Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

aktywnie z dziećmilatoPodlasiepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemprzyczepka rowerowarowerrower z dzieckiemslow lifestyle

weekend nad Bugiem

by Paulina 14 czerwca, 2018

Trochę mi się chciało nad morze tak naprawdę. Ale czas mieliśmy ograniczony, a z naszego Lublina nad morze jest naprawdę daleko, więc postawiliśmy na bliższy wypad, nad Bug z rowerami i przyczepką.
Bug. Romantyczny Bug, nieuregulowany, klimatyczny, dziki. Kojarzący się ze wschodnią duszą, z ta dobrą prostotą. Esencja tej symbolicznej sielskiej polskości.

Wybraliśmy się do Serpelic, samego serca Parku Krajobrazowego Przełomu Bugu. Wynajęliśmy niedrogo mały drewniany domek wśród sosen. Brzmi super, ale na tym zalety miejscówki się skończyły;) Ośrodek trochę… retro, jeśli wiecie co mam na myśli, z różnymi budynkami niewiadomego przeznaczenia – ale ewidentnie w trakcie przemian i usprawnień, np część domków już zostało wyremontowanych, a na terenie ośrodka jest tez fajny park linowy. Cieszę się też, że byliśmy tam przed wakacjami, bo w zasadzie nie było ludzi  – niestety ci, którzy się pojawili, ilością wydawanych decybeli utwierdzili nas w przekonaniu, że zdecydowanie wolimy bezludną głuszę.

Ale, przecież przyjechaliśmy do parku krajobrazowego, nad Bug, a nie do domku, więc zdecydowaną większość czasu spędziliśmy na rowerach, w takich okolicznościach: 

Wilczek dzielnie jeździł sam na rowerze, choć drogi mało przyjazne, bardzo piaszczyste.

w końcu, komuś trzeba było ustąpić miejsca w przyczepce.

co wy mie tu dajecie
stópki też spróbowały

nadbużański park krajobrazowy, podlasie z dziećmi, rower z dzieckiem

przyczepka rowerowa, weekend nad bugiem, wycieczki z dziećmi

Okolice arcymalownicze. Przestrzenie, poczochrane drzewa, łąki i stogi (zwoje?) siana, zieloność. Niebo z takimi poetyckimi obłoczkami, idealnymi, żeby sobie leżeć leniwie i wpatrywać się w ich kształty – czysty mindfulness, kwintesencja tu i teraz, zen doskonały. Do tego ta rzeka, kręta i niespieszna, zielonkawa, zarośnięta obfitą roślinnością.

A to wszystko z taką ścieżką dźwiękową… Cisza odcywilizacyjna. Szum wiatru, rechot żab, bzyczenie much, cykanie świerszczy i szalony ptasi chór.

I zapach jeszcze sobie dodajcie. Słodko-obłędne lipy. Świeżo skoszone siano. Ten piasek rozgrzany. I rzeka. I czereśnie.

Wdech. Wydech.

To właśnie jest szczęście.

Stadnina koni w Janowie Podlaskim

I uroczysko Zaborek. Fantastyczny, ogromny zielony teren i zaadaptowane do celów restauracyjno-hotelowych budynki z XIXw

Piękne miejsce, to domek gajowego wśród drzew, z zaciszną werandą. Podobno w nim zatrzymuje się zawsze Charlie Watts z Rolling Stones, gdy z żoną Shirley przyjeżdzają na aukcje koni.

W tym wiatraku też można spać
Pomieszkałabym tu. Trochę drogo, ale powiedziałabym, że cena adekwatna.

Zdecydowanie, przepiękne miejsce na lekko przedłużony weekend.
Po ciszę, po naturę, po spokój.
Po piękny rodzinny czas.
Po właściwe proporcje i poukładanie priorytetów w głowie.

14 czerwca, 2018 15 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
latolubelszczyznamój stylslow lifestyleupałwiosnazmysły

opisy przyrody

by Paulina 4 czerwca, 2018

No nie da się inaczej.
Co roku o tej porze, pijana tym pięknem bombardującym wszystkie zmysły, siedzę i wzdycham.

Mrużę oczy w słońcu.
Powietrze drga od upału, pachnie rzeką, porusza się wiatrem.
Dzieciaki pochłonięte po uszy najlepszą zabawą na świecie, wodą i piaskiem. Niemowlę też spełzło z koca czemprędzej, odkrywa plażę całym (zapiaszczonym) sobą, w bezzębnym zachwycie totalnym.
Rozglądam się, przyroda oszalała, kwiaty buchają swoja kwiatowością na wyścigi, każdy najpiękniejszy na świecie. Ptaki chyba mają nieustający ptasi Woodstock, miłość i śpiew.

Płynie Wisła i krew z mojej zranionej w rzece stopy. Trochę wbrew sobie unieruchomiona siedzę i tak siedząc, tym intensywniej chłonę ten czerwiec niesamowity, to wiosenne lato, jeszcze świeże i energetyczne. Jest tak pięknie, że aż boli serce.

 Boli serce i boli palec bez opuszki…;)

4 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowanie

Must-have dla dzieci!

by Paulina 1 czerwca, 2018

Dziś (jeszcze) Dzień Dziecka!
Moje drogie, pamięć, kalendarz, reklamy, radio, telewizja, instagram i blogi bywają zawodne. Być może umknęło Wam, że dziś święto naszych pociech! Rety! Szybko szybko! Co tu robić, co robić, prezenty przecież trzeba, laboga, bez prezenta nie ma świenta, wszyscy to wiemy przecież. Tylko, co robić jeśli dziecko ma już wszystko? Iść w skomlikowańszą elektronikę, stawiać na gadżety z kreskówek, niezawodny (milionowy) zestaw lego…? Quad, dron, weeked w mini-spa dla małej lolitki?

Moje drogie. Tu wchodzę ja, cała na biało. Doświadczona matka wielodzietna, been there, done that.
Po serii skomplikowanych doświadczeń, badań testów.
Okazuje się, że atrakcją dla dziecka może być… ŚWIAT.

Dzisiaj, z okazji dnia dziecka
zapraszam na rewolucyjny i spektakularny sposób zajęcia naszego malucha. 

Co więcej, ta sensacyjna zabawa może odbywac się wszędzie. Pod domem, na pikniku, na wakacjach. Sprawdzi się na Lazurowym wybrzeżu i pod blokiem we wschodniej Polsce. Zajęcie dla dziewczynek i chłopców. Rozwija dużą i małą motorykę, integrację sensoryczną, świetnie wpływa na zdolności matematyczne, wprowadza podstawy fizyki. Działa cuda na wyobraźnię przestrzenną. Dostarcza bodźców wyobraźni. Fantastycznie oddziałuje na kreatywność. Słowem, rozwija mózg jak wariat.
Mało tego, do tej wszechstronnie rozwojowej zabawy nie potrzeba wiele.
W
zasadzie, wystarczą kamyczki.

Kamyczki. Duże i małe. Najchętniej w połączeniu z dowolną wodą. I już.
Powyższy tekst jest może trochę prześmiewczy, ale cudowności rozwojowe, które po prostu DZIEJĄ SIĘ przy kontakcie dzieciaków z kamykami, patykami, naturą, są faktyczne zupełnie realne.
Dzieci nie potrzebują gadżetów, potrzebują świata.

1 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckona macierzyńskimrozmyślania

Dzień Matki Wielodzietnej.

by Paulina 26 maja, 2018

Miałam iść do fryzjera. Nic spektakularnego, żadnych metamorfoz, podcięcie po prostu. A potem kawka, może jakieś sklepy, tak mało fantazyjnie może, ale przede wszystkim Bez Dzieci.
Wiem doskonale jak odświeżająco działają takie beztroskie trzy godzinki. I bardzo takiego odświeżenia potrzebowałam. Bardzo.

Ale, skoro o tym piszę, domyślacie się pewnie, że plany mi się posypały.
Zamiast fryzjera miałam dom z trójką kaszlących nieletnich, zamiast spaceru i sklepów, głośny dom z bałaganem, wszystko okraszone niewyspaniem spowodowanym praca do późna i licznymi pobudkami najmłodszego. No nie tak to miało wyglądać. Zupełnie nie tak.
To nie tragedia oczywiście, wiem doskonale.
Bo to kaszelki tylko i jedno bolące ucho, a nie okropne poważne choroby które przecież też się przydarzają.
Bo dzieci, choć głośne i kłócące się, to przecież mądre, dobre, kochane i w ogóle najwspanialsze na świecie.
Bo mieszkanie, choć zabałaganione, to własne (no, trochę banku;) ), bezpieczne.
Bo to tylko włosy niepodcięte.
Tylko głowa nieprzewietrzona.
To gorszy dzień po prostu. Bywa.
Wiem, że to nic.

Ale tego dnia to nie było nic. To była ta słynna kropla w czarze zmęczenia, niewyspania, braku czasu dla siebie.
No więc, czara przelana.
Warczę na dzieci, a dzieci, cholerne papierki lakmusowe wyczuwają potężny wkurw, więc na wszelki wypadek stają się trochę bardziej roszczeniowe. Warczę bardziej. Dzieci robią kolejną awanturę nie-wiadomo-o-co, najmłodsze wzgardza snem. Po wydarciu się na nich boli gardło i sumienie. Przecież to dzieci, do tego chore i jeszcze mają wredną matkę pohukującą że nie może teraz, bo musi pracować. Mamusiu, a kiedy skończysz pracować. Nigdy jak mi będziecie ciągle przeszkadzać. [oddech] Przepraszam kochani, niemiło się zachowuję dzisiaj, jestem zmęczona i smutna. Przytulają mnie trochę nieporadnie małe ciepłe rączki, a ja staję się jednym wielkim wyrzutem sumienia. Oddycham. Ale za chwilę sytuacja się powtarza. Jęki-awantura-krzyk. A praca czeka.
Wieczorem czuję że zawaliłam na każdym polu.

Sprawdzam bilety lotnicze. Dwie osoby dorosłe, zero dzieci.
Może jesienią.

***

Minął ten dzień. Jak każda najdłuższa żmija.
Jest później o meliskę, trochę bezdzietnej przestrzeni, dzisiejsze laurki.

Dziś Dzień Mamy.
Życzę nam wszystkim, żebyśmy miały czasem chwilę dla siebie. Żebyśmy czasem mogły złapać oddech i dystans. Żeby z tego dystansu spojrzeć na najpiękniejsze i najtrudniejsze szczęście jakim jest bycie mamą. Bo wiecie, pełny obraz widać dopiero z pewnej odległości, nie widać magii w wyciągnięciu królika z kapelusza, jeśli tkwimy gdzieś na króliku. Więc dystansu życzę, tego metaforycznego i zupełnie rzeczywistego.
I, chociaż bycie mamą to najcudowniejsza rzecz na świecie, to żebyśmy nie były tylko mamami. Żebyśmy zachowały dla siebie trochę siebie.
Żebyśmy nie były dla siebie takie surowe. Dla siebie samych i dla siebie wzajemnie. Żebyśmy w gorszych chwilach miały kogoś, kto na nasze narzekanie nie powie, że wszystko jest kwestią organizacji, tylko rozumiem, że jest ci ciężko (pozdrawiam Basiu!).
Bądźmy dla siebie dobre dziewczyny. Nie dosrywajmy sobie wzajemnie, nie oceniajmy pochopnie innych matek, nie toczmy krwawych batalii o metody wychowawcze. Wspierajmy się.

 

26 maja, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmicodziennośćdzieciństwo unpluggedmoda rowerowamój stylpodróże i wycieczkirowerrower z dzieckiemwiosna

maj

by Paulina 16 maja, 2018
cycle chic, risk made in warsaw, rowerem w sukience

Zielono.
Pachnąco do obłędu.
Kwieciście.
Słonecznie.
Ale też intensywnie.

Jakaś
taka zachłanność. Zachłannie rozbuchała się ta roślinność, ta wiosna,
cudowna przecież i wyczekana. Przyszła, ostentacyjna i pewna siebie,
rozrzutna. Nie pozwalająca się sobą nie zachwycać.
Pędzimy na
pikniki i rowery, zrzucamy buty na wyścigi, wwąchujemy się w zieloność,
sycimy kwiatami, karmimy słońcem.
Dzieci idealnie wpasowane w naturę.
Rosną szybko jak trawa.

Ten czas ostatni, było tak pięknie, że można by powiedzieć, że szkoda byłoby to przespać. Ale… trochę bym pospała jednak więcej.
Bo
brakuje mi czasu i rąk mi brakuje, głowy jeszcze ze dwie też by się
przydały. Dzieci, praca i dom ściśniete w codziennym grafiku próbuję
pogodzić jakoś z tą wiosną piękną i apodyktyczną. Czasem nie daję rady.

Dlatego ta szara deszczowość mnie nie zmartwiła specjalnie, pomogła to piękne wiosenne szaleństwo trochę wyciszyć, oby tylko nie przeciągnęła się zbytnio.

cycle chic, risk made in warsaw, rowerem w sukience

 

16 maja, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmichustagórygóry z dzieckiemKarkonoszepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemSudetywiosna

Karkonosze z dziećmi, czyli nasza kwietniówka

by Paulina 30 kwietnia, 2018

majówka w górach, sudety z dzieckiem, trekking rodzinny

To była dość spontaniczna decyzja.
Wyjazd z dzieciakami w Karkonosze był kuszący (nigdy nie byliśmy w Sudetach!), no i jak wiecie jeździć w góry z dziećmi lubimy, ale trochę obawialiśmy się odległości do pokonania z maluchami i tego, że dla żadnego z nas nie byłby to wyjazd totalnie wakacyjny, oboje mieliśmy zobowiązania zawodowe.

Ale, jeśli mamy w życiu jakieś zasady, to jedną z nich jest „lepiej jechać niż nie jechać”;)
Pojechaliśmy.

majówka w górach, dzieci na szlaku, trekking rodzinny, sudety z dzieckiem

I, jej, jak się cieszę, ze to zrobiliśmy.
Bo trafiliśmy z czasem tak, że lepiej się nie dało. Ta świeża, soczysta wiosenka, zaliściające się fluorescencyjnie drzewa, krajobrazy jeszcze trochę buro szare, a jednocześnie fantastycznie zielone i białe w kwiatach drzew owocowych. Słońce wiosennie energetyczne. Powietrze rześkie i doskonale przejrzyste. Temperatura idealna na wędrówki. A do tego upajająca, pusta przedsezonowość.

Mieszkaliśmy w Piechowicach, miasteczku pod Szklarską Porębą, w świetnym mieszkaniu wynajętym przez airbnb (tu link jeśli chcecie zniżkę 100zł na pierwszą rezerwację). Mieszkanie na własną rękę jak tu, lub w domku lub w namiocie jest dla nas zdecydowanie wygodniejsze – czujemy się swobodniej, sami robimy jedzenie, co z dzieciakami ma spore znaczenie.
Bardzo też się cieszę, że nie mieszkaliśmy w samej Szklarskiej, która, choć przepięknie położona i ze świetnym potencjałem, zrobiła na mnie niezbyt przyjemne wrażenie. Było jakoś tłoczno, chaotycznie i hałaśliwie – wszędzie remonty i budowy (co jest zrozumiałe, bo przygotowują się do sezonu, ale niekoniecznie przyjemne), stoiska z koszmarnymi pamiąteczkami które ekscytowały moje dzieci i ten estetyczny i architektoniczny bałagan.

Dzień 1 – Wodospad Kamieńczyka

Ponieważ nie było turystycznych tłumów, (które wyjątkowo mi działają na
nerwy), odwiedziliśmy trochę oczywistych atrakcji i szlaków w okolicy.
Pierwszego
dnia udaliśmy się do wodospadu Kamieńczyka, najwyższego w polskich
Sudetach i pierwszego punktu żelaznej listy do zobaczenia w Szklarskiej.
Miła, spacerowa traska, wodospad faktycznie piękny, przy schronisku miły widok. Patrząc na
przestrzeń i ilość ławek i stolików przy schronisku, można sobie tylko wyobrazić, co
się tam dzieje w sezonie…

majówka w górach, dzieci na szlaku, trekking rodzinny, co robić w szklarskiej porębie

 Dzień 2 – Dinopark w Szklarskiej Porębie

Wobec niesłabnącej miłości moich dzieci (a zwłaszcza Wilczka) do
dinozaurów, kolejny dzień spędziliśmy w tamtejszym dinoparku. Który nie
zachwycił mnie za bardzo. W tamtym roku byliśmy w Bałtowie i tam te dinozaury zrobiły jakoś większe wrażenie. A może to po prostu taki moment. Część atrakcji po zimie była jeszcze niewyciągnięta, nie odświeżona i całość robiła niezbyt miłe wrażenie.  Na mnie w każdym razie, bo dzieciaki bawiły się świetnie, oglądały
dinozaury z zainteresowaniem i przeszczęśliwe wyskakały się na
dmuchańcach.

Dzień 3 – Zamek Chojnik

Wybraliśmy się też na zamek Chojnik, prowadzą tam dwa szlaki, czerwony i
czarny. My zdecydowaliśmy się na czarny, żeby po drodze zahaczyć o
ciekawe zbójeckie skały, które dały dzieciakom fajną motywację do
marszu. Trasa bardzo ładna, sam zamek też robił wrażenie, dodatkowo
wzmocnione przepięknym widokiem z baszty i opowieściami
przesympatycznego Jędrka – kasztelana zamku.

majówka w górach, dzieci na szlaku, trekking rodzinny, co robić w szklarskiej porębie

majówka w górach, dzieci na szlaku, trekking rodzinny, co robić w szklarskiej porębie
Zejście czerwonym szlakiem. „Mamo, a po co w górach jest chodnik?”

 Dzień 4 – Pod Łabskim Szczytem

Następnego dnia mieliśmy więcej czasu, dlatego pokusiliśmy się o
większą traskę, czyli wejście do schroniska pod Łabskim Szczytem.
Pierwsza część trasy to zwykła ścieżka w lesie, pełna wielkich kamieni i korzeni.
Ciekawiej zrobiło się koło połowy, po przekroczeniu strumienia. Las osnuł się nagle mchem i magią. Delikatne światło prześwietlało gałęzie z młodziutkimi listkami, miękki mech się zielenił, strumyk szumiał. Zupełnie nie zdziwiłabym się,
gdybym zobaczyła jakiegoś elfa, czy inną driadę.
To cudowny dzień by, bardzo intensywny.

Ile punktów warte jest pokonanie takiego błota, czyli motywujemy.

majówka w górach, dzieci na szlaku, trekking rodzinny, co robić w szklarskiej porębie

Bardzo śmieszne żarty i bardzo zmęczone dzieci.

 Dzień 5 – Wodospad Szklarki

Ostatni dzień, to wodospad Szklarki, który, zawalony turystami, pogłębił naszą wdzięczność, że nasza majówka odbyła się w kwietniu. Szczęśliwie, jak to zazwyczaj bywa, wystarczyło oddalić się od popularnego punktu o kilkadziesiąt metrów, by zrobiło się cicho i spokojnie. Szlak, który wiedzie wzdłuż rzeki jest bardzo malowniczy, spokojny, był idealny na odetchnięcie przed podróżą.

Taką to mieliśmy przyspieszoną majówkę.
Nasyceni świetlistą zielonością, wędrówką, widokami. I sobą wzajemnie.
Ogarnięci dobrym, górskim zmęczeniem. Wzruszeni naturą.
Dzieciaki dopytują kiedy znowu jedziemy w góry

30 kwietnia, 2018 28 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjak odpoczywaćmindfulnessrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

kto ma czas slow life?

by Paulina 16 kwietnia, 2018
slow lifestyle, uważność, mindfulness, jak odpoczywać

Hasztag #slowlife jest wszędzie i każdy ma jakąś jego sielską wizję, wzmacnianą przez instagram przeważnie. Slowlife jest trochę kreowane na takie miłe życie bez rachunków do zapłacenia, gaci do uprania, bez dziecięcych chorób i fochów, problemów, no i bez pracy. Slowlife jest najchętniej w pięknym (posprzątanym) wnętrzu, z estetycznym kubkiem w dłoni i równie estetyczną książka. Wtedy jest slow. Ale w prawdziwym życiu kubek jest obity, wysmakowane wnętrze pełne klocków lego, a nad estetyczną książką przysypiamy wieczorem. Czy to oznacza, że slow life i uważność to tylko modne i nie mające odbicia w rzeczywistości hasełka opisujące nierealistyczne focie na insta?

Moim zdaniem nie.

Dla mnie bycie slow nie oznacza absolutnie szeroko pojętej slow insta-estetyki. Ani słynnego rzucenia tego wszystkiego i wyjechania w Bieszczady.  Ani nawet przeżuwania sto razy jednego kęsa i kontemplowania każdej jednej chwili  gdy terminy gonią, dzieci się kłócą, a nad wszystkim panoszy się wcale-nie-artystyczny bajzel.

Nie żyję w jakiejś bajkowej bańce.

Mam trójkę małych dzieci, obowiązki domowe, męża i pracę. I wiem doskonale, że na co dzień, w kieracie nerwowych poranków, przedszkoli, placów
zabaw i innych, a do tego pracy zawodowej, gotowania obiadów i
zajmowania się domem, uważność może uciec hen daleko. Bo gdzie i jak w prawdziwym życiu znaleźć czas, chęci i siłę na to słynne slow?

Slow life vs real life

 

A jednak. Nie chcę odkładać uważności na urlop, emeryturę, czy czas gdy dzieci pójdą na dzień do dziadków. W ogóle nie jestem fanką odkładania życia na później.To przecież teraz jest ten najpiękniejszy czas, to teraz rzeczywistość błyska co chwilę momentami szczęścia totalnego. To ten czas będziemy wspominać za ileś lat z łezką w oku, że to były najpiękniejsze lata. Nie chcę ich spędzić na czekaniu do wieczora, do weekendu, do innej pogody. Nie chcę ich spędzić z jednym okiem w telefonie i jedną myślą gdzieś daleko. Chcę się na tym obecnym życiu skupić.
A żeby tym obecnym życiem żyć uważnie, nie potrzebuję wcale jakiś dodatkowych zewnętrznych okoliczności typu drewniany domek z widokiem, estetyczne gadżety za miliony monet czy wieczna laba pozbawiona obowiązków.
Najlepsze jest, żeby odnaleźć uważność w codzienności, pomiędzy zmianą pieluch, odkurzaniem, pracą przy komputerze, nastąpywaniem na klocek lego a gotowaniem. Dlatego odkładam telefon,  dostrzegam małostki, zauważam drobiażdżki i zachwycam się szczególnostkami. Wieszane codziennie pranie pięknie pachnie, sterta zamalowanych kartek na podłodze skrywa jakiś genialny portret kałamarnicy kolosalnej pełnej uroku osobliwego osobistego, a przy (kolejnym tego dnia) przebieraniu niemowlaka nie odpuszczam okazji do wycałowania najpiękniejszych stópek na świecie (które tak szybko rosną!), na spacerku mrużę oczy w słońcu. Przy czym to tez nie jest tak, że to wieszanie prania, czy sprzątanie rysunków nagle stają się uduchowionym wspaniałym zajęciem. Po prostu nabierają pewnego uroku. Różnica dość subtelna, ale znacząca, ot wieszanie prania vs rozwieszanie pachnących i czystych ubrań. Czujecie to?

Gotowanie sprawia przyjemność wszystkim zmysłom, nawet jeśli to zwykła zupa codzienna, czy najprostszy makaron. Koszmarny bałagan w dziecięcym pokoju wynika przeważnie z idealnie zgodnej i cudownie kreatywnej zabawy przedszkolaków. Osiedlowy spacer powszedni to fantastyczny sposób na ożywienie umysłu i iście genialna szkoła zen. Kawa pita po nieprzespanej nocy ma cudowny aromat. Wieczorne czytanie, czy śpiewanie kołysanek to prawdziwe uosobienie uroku rodzicielstwa i skończą się szybciej niż nam się wydaje. Drobiażdżki, momenty. Kwestia wzięcia głębokiego oddechu i wraz z nim nabrania dystansu. Bo z tego dystansu lepiej widać to, co ważne.

A poza tym wiecie, bałagan w mieszkaniu oznacza, że mam mieszkanie, naczynia do pozmywania, że nie jesteśmy głodni, codzienne pranie, że mamy w co się ubierać, a codzienne siedzenie przy komputerze daje satysfakcję i pieniądze. Itd. To też warto dostrzec.

Codzienność jest pełna błysków i roziskrzeń, pozwólmy sobie je zauważyć, to właśnie na tym polega slow life.
Na tym zatrzymaniu się na moment.
Na chwilę.
Na brzdąknięcie szczęścia.
Na Boga, jest pięknie!

16 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckomindfulnessmój stylrozmyślaniaslow lifestylewdzięczność

bitter sweet symphony

by Paulina 10 kwietnia, 2018

Kwiecień to taki słodko gorzki miesiąc.

Świat pięknieje. Rosną listki i uśmiechy, pojawiają się kwiatki i radość. Słońce całuje po nosie, nos wącha łapczywie świeżą roślinność, świeża roślinność wybujuje na wyścigi.
Ta buchająca przyroda przyprawia co roku o zawrót głowy. Upaja. Uderza obuchem jasności.
A jednocześnie dostaję innym obuchem.

Co roku w kwietniu dwójka moich dzieci dostaje o jedną świeczkę więcej na swoich tortach.

Świeczek coraz więcej, czasu coraz mniej.
Dziś uczą się turlania do celu, jazdy na rowerze z pedałami, wiązania sznurowadeł. Jutro będą wybierać studia, miejsce zamieszkania i małżonków.

Patrzę na nich, coraz starszych, i ciągle jeszcze takich małych. Patrzę i chce mi się ten trwający czas zatrzymać pazurami.
Chłonę gorączkowo. Mrugam powiekami, trochę żeby utrwalić sobie w pamięci tę chwilę, trochę, żeby powstrzymać nieznośnie sentymentalną łzę.

10 kwietnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
dzieckointegracja sensorycznarozmyślaniawychowaniezmysły

zabawy wspomagające integrację sensoryczną

by Paulina 27 marca, 2018

Tytuł brzmi okropnie przemądrzale, wiem.
Ale zapewniam, że moje propozycje takie nie będą:)

Problemy z integracją sensoryczną to dzisiaj spory problem. Objawia się w zachowaniu (i tzw grzeczności dziecka), trudności z koncentracją, słabą koordynacja ruchowa, niezdarnością, nadwrażliwością na bodźce (np wszystkie ubrania są gryzące, dziecko nie chce się przytulać), lub wręcz przeciwnie, ciągłym poszukiwanie bodźców – nadaktywność i brak hamulców. 
Z
czego one wynikają, oczywiście nie do końca wiadomo, jak zwykle, ale
wiele ekspertów jako jedno ze źródeł problemu mówi o tym że dzisiejsze
dzieci nie eksplorują świata wszystkimi zmysłami.

Wszystko jest
strasznie bezpieczne, kanty są usuwane, brud wycierany, na placach zabaw
co chwilę słychać, zostaw, nie siadaj nie dotykaj, to brudne (same
place zabaw zresztą też zrobiły się aż do znudzenia przewidywalne,
sztampowe i z dokładnie wyznaczonymi rodzajami zabaw).
Zabawki są
gładkie i plastikowe – jeśli dostarczają bodźców zmysłowych, to tych
agresywnych i bezsensownych, czyli świecąco migocących i głośnych
syntetycznych dźwięków. Do tego dochodzą oczywiście smartfony i tablety i
najmłodsze maluchy które sprawnie smyrają sobie po gładkich szybkach.
„90% dzieci poniżej 2. roku życia ogląda jakiś rodzaj mediów
elektronicznych, a dzieci do 2. roku życia oglądają średnio 1-2 godziny telewizji dziennie.
1/3 dzieci ma telewizor w sypialni w wieku 3 lat. 39% rodziców małych
dzieci potwierdza, że telewizor jest w ich domach włączony, przez co
najmniej 6 godzin dziennie! (źródło)” To też nie pomaga…


Wszystkie zmysły są ważne. Ważne jest dotykanie, czucie różnych struktur, słuchanie najróżniejszych dźwięków, smakowanie, wąchanie i oglądanie oczywiście też.

Moje propozycje wzmacniające integrację sensoryczną są zupełnie zwykłe,
nie ma w nich nic odkrywczego, integracja sensoryczna wzmacnia się
tutaj trochę przy okazji. Nasze pokolenie po prostu się tak bawiło (i
może dlatego nie doceniamy takich właśnie zabaw jako rozwojowych). Nie
potrzeba żadnych specjalnych
zajęć, drogich zabawek, ani mnóstwa czasu, ani specjalnych przygotowań. 
Kluczem tutaj
jest uważność. Uważność na daną chwilę. Robimy obiad? (prosty makaron z
cukinią i tymiankiem), dajemy do pomacania mąkę, kawałek makaronowego
ciasta, dajemy do wąchania tymianek, i, np dla porównania, oregano.
Zwracamy uwagę na świeży śnieg, na pierwsze pączki na drzewach, na kwiatki, na strukturę owoców. Zachęcamy – dotknij, poczuj, zauważ. To świat jest właśnie, cudownie różnorodny. Zadajemy
pytania, jakie to jest, czy zimne czy ciepłe, czy przyjemne, z czym ci się kojarzy.
Dzieci
naturalnie mają tę fantastyczną skłonność do poznawania totalnego. Nie
przeszkadzajmy im w tym. Pozwólmy wziąć do ręki pasikonika, chrabąszcza,
gąsienicę i żabę, nawet jeśli sami się trochę brzydzimy. Głaszczmy
trawę. Wąchajmy. Kucnijmy razem z nimi, weźmy lupę na spacer i
obserwujmy mrówki.

 

rozszerzanie diety

  • Wspomaganie integracji sensorycznej można zacząć już w okresie niemowlęcym. Polecam noszenie w chuście i delikatne relaksujące masaże przed kąpielą. Głaskanie i przytulanie, bujanie. BLW przy rozszerzaniu diety.
  • Smyranie, głaskanie, rysowanie palcem na pleckach
    prostych rzeczy (typu serduszko, słońce, domek) i odgadywanie co to
    jest – to pozwala fajnie skupić się tylko na dotyku. I jest zwyczajnie
    przyjemne.
  • Wąchanie przypraw przy okazji. Zresztą, nie tylko przypraw, w ogóle wąchanie, opisywanie tego, co czujemy.

  • Jedzenie z zamkniętymi oczami.
    Fajna jest zabawa w jedzeniowe odgadywanki. Zawiązuję dzieciakom oczy,
    sadzam je na blacie w kuchni i daję do próbowania różne rzeczy – mają je
    opisywać i odgadnąć, co dostały. Arcyprosta rzecz, bardzo przyjemna a
    jednocześnie trochę otwierająca na nowe smaki.
  • Chodzenie na bosaka, nie tylko po delikatnym ciepłym piaseczku, ale też po trawie, po ziemi, po błocie, po lesie, generalnie po podłożu o różnej fakturze – same korzyści, dla zdrowia, postawy, przyjemności.

gotowanie a integracja sensoryczna,

  • Robienie ciasta z rodzicami, wspólne gotowanie,
    zabawy w mące, wkładanie rączek do kaszy, ryżu, soczewicy. To bywa
    nieco bałaganogenne, ale czy jakiekolwiek dziecięce aktywności nie są?
    Poza tym dziecięce „pomaganie” w kuchni działa też dobrze na ich
    otwartość kulinarną, angażuje w domowe obowiązki (widzą, że jedzenie nie
    przygotowuje się samo), daje im poczucie że są potrzebne i ważne.

