nogi za nogą, mam konkretną sesję nordic walkingu. To fajna aktywność fizyczna, bo jest ogólnie rozwojowa, to typ ćwiczeń cardio, które fantastycznie wpływają na zdrowie i sylwetkę, a do tego nie są forsujące.
A nawet jak nie mam kijków czy chusty, to robię taki świadomy spacer – idę energicznie, świadomie napinam mięśnie, prostuję plecy itd.

aktywność fizyczna po porodzie, odzyskanie figury po ciąży, powrót do formy

Ćwiczenia w domu

W ramach odzyskiwania talii po ciążowym brzuszku, staram się codziennie kręcić hula hop, przez 10 minut, Te 10 minut to nie jest dużo w kontekście wygospodarowania tego czasu z całej dniówki, ale przy regularności, mam nadzieję na odzyskanie talii za parę tygodni (miesięcy?). Ważne jest codzienne kręcenie, i kręcenie w obie strony. Podobno efekty są fantastyczne!
Poza tym, co rano, zanim dzieci wstaną, robię gimnastykę. Nie są to intensywne ćwiczenia, rano zwyczajnie nie mam na nie siły (a szkoda, bo gdybym miała, robiłabym po prostu poranny trening i miałabym z głowy przebieranie się i prysznice w ciągu dnia). Przeważnie jest to krótka sesja jogi, albo ćwiczeń jogo-podobnych żeby się rozruszać i rozbudzić, całość trwa u mnie około 10-15 minut.
Oczywiście bywają dni, gdy totalne niewyspanie albo inna sytuacja dzieciowa okraja mi gimnastykę jeszcze bardziej, ale staram się nie odpuszczać.
Czasami, gdy pogoda jest wybitnie parszywa, robimy sobie z maluchem sesje taneczne w chuście. Włączam jakąś pogodną muzykę i odbywam taki tańco – trening. Czyli taniec, ale taki, który angażuje konkretne mięśnie.
Do tego od jakiegoś czasu włączyłam dwa (docelowo 3) treningi tygodniowo z Ewą Ch. Wykupiłam sobie abonament  i mam dostęp do wszystkim programów online, bardzo wygodna opcja.

aktywność fizyczna po porodzie, odzyskanie figury po ciąży, powrót do formy

Jak się wziąć za ćwiczenia z małym dzieckiem w domu?

Dbanie o formę to niekoniecznie modna siłownia i eleganckie legginsy. U mnie pod tym względem doskonale sprawdza się zasada „zrobione jest lepsze od doskonałego” i brzydkie dresy oraz stary koc zamiast efektownego wdzianka i szałowej maty. Nie mam teraz możliwości odbywania całej celebry związanej z chodzeniem na treningi, ale to nie znaczny, że mam o siebie nie dbać.
Kiedyś miałam tendencję do odpuszczania – skoro nie mam czasu na zrobienie rozgrzewki przed ćwiczeniami, a potem rozciągania, to nie ćwiczyłam w ogóle. Teraz ćwiczę po prostu wtedy gdy mogę, gdy usypiam starszaki i leżę obok nich, podnoszę nogi, kręcę biodrami przy gotowaniu, ruszam stopami podczas karmienia, ćwiczę mięśnie kegla zawsze jak sobie przypomnę, praktykuję sprzątanio-treningi (wiecie, odkurzanie angażujące mięśnie pośladków i przysiady przy wieszaniu prania), oraz treningi z niemowlakiem w roli obciążenia. Mój przyciężki synek jest zachwycony z bycia moim hantelkiem, więc mam układ doskonały – dziecko zaopiekowane i szczęśliwe, a ja mam poćwiczone.
Zdarzają się też sytuacje tak samo idealne jak rzadkie, gdy najmłodsze śpi, a starsze w przedszkolu, albo cała trójka z tatą na spacerze.

Dlaczego warto szybko zacząć ćwiczyć po porodzie?

  • teraz jest o tyle łatwiej, że niemowlak relatywnie dużo śpi, a jak nie śpi, to leży (kręci się oczywiście, ale jest jeszcze raczej niemobilny). I generalnie daje nam dużo więcej swobody niż taki np półtoraroczniak
  • teraz, za sprawą karmienia piersią i tak się chudnie, więc warto wspomóc efekt i chudnąć do ładnych kształtów, bo niestety nie jest tak, że gubimy ciało tam, gdzie chcemy. Ja np zamiast gubić brzuszek, gubię tyłek i jak tak dalej pójdzie będę miała bardziej płaski tyłek niż brzuch
  • im wcześniej zaczniemy walczyć o formę po porodzie, tym lepiej – chodzi tu o wpadnięcie w pewną rutynę i o to, by nie ugrzęznąć sobie wygodnie w takim przedłużonym poporodowym odpoczynku (poporodowy odpoczynek jest oczywiście konieczny. Absolutnie nie zachęcam do intensywnych treningów w połogu!!). Im bardziej odłożymy aktywność fizyczną, tym trudniej będzie na się za nią wziąć. Sprawność fizyczną traci się niestety szybciej niż nam się wydaje i nie jest tak łatwo ją odzyskać
  • i oczywiście są te słynne endorfiny. Gdy ćwiczę  mam po prostu lepszy nastrój i więcej energii. Nie wspomnę już o”wybiegiwaniu złych emocji”, zgodnie z prastarą ludzką reakcją na stres pt „uciekaj lub walcz”, około – dzieciowe frustracje, nerwy i stresy dobrze jest po prostu wyrzucić z siebie właśnie wysiłkiem fizycznym.
  • gdy ćwiczę regularnie, od razu chce mi się bardziej o siebie dbać – mam wtedy ochotę na zdrowe jedzenie, maseczki, odżywki do włosów i inne
  • do tego dochodzi cudowne uczucie ogarniania rzeczywistości, wiecie, że mam kontrolę i daję radę

Mam nadzieję, że pochwalę się Wam efektami za parę miesięcy:)

aktywność fizyczna po porodzie, odzyskanie figury po ciąży, powrót do formy

Dlatego szczerze polecam. Nie po to, by zachwycać sześciopakiem dwa miesiące po porodzie, nie po to, by cokolwiek udowadniać innym , nie po to, by dowieść swojej doskonałej organizacji. Dla siebie. Dla siebie i dla naszego wspaniałego ciała, które wykonało niedawno ogromniasty wysiłek wydając na świat nową istotę ludzką. 

*Zdjęcia poglądowe, z przed dwóch lat, teraz sytuacja wygląda podobnie, chociaż staram się ćwiczyć w ciągu dnia, gdy na stanie mam tylko jedno dziecko;)

1 lutego, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • wycieczka rowerowa z namiotami
  • gdy zwykły weekend
  • Rzym z dziećmi, czy warto?
  • o zachwytach wiosennych
  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • wycieczka rowerowa z namiotami

    21 sierpnia, 2026
  • gdy zwykły weekend

    20 lipca, 2026
  • o zachwytach wiosennych

    8 maja, 2026
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry