To kultowe pytanie, mało odkrywcze w zasadzie, połączone z jeszcze mniej odkrywczą radą w pewnym momencie życia wydaje się totalnie nie przystające do rzeczywistości. A to hasełko często kojarzy się z innym, równie popularnym, czyli „Znajdź swoja pasję, zarabiaj na niej, a już nigdy nie będziesz pracował„.
Gdy ma się dzieci, kredyty i inne zobowiązania, takie podejście jest tak nierealistyczne, że nawet nie chce się nad nim zastanawiać.
(Moim zdaniem zresztą, to romantyczne wezwanie jest strasznie wyidealizowane. Można z pasji uczynić sposób na życie, wielu to zrobiło, ale nawet w najukochańszej pracy są mniej przyjemne momenty. Wszędzie może wkraść się rutyna i zwątpienie. Kryzysy, spadek kreatywności i umiejętności. Dni leniwej buły, i takie gdy nic się nie udaje.)
Poza tym, te motywacyjne w teorii hasła rodzą (jak w ogóle często różne inspiracje) kolejną presję – nawet na czasie wolnym, który przecież jest czasem odpuszczenia sobie i odpoczynku – żeby znaleźć sobie takie hobby, które będzie rozwijające, modne i stanie się naszym sposobem na życie.
Ale nie o tym dzisiaj.
Dzisiaj o robieniu rzeczy, które się lubi. O pasji, choć może raczej o pasji do życia, która pojawia się między innymi przy takim właśnie spędzaniu czasu. Przyjemnym, i, co ważne, niezobowiązującym.
Piszę o tym bo, mimo mojego histerycznego niemal dbania o tym, by jako rodzic nie popaść w to słynne domowe zgnuśnienie, takie właśnie zgnuśnienie ostatnio odczułam. A może raczej, zdziadzienie. Stara się poczułam!
Niedawno doznałam małego olśnienia: nie bawimy się! A raczej, nie bawimy się z dorosłymi, bo na brak zabaw dziecięcych narzekać nie mogę…
Zabrakło mi gier, uczenia się nowych rzeczy (ale nie takich bardzo-praktycznych-i-przydatnych), nowych, fajnych, zabawnych, ekscytujących. I, mimo zanurzenia przecież nieustannego w dziecięcym świecie, zabrakło mi dziecięcego podejścia, takiego ufnego i totalnego, nie kalkulującego.
Zdaję sobie sprawę, jak to może zabrzmieć. Typowe first world problems. A nawet fairytale world…
Bo kto w tym rzeczywistym świecie w ogóle myśli o zabawie i wygłupach?
Ja myślę. I myślę, że warto. Zresztą, warto pewnie nie tyle o tym myśleć, co czasem dać się porwać przyjemnej zabawie, hobby – bez presji i zastanawiania się czy jest modne i czy mogę na nim zacząć zarabiać. Każdy ma coś, co zwyczajnie lubi robić. Ale wiecie – robić, a nie biernie w czymś uczestniczyć. Każdy ma coś, co zawsze chciał spróbować robić, czego chciał się nauczyć, zobaczyć jak to jest, albo coś w co lubił się bawić kiedyś. Gry planszowe i miejskie, żonglerka, badminton, teatr amatorski, kalambury.
Wiadomo, że są zainteresowania bardziej kosztowne. Kosztowne w sensie finansowym, zaangażowania, czasu. Ale właśnie w tym rzecz, żeby nie zaczynać „po dorosłemu”, od kupowania drogich gadżetów, inwestowania i podejmowania jakiegoś gigantycznego wysiłku.
Wiem też (bardzo dobrze wiem), że nie ma się co zrobić z dzieckiem, że naprawdę nie ma się kasy i szkoda nawet pięciu dych, że totalnie nie ma się czasu na nic. Ale – dziecko może nam towarzyszyć, mnóstwo przyjemności jest za darmo, a niektóre sprawy trzeba zwyczajnie odpuścić. Nie chcę zresztą Wam tu serwować kołczingowych gadek motywacyjnych, to nie moja rola.
Chcę za to zachęcić:)
Bawmy się, tak jak lubimy, w coś, co sprawia nam prawdziwą frajdę, co daje szczerą, dobrą radochę, co nas zaangażuje w taki bezpretensjonalny, dziecięcy sposób. Bez stawiania sobie celów, bez presji. W końcu, blask w oczach skądś się musi brać.









































































































