  • Kontakt ze zwierzętami. Ten oczywisty, jak głaskanie kotów, czy zabawy z psami, ale też dżdżownice, chrabąszcze i żaby
  • Przyroda przyroda przyroda. Szyszki, błoto, piasek, trawa. Wspinanie się po drzewach, bieganie, skakanie, najróżniejsze naturalne przeszkody. Puszczenie dzieci wolno w plener – nie tylko latem na plaży, ale nawet teraz, przy tej pogodzie zimno błotnistej. Pozwalanie dziecku na eksperymenty, próby, pobrudzenie się i przewracanie.
  • rowerek biegowy,
  • huśtanie się, wieszanie, 
  • Ciecz nienewtonowska i wszelkiego rodzaju mazie, piankoliny, ciastoliny i inne eksperymenty z mąką ziemniaczaną, piasek kinetyczny.
  • Wspólne zabawy ruchowe, w domu i na dworze.
    Turlanie się, przepychanki, łaskotki, robienie taczki, zawijanie się w
    koc, robienie baz z koców i poduszek. To tez jest bardzo naturalne i
    bardzo potrzebne, a jakoś zanikło mam wrażenie.
  • Bujanie w kocu, dzieci to uwielbiają. A poza tym wyciszają się i uspokajają, rozwijają im się wtedy mózgi.

  • Robienie zup błotnych (z szyszkami, igłami, ziemią, owocami, patykami), wszelkie babranie się.

I tak dalej. Jak widzicie, większość tych zabaw nasze pokolenie traktowało jak niezbywalną część rzeczywistości, zupełnie naturalną, a nasze dzieci, wychowywane na ogół w czystości, komforcie, bezpieczeństwie już takiej rzeczywistości naturalnie nie mają. Dlatego warto się na takie uważne odczuwanie świata otworzyć, to pomoże nie tylko dzieciom.


*Dla porządku i ścisłości dodam tylko, że nie jestem terapeutą i te propozycje zabaw wspomagają SI, ale nie zastąpią profesjonalnej terapii jeśli taka jest potrzebna.

27 marca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćpodsumowaniazima

zimowe przyjemności

by Paulina 19 marca, 2018
 

Osobiście jestem zdecydowanie latolubna, ale w zimie też bywa fajnie.
Opowiem Wam dzisiaj o tegorocznych zimowych przyjemnościach. Część z
nich pewnie się zdubluje z ubiegłym rokiem, tak to już jest, że niektóre
rzeczy rację bytu mają tylko w zimie.

Jak napisała kiedyś pięknie Aga, „zima jest od przytulania wszystkiego, co najważniejsze.”
Zimą
zbliżamy się do siebie, grzejąc sobie wzajemnie zmarznięte dłonie.
Kulimy się przy tym ognisku domowym, grzejemy serca miłością (i gorącą
czekoladą z chili) a brzuchy rosołem, wsłuchujemy w ciepłe brzmienia
płyt winylowych. To szukanie różnych rodzajów ciepła jest chyba u
podstaw wszystkich zimowych przyjemności.

Domowo
„Siedzenie” w domu z dzieckiem ma tę ogromną
zaletę, że nie idzie się rano do pracy. Unikam porannego skrobania szyb w
samochodzie czy wystawania na wietrznych przystankach. Nie wyleguję się
do późna, i nasze poranki w tygodniu są dalekie od sielankowych, ale
zdecydowanie cudowne jest to, że popędzam i pokrzykuję na rozespane
dzieciaki będąc sama jeszcze w piżamie, i, gdy wyjdą już do przedszkola,
zostaję z maluszkiem, który wtedy własnie zapada w pierwszą drzemkę i w
cichej przytulności domowej robię sobie kawę i NIE wychodzę rano na
zimny i nieprzyjemny świat.
Wychodzę później. Bo…

…rozgrzewające spacery to kolejna wielka zimowa przyjemność.
Wspominałam
już o terapeutycznej mocy spacerków. Ciągle nie mogę wyjść ze
zdumienia, jak często te najprostsze czynności przynoszą zupełnie
spektakularne efekty. Nic (nawet ta spokojna kawa) nie ustawia mnie tak
jak parokilomotrowe intensywne spacerki nad rzeką. Rozgrzewam krew,
rozbudzam mózg i zaczynam ogarniać życie.

Spokojne spacery to jedno, a drugie, to sanki i śnieżne szaleństwa z przedszkolakami.
Oni są w tym śniegu najszczęśliwsi na świecie, mają purpurowe rumieńce,
błyszczące oczy, wzmacniają odporność i wybiegują tę swoją energię
niesamowitą. Wieczorem, ku naszemu zachwytowi, padają jak muchy, często
jeszcze podczas czytania. Dla nas (poza długim bezdzietnym wieczorem) to
trochę takiej zwykłej dziecięcej radochy w śniegu (na którą dorośli bez
dzieci nie zawsze potrafią sobie pozwolić).
Mamy to szczęście, że
w Lublinie zimą powietrze jest przyzwoite (choć też bez szału) i nie
borykamy się w takim stopniu ze smogiem jak inne regiony.

