Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry
Author

Paulina

Paulina

domowodzieckomindfulnessrozmyślaniaslow lifestyle

A przecież stoisz taki młody, taki młody

by Paulina 6 grudnia, 2018

Nie ma ich tak dużo, tych momentów. Ale, gdy już się pojawią, tym bardziej robią robotę.

Szczególnie teraz, gdy tak często mam to uczucie nieogarniania, mrugam okiem i mija dzień, trzy razy westchnę i mija tydzień. Grudzień zaczął się dwie chwile po styczniu. A ja ciągle w niedoczasie, ciągle jakaś spóźniona, coś zawalam, nie dopilnuję…
I tylko dzieci coraz większe. „I tylko popiół masz”.

Ale są takie chwile, takie rozbłyski. Łapię się ich kurczowo, zakotwiczam nimi w rzeczywistości, przywracam się nimi do równowagi.
To teraz chyba czuje się najbardziej. Teraz rozbłyski błyskają zdecydowanie gęściej. Może koniec roku – może atmosfera przedświąteczna. Emocje chwytające za serce. Dziecięcość w najsielankowszym wydaniu, czyli oczekiwanie na Mikołaja, zadania z kalendarza adwentowego, „Jingle bells” z obowiązkowym podrygiem i pirłętem kilkuletniej nóżki, rumieńce i oczy błyszczące.

 
 

Patrzę sobie na nich, całą trójkę.
Podobni do siebie wszyscy, a im młodsze dziecko tym większy chochlik w oczach.

Wilczek, wrażliwy i mądry, przyrodnik i wędrowiec. Cudowna ciekawość świata, zachwycone chłonięcie wiedzy, które wzrusza do bólu i o które tak się boję gdy pójdzie do szkoły.

Iskra, sam żywioł. Ledwo dotyka ziemi, tańczy i śpiewa. Jak strzela focha, to spektakularnie, jak przytula, to najsłodziej.

I Pirat, obserwujący bystro starszą dwójkę, płaczący pod drzwiami, gdy idą do przedszkola. Uosobienie bezinteresownej, najczystszej radości życia. Coach optymizmu.

Coraz mocniej do mnie dociera, jak wiele z tych momentów, to już po raz ostatni. Ostatni w życiu.
Te ciastka dla Mikołaja.
Radość ze śniegu.
Czytanie wieczorne.
Naleśniki na kolację.
Te łapki ciepłe garnące się do mnie.
Wyprzytulanie smutków.
Spacery pełne odkryć. 

Rysunki produkowane w ilościach przemysłowych. I historie do tych rysunków.
Pytania  niekończące się.
Największe na świecie sekrety szeptane do ucha ciepłym chuchem.
I nawet te jęki, że mamoooo… Mamooo gdzie moja kredka którą przed chwilą trzymałam, mammooo zooobacz, mamooo patrz, mamoo chooodź. To bywa czasem sto miliardów maaaaam. Ale za dwie chwile już tego nie będzie, spadnę z tego znienawidzonego czasem piedestału, i zatęsknię. Z pewnością zatęsknię.

6 grudnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
jesieńlasmój stylslow lifestylespacer

las jesienny, co na wszystko pomaga

by Paulina 21 listopada, 2018
dlaczego warto chodzić do lasu

Październikowe złoto opadło, zmieniło się w zwiędłą szarość, a ponure ciemności zapadają chwilę po południu. Czas, kiedy nogi same prowadzą na kanapę pod kocyk, ale kierujemy je… do lasu. Las jesienią to najlepsza możliwa rzecz. Las jesienią jest lepszy niż sto herbatek pod kocykiem.

Las jesienią działa na wszystko, serio.

Antidotum na smog

W powietrzu snują się romantyczne mgły listopadowe. Klimat jak z Bladerunnera. Szkoda tylko, że ten romantyzm często pochodzi z wysokiego stężenia PM10 i PM2,5. Nawet w Lublinie, na totalnie nieuprzemysłowionym zielonym wschodzie, alerty smogowe zbyt często pokazują czerwone światło. Spacery w mieście mogą czasem zrobić więcej złego niż dobrego. Dlatego szczególnie teraz, jesienią warto chodzić do lasu i pooddychać leśnością, bo to wspaniale wymiata z naszych płuc szkodliwe pyły.

Wzmacnianie odporności

Wdech i wydech, wdech i wydech. A z każdym wdechem masa dobroczynnych olejków eterycznych, fitoncydów (czyli substancji, wydzielanych przez drzewa o działaniu bakterio i grzybobójczym). I siłą rzeczy ruch. Czyli te banalne bazy i podstawy, o których wiedzą wszyscy, konieczne dla budowania odporności, tak oczywiste, że lekceważone.

dlaczego warto chodzić do lasu jesienią, dzieci 

Ratunek na nadmiar komputera

Zmęczone oczy od ciągłego wpatrywania się w ekran, zmęczone plecy i kark, zmęczona głowa od sieczki informacyjnej i świata wirtualnego. A las, cudowny stymulator sensoryczny, kładzie na te nasze biedne, nadwyrężone oczy, plecy i głowy prawdziwy uspokajający balsam szumu wiatru, zapachu ściółki, widoku kolorowych liści i fraktalowych układów łysiejących gałęzi.

 

Balsam na skołatane nerwy

A po tygodniu dziecięcej infekcji, gdy człowiek przywalony dzieciakami z glutem, i nerwy poszargane marudami i uszy napuchnięte od nieustannego jęczenia. Gdy mam dosyć wszystkiego, bardzo dosyć, czuję się jak ta mysz w kołowrotku domowo-dzieciowo-pracowym i cholerny Syzyf na górze brudnych ciuchów. I wtedy las mówi, chodźcie do mnie. Idziemy. I pośród kolejnych kroków między drzewami kryzys mija, serio, magicznie mija – mnie, stan przednerwicowy, dzieciakom stan jękoląco awanturujący. W naturze, w lesie, zyskuje się (a przynajmniej ja zyskuję) ten cudowny, zdrowy dystans. Mysz wychodzi z kołowrotka  poleżeć na sianku, Syzyf odstawia głaz i zaczyna podziwiać widoki.

 

Energizator czyli las jak kawa z czekoladką

I wraca energia, wracają chęci do życia, znika faza „jak mi się nie chce” i wake me up in july”.  Nastaje faza „what a wonderful world” oraz „Clap along if you feel like happiness is the truth”. Zaczyna się chcieć, zwyczajnie.
Warto chodzić do lasu.

Sama się zachęciłam, jutro po przedszkolu i pracy idziemy do lasu:D

21 listopada, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmidzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemjesieńlaspasjapodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Bieszczady z dziećmi, edycja jesienna.

by Paulina 24 października, 2018

Bieszczady jesienią. To jeden z TYCH związków. Jak grzane wino przy kominku, piknik pod miastem w maju, jak sierpniowe jabłka.
Tak
oczywiste a do tej pory niezrealizowane. Byłam w Bieszczadach wiele
razy, w czasach studenckich i z dzieciakami, pod namiotem, bywaliśmy
wiosną, w zimie i w lecie, ale nigdy jesienią.
I wreszcie.

I, słuchajcie, czegoś tak pięknego nie widziałam chyba jeszcze.
Lothlorien i Brokilon.
Swiatlo i złoto. Złoto i światło. Najpiękniej.

Było
tak. Wyruszaliśmy (względnie) rano na szlak, tradycyjny piasek pod
powiekami z niewyspania, poranny chaos, wielki foch Iskry, wielki głód małego
Pirata, włóżcie wreszcie te buty, czy wzięliśmy pieluchy-polarki-jedzenie.

I pierwsze kroki,
w liściach brązowo – szeleszczących. I oddech pachnący październikowo. I
babie lato błyskające co chwila na diamentowo. Tropy zwierząt, a może to ryś. „Mogę do nosidłaaaaaa? Poczekaj, zdobądź jeszcze 30 punktów i
zdecydujesz”, „Mamo, chciałbym mieć książkę o jaworach”.
I
wchodzi się do lasu. A tam, nieumiarkowanie w ogniu i złocie. Zaprawdę
powiadam wam, jeśli wam zimno w serca, jedźcie je ogrzać w
bieszczadzkich jesiennych lasach.

Iskra zapomniała o nosidle,
liczy szlaki i schodki, planuje uplecenie korony z liści. Wilczek nie
przestaje nawijać o drzewach i zwierzętach, Pirat wyśpiewuje albo śpi. A
lasy rąbią fanfarami kolorów.
I idzie człowiek, z rozpłyniętym w
tym płynnym kruszcu sercem. Idzie i wychodzi ponad linię lasu, w strefę
widoków. A te wychodzą z siebie i Olśniewają. I myśli sobie człowiek, że serio nic nie znaczą te problemiki codzienne. Myśli człowiek, że dobrze jest żyć na świecie, w którym są Bieszczady.

Jeśli Giewont to śpiący rycerz, Tarnica jest zdecydowanie śpiącą damą

24 października, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
codziennośćjesieńKazimierz Dolnylubelszczyznamój stylpodróże i wycieczkiprzyczepka rowerowarower z dzieckiem

ostatnia słodycz w ciężkie wino

by Paulina 20 października, 2018
plaza w kazimierzu jesienią, jesień, wisła, weekend

Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.


Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
znaglij je do spełnienia i wpędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.

Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

Tak naprawdę, to mogłabym dzisiaj powtórzyć ten wpis z przed dwóch lat. Analogowo mi ostatnio, cudownie analogowo.
Zamiast płaskiej gładkiej estetyki na szklanym ekranie zanurzam się w wielowymiarowej zmysłowości jesieni.
Namacalność zamiast macania ekranu.
Błogosfera zamiast blogosfery.

 

Wwąchuję
się w jesienność, w pieczoną paprykę, imbir i kardamon, w liście i
kasztany (w domu w ilościach przemysłowych). Chrupie mi ta jesień liśćmi
z pod stóp , trzaska płomieniem świeczki, albo ogniska, miękko otula
wełną. A wszystko okrasza złotem z takim rozmachem, że barokowe
cherubinki mogą czuć się jak ubodzy krewni.

Rzeczywistość
jest taka piękna, że przedoskonały płaski świat wirtualny to jakiś
żart. A ona nie chce nic w zamian – żadnego kupowania, klikania,
udostępnaiania danych osobowych. Po prostu sobie jest i szafuje
rozrzutnie tą wspaniałością

Dlatego uciekam od komputera, co i Wam polecam.

20 października, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmidzieciństwo unpluggedlaslatolubelszczyznamój stylpodróże i wycieczkiRoztocze

Słońce łowimy czyli wycieczki późnoletnie

by Paulina 21 września, 2018

Nie mamy dość.
Nie przestajemy się zachwycać w tym roku.

Znowu cykl się zamyka, tegoroczna rozpusta letnia ma się ku końcowi, i próbujemy się nakorzystać, jak co roku na zapas.
Wycieczki, spacery, wypady, pikniki. I jeszcze raz, i od nowa. Na trawę, do drzew, do słońca.
A lato uspokojone i wyciszone. Trochę senne.

I jak co roku zachwycam się babim latem. Jak co roku to babie lato mi
miga i błyska. Lasy pachną grzybami, światło mięknie
najpiękniej na świecie. Przykucam razem z przedszkolakami nad kolejnym
żuczkiem, biorę głęboki oddech. Nasycam się na zapas latem i dziecięcym
zachwytem. Myślę sobie, niech to lato trwa we mnie, niech się umości w
każdym zakamarku. I ta dziecięcość niech trwa, niech cieszą mnie biedronki,
pszczoły i koniki polne.

Tak sobie myślę, że kiedyś jakoś nie dostrzegałam tej kolistości czasu, czas sobie po prostu płynął, do przodu, ja wraz z nim. To usadowienie w cykliczności przyszło stosunkowo niedawno, nie wiem czy nie z macierzyństwem przypadkiem. Co w sumie może dziwić, bo z dziećmi czas jest linearny bardzo – u dzieci z każdym rokiem jest wielka zmiana, nie ma mowy o cyklach i powtarzalności.

A jednak, może to kwestia tej innej spostrzegawczości jaką się zyskuje będąc rodzicem. Ten rodzaj dziecięcego osadzenia w rzeczywistości trochę na cykliczność świata otwiera. W ogóle zresztą otwiera, na dostrzeganie. Wiecie, inaczej zauważa się każdą koparkę i pająka, inaczej zauważa się świat. Łapię się na tym nawet jak idę sama, okrzyk „o, strażacy” zamiera mi na ustach, łapię się na tym że chwilowo nie muszę nic nikomu pokazywać. Nie muszę, ale i tak dostrzegam, ta uważność zostaje, a to bardzo cenna sprawa.

„mnie dorosłej” nigdy nie przyszłoby do głowy przyglądać się ptactwu domowemu

21 września, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggedlaslatonamiot z dziećmiPodlasiepodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiemprzyczepka rowerowarowerrower z dzieckiem

Podlasie z dziećmi

by Paulina 4 września, 2018

dziecko pod namiotem, biwak dzieci, puszcza bialowieska

W szumie wiatru jestem na śmierć zakochany.
Jeszcze spróbuję, jeszcze raz,
w zieloną noc sierpniową…

W to lato dojrzałe pojechaliśmy. Jeszcze, choć na parę dni jeszcze sycić się tą natura najdoskonalszą i latem w jego najczystszej postaci.
W zieloność pojechaliśmy. W las. W pierwotność i sielskość.
Wypełnialiśmy się po brzegi słońcem, zapachem nagrzanej ściółki leśnej, brzmieniem wiatru i owadów. Oddychaliśmy tym natlenionym intensywnym lasem na zapas.

Telefony wyłączone przez większość czasu. Gdy jechaliśmy gdzieś samochodem, radia nie włączaliśmy z premedytacją.

Wychodziło się rano z namiotu, i buchał ten sosnowy zapach od razu.
Słońce migotało w jeziorze.
Szyszki kłuły w stopy.
Puszcza chwytała za serce milionem odcieni zieleni.
Dzieci czasem trochę jękoliły, ale tego się przecież nie pamięta zupełnie.
Rower sunął sobie cicho po leśnych ścieżkach.
Wieczorne ogniska trzaskały, hipnotyzowały i usypiały.

rower dzieci, wakacje na rowerach, puszcza bialowieska z dziecmi

Nasza czterolatka robiła trasy nawet po kilkanaście kilometrów.

namiot, camping, wakacje dzieci podlasie
Nowa funkcja przyczepki rowerowej. Czyli kojec baza dla niespełna roczniaka który najbardziej na świecie chce wchodzić do wody…
…lub do ognia
 
Wnętrze restauracji Carskiej. Wygląda fantastycznie, ale ceny 60-80zł za danie trochę nas zniechęciły;)

Leśniczówka „Dziedzinka” w której mieszkała Simona Kossak

 
 
 Żeby mieć „lazy bag” trzeba się trochę nagimnastykować;)

Banda

 

Bo dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe

Bardzo szczęśliwe w popiele
Hodowla małży

Gdy masz dosyć kiełby z ogniska

PS. Jeśli chcecie przeczytać konkretniejszy wpis o tym cudownym miejscu, to zapraszam , dwa lata temu pisałam więcej co robiliśmy z dziećmi na Podlasiu.

4 września, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamaaktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemintegracja sensorycznalatopodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

wakacje z dziećmi w górach – część praktyczna

by Paulina 20 sierpnia, 2018

 

W te wakacje znowu wywłóczamy te nasze dzieci gdzieś w świat, gdzie się pobrudzili i zmęczyli, gdzie nie było tabletów i gotowych zabawek.
Pod
namiot. W góry. Z trójką. Dla nas naturalne i zwykłe, ale często
słyszymy okrzyki niedowierzania, podziwu, widzimy pukanie się w czoło i
ostentacyjne kręcenie głową.

Wiem, że już pisałam, ale
znowu się powtórzę. Podróżowanie z dziećmi to nie jest sielanka. I to
nie jest tak, że dzieci nic  nie zmieniają i można z nimi wszystko.
Mnóstwo się zmienia, i wcale nie jest tak, że za niczym nie tęsknimy.
Ba, wszelkie wyjazdy z dziećmi wyjątkowo mocno wyzwalają we mnie marzenia
i wspomnienia o beztroskich i spontanicznych wypadach tylko we dwoje.
Ale
warto, cholernie warto.
Bo tak bardzo razem nie jesteśmy chyba nigdy. Nigdy jak właśnie podróżując nie integrujemy
się tak pięknie jako rodzina, nigdy się tak ze sobą nie zaprzyjaźniamy, nigdy nie mamy okazji tak skutecznie i namacalnie przekazać dzieciakom naszych wartości. Mam wrażenie, że właśnie na naszych wyjazdach najlepiej nam wychodzi wychowanie.

Taki rodzaj podróżowania z dziećmi, bez animacji i atrakcji, pod namiot, w naturę, w góry nie jest może najłatwiejszy ze wszystkich, ale serio da się to zorganizować, no i praktyka czyni mistrza;)
Wystarczy się odważyć, pozytywnie nastawić i pojechać, każdy następny taki wyjazd przyjdzie z większą łatwością.
A ja dzisiaj zapraszam na wyjazdową prozę życia. Opowiem Wam o tym, jak u nas wyglądają takie niezorganizowane przez biuro podróży wyjazdy od strony praktycznej.

biwak, dziecko , camping, namiot, rodzinnie, wakacje

Pakowanie na wyjazd z dziećmi

Ja
wiem, że teraz wszystko może być cudownie estetyczne. Mnie też podobają
się te zdjęcia o lekko retro klimacie, z elegancką skórzaną torbą,
kapeluszem i klapkami, na jakimś lnianym posłanku, pokazujące
przygotowania do wyjazdu. U nas z minimalizmu, nada się tylko
minimalistyczny opis sytuacji – chaos. Ale, choć może nie wygląda to
wszystko najpiękniej, pakujemy się tak, żeby było praktycznie i
wygodnie. Czyli, do siat z Ikei. Ikeowskie siaty są super – pakowne,
lekkie, dopasowujące się do przestrzeni bagażnikowej. Na dłuższych
wyjazdach każdy ma swoją, pełnią funkcję wakacyjnych szaf, sprawdzają
się idealnie.
Mamy też podział ról – ja pakuję ubrania i kosmetyki, mąż sprzęty typowo turystyczno – biwakowe. Mamy wprawę, i chociaż za każdym razem narzekamy na ilość gratów, idzie nam to całkiem sprawnie.
Co
pakujemy? Pisałam już o tym w poście o wyjazdach pod namiot z dziećmi –  z ubrań, wszystkie które mamy. Z jedzenia – półprodukty o dań
sprawdzonych szybkich i nieskomplikowanych – makaron, kuskus, pomidory
pelati w puszce, cukinia, tuńczyk, kapary, oliwki, parmezan, oliwa z
oliwek,
przyprawy (pieprz, zioła prowansalskie, sól). Sprzęty turystyczne
(karimaty, śpiwory, koce, palnik, menażki i naczynia, latarki, linka,
siedzonka, tarp…), kosmetyki. Co można, optymalizujemy, przelewamy do mniejszych opakowań, stawiamy na uproszczenia i wielofunkcyjność (ostatnie odkrycie – lawendowe szampono-odżywko-mydło w kostce z kremolandu. Wspaniały, dobry skład, cudowne ograniczenie przestrzeni i naprawdę świetne działanie!)

spodnie przeciwdeszczowe – nasze są z decathlonu to fantastyczna sprawa!

atrakcje są wszędzie
Kiedyś licytowaliśmy się ze znajomymi, kto ma największy burdel w namiocie…

Wyjazd ba wakacje z dziećmi

Praktyka pokazała, że u nas najlepiej sprawdza się
wyjazd nad ranem. Oczywiście wszystko zależy jeszcze od tego, jak długa
droga nas czeka, ale nasze wypady to zazwyczaj parę godzin jazdy.
 Mamy
więc taką naszą tradycję, którą dzieciaki też bardzo lubią, bo to taki
przedsmak wakacji, że wieczór poprzedzający wyjazd, kładą się w
wygodnych ubrankach i śpiworkach (no chyba, ze jest bardzo gorąco). My
też, po głównym pakowaniu idziemy spać, łapiemy parę godzin snu. Nad
ranem wstajemy, szykujemy jeszcze „bagaż podręczny” (ciuszki na zmianę,
pieluchy, chusteczki, jedzenie i picie) i ostatki zapomniane wieczorem,
(oraz zazwyczaj niedoschnięte pranie;)) i ruszamy. Młodzież przeważnie
się przebudza się podekscytowana, ale po jakimś czasie jeszcze przysypiają, co
daje nam dwie-trzy godzinki spokojnej jazdy.
Jak już się obudzą,
robimy mały postój, śniadanko, rozprostowanie nóg itp i ruszamy dalej,
śpiewamy, gadamy, słuchamy muzyki, wyglądamy przez okna, liczymy
bociany, krowy i inne atrakcje (polecam samochodową grę w bingo).

góry, bieszczady, dzieci, wakacje, trekking dziecięcy
kuku

Na miejscu

Można szukać dodatkowych atrakcji w Bieszczadach,
ALE PO CO. To jest
właśnie cały urok tych gór. Chyba każdych gór zresztą i w ogóle natury. Że są po prostu,
Dzieciaki się trochę wyciszają od tych wszechobecnych bodźców,
odpoczywają od przestymulowania, o którym trąbią psychologowie
dziecięcy. Nagle najlepszą atrakcją staje się niesienie biedronki,
wspaniałą rozrywką oglądanie kamieni, zabawą doskonałą ciamkanie w błocie.

A jakie szlaki z dziećmi w Bieszczadach

O naszym chodzeniu po górach z dziećmi pisałam trochę w tekście o motywowaniu dzieci do chodzenia po górach.
To
nie był nasz pierwszy wyjazd z dziećmi w góry, więc znamy możliwości
swoje i maluchów. Dlatego na szlaki ruszaliśmy z dwoma nosidłami – jedno
dla Najmłodszego Pirata, drugie, dla Iskry na wypadek utraty sił.
Tym razem chodziliśmy tymi szlakami:

  • Szlak na Jawornik – fajny spacerek z naszej Wetliny, można
    samochodem podjechać do końca drogi asfaltowej, potem już w zasadzie od
    początku jest piękny widok, nie trzeba dużo chodzić;) Poszliśmy tam
    pierwszego dnia, żeby zobaczyć jak nam się chodzi, jak chodzi się
    dzieciakom, jak
    sprawdzają się ich buty, i czy spodnie przeciwdeszczowe są faktycznie
    takie potrzebne (TAK!)
  • Zagroda Żubrów w Mucznem i szlak na Bukowe Berdo
  • Połonina Wetlińska. To dla kilkulatków dość forsowny, długi dla szlak, ale
    naprawdę przepiękny, można rozciągnąć na cały dzień, robić przystanki w
    najpiękniejszych możliwych okolicznościach przyrody. Weszliśmy żółtym z
    Wetliny i zeszliśmy przy Chatce Puchatka, do naszej bazy wróciliśmy
    busem. Można też wejść żółtym szlakiem z Wetliny i przejść tylko na
    Smerek i wrócić.
  • Połonina Caryńska, wersja skrócona zielonym szlakiem z przełęczy wyżniańskiej na górę, zejście w Ustrzykach
  • wycieczka z mapą, bez szlaku. Chcieliśmy pokazać dzieciakom inne chodzenie, dlatego któregoś dnia wybraliśmy się na spacer  na jakąś nienazwaną górę.
  • generalnie, jeśli planujecie z dzieciakami wycieczki po górach,
    najbardziej niezawodna w tym celu będzie właśnie stara, dobra mapa. Na mapie zaznaczone są punkty widokowe, a przy
    szlakach są zaznaczone czasy przejścia, z małymi dziećmi trzeba te
    wartości przemnożyć przez 1,5, a nawet dwa. 

deszcz pod namiotem w Bieszczadach

Pogoda w Bieszczadach tym razem była mocno w
kratkę, z dość dużym nastawieniem na deszcz. Co samo w sobie ma sporo
klimatu takiego romantyczno-przytulnego, starszym dzieciakom w kaloszach
i kurtkach – a w ostateczności w namiocie lub świetlicy z książkami,
kredkami lub planszówkami też to nie przeszkadzało. Jedynie
dziesięciomiesięczny
maluch był poszkodowany, bo nie może spędzać na kolanach na trawie tyle
czasu ile by
chciał.
Na szczęście było ciepło.

kamyczki!

laboga jak pięknie

Wracając, wstąpiliśmy jeszcze do przepięknego, ale mocno straszącego burzami Przemyśla

Warto podjąć wysiłek, warto trochę się razem z dzieciakami zmęczyć, przeżyć wspólnie przygodę – jak to działa w kwestii zbliżania się do siebie, kto doświadczył wspólnego klasowego przypału na wycieczce szkolnej.

To nasze praktyki, nam się sprawdzają najlepiej, dlatego się dzielę, jeśli macie jakieś swoje patenty na podróżowanie z dzieckiem poza utartymi szlakami, baaardzo chętnie przeczytam!!!

Jeśli macie jakieś pytania, dawajcie śmiało.
Jeśli uważacie, że post może się komuś przydać, śmiało udostępniajcie:)

20 sierpnia, 2018 34 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywnie z dziećmiBieszczadyBieszczady z dziećmibiwakdzieciństwo unpluggedgórygóry z dzieckiemlatonamiot z dziećmipodróże i wycieczkipodróżowanie z dzieckiem

Bieszczady z dziećmi. Znowu!

by Paulina 10 sierpnia, 2018

Bardzo potrzebowałam tych wakacji. Potrzebowałam ich jak rekin ruchu. A wyjazd opóźniał się i komplikował, a do tego prognozy pogody były średnio optymistyczne. Gdy tylko okazało się, że możemy, stwierdziliśmy, że chrzanić deszcz, jedziemy wypoczywać, choćbyśmy mieli nie zdejmować kurtek przeciwdeszczowych.

I fakt, namiot rozkładaliśmy w deszczu.
Deszcz ukołysał nas do snu.
Deszcz obudził nas z rana.
A my byliśmy najszczęśliwsi na świecie, podśpiewując o deszczuuuuuuw Cisneeeeeej.

Dzieci
śpiewały o „kapitanie Polska„, chwale na wysokości i „tylko pić jeść spać jak to ma godzić/jak ta Małgosi” (wersje są sprzeczne)
I wszyscy razem o tym, jakie to miłeee. Jakie miłe…

Oj, bo było.

 

Miłe były deszczowe chwile w namiocie. Namiot od tego roku naprawdę duży,
więc mieliśmy przestrzeń żeby sobie usiąść jak ludzie, popijać kawkę,
poczytać, pogadać. Patrzeć na dzieci i nieustannie zadziwiać się jak
fantastyczne zabawy potrafią wymyślać z niczego i jak mocno potrafią się
pokłócić o byle co, i jak bardzo inaczej dorośli i dzieci patrzą na
„nic” i „byle co”.
 

Dziewczyna niosąca wodę

Miłe, bardzo miłe były górskie wycieczki z dziećmi. Kiedy niemowlę
poklepuje cię po karku a ty  idziesz po połoninie i rozmawiasz sobie z
sześciolatkiem o świecie, o prehistorii trochę dalszej (dinozaury) i
nieco nowszej (jak rodzice się poznali). Kiedy czterolatka, wśród
grzmotów burzowych przytula się do taty i mówi, że już się nie boi bo on
jest najlepszym ochroniarzem. Albo gdy dzieciaki idą sobie razem i
wymyślają, że są morskim konikiem i morskim żubrzykiem i zastanawiają
się w jaki sposób taki morski żubr oddycha. I gdy siadamy sobie wszyscy
razem na pikniku z widokiem chrupiemy aromatyczne letnie jabłka.

górskie wędrówki, takie męczące, że niektórzy padają

dziecko w górach, trekking z dziećmi, dzieci na szlaku
relaksik nad rzeką

I nasz camping taki miły. Z płynąca rzeczką i sąsiadującą z nią strefą chilloutu, drewnianą huśtawą i leżakami. I świetlicą pod dachem – z grami planszowymi, klockami i piłkarzykami, dobrym jedzeniem, dobrą muzyką (a to naprawdę rzadkie w ośrodkach turystycznych) i pozytywnymi ludźmi i mocno hippisującym klimatem.

A góry, ach, jakie góry były miłe. Majestatyczne i wspaniałe, najpiękniejsze. Zachwycają, imponują, każą zwolnić i gwarantują odpowiednią perspektywę wobec naszej zajętej i zabieganej codzienności. Po górach się chodzi i poza tym wspaniałym dystansem nabiera się szacunku do natury. A z każdym krokiem górskiej wędrówki jest się bliżej. Bliżej świata. Bliżej natury. Bliżej swoich bliskich. I bliżej samego siebie.

I burza coraz bliżej
Przegoniło nas szybciutko z Połoniny Caryńskiej

 

10 sierpnia, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
aktywna mamadzieckomój stylna macierzyńskimrozmyślania

głowa na macierzyńskim

by Paulina 24 czerwca, 2018

Dzisiaj zapraszam na kolejną część cyklu o dbaniu o nierodzicielską część siebie na macierzyńskim. Pisałam już o tych bardziej zewnętrznych aspektach. Świadomie w takiej kolejności, bo często efekty dbania o to, w co się ubieramy czy dbania o formę fizyczną widać dość szybko. A poza tym zewnętrze wpływa na wnętrze. Bo dzisiaj będę mówić o wnętrzu. O tym, o czym myśli mama niemowlęcia.

Opieka nad niemowlęciem jest niewątpliwie angażująca, także głowę. Ale nie czarujmy się, prawda jest taka, że jeśli zafiksujemy wszystkie nasze
myśli i uczucia na dziecku, nie wyjdzie nam to na dobre. Dlatego warto
ubrać się inaczej niż w dresy, dlatego warto dbać o ciało, kochane
ciało, które wykonało niezwykły wysiłek.
Dobrze jest też pomyśleć o głowie. Naprawdę, bycie mamą nie oznacza, że musimy już teraz myśleć tylko i wyłącznie o dziecku.
Myślenie
o dziecku jest dobre i potrzebne, dla dziecka oczywiście, dla więzi i 
dla samej mamy też zresztą może być rozwojowe (patrz tekst o tym co wpisać do cv po macierzyńskim). Chodzi mi o unikanie takiego 100% skupienia na dziecku.
Ten
rok, rok macierzyńskiego wbrew pozorom może być dla kobiety bardzo
rozwijający, nie tylko pod względem kompetencji z rozszerzania diety,
wiedzy o szczepieniach i sprawnego zmieniania pieluchy. Po pierwszych
tygodniach otrzaskiwania się z nową rzeczywistością, robi się naprawdę
fajnie, i całkiem sporo jest przestrzeni na kwestie nie związane z
dzieckiem. To dobrze, wykorzystajmy te przestrzenie, wyjdzie to na dobre
całej rodzinie.

Zdjęcia zrobiliśmy podczas ostatniego Warszawskiego Weekendu Bez Dzieci

 
Najważniejsze to trochę zmienić perspektywę. Mama na macierzyńskim nie jest tylko mamą.
Rodzicielstwo bliskości oznacza bliskość, a nie totalny fokus na dziecku. Tak jak pisałam już kiedyś, nie raz zresztą, dziecko
wkracza do rodziny nie jako jądro, ale jako pełnoprawny jej członek –
pełnoprawny członek jak mama i tata. Co oznacza, że uwaga-uwaga, mama i
tata są równoprawnymi członkami tej komórki społecznej a nie
obsługiwaczami potrzeb małego człowieka.

Co to dla mnie oznacza w praktyce?

No, prawie bez dzieci;)

Mamo, wyjdź z domu

Przede wszystkim, mama z dzieckiem może wyjść –
i to niekoniecznie na standardowy spacerek okołodomowy. Niemowlak, taki
jeszcze niechodzący, w chuście, nosidle lub wózku, to idealny kompan na
różne wyjścia. Nie nudzi się, nie ucieka i nie grymasi, mama jest obok,
to dla niego priorytet.
Ja z moimi kolejnymi dziećmi w chuście bywałam w muzeach, galeriach, na mniejszych i większych wycieczkach, na rowerze (z przyczepką rowerową) , na imprezach i w kinie.
Takie
wyjścia w zupełnie cudowny sposób odświeżają, pomagają złapać dystans,
dają bodźce inne niż dziecięce, budzą uśpione szare
komórki-nie-odpowiedzialne-za-dziecko.
Teraz, gdy jest ciepło,
wychodzę więcej niż w poprzednich miesiącach, zima nas jednak trochę
powstrzymała, bo przewijanie i karmienie w plenerze zimą to nie jest
oczywista sprawa. Wiosną i latem nie ma problemu, można karmić na
dowolnej ławce, przewijać się na kawałku trawki i w sumie niewiele
więcej dzieciakowi potrzeba.

Bez dziecka

Można! Naprawdę!
Na długo i krótko, do sklepu,
do kina, na spotkanie, na koncert. A mama bez dziecka regeneruje się
bardzo szybko. Te wizyty w Lidlu, wyczekane, jak jakieś wakacje pod
palmami, te dwie godzinki w kinie, inspirujące jak cała fura festiwali
kulturalnych, załatwianie spraw w urzędzie stymulujące jak milionowe
kontrakty. Chwilowy brak dziecka otwiera nowe drzwi w naszych głowach,
bardzo polecam, w miarę potrzeb i możliwości.

No cześć.

Intelekt

Jest taki stereotyp o odpieluszkowym zapaleniu mózgu,
ale wbrew temu, macierzyński to ten czas, kiedy można zrobić dla głowy
naprawdę sporo.
Np. czytanie.
Uwielbiam karmić piersią, także między innymi dlatego, że tylko przystawiam dziecko, a głowę mogę zająć czymś zupełnie innym.
Można smyrać w smartfonie (i frustrować się idealnym internetowym
światem) ale można tez poczytać na czytniku. Książki najróżniejsze,
smakowite powieści, nie Tracy Hogg ani Searsowie. Wspominam tu o
czytniku, bo przy karmieniu jest on dużo wygodniejszy niż klasyczna
książka, zwłaszcza jeśli mówimy o grubszych pozycjach. Dobrze sprawdzi
się też na spacerkach;)
Z innych dobrodziejstw technologii, są
audiobooki, podcasty i samouki językowe do słuchania przy sprzątaniu,
wieszaniu prania, prasowaniu (jeśli ktoś prasuje;) ), gotowaniu i całej
masie innych czynności.
Nie dość, że jakoś lżej się te gacie składa,
to jeszcze jakoś się mózg odświeża i jest zwyczajnie przyjemniej. I
naprawdę, to, że ich słuchamy nie oznacza, że w jakiś sposób
zaniedbujemy dziecko, nie musimy wiecznie do niego gugać, może sobie
maluch posłuchać jakiejś dobrej literatury. Ja polecam Audiotekę i
darmowy Librivox, i Podcast Addict. Jeśli chodzi o szlifowanie języków
nie mam teraz żadnej fajnej dedykowanej aplikacji, słucham książek,
radia i podcastów w obcych językach po prostu.
Są też wszelkiego rodzaju łamigłówki, w wersji analogowej i mobilnej.

Ludzie

Mama zamknięta w domu to mama zdziczała niestety. Prawda jest taka, że jeśli nie spotykamy się z ludźmi, to tracimy pewne społeczne umiejętności, znam to niestety z własnego doświadczenia, i wtedy człowiek czuje się ta zakompleksioną kurą domową, co to zna się tylko na kupkach i zupkach, więc coraz mniejsza jest motywacja do spotykania się…i koło się zamyka. Powstaje oczywiście pytanie, z kim się spotykać, bo przecież większość znajomych pracuje w ciągu dnia wieczór przy małym dziecku bywa nieoczywisty. Najprostsza odpowiedzią jest szukanie innych w podobnej sytuacji. Warto też rozejrzeć się za spotkaniami / warsztatami / zajęciami dla mam z dziećmi, to – poza fajnie spędzonym czasem okazja do poznania nowych ludzi. Zresztą, niech to będzie odwiedzenie koleżanki też na macierzyńskim i wspólne narzekanie na zmęczenie, czy rozmowa o rozwoju pociech, ale wychodźmy z domu i odzywajmy się do innych dorosłych ludzi.

Pustka

Polecam też wyciszenie, przerwy i drzemki. Nie bombardujmy się ciągle sieczką niusów i obrazków z internetu. Wyciszmy. Będąc z dzieckiem czasem można sobie po prostu potrwać w ciszy. Tu i teraz. Nicnierobienie też jest odświeżające.

Pasja

Ta pustka, to zwrócenie się do środka, no i nowa rola, i odejście od dotychczasowego schematu życia, wyzwalają pewien rodzaj pytań i poszukiwań. O sens, o sposób przeżywania życia, jakie znaczenie ma to, co robimy. I co tak naprawdę lubimy. Fajnie jeśli te poszukiwania nie polegają na szukaniu co lubi instagram, tylko co lubię ja – a to jest różnica, choć w dzisiejszych czasach coraz częściej to się zaciera.
W każdym razie, macierzyński to dobry moment na odkrycie pasji. Bo może, karmiąc piersią przypomnimy sobie o dawnym zainteresowaniu Indianami z Ameryki Północnej, bezsenne noce zainspirują nas do poszukiwania wiedzy o kosmosie, przemierzając kilometry po mieszkaniu zaczniemy szukać estetykę i odkrywać design. Być może taniec z dzieckiem w chuście nakieruje nas na taniec, jogging z wózkiem popchnie do maratonów, śpiewanie kołysanek obudzi muzykalność. Bądźmy otwarte, miejmy dobrą wolę. Tylko proszę pamiętajcie, że pasja naprawdę nie musi przekształcić się w dochodową firmę, ma nam przede wszystkim dawać radochę.

Praca

Jest jak najbardziej możliwa i realna. Z kilkumiesięcznym dzieckiem może być wbrew pozorom łatwiej niż z półtoraroczniakiem czy dwulatkiem, serio 🙂

Ja pracuję (w domu) od jakiegoś czasu, napiszę Wam o tym więcej za jakiś czas.

I jeszcze. Ja wiem oczywiście, że dzieci są różne, są high need babies, bywa ciężko. Czasem jedyne, czego potrzebuje nasz mózg, to sen.  Ale, tak, jak pisałam wcześniej – z nikim się nie ścigajmy, to nie zawody. Absolutnie nie chodzi mi o kolejne poprzeczki dla mam. 
Dbajmy o siebie dla siebie – tak jak pisałam kiedyś, „nie używane cechy osobowości i intelektu kurczą się i usychają”, nie zatracajmy się w tym macierzyństwie do imentu.

24 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
kleszczelaslatoodporność u dzieci

Kleszcze!!!

by Paulina 19 czerwca, 2018
Mój osobisty przysysacz

Temat jest niestety gorący. I bliski nam niestety. W ciągu ostatnich dwóch lat całkiem sporo dowiedzieliśmy się o kleszczach, unikaniu kleszczy, sposobach wyciągania kleszczy, badaniach kleszczy i chorobach przez kleszcze przenoszonych. Wszystko przez jednego jednomilimetrowego pajączka przyczepionego do ramienia Wilczka w Puszczy Białowieskiej dwa lata temu.
Ale od początku.

Opowiem Wam, jak było u nas, a potem wypiszę wnioski, jakie wyciągnęliśmy z tej nieprzyjemnej przygody.

Dwa lata temu byliśmy na przepięknym wyjeździe pod namiot na Podlasiu. To region idealny na rowery, więc  sporo czasu spędzaliśmy w białowieskich lasach na dwóch kółkach, z dzieciakami w przyczepce (osłoniętej moskitierą). Na takich wycieczkach zawsze mamy ze sobą apteczkę, niestety tym razem została w samochodzie. Gdy zatrzymaliśmy się na mały piknik, zauważyłam na ramieniu Wilczka kleszcza, który był jeszcze malutki, nie zdążył się napić krwi, ale był już wkręcony.
Wyciągnęliśmy go, niestety nie mieliśmy czym odkazić śladu. Kleszcza zabraliśmy ze sobą.

Po powrocie do Lublina, wysłaliśmy robala do analizy, niestety okazało się że jest zakażony boreliozą. Mieliśmy do wyboru podać antybiotyk „profilaktycznie”, albo poczekać trzy tygodnie, zrobić badania na przeciwciała i przeprowadzić ewentualną kurację dopiero wtedy. Uznaliśmy jednak, że antybiotyk to nie witaminka C, którą można sobie podać „na wszelki wypadek”. Badania na przeciwciała (potem Wam napiszę jakie) niestety potwierdziły obecność przeciwciał. Dostaliśmy trzy tygodnie antybiotyku. To był pierwszy antybiotyk Wilczka, i mocno go osłabił – zarówno w sensie odporności, jak i sił witalnych.

Przez rok po skończonej terapii powtarzaliśmy badania, cały czas obserwując, czy nie ma żadnych objawów, drżąc na każde „bolą mnie kolanka” (krętki borelii czasami atakują stawy) i obserwując pod lupą każde podejrzane zaczerwienienie (rumień jest jedynym stuprocentowym objawem zakażenia boreliozą). W międzyczasie ilość przeciwciał mocno wzrosła i istniało ryzyko leczenia antybiotykiem w szpitalu, na szczęście potem spadały, ostatnie badania pokazały poziom graniczny, więc wygląda na to, że możemy spać spokojniej.

Te dwa lata były dla nas czasem intensywnego chłonięcia wiedzy na temat kleszczy, prewencji, sposobów leczenia, więc dzisiaj postaram się nią z Wami podzielić. Przy czym pro forma zaznaczam, że nie jestem lekarzem i ten wpis nie może zastąpić porady lekarskiej (najlepiej sprawdzonego lekarza zakaźnika).

Ulubiona miejscówka kleszczy

To zaczynamy.

Jak się ochronić przed ukąszeniem kleszcza?

Przede wszystkim, wbrew popularnej opinii, kleszcze nie spadają z drzew, to nie spadochroniarze;). Najgęściej występują w wysokich trawach, łąkach, choć nie jest powiedziane że w mieście jesteśmy zupełnie bezpieczni (znalazłam kleszcza na moim dziecku w ogródku przydomowym w mieście). I nie oznacza to, że z obawy przed kleszczami trzeba zaprzestać kontaktów z naturą. Można zminimalizować ryzyko ukąszenia.

  • DEET nie działa na kleszcze – są skuteczne na komary, meszki, ale nie na kleszcze
  • są różne naturalne metody,olejki eteryczne, których kleszcze nie lubią (goździkowy, z trawy cytrynowej, lawendowy, anyżowy, eukaliptusowy). Nie dają stuprocentowej ochrony, ale zniechęcają i są naturalne
  • permetryna. Bardzo skuteczna, ale też bardzo drażniąca substancja i absolutnie nie nie nakładamy jej na skórę. Stosujemy niewielkie stężenie i spryskujemy ubrania w dobrze wentylowanym pomieszczeniu. Trzeba uważać, żeby w pobliżu nie było co oczywiste dzieci, i kotów – są wrażliwe na permetrynę
  • a w kwestii ubrań – długie nogawki i długie rękawy, czyli podstawa i najprostsze rozwiązanie
  • i jeszcze jedna metoda, bardzo prosta i bardzo skuteczna. Kleszcze nie wbijają się momentalnie, przeważnie dość długo wędrują po naszym ciele i szukają najlepszego dla siebie miejsca. Dlatego często się oglądamy, dzieciaki też są wyczulone na malutkie czarne pajączki. Już niejednego udało nam się pozbyć właśnie przed ukąszeniem.
Kleszcze nie skaczą z drzew

Co zrobić, gdy znajdziemy kleszcza?

Jeśli jeszcze się nie wkręcił, to nic, wystarczy się go pozbyć, nie ma ryzyka zarażenia:)
Jeśli jest już wczepiony, to – wbrew obiegowej opinii – jest już ryzyko, że zostawi po sobie jakąś nieprzyjemną pamiątkę, nawet jeśli wyjmiemy go szybko, zanim zdąży się napompować. Oczywiście ryzyko jest tym większe, im później odkryjemy robala (gdy napiją się już „pod korek” zwyczajnie wymiotują i wtedy mogą przekazywać nam groźne choroby), niemniej wbity kleszcz to już jest ryzyko.
Przede wszystkim, trzeba go umiejętnie i jak najszybciej, dosyć energicznie wyjąć, nie ściskać (żeby nie zwymiotował), nie wyrywać. My mamy tzw „kleszczołapki”, czyli miniaturowe narzędzie w kształcie łomu do wyciągania gwoździ – obejmuje on kleszcza i wyciąga bez ściskania. Są różne szkoły i narzędzia do wciągania, generalnie jest jedna wspólna zasada – trzeba zwracać uwagę, żeby kleszcza nie ściskać – wtedy zwiększamy ryzyko infekcji.
Miejsce należy solidnie zdezynfekować.
Moim zdaniem nie ma sensu sprawdzać, czy kleszcz był zarażony – to są dodatkowe koszty, a w przypadku wyniku pozytywnego i tak musimy zrobić badania, które potwierdzają, lub nie, obecność przeciwciał.
Spotkałam się z opinią lekarza, mówiącą o tygodniu antybiotyku jak najszybciej, przed robieniem badań. Ale ja osobiście nie jestem zwolenniczką takiego podejścia, nigdy nie wiemy, czy po tym tygodniu nie złapiemy kolejnego kleszcza, a potem kolejnego, i tak się możemy bujać na antybiotyku dłuższy czas, choć wcale nie wiadomo, czy faktycznie jest potrzeba.

Jakie badania gdy ukąsi kleszcz

Przede wszystkim badania z krwi nie potwierdzają nam w stu procentach zakażenia.

Są dwa rodzaje badań, które wykonuje się standardowo, wykrywają one przeciwciała (a nie bakterię). Pierwszy test, to test ELISA, który ma za zadanie potwierdzić obecność przeciwciał IGM i IGG na boreliozę. W przypadku przekroczenia normy, trzeba zrobić jeszcze jedno badanie, Western Blot, które potwierdzi (lub nie) że wykryte podwyższone przeciwciała, to przeciwciała na boreliozy.
Jeśli badania potwierdzają obecność przeciwciał boreliozy, trzeba pójść do lekarza, najlepiej od razu zakaźnika.

W kwestii diagnostyki boreliozy polecam jeszcze obejrzenie tego, bardzo rzetelnego filmu.

Metody alternatywne

Są teorie mówiące, że nasze organizmy są w stanie same zwalczyć boreliozę. Na pewno są w stanie trzymać krętki borelii „w ryzach”, jednak może się zdarzyć (i tak właśnie często bywa), że przy jakimś nadwyrężeniu układu odpornościowego pilnowane dotychczas krętki rozłażą się i wchodzą w różne nieciekawe miejsca siejąc naprawdę niefajne spustoszenie.
Gdy okazało się, że mamy do czynienia z boreliozą u Wilczka, i gdy jakiś rok po antybiotykoterapii bardzo wzrosły mu przeciwciała postanowiliśmy włączyć dodatkowe sposoby. Przede wszystkim, do znudzenia wzmacnialiśmy odporność. (tutaj teksty o tym, jak wzmocnić odporność u dzieci latem, i wzmacnianie odporności dzieci zimą). Sok z kiszonych buraków, balsam jerozolimski, ciepłe zupy, soki imbirowe, miód, kurkuma, czarnuszka. Hartowanie. Do tego postawiliśmy na ziołolecznictwo – w Lublinie działają Bonifratrzy, którzy przyrządzają indywidualnie dobrane mieszanki ziół. Wiem np, że szczeć jest ziołem sprawdzonym w walce z boreliozą. Wilczek ponad pół roku codziennie, trzy razy dziennie pił ziółka.
Ostatnie badanie pokazało znaaacznie zmniejszony poziom przeciwciał. Nie wiemy oczywiście, co konkretnie miało taki wpływ, czy organizm sobie po prostu poradził, czy pomogły te zioła, najważniejsze, że sytuacja się polepszyła.

I to by było na tyle. Myślę, że temat kleszczy wyczerpałam:) Jeśli macie jakieś pytania, to śmiało.

Jeśli przydał Wam się ten tekst, będę wdzięczna za udostępnienie, chciałabym tylko jeszcze raz zaznaczyć, że ten artykuł został napisany z perspektywy i w oparciu o doświadczenia rodziców dziecka zarażonego przez kleszcza boreliozą, a nie naukowca badającego temat.

19 czerwca, 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
  • 1
  • …
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • …
  • 49

Ostatnie wpisy

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi
  • przyjemności zimowe
  • Zimowe Bieszczady na początek roku
  • 2025. podsumowanie
  • 24 dobre rzeczy w grudniu, które nie są zakupami

O mnie

O mnie

Pola

Piszę o dobrym życiu, o smakowaniu codzienności, o szwendaniu się bliżej (Lubelszczyzna) i dalej, o nurkowaniu w naturę. Rozgość się!

Zostańmy w kontakcie

Facebook Instagram Email

Kategorie

  • 2026
  • 2025
  • 2024
  • 2023
  • 2022
  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010

Popular Posts

  • Ferie za kołem podbiegunowym. Północna Norwegia zimą z dziećmi

    13 marca, 2026
  • podsumowanie 2017

    5 stycznia, 2018
  • … na macierzyńskim, czyli nowy cykl

    25 października, 2017
  • Facebook
  • Instagram

@2019 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Odpoczywalnia.pl
  • podróże i wycieczki
    • namiot
    • rower
    • góry
  • mój styl
  • rozmyślania
    • wychowanie
    • wspomnienia
    • zmysły
  • Europa
    • Finlandia
    • Francja
    • Norwegia
    • Rumunia
    • Włochy
    • Hiszpania
  • Polska
    • lubelszczyzna
    • Białowieża
    • Bieszczady
    • Beskid Niski
    • Kazimierz Dolny
    • Mazury
    • Nałęczów
    • Podlasie
    • Roztocze
    • Śląsk
    • Sudety
    • Suwalszczyzna
    • Świętokrzyskie
    • Tatry