Oj, obudził mnie mocno ten dzień.
Pisałam ostatnio o minimalizmie zmysłowym, że zima daje odpoczynek od wszelkich doznań zmysłowych w przyrodzie, jest cicho, bezwonnie i czarno – biało.
I przyszedł luty i, chociaż tej zimy to jeszcze hoho, to luty od razu takim słońcem się zaczął, że wszystko się zmieniło. Drgnęło życie. Ptaki się ośmieliły i odzywają jakoś radośniej, mokrość topiącego się śniegu ożywiła kolory – póki co tylko tysiące odcieni burości, ale nawet ta burość jakby świeższa i bardziej energetyczna. Pachnie powietrze, kiełki i hiacynty.
Zwykły niedzielny spacer przedłużony o tropienie śladów nad rzeką.
Koniecznie okropnie potrzebuję remontować, wyrzucać, zdzierać. Sukienki zakładać, włosy obcinać. I tańczyć.



























































































































































