Apogeum zimowej śnieżnej radości był w górach.
W lutym wspięliśmy się na wyżyny logistyczne, zapakowaliśmy się całą
piątką do samochodu i ruszyliśmy na parę dni w Bieszczady. Góry z dziećmi zimą były najpiękniejsze na świecie i niezwykle klimatyczne w naszym drewnianym domku.

 

Jak zima, to książki. W ten klimat zimowy lubię takie książki mocno wciągające.
Teraz czytam Dzikie Łabędzie. Trzy córki Chin. Nie porywa mnie może styl, ale historia i masa wiedzy o Chinach podana przy okazji jest totalnie fascynująca.
Niedawno skończyłam Swing Time Zadie Smith. Bardzo lubię jej książki, czyta się je naprawdę dobrze. W fajny, nienachalny, mądry ale nie moralizatorski sposób poruszane są bardzo aktualne problemy – rasowe, ekonomiczne, społeczne.
Czytam też, dość powoli – bo tylko wtedy gdy mam odpowiedni klimat, Córki Wawelu Anny Brzezińskiej. Szczerze mówiąc spodziewałam się tutaj trochę ciekawej powieści z dobrze odmalowanym tłem historycznym, ale tutaj zdecydowanie na pierwszym planie jest to historyczne tło, fabuła jest tylko pretekstem do kolejnych – bardzo zresztą ciekawych wykładów o obyczajach. Czytam z zainteresowaniem, ale nie zagryzam paluchów;)
Wcześniej było też klimatycznie i grubo, czyli Dom duchów Allende. Bardzo jestem ciekawa filmu. Strasznie mi się podoba ten południowo amerykański realizm magiczny, na pewno jeszcze sięgnę po książki tej autorki. Niepowtarzalny zupełnie, wciągający cudownie.
Gdzieś w międzyczasie 13 pięter Springera. Bardzo sprawnie te reportaże są napisane. I się człowiek od razu w tym swoim domu czuje tak inaczej komfortowo.
Ballada o pewnej panience. To już nie to samo co Król, choć klimat pozostał i charakterystyczny dla Twardocha styl.
Dzieci z Bullerbyn. Doczekałam się, że moje dzieci dorastają do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Chyba nigdy dotąd nie czekałam na rytualne wieczorne czytanie z taką radością.W ogóle cieszę się, że nasze czytanie coraz częściej przechodzi na inny poziom – czytamy coraz więcej dłuższych książek (ostatnio jeszcze Piaskowy Wilk i Muminki), takich po rozdziale na wieczór, które trzeba założyć „pokładkami” i powoli poznawać ciągłą historię.

Filmy i seriale
Najbardziej ww pamięć zapadły mi:

Big little lies. Ach i och. coś fantastycznego.
The expanse. Serial, któremu trochę zajęło wciągnięcie w swoją historię i świat. Ale udało się, jesteśmy naprawdę pod wrażeniem i czekam na kolejny sezon.
Loving Vincent, przepiękny, przepiękny, oglądaliśmy z prawdziwą przyjemnością. Sama historia nie była super porywająca, ale to kompletnie nie przeszkadzało.
Blade Runner 2049. Kolejny film zachwycający formą, który w zasadzie można by oglądać tylko dla tych przepięknych zdjęć.
Nasz najlepszy rok. Bardzo miła rzecz. To jeden z tych filmów, do których się sięga na pokrzepienie, a jednocześnie nie ma nadmiaru banałów.
3 Bilboardy za Ebbing, Misouri. Rewelacja. Ogromne wrażenie zrobił na mnie ten film. Przełamujący schematy, niesztampowy, smutny a jednocześnie w jakimś sensie pogodny.
The Shape of water. Tu się trochę rozczarowałam jednak. Podeszłam z najlepszym nastawieniem, i miałam świadomość, że to baśniowa konwencja, ale jednak schematyczność tych postaci ale jakoś mi dawała po zębach.
Mountain 2017. Przepiękny dokument o górach
The man who stares at goats. Świetny abstrakcyjny humor, dość odjechana historia, podobało mi się.
Lady Bird. Najfajniejsza w tym filmie była jego zwyczajność. Brak spektakularnych dramatów, skrajnych sytuacji, wszystko jest naturalne i wiarygodne.

Piec chlebowy daje radę także zimą

Muzyka
Największym chyba odkryciem była australijska multiinstrumentalistka, Tash Sultana, niesamowita jest totalnie, posłuchajcie.

Mało tej zimy „bywaliśmy kulturalnie”, czego trochę żałuję, bo w Lublinie jest co robić nawet zimą.
Nie byliśmy też na łyżwach niestety, choć miałam w planie, bo zawsze bardzo lubiłam łyżwy. Ale czasem jednak ta zima przytłacza trochę bardziej niż byśmy chcieli, mrok, korki i wizja ubierania całej gromady w te kombinezony i inne jednak zniechęca dość mocno;)

Zima bywa przyjemna jak widać, ale już wystarczyyyyy…

19 marca, 2018 21 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry