W te wakacje znowu wywłóczamy te nasze dzieci gdzieś w świat, gdzie się pobrudzili i zmęczyli, gdzie nie było tabletów i gotowych zabawek.
Pod
namiot. W góry. Z trójką. Dla nas naturalne i zwykłe, ale często
słyszymy okrzyki niedowierzania, podziwu, widzimy pukanie się w czoło i
ostentacyjne kręcenie głową.
Wiem, że już pisałam, ale
znowu się powtórzę. Podróżowanie z dziećmi to nie jest sielanka. I to
nie jest tak, że dzieci nic nie zmieniają i można z nimi wszystko.
Mnóstwo się zmienia, i wcale nie jest tak, że za niczym nie tęsknimy.
Ba, wszelkie wyjazdy z dziećmi wyjątkowo mocno wyzwalają we mnie marzenia
i wspomnienia o beztroskich i spontanicznych wypadach tylko we dwoje.
Ale
warto, cholernie warto. Bo tak bardzo razem nie jesteśmy chyba nigdy. Nigdy jak właśnie podróżując nie integrujemy
się tak pięknie jako rodzina, nigdy się tak ze sobą nie zaprzyjaźniamy, nigdy nie mamy okazji tak skutecznie i namacalnie przekazać dzieciakom naszych wartości. Mam wrażenie, że właśnie na naszych wyjazdach najlepiej nam wychodzi wychowanie.
Taki rodzaj podróżowania z dziećmi, bez animacji i atrakcji, pod namiot, w naturę, w góry nie jest może najłatwiejszy ze wszystkich, ale serio da się to zorganizować, no i praktyka czyni mistrza;)
Wystarczy się odważyć, pozytywnie nastawić i pojechać, każdy następny taki wyjazd przyjdzie z większą łatwością.
A ja dzisiaj zapraszam na wyjazdową prozę życia. Opowiem Wam o tym, jak u nas wyglądają takie niezorganizowane przez biuro podróży wyjazdy od strony praktycznej.
Pakowanie na wyjazd z dziećmi
Ja
wiem, że teraz wszystko może być cudownie estetyczne. Mnie też podobają
się te zdjęcia o lekko retro klimacie, z elegancką skórzaną torbą,
kapeluszem i klapkami, na jakimś lnianym posłanku, pokazujące
przygotowania do wyjazdu. U nas z minimalizmu, nada się tylko
minimalistyczny opis sytuacji – chaos. Ale, choć może nie wygląda to
wszystko najpiękniej, pakujemy się tak, żeby było praktycznie i
wygodnie. Czyli, do siat z Ikei. Ikeowskie siaty są super – pakowne,
lekkie, dopasowujące się do przestrzeni bagażnikowej. Na dłuższych
wyjazdach każdy ma swoją, pełnią funkcję wakacyjnych szaf, sprawdzają
się idealnie.
Mamy też podział ról – ja pakuję ubrania i kosmetyki, mąż sprzęty typowo turystyczno – biwakowe. Mamy wprawę, i chociaż za każdym razem narzekamy na ilość gratów, idzie nam to całkiem sprawnie.
Co
pakujemy? Pisałam już o tym w poście o wyjazdach pod namiot z dziećmi – z ubrań, wszystkie które mamy. Z jedzenia – półprodukty o dań
sprawdzonych szybkich i nieskomplikowanych – makaron, kuskus, pomidory
pelati w puszce, cukinia, tuńczyk, kapary, oliwki, parmezan, oliwa z
oliwek,
przyprawy (pieprz, zioła prowansalskie, sól). Sprzęty turystyczne
(karimaty, śpiwory, koce, palnik, menażki i naczynia, latarki, linka,
siedzonka, tarp…), kosmetyki. Co można, optymalizujemy, przelewamy do mniejszych opakowań, stawiamy na uproszczenia i wielofunkcyjność (ostatnie odkrycie – lawendowe szampono-odżywko-mydło w kostce z kremolandu. Wspaniały, dobry skład, cudowne ograniczenie przestrzeni i naprawdę świetne działanie!)
Wyjazd ba wakacje z dziećmi
Praktyka pokazała, że u nas najlepiej sprawdza się
wyjazd nad ranem. Oczywiście wszystko zależy jeszcze od tego, jak długa
droga nas czeka, ale nasze wypady to zazwyczaj parę godzin jazdy.
Mamy
więc taką naszą tradycję, którą dzieciaki też bardzo lubią, bo to taki
przedsmak wakacji, że wieczór poprzedzający wyjazd, kładą się w
wygodnych ubrankach i śpiworkach (no chyba, ze jest bardzo gorąco). My
też, po głównym pakowaniu idziemy spać, łapiemy parę godzin snu. Nad
ranem wstajemy, szykujemy jeszcze „bagaż podręczny” (ciuszki na zmianę,
pieluchy, chusteczki, jedzenie i picie) i ostatki zapomniane wieczorem,
(oraz zazwyczaj niedoschnięte pranie;)) i ruszamy. Młodzież przeważnie
się przebudza się podekscytowana, ale po jakimś czasie jeszcze przysypiają, co
daje nam dwie-trzy godzinki spokojnej jazdy.
Jak już się obudzą,
robimy mały postój, śniadanko, rozprostowanie nóg itp i ruszamy dalej,
śpiewamy, gadamy, słuchamy muzyki, wyglądamy przez okna, liczymy
bociany, krowy i inne atrakcje (polecam samochodową grę w bingo).
Na miejscu
Można szukać dodatkowych atrakcji w Bieszczadach,
ALE PO CO. To jest
właśnie cały urok tych gór. Chyba każdych gór zresztą i w ogóle natury. Że są po prostu,
Dzieciaki się trochę wyciszają od tych wszechobecnych bodźców,
odpoczywają od przestymulowania, o którym trąbią psychologowie
dziecięcy. Nagle najlepszą atrakcją staje się niesienie biedronki,
wspaniałą rozrywką oglądanie kamieni, zabawą doskonałą ciamkanie w błocie.
A jakie szlaki z dziećmi w Bieszczadach
O naszym chodzeniu po górach z dziećmi pisałam trochę w tekście o motywowaniu dzieci do chodzenia po górach.
To
nie był nasz pierwszy wyjazd z dziećmi w góry, więc znamy możliwości
swoje i maluchów. Dlatego na szlaki ruszaliśmy z dwoma nosidłami – jedno
dla Najmłodszego Pirata, drugie, dla Iskry na wypadek utraty sił.
Tym razem chodziliśmy tymi szlakami:
- Szlak na Jawornik – fajny spacerek z naszej Wetliny, można
samochodem podjechać do końca drogi asfaltowej, potem już w zasadzie od
początku jest piękny widok, nie trzeba dużo chodzić;) Poszliśmy tam
pierwszego dnia, żeby zobaczyć jak nam się chodzi, jak chodzi się
dzieciakom, jak
sprawdzają się ich buty, i czy spodnie przeciwdeszczowe są faktycznie
takie potrzebne (TAK!) - Zagroda Żubrów w Mucznem i szlak na Bukowe Berdo
- Połonina Wetlińska. To dla kilkulatków dość forsowny, długi dla szlak, ale
naprawdę przepiękny, można rozciągnąć na cały dzień, robić przystanki w
najpiękniejszych możliwych okolicznościach przyrody. Weszliśmy żółtym z
Wetliny i zeszliśmy przy Chatce Puchatka, do naszej bazy wróciliśmy
busem. Można też wejść żółtym szlakiem z Wetliny i przejść tylko na
Smerek i wrócić. - Połonina Caryńska, wersja skrócona zielonym szlakiem z przełęczy wyżniańskiej na górę, zejście w Ustrzykach
- wycieczka z mapą, bez szlaku. Chcieliśmy pokazać dzieciakom inne chodzenie, dlatego któregoś dnia wybraliśmy się na spacer na jakąś nienazwaną górę.
- generalnie, jeśli planujecie z dzieciakami wycieczki po górach,
najbardziej niezawodna w tym celu będzie właśnie stara, dobra mapa. Na mapie zaznaczone są punkty widokowe, a przy
szlakach są zaznaczone czasy przejścia, z małymi dziećmi trzeba te
wartości przemnożyć przez 1,5, a nawet dwa.
deszcz pod namiotem w Bieszczadach
Pogoda w Bieszczadach tym razem była mocno w
kratkę, z dość dużym nastawieniem na deszcz. Co samo w sobie ma sporo
klimatu takiego romantyczno-przytulnego, starszym dzieciakom w kaloszach
i kurtkach – a w ostateczności w namiocie lub świetlicy z książkami,
kredkami lub planszówkami też to nie przeszkadzało. Jedynie
dziesięciomiesięczny
maluch był poszkodowany, bo nie może spędzać na kolanach na trawie tyle
czasu ile by
chciał.
Na szczęście było ciepło.
Warto podjąć wysiłek, warto trochę się razem z dzieciakami zmęczyć, przeżyć wspólnie przygodę – jak to działa w kwestii zbliżania się do siebie, kto doświadczył wspólnego klasowego przypału na wycieczce szkolnej.
To nasze praktyki, nam się sprawdzają najlepiej, dlatego się dzielę, jeśli macie jakieś swoje patenty na podróżowanie z dzieckiem poza utartymi szlakami, baaardzo chętnie przeczytam!!!
Jeśli macie jakieś pytania, dawajcie śmiało.
Jeśli uważacie, że post może się komuś przydać, śmiało udostępniajcie:)













































































































































































