Spacerujemy. Jak najczęściej, najlepiej codziennie (jeśli tylko mróz nie jest większy niż -15), chociaż pół godzinki. Wystawiam twarz do słońca, łykam zimne powietrze, słucham skrzypiącego śniegu. Oczy mi łzawią na wietrze, a palce kostnieją, więc tym milszy jest potem powrót do domu na herbatę z lipy z malinami i domowe ciacho. Potem zasypiam kołysana Możdżerem i hamakiem.
Paulina
No to Odpoczywam. Od trzech tygodni w (wymuszonej) pozycji horyzontalnej zajmuję się głównie słuchaniem jazzu, oddychaniem i czytaniem. Marzę o wyjściu potańczyć do kina, na spacer, na koncert, nawet o głupim odkurzaniu, myciu łazienki, czy zrobieniu zakupów. Od czasu do czasu migruję z sofy na hamak i z hamaka na łóżko. Otwieram okna. Staram się chronić umysł przed totalnym marazmem, obłożyłam się więc łamigłówkami, nauką języków i sudoku. Zaczęłam robić na drutach.
I trochę się w tym intensywnym odpoczynku odnalazłam. Każdą chwilę w
ciszy i w muzyce celebruję, przyglądam się jej uważnie, i odkładam jak
słoik dżemu do spiżarni – na inne czasy, by mieć się czym wzmacniać, gdy
zajęć będzie aż nadto. W gruncie rzeczy to jedyny taki czas, kiedy
bezczynność jest tak pożyteczna, więc leżę sobie wsłuchując się w obydwa
serca .
Zimne, górskie powietrze, piękny śnieg (tak tak!), i ta cudowna cisza –
doskonała, przenikająca cisza unosząca się w śpiącym świecie bez koloru.
Tylko czerń drzew, szarość nieba i biel śniegu. I cisza.
Sylwester tradycyjnie w ukochanych górach. Nie korzystałam co prawda
ze wszystkich atrakcji, na cudowne spacery, zamiast połonin, wybierałam
mniej malownicze doliny; tęsknym wzrokiem spoglądałam na towarzystwo w
saunie a wieczorami raczyłam się herbatą z lipy lub z derenia. Bawiłam
się jednak znakomicie.
Teraz wyjazd muszę „odleżeć”, ale było warto.
Dziwny grudzień. Szaro, ciemno i nijako, a jednocześnie ciepło i jakoś wiosennie. Atmosferę świąteczną stwarzam zapachami pierników i pomarańczy, wycinaniem złotych ozdób choinkowych, walką z dawno zapomnianym szydełkiem i dzierganiem kordonkowych gwiazdek i trzeszczącą płytą P. Kaczkowskiego.
Na spacery chodzę rzadziej. Zachwycam się wtedy skąpym światłem,
zamglonym i pobladłym nawet na bezchmurnym niebie. Głęboko uśpione nagie
drzewa, zaschłe trawy, wszystko nieruchome, czeka na śnieg, który
litościwie okryje łyse, szare gałęzie.
Niepostrzeżenie zrobiło się ciemno i depresyjnie. Drzewa dotąd pokryte złotą chmarą liści, nagle stały się szare i łyse, jest przenikliwie zimno i robi się ciemno, zanim się na dobre obudzę. Zaraz sypnie śniegiem.
Generalnie zakopuję się pod kocem z książką i herbatą. Albo z
prawdziwym budyniem waniliowym. Zawsze z jazzem. Trochę leniwie, ale
obecnie lenistwo i odpoczynek mają podwójny sens.
Ale zdarzają się też takie dni jak ostatnio – ze skąpym słońcem, gdy można się wybrać na spacer
– dłuższy i intensywny, z kijkami trekkingowymi, wspaniale dotleniający
i poprawiający humor; albo symboliczny, dla uspokojenia sumienia, że
ciągle pod kocem.
Wraz z łysymi drzewami nastały długie wieczory, idealne do spędzania ich pod kocem, z kubkiem herbaty z lipa i miodem. I z książką.
Chłonę ostatnio niezwykły świat Diuny, stworzony przez Franka Herberta i, wstyd się przyznać, odkrywany przez mnie dopiero teraz. Potężna saga opowiadająca historię pustynnej planety, źródła Przyprawy – najcenniejszej substancji we wszechświecie. Co ciekawe, opowieść science-fiction, powstała w latach 60tych ubiegłego wieku, zupełnie nie „trąci myszką”, jak inne historie tego gatunku napisane kilkadziesiąt lat temu.
Saga pochłania totalnie, nie daje odetchnąć, nurkuje się w nią w całości, z głową, niemal na bezdechu. Jestem zaintrygowana Bene Gesserit, delektuję się każdym łykiem wody, śnię o lataniu ornitopterem.

I piję kawę przyprawową. Trzykrotnie parzoną w tygielku, mocną i aromatyczną cynamonem, goździkami, kardamonem i imbirem.
Mieliśmy w planie udać się na październikowy wypad Bieszczady. Ponurzać się w przepięknych kolorach, zachwycić ciepłym światłem, nasycić zapachem barwnych liści. I nie wyszło. W zamian za to, zanurzyliśmy się w teatrze, dzięki Konfrontacjom Teatralnym, które trwają w Lublinie od tygodnia.
A co do Bieszczad, w tym roku pozostaną nam tylko zdjęcia z sierpnia, też było pięknie. Dotychczas jeździliśmy wiosną, lub na początku lata. A tymczasem w sierpniu, Bieszczady nabierają innego uroku. Zieleń staje się mniej intensywna, dojrzalsza, trawy płowieją, rudzieją i bledną.
ps. Żeby powiększyć zdjęcie, wystarczy na nie kliknąć. Nie wiem, jak zrobić, żeby na stronie wyświetlały się większe…
Któregoś z ostatnich cudownych dni wybraliśmy się na piknik do parku. Ze świeżym, jeszcze ciepłym ciachem drożdżowym i aromatycznym dżemem morelowym.
Słońce grzało, temperatury prawdziwie wakacyjne, ale letni klimat powoli ustępował jesiennym podmuchom. Jesień jeszcze ciepła, świetliście złota, migocąca babim latem.
Ładowałam baterie tą złocistością, by mieć z czego czerpać energię, gdy jesień stanie się szarością, mgłą i łysymi drzewami.
Pełną piersią wdycham wczesnojesienne, pachnące powietrze. Nagrzane słońcem, nasycone kolorami. Zachwycam się dojrzałym, spokojnym ciepłem świata.
Odwiedziliśmