Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmipodsumowania

podsumowanie 2017

by Paulina 5 stycznia, 2018

To był dobry rok.
Rok, który na pewno zapamiętam. Rok bardzo ciekawy zawodowo, rok fajnych rodzinnych wypadów, (mimo okoliczności) i kolejnego najważniejszego wydarzenia w moim życiu, czyli ciąży i narodzin trzeciego dziecka. Były trudne chwile i kryzysy, ale to dobry rok był.

Zaczął się najpiękniej, w klimatycznej łemkowskiej wiosce w cudownym zimowym Beskidzie Niskim.
Potem zima była cudownie zimowa, było najpierw leniwie, kanapowo i spokojnie, a potem zrobiło się intensywniej.

Z bardzo kapryśnej wiosny łuskaliśmy maksymalnie dużo spacerków i niedużych wypadów. Pod koniec maja udało nam się wyskoczyć nawet na parę dni w góry. Brzuch rósł, ja czułam się dobrze, choć byłam zwyczajnie zmęczona ciążą, pracą i dwójką maluchów. Brakowało mi trochę leniwego polegiwania, kołysania i samotnych, spokojnych spacerów. Za to wspaniale było obserwować jak reagują na brzuch dzieciaki, poprzednim razem Wilczek był za mały, by podchodzić do mojej ciąży świadomie.

Wakacje były slow i bardzo intensywnie rodzinne. Było dużo wsi, było trochę miasta, najróżniejsze wycieczki większe i mniejsze, był nawet dłuższy reset pod namiotem.

 

I wielkimi krokami zbliżyliśmy się do września. Odetchnęłam na
chwilę, dzieciaki poszły do przedszkola, więc mogłam zebrać myśli,
trochę się przygotować na Nowe.
I Nowe przyszło (fundując mi całkiem niezłą porodową traumę) – kolejne największe na świcie szczęście.

Pierwsze tygodnie, cóż, chaosiaście, czego można się było spodziewać,
te sześć tygodni połogu to czas przystosowywania się do nowej
rzeczywistości przez malucha, mamę i rodzinę.
Ale potem maleństwo
wpasowało się idealnie w nasze życie. Jest trochę większy rozgardiasz,
bywa głośniej, zwykłe wyjście z kompletem na spacer wymaga wspięcia się
na wyżyny logistyki, ale jest najpiękniej na świecie.

 

 Spełnienia marzeń w 2018!!

5 stycznia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
świętazapachyzimazmysły

zapach Świąt

by Paulina 23 grudnia, 2017

Żaden George Michael, żadne dzwoneczki, zdjęcia kubków z kakao i piankami, ani światełka i listy prezentowe, ani nawet kalendarz adwentowy, i przygotowania (te bardziej i mniej przyjemne).

Święta Bożego Narodzenia dla mnie najbardziej robią zapachy.

Najpierw powietrze pachnie śniegiem. Czasem nawet już w październiku zawieje charakterystycznie i wtedy ta pierwsza myśl przychodzi, że kurczę, to już za chwilę przecież.
Potem mandarynki. Mandarynki kojarzą mi się nieodłącznie z Mikołajem i tylko w czasie około mikołajowym mają dla mnie sens.
I na targu też zaczyna pachnieć. Kapustą kiszoną, suszonymi grzybami, później suszonymi owocami do tradycyjnego kompotu i olejem – czasem na nasz ulubiony targ przyjeżdża  jedna pani, która ma trzy metalowe kanki – z olejem rzepakowym, lnianym i konopnym. Kupuje się takie świeżo przelane do butelek po wódce.
A w warzywniaku pod domem, oprócz zaaferowania przedświątecznego, czuć niepodrabialną mieszaninę śledzi, korzenia chrzanu, kapusty i tych mandarynek… Mieszanka pozornie odrzucająca, zresztą zapachu śledzi nie lubię, ale teraz ją uwielbiam.
Potem jest tylko lepiej. Potem w całym domu unosi się obłędny aromat cynamonu, goździków, kardamonu, imbiru i pieprzu, połączony z masłem i miodem… uwielbiam robić piernikowy zaczyn i zawsze parzę sobie język wyżerając płynną miodowo przyprawowo maślaną masę. Drugi raz pachnie tak samo gdy pierniczki pieczemy, wśród emocji, chaosu i mąki.
I ten dzień, gdy dzieciaki z tatą jadą „do choinkarium”. Przywieźli w tym roku rozłożystego potwora, weszli z nim do domu i buchnęło w nozdrza tą leśnością zimową.
Następnego dnia dochodzi jeszcze piwniczny zapach kartonowego pudła z ozdobami choinkowymi. Do ubierania włączamy jeszcze tradycyjną ścieżkę dźwiękową (obowiązkowo „Trzeszcząca płyta” Kaczkowskiego).
Można dorzucić jeszcze zapach gotującego się barszczu, kiełbasy od znajomych ze wsi, pieczonego ciasta drożdżowego, ale to już ten moment. Już są Święta.

I już nie można się nie uśmiechać. Ścisnąć kochaną dłoń. Przytulić owijające się wokół nóg, półprzytomne z emocji przedszkolaki, zerknąć na gugającego do światełek niemowlaka. I okiem mokrym błysnąć dziękując za to wszystko.

Wszystkiego dobrego Wam życzę!

23 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedmindfulnessmoda rowerowaprzyczepka rowerowarowerrower z dzieckiemrowerki biegoweslow lifestylezima

easy like sunday morning

by Paulina 11 grudnia, 2017

Ta niedziela była tak idealna, że aż sama sobie zazdroszczę. Jeden z tych dni, jakie wspomina się z nostalgią pt „to były piękne czasy”, gdy nastoletnie dzieci strzelają focha, trzaskają drzwiami i nie wracają na noc.

Dzień był w zasadzie dość zwyczajny. I raczej brzydki. Nawet nie spektakularnie brzydki, ot, szara polska przed-zima. Piliśmy naszą kawę weekendową i zastanawialiśmy co-by-tu bez samochodu (oddany do mechanika). Następnego dnia miał spaść śnieg, pierwszy w tym sezonie. Uznaliśmy, że to dobry pretekst, by pożegnać sezon rowerowy i wybrać się na miłą przejażdżkę.

Chwilę* później nasz gromada o dwunastu kółkach różnej wielkości jechała sobie miło ścieżką rowerową nad rzeką, w kierunku zalewu.

Plaża była pusta i szara. Zimno było dosyć i tak naprawdę średnio przyjemnie, ale to okoliczności raczej typowe w tym miejscu i czasie, więc cóż, bierzemy co mamy. A mamy doprawdy niemało, nawet w tym ponurackim świecie.
Mamy zabawy w piasku, rumieńce, błyszczące oczy i śmiech zamieniający się w obłoki pary. Mamy wspólną jazdę na rowerach, z Wilczkiem jako coraz równiejszym partnerem i Iskrą dzielnie pędzącą na biegówce i Malutkim błogo śpiącym w przyczepce.
Szarość jeziora migocącą na srebrno.
Płowe trawy, rudawe płachty liści i różne subtelne uroki późnej jesieni.

Wróciliśmy na rosół. Porządny gorący rosół z domowym makaronem, i Siestę w Trójce. A potem, tak, tak. Potem było ciasto drożdżowe. Z kruszonką. I kakao. I więcej Siest, tym razem na płycie, robienie na drutach, rysowanie, puzzle i origami.

Wiecie co, naprawdę nie potrzeba nic więcej.

Niektórzy nawet mają szamę w plenerze. W końcu wiadomka, jak wycieczka, to piknik, jak się jest najmłodszym to się trzeba szybko uczyć.

*Wiecie oczywiście, jak wyglądała ta „chwila” z trójką maluchów;) Dla przypomnienia, sytuacja z przed roku, minus jedno dziecko i jeden rodzic;)

11 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńmindfulnessmój stylslow lifestylespacerzima

weź mnie nad rzekę

by Paulina 1 grudnia, 2017

Listopad, u schyłku swego żywota przebierał się dzielnie za marzec lub nawet kwiecień. Czy mu się to udało, to inna kwestia, ale próby zdecydowanie doceniam. Słońce i zielona trawa i błoto tez jakoś wiosenne, bardzo umilały nasze ostatnie spacery.

Zdecydowanie tez było łatwiej wyciągnąć na spacer zagluconą dzieciorzyznę zakopaną w książkach o dinozaurach i jakoś ostatnio na spacery niechętną. Serio, dobrze, że słońce zrobiło robotę, bo chęci do wyjścia ledwo starcza dla siebie, a tu trzeba jeszcze motywować młodocianych.

I wyszliśmy, i słońce migotało sobie frywolnie w rzece i było tak optymistycznie, że prawie już wyciągaliśmy koce piknikowe i letnie kapelusze. Nie zdążyliśmy oczywiście, bo nim minęło południe, słońce zaszło za horyzont i odarło listopad z jego kunsztownego przebrania, niczym północ kopciuszka. I jak kopciuszkowa suknia na powrót stała się łachmanami, tak błoto wiosenne stało się błotem listopadowym, a gałęzie na których już-prawie-były-pączki, zmieniły się w gałęzie rozpaczliwie nagie i wyczekujące śniegowego okrycia.
Wróciliśmy czym prędzej, żeby to miłe wrażenie nie zatarło się całkowicie, ale ten spacer jakoś przytulił nas wewnętrznie.

 

1 grudnia, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckomój stylna macierzyńskim

Jak się ubierać na macierzyńskim

by Paulina 26 listopada, 2017
jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Cykl o byciu nie tylko mamą na macierzyńskim zaczynam dość mało wyrafinowanym tematem. Dziś o ciuchach dla mam. O ciuchach, bo ubierać się trzeba codziennie, a to każdego dnia stwarza zarówno możliwości jak i problemy.

Moda na macierzyńskim ma zdecydowanie więcej wspólnego z dresem bardziej niż dress codem.

Zwłaszcza na początku, w połogu i zmęczeniu poporodowym niekoniecznie ma się głowę i serce do ciuchów. Na samym początku, czyli czasie z obkurczającą się macicą, gojącymi się ranami i cieknącym mlekiem największym przyjacielem kobiety jest miły szlafrok. Dopiero potem, powoli pojawia się potrzeba wyglądania jakoś. (przynajmniej u mnie tak było)

Pisałam już kiedyś o ubieraniu się w domu z dziećmi, choć wtedy dzieciaki były już większe (a ja mniejsza, haha). Gdy ma się na stanie niemowlaka, sprawy mają się trochę inaczej.

jak się ubierać w domu z dzieckiem, ubrania dla mam, modna mama

Strój wpływa na nastrój

Może nie każdemu, niektórzy pewnie lubią się snuć w piżamach i szlafrokach przez cały dzień i dobrze się z tym czują. Dla mnie taka wizja tez bywa pociągająca, ale poznałam już siebie pod tym względem i w moim przypadku rozmamłany strój jest równoznaczny z rozmamłaniem życiowym. Nie mogę się wybrać nawet na spacer, w domu jest bajzel, ja jestem wkurzona, niecierpliwa i smutna. Od razu to wpływa na obniżenie poczucia własnej wartości, a to z kolei powoduje zazdrość i nienazwane pretensje do ubranej i fajnie wyglądającej drugiej połówki, która waśnie wychodzi do pracy i będzie rozmawiać z ludźmi (dorosłymi!)

Moda na macierzyńskim – ograniczenia

Nie każdy jest Anną Lewandowską, większość do figury z przed porodu dochodzi trochę dłużej. Ja nie przytyłam dużo, do swojej przedciążowej wagi prawie wróciłam, a i tak w większość rzeczy zwyczajnie się nie mieszczę, lub kiepsko w nich wyglądam. W ciąży zmienia się całe ciało, przemieszczają narządy wewnętrzne, poszerzają biodra. Jest jeszcze ogólne „rozmiękczenie”. To wszystko wróci (mam nadzieję) do formy, ale potrzeba do tego czasu. I ćwiczeń. A tymczasem coś trzeba nosić.
Jeśli karmi się piersią, jest jeszcze jedna sprawa. Ubieranie się przy karmieniu piersią musi uwzględniać potrzebę dość częstego (a przy tym wygodnego i dyskretnego) obnażania biustu. Czyli odpadają wszelkie sukienki bez dekoltu, obcisłe golfy itd. Ja wolę też karmić od góry, nie lubię przy karmieniu podnosić bluzek odsłaniając brzuch. Czyli pozostają większe dekolty, sukienki koszule i bluzki kopertowe lub zapinane na guziki.

Moda na macierzyńskim – okoliczności 

Po pierwsze, pora roku. Po raz kolejny stwierdzam, że rodzenie dzieci wiosną jest jakoś wygodniejsze. Przy pierwszej dwójce wkładałam po prostu koszulki i sukienki na ramiączkach, teraz okazuje się, że… nie mam się w co ubrać. Okazało się, że zdecydowana większość moich jesienno zimowych ciuchów ma za mały dekolt.
Druga sprawa, o której nie zawsze pamiętamy kupując nowe rzeczy, lub przeglądając własną szafę pod kątem ubrań do karmienia. Otóż, przez większość czasu na macierzyńskim siedzimy w domu / jesteśmy na spacerkach koło domu. Oczywiście nie chodzi o to, żeby siedzieć w domu cały czas, ale nie czarujmy się, typowy dzień na macierzyńskim to dom – spacerek koło domu – dom, i karmienie – ulewanie – kupy – sprzątanie, więc zestawy w stylu klasyczna biała koszula (da się w niej karmić przecież) i ołówkowa spódnica, czy elegancka kopertowa sukienka raczej odpadają. Chcę przez to powiedzieć, że ważne jest, żeby szukać fajnych ubrań na aktualną sytuację życiową i kupować to, co faktycznie będziemy nosić na co dzień. Co z tego, że kupimy sobie parę fajnych nowych kiecek, w których da się karmić piersią, jeśli szkoda nam będzie je założyć do domu (czyli przez 90% macierzyńskiego). Dlatego polecam wypracowanie standardu, o której pisała kiedyś Maria z bloga Ubieraj się klasycznie, o tutaj, „Otóż standard to Twoja najgorsza sylwetka, która jest jednocześnie
początkiem nowej, lepszej garderoby i Twoim punktem odniesienia.” Polecam cały wpis, ale w skrócie chodzi o znalezienie takiego złotego środka między wyglądem fajnym i osiągalnym na co dzień. Na tyle ładnie, żeby nie
odwracać głowy gdy widzimy się w lustrze, na tyle wygodnie, żeby nam się chciało tak ubierać. 

 

Moda na macierzyńskim – praktyka

Widzicie na zdjęciach, jak to wygląda u mnie. W punktach:

  • mój priorytet to jak zwykle estetyczna wygoda
  • wygodne bawełniane sukienki z dekoltem/rozpinaniem nadającym się do karmienia piersią
  • wygodne spodnie (luźne, o kroju chinosów, lub elastyczne „jegginsy”) i bawełniana bluzka lub miękka koszula
  • rozpinane swetry
  • mały „myk”, ciekawy dodatek, który bezwysiłkowo „zrobi” mi „stylizację”, czyli, w zależności od nastroju i chęci: kolczyki, czerwona szminka, opaska, kolorowe skarpetki lub rajstopy
  • włosy – świeże (mam trochę fioła na tym punkcie) i przeważnie upięte w koczek lub zaplecione w warkocz, żeby uniemożliwić dziecięciu ciągnięcie i żeby mi było wygodnie
  • twarz – krem BB, podkreślone brwi, czasem kredka na oczy i rzęsy ale nie zawsze (staram się regularnie dbać o to, żeby jak najmniej tego makijażu potrzebować, a jednocześnie dobrze wyglądać)
  • miewam też oczywiście „dni dresa i niechcieja” i nie robię sobie z tego powodu wyrzutów
  • w ubieraniu się do domu z dzieckiem chodzi przede wszystkim o to, żeby się czuć dobrze ze sobą

Sukienka z dekoltem na plecach wbrew pozorom też daje radę.

 
Piżamy Lunaby jako jedne z niewielu są macierzyńsko praktycznie ( w ciąży też dają radę), a jednocześnie nieinfantylne – jak to miło, że nie wszyscy producenci zakładają, że macierzyństwo zmienia kobiecie gust i nastawia na urocze misiaczki.

 

Czy ma dla Was znaczenie, co na siebie zakładacie będąc w domu z dzieckiem? Odpuszczacie, stroicie się, szukacie złotego środka? Co jest dla Was najważniejsze w mamowych ubraniach?

26 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedkultura z dzieckiemkulturalnielubelszczyznaLublinmój stylpodróże i wycieczkiprzyjemności

w mokrych cieniach listopada

by Paulina 21 listopada, 2017

„Dmucha, plucha, zawierucha, całe szyby stoją w łzach”… Jakoś sobie trzeba radzić z tym nie-czasem między złotem października a światełkami i dzwoneczkami grudnia… Radzić sobie najchętniej pod kocem i z herbatką.

Choć przytulna nieruchawość podkocowa kusi i wzywa, to rozsądek mi mówi, że lepiej jej nie ulegać zbyt mocno. Rozsądek i doświadczenie podpowiadają, że praktykowana zbyt często, bywa bolesna w skutkach.

Zaczyna się zawsze niewinnie. Są miękkie dźwięki z gramofonu, jest ciacho i herbatka, dzieciaki zajęte zabawą w swoim pokoju. 
Ale potem pojawiają się te bolesne skutki.
Dla dorosłych – dlatego, że na kanapie, otuleni w te kocyki, świeczki i książki, po prostu tracimy ochotę i energię na cokolwiek innego. Cóż w tym złego, zapytacie. Ano, niestety jest tak, że dorosłość wymaga od nas innych czynności i aktywności. Lepiej mieć na nie energię. A energia pod kocykiem wysącza się jak powietrze z dziurawego balona. Siedzimy zbyt długo i zostaje tylko flak. Chcemy jeszcze więcej kocyków i świeczek, a z hałasów tylko jazz, ewentualnie trzaskanie kominka.

Dzieci na błogą i przytulną domowość reagują zgoła inaczej. Dzieci w tajemniczy sposób wsączają   energię, która wysącza się z rodziców. I dzieci kumulują tę energię. Kumulują, by pod wieczór, przeważnie na hasło „idziemy myć zęby” mogła eksplodować w postaci durnowatych i głośnych zabaw, małpich okrzyków, czerstwych żarcików godnych Karola Strasburgera i głośnym rechotem z tychże. A na koniec obowiązkowo paskudna awanturka, czyli ostatni fajerwerk, który można by zobrazować hasłem „gdyby kózka nie skakała…” bo przecież taka głupawa ZAWSZE kończy się wyciem co najmniej jednego dziecka.

Aż za dobrze znamy ten schemat, i ten szok jaki powoduje dziecięca głupawa z zasiedzenia, gdy jest się rozhyggewanym do granic możliwości. Dlatego staramy się do takich sytuacji nie dopuszczać. Albo je minimalizować.

Wychodzimy. Wychodzimy w te posępne mgły listopadowe, przenikające wilgocią zimno i na przekór się tą szarością zachwycamy. Takie wyjścia i zachwyty wymagają oczywiście więcej wyobraźni i kreatywności (niektórzy powiedzą pewnie, że także abstrakcyjnego myślenia) niż bezwstydnie oczywiste piękno maja.
Ale da się, serio!

 Spacery w podkazimierskich wąwozach…

 

I lubelskie spacery…

Nieodpowiedzialna matka hasa, a nieletnia córka opiekuje się młodszym rodzeństwem

I poprzedszkolne spacery…

Na wystawie Picassa na zamku w Lublinie

A potem wracamy, wszyscy z właściwym poziomem energii, akurat na chwilę nieruchawości kanapowej.

21 listopada, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdomowojesieńlaspodsumowaniaslow lifestyle

przyjemności jesienne

by Paulina 10 listopada, 2017

To nie jest typowa jesień oczywiście. Ostatniego dnia lata dołączył do nas jeszcze jeden maluch i siłą rzeczy mnóstwo kręci się wokół niego.

Siłą rzeczy, to z nim wiąże się większość przeżyć. On jest też chyba główną, najświeższą przyjemnością. Te wszystkie niemowlęce triki, wypracowane przez ewolucję, które mają za zadanie chwycić za serce dorosłych, zakochać ich w sobie, działają. Działają jak złoto. Dzidziuś, chociaż płakać i nie zasypiać potrafi bardzo dobrze, potrafi się też uśmiechać – tym bezzębnym, trochę błędnym uśmiechem, i gruchać, i patrzeć coraz uważniej i wtulać się. A to bezbłędnie chwyta za serce i zakochuje mnie w nim jak diabli. Biorę go na ręce, a on uspokaja się momentalnie i jeszcze tylko wzdycha, nad swoimi strasznymi przeżyciami z przed chwili – to jest jedna z tych chwil, kiedy zatyka ze wzruszenia.
I z tego wszystkiego, z tego wzruszenia (doprawionego hormonami pewnie) inaczej też patrzę na starszaki. Że przecież oni też, tak niedawno… I że w gruncie rzeczy, choć tacy wielcy i dorośli, to tacy mali jeszcze i oni też przecież jak jęczą i awanturują, to jak to małe potrzebują po prostu rodzica…
Tak że tak, rodzicielsko, choć czasem jest jazda bez trzymanki, to jest też miód z lukrem.

Ale. Nie samymi dziećmi człowiek żyje. Co jeszcze robi najmilsze jesienne chwile?

Jesienne jedzenie

Jedzenie, a jakże. O ile w lecie
uwielbiam tę witalność, świeżość, prostotę i prosto-z-ziemi, tak
jesienią przyjemność jedzenia jest… dojrzalsza, spokojniejsza,
bardziej wyrafinowana i chyba pełniejsza.
Papryka. Ostatnio
często pieczemy kilka czerwonych papryk w piecu chlebowym (można też w
piekarniku oczywiście), obieramy, dodajemy pestki słonecznika, czosnek, oliwę i
parmezan i mamy fantastyczne, czerwone, jesienne pesto do makaronu lub
bagietki.
Ciasta, takie bardziej sycące. Ucierane ze śliwkami. Klasyczne drożdżowe z kruszonką. Marchewkowe z cynamonem. Buraczane brownie.
Jak coś piekę, dorzucam parę buraków z folii aluminiowej. I takie pieczone buraki
idealnie potem smakują, np na ciepło z serem kozim. Albo – w glazurze
miodowo rozmarynowej – w prostym makaronie z pietruszką i camembertem.
Albo z mozarellą w zimowej wersji caprese. Albo z awokado i rucolą.
Jest jeszcze królowa jesieni, czyli dynia.
Dynia pasuje do wszystkiego, z jej łagodnym smakiem można ją przyprawić
na sto sposobów i w ogóle się nie nudzi. Jemy risotto z dynią i
gorgonzolą. Albo prosty makaron z pieczoną dynią i gałką muszkatołową
(podsmaża się cebulkę na maśle, dodaje świeżo startą gałkę, sól i
pieprz, do tego upieczoną dynię i śmietankę). Albo aromatyczne placuszki
dniowe z serkiem, pomarańczą i cynamonem. Albo zupę dyniową – z
imbirem, albo z gałką, albo z pomarańczą, albo z papryką. Ostatnio hit
to dyniowa pasta na kanapki.

Jesienny las

Jak jesień, to las. Jeździmy do lasu najczęściej jak się da. Spacerujemy do dywanach z liści, wdychamy sobie leśne jesienne powietrze. Zupełnie poważnie podejrzewam, że w lesie stajemy się lepszymi ludźmi.

Jesienna domowość

Spacery spacerami, ale uwielbiam też jesienią te mroczniejące popołudnia w domu. Za oknem deszcz bębni w parapety, a my siedzimy na dywanie i układamy puzzle. Albo gramy w planszówki. Albo na gitarze. Albo ciasteczka pieczemy i zjadamy sobie, z kakałkiem lub herbatą.

Jesienne czytanie

Jesień to też książki. Te książki pod ciepłym kocem, z gorącą herbatą… Wiecie, ten klimacik, na który za rzadko ma się czas tak naprawdę. W tym roku zupełnie bezkarnie pochłaniam książki na kindle’u, karmiąc maleństwo.
Dotychczas zdecydowanie największym hitem były Niksy. Bardzo mi się spodobała ta książką, już dawno nie czytałam czegoś z takim zachwytem. Fantastycznie sportretowane postaci, przyjemne (ale nie chaotyczne) skoki w czasie, świetny styl. Bardzo polecam.
Podobno Nathan Hill bywa porównywany do Johna Irvinga. Zainspirowało mnie to do sięgnięcia do tego autora, bo zdałam sobie sprawę, że dotychczas znałam tylko Świat według Garpa. Najpierw był Regulamin tłoczni win – jak bardzo na czasie z tematem sieroctwa, aborcji i położnictwa! Fantastyczna, potoczysta historia, bardzo filmowa (właśnie się zorientowałam, że jest film na jej podstawie!) i dużo do przemyślenia. Potem Czwarta ręka – trochę mniej mi się podobała, ale nie narzekam zupełnie, na pierwszy rzut oka trochę śmieszna i lekko absurdalna, ale pod tą lekką powierzchnią zwykłe ludzkie szukanie szczęścia (które dzięki tej lekko satyrycznej formie nie jest kiczowate). W każdym razie w kolejce czekają kolejne książki Irvinga!
Król Szczepan Twardoch. Wreszcie przeczytałam, choć ociągałam się długo. I kurczę, dlaczego tak długo? Ach, jaka smakowita opowieść!
Całe życie Robert Seethaler. To maleństwo, niecałe dwieście stron, do którego na pewno jeszcze wrócę. Do bólu lakoniczna, prosta historia zupełnie zwykłego człowieka. Jakoś rusza.
Pozytywna dyscyplina. Hm, hmm. Jeszcze ją czytam, zazwyczaj w okolicach kryzysów wychowawczych… Generalnie sam termin pozytywnej dyscypliny do mnie przemawia, bo zawiera w sobie zarówno szacunek do dziecka, jak i szacunek do rodzica (o czym często w dzisiejszym podejściu do wychowania się zapomina mam wrażenie). Nie jest dla mnie jakaś bardzo odkrywcza, ale trochę porządkuje i pomaga.
A teraz czytam Okruchy dnia, zainspirowana Noblem dla Kazuo Ishiguro. Filmu też nie widziałam, ale już teraz czytając widzę Anthony’ego Hopkinsa. I odruchowo się prostuję.

 

Jesienne filmy i seriale

Tych było mniej, bo te słynne długie jesienne wieczory są u nas zredukowane do tego krótkiego czasu między momentem padnięcia przedszkolaków, a naszym padnięciem, co często sprowadza się do jednej marnej godzinki.
Obejrzeliśmy za to ostatni sezon Grantchester, ten serial niezmiennie mi się podoba.
Drugą cześć Stranger Things o ciągle fantastycznym klimacie
Teraz zaczęliśmy The Expanse, jeszcze nie wiem, czy mi się podoba.

Z ciekawszych filmów:
Baby driver – który kojarzył mi się mocno z pogodniejszą wersją Drive ze świetnym, trochę teledyskowym klimatem
The Big sick – lubię ten typ komedii romantycznych, trochę wymykający się schematom, z fajnymi dialogami, nienachalnym humorem

Kolejne jesienne przyjemności, to robienie na drutach, tradycyjnie z audiobookami z XIXw Anglii.
I porządki w zdjęciach.

Wracam też powoli do ćwiczeń, napiszę Wam o tym jakoś niedługo.

I tak to u nas wyglądają przyjemności jesienne.Przypuszczam, że dalsza część jesieni będzie wyglądała podobnie. Może spacery będą krótsze, może więcej domowości.
A ponieważ już trochę okrzepliśmy wszyscy, może zaczniemy trochę więcej wychodzić, może nawet uda mi się jakieś bezdzietne wyjście?
A jak Wam mija jesień?

10 listopada, 2017 22 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckominimalizmrozmyślania

minimalizm i dzieci

by Paulina 4 listopada, 2017

Minimalizm i dzieci, brzmi trochę jak dwa przeciwieństwa, odległe bieguny, prawda?

A jednak czepię się dzisiaj tego tematu, opowiem Wam jak sytuacja wygląda z naszej perspektywy, czyli rodziny z trójką dzieci, w dość dużym mieście na wschodzie Polski.

O moim ogólnym podejściu do minimalizmu już pisałam (tu i tu). Pogląd mam wciąż ten sam, jeśli bym koniecznie miała się etykietować, nazwałabym się raczej esencjalistką niż minimalistką. Nie lubię gromadzić, wszelki nadmiar mnie przytłacza, robię przemyślane i nienadmierne zakupy. A jednocześnie nie liczę posiadanych przedmiotów, nie lubię stawiać sobie limitów, zdarza mi się ulec impulsowi i wolę zamiast na pozbywaniu się rzeczy skupić na tym, co mam.

Jak to się ma do dzieci? Stali czytelnicy myślę znają moje podejście do wychowania, choć nie siedzę w parentingu. Generalnie staramy się otaczać nasze dzieci światem, a nie przedmiotami, staramy się dać im wartości, a nie rzeczy. Takie jest założenie, pisałam o nim tutaj, natomiast z praktyką bywa różnie.
W naszym przypadku muszę powiedzieć, że z filozofią wygrało prawdziwe
życie. Filozofia połknęła porażkę z godnością i nawet z prawdziwym
życiem się zbratała, koegzystują sobie razem całkiem zgodnie, zobaczcie jak.

Jeszcze przed urodzeniem się Wilczka wychodziłam z założenia, że nie potrzebujemy masy gadżetów z licznych list dziecięcych masthewów dostępnych w internecie. Nasza pierwsza wyprawka była dość skromna, i, jak się okazało, zupełnie wystarczająca. Nie będę Wam tu przedstawiać naszych list, bo każdy ma swoje priorytety, ale przede wszystkim mieliśmy świadomość, że nie trzeba kupować wszystkiego zanim urodzi się dziecko. Bo oczywiście małe dziecko angażuje i później jest mniej czasu i możliwości na snucie się po sklepach, ale za to gdy już dziecko jest na świecie, wiemy najlepiej, czego w danym momencie faktycznie potrzebujemy.

Gdy młody miał 9 miesięcy, wyjechaliśmy do Francji, a przeprowadzka wiązała się z wieloma decyzjami o stanie posiadania i intensywnym jego ograniczaniem. We Francji pojawiło się jeszcze jedno dziecko, jeszcze jedna przeprowadzka, a potem wizja powrotu do Polski i kolejnych przenosin dobytku. Ta tymczasowość i przeprowadzki pomogły w ustatkowaniu naszego „esencjalistycznego” podejścia.

Gdy wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zadowolona, że mogę maluchom zorganizować fajną, przyjazną przestrzeń o charakterze „miejsce na wszystko i wszystko na miejscu”. Ale wtedy też pojawiły się różne trudności… 
Np. dary losu. Prezenty są fajne oczywiście i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale… przedmioty mnie przerosły i przytłoczyły. Zabawek było zatrzęsienie. Codziennie potykałam się o masy pierdółek z jajek niespodzianek, i błyszczących koszmarków, które dzieci dostawały zewsząd pod byle pretekstem. Było też sporo naprawdę fajnych zabawek, ale było ich zwyczajnie za dużo. A jak zabawek jest za dużo, dzieciaki szybko się rozpraszają i nudzą i niczym nie bawią tak naprawdę.
Do tego dochodzi kwestia ubranek. Używane ciuszki są super i zawsze bardzo się cieszę, gdy dostajemy coś po innych dzieciach, ale potwornie irytuje mnie segregowanie na milion stert: za małe na jedno, ale jeszcze za duże na drugie, na lato, na zimę, do oddania, do sprzedania, do odziedziczenia… I zawsze mi jest głupio, gdy dostajemy coś, co teoretycznie jest dobre, ale zwyczajnie mi się nie podoba, albo nie jest nam potrzebne.
Są jeszcze same dzieci – i ich gust, pasje i wola, objawiające się np maniakalnym zbieraniem kasztanów, płomienną miłością do tandetnego świecącego motylka, fantastyczną zabawą w gotowanie z papierowych wycinanek (i masą ścinków makaronu na podłodze)
Jest to wszystko upierdliwe i serio wystarczy chwila nieuwagi, a dziecięce gadżety namnażają się i opanowują całą przestrzeń w mieszkaniu. A walka z nimi jest zdecydowanie nierówna. Ale walczę!

Przede wszystkim kupujemy bardzo rzadko, są to zakupy przemyślane i z konkretnej
okazji
lub potrzeby. Wyjątek stanowią książki, dziecięca biblioteczka jest raczej
bogata.

Regularnie przeglądam te ich nieszczęsne ciuchy i pozbywam się tych nienoszonych i nie do noszenia w przyszłości przez któreś. Dzieciaki nie mają wiele miejsca na ubrania i ta ograniczona przestrzeń trochę reguluje ilość ich ciuchów (ta sama zasada panuje przy naszych ubraniach) – starszaki mają klasyczną szafę z Ikei (Stuva), a Małe komodę.

Przeglądam też ich pokój pod katem zabawek i niektóre rzeczy (zepsute, zniszczone, paskudne, do niczego nie przydatne) po prostu dyskretnie wyrzucam. Początkowo je chowam – na wypadek, gdyby okazało się, że chcę się pozbyć jakiegoś Ogromnie Ważnego Skarbu, i po jakimś czasie wyrzucam (lub oddaję, w zależności od stanu).

Staram się też wymieniać zabawki na widoku, bo z zabawkami i zabawą działa zasada pareto – przez 80% czasu bawią się 20% zabawek.

I przestrzeń mają zorganizowaną dość logicznie i przyjaźnie dla nich. Nie ma żadnych przepastnych „koszy zabawkowych” i stert pudełek jedno na drugim, które wymagają wywalenia wszystkiego, żeby dostać się do poszukiwanej rzeczy. Są szuflady i półki (i pudełka na klocki), pudełka z puzzlami i grami są ustawione pionowo, nie jedno na drugim, żeby do każdego był dostęp. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieci są demonami porządku, ale łatwiej (i efektywniej) jest mi zarządzić: klocki do pudełka, książki na półkę, kredki do puszki, niż rzucić enigmatyczne proszę tu posprzątać.

I tak to wygląda u nas z tym minimalizmem przy nieminimalistycznej rodzinie;)
Leo Babauta i inni ultrasi mogliby w naszym mieszkaniu dostać zawału z tego nadmiaru przedmiotów. Nie uprawiamy też minimalizmu instagramowego, który polega głównie na pokazywaniu pewnej biało – szarej estetyki. Po prostu panujemy nad naszym stanem posiadania.

Jak jest u Was? Próbujecie łączyć minimalizm z dziećmi, uważacie że to walka z wiatrakami i odpuszczacie, a może w ogóle odrzucacie koncepcję minimalizmu?

4 listopada, 2017 23 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggeddzieckojesieńlasmindfulnessmój stylprzyjemnościrozmyślaniaslow lifestyle

let’s play birds

by Paulina 28 października, 2017
spacer po lesie, spacer z dziećmi, jesień

Wiecie, z czego jestem chyba najbardziej dumna jako rodzic?
Że moje dzieci są zachwycone światem

Że w kolorowych, migających i grających czasach wymyślnych atrakcji i jeszcze wymyślniejszych zabawek, centrów handlowych i sal zabaw, na hasło „jedziemy do lasu” moje dzieci wykrzykują głośne „hurra!”


A w tym lesie…
w tym lesie wybierają najpiękniejsze liście, bo z tych wszystkich tysięcy właśnie ten mamusiu, dla ciebie
tłoczą się w emocjach przed samodzielnie dostrzeżonym grzybem i głośno zastanawiają, czy nadgryzły go ślimaki, czy może żuczki
przepychają przy błyszczącej pajęczynie
szurają w dywanach liści, robiąc skomplikowane systemy dróg
na wyścigi pokonują przeszkody
głaszczą mech
zastanawiają się, czy piękniejsze są czerwone, czy żółte liście
zbierają patyki, ale tylko najspecjalniejsze

I
oczy im się błyszczą. Policzki różowieją. I tak sobie idziemy wśród tych drzew pełnych magii,
grzejąc czasem zziębnięte łapki, słuchamy ich opowieści o musująco
zmiennej tematyce, odpowiadamy na najróżniejsze pytania, i chłoniemy leśność i ten wspólny czas.

 

28 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćdzieckorozmyślania

… na macierzyńskim, czyli nowy cykl

by Paulina 25 października, 2017

Urlop macierzyński to taki specyficzny czas, pozwalający poznać się od zupełnie nowej strony. Rodzimy się jako mamy, to oczywiste, zajmujemy maleństwem i odkrywamy nowe, niesamowite cechy naszej osobowości, trochę pewnie wymuszone przez okoliczności (np. niezwykłe pokłady cierpliwości, umiejętność organizacji, ogromną odpowiedzialność i obowiązkowość itd). To jest też czas, kiedy poznajemy się zupełnie na nowo, kiedy kobieta zostaje trochę sama ze sobą, ze swoimi myślami (choć czasem ciężko jest je usłyszeć…). A przy tym, ten czas z dzieckiem w domu, choć rozwijający w jedyny w
swoim rodzaju sposób zostawia nas bez pewnej stymulacji, jaką w
naturalny sposób daje praca i różne „dorosłe” wyjścia.

Zostajemy bez pewnych ram, bez rytmu dom-praca-dom.

To jedna z rzeczy, na które narzeka się mocno pracując na etacie, że kierat i dzień świstaka, ale ten kierat jakoś nas… ustawia. Daje pewne ramy.
No dobra, dziecko też nas ustawia i na pewno nie jest tak, że można spać nie wiadomo do której, a potem bumelować w piżamie, oglądać seriale i leniwie prokrastynować. Na prokrastynację nie ma czasu, dziecięce potrzeby są w trybie super-asap, i – dla własnego dobra – dobrze jest jakiś rytm wypracować i się go trzymać. Ale wszyscy znamy przypadki spektakularnego psucia planów przez rozkoszne maluchy, które raczyły się rozespać, rozwyć lub malowniczo przekroczyć możliwości pieluchy w momencie gdy właśnie mieliście wychodzić na spacer. Albo zlekceważyć potrzebę drzemki (na czas której mama miała intensywne plany). Albo niespodziewanie zasnąć na długie godziny podarowując matce cenny czas do wykorzystania.
Na macierzyńskim trzeba wyrobić w sobie umiejętność elastycznego (bardzo elastycznego) zarządzania czasem.

Bez motywacji i wyzwań intelektualnych.

Umówmy się, opieka nad dzieckiem nie stanowi wyzwania intelektualnego. Całe dnie spędzone na zmienianiu pieluch, spacerach, karmieniu, zabawach klockami nie dają naszym mózgom szczególnie dużo wyzwań. Choćbyśmy nie wiadomo jak stymulowały malucha Mozartem, bujaniem i mówieniem do niego, nie będzie on dla nas inspirujący w żaden sposób.
Na macierzyńskim, jakaś część naszego mózgu śpi sobie błogo, beztroskim snem niemowlęcia.

Poza tym, w przestrzeni ograniczonej do domu i standardowych spacerków widzimy te same rzeczy i osoby, nie dostarczamy sobie nowych bodźców i stymulacji, a to też może dodatkowo zawężać nasz świat. A w zawężonym świecie przestaje się chcieć – wyglądać, poznawać, doznawać.

A to wszystko jest cholernie ważne, wiem z autopsji, że nieużywane cechy osobowości i intelektu, tak jak mięśnie, usychają i kurczą się.
Wszyscy też znamy odkrywczą prawdę, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Zresztą, już zostawmy to dziecko nawet – mama nie jest tylko mamą, kiedyś pewnie wrócimy do pracy, kiedyś też dzieci przestaną być takie przyklejone do nas, kiedyś dzieci odejdą. Dlatego nie wolno pozwolić na uśpienie nie-mamowej części nas, bo potem może być naprawdę ciężko ją obudzić.

Jestem na macierzyńskim po raz trzeci, sporą część pierwszych dwóch razy byłam we Francji, bez własnych znajomych, za to z dwójką dzieci i ciągle jeszcze z powodzeniem funkcjonuję jako nie-rodzic, dlatego pomyślałam sobie o stworzeniu małego cyklu o pielęgnowaniu nie-mamy w sobie. Co myślicie, będziecie czytać?

25 października, 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry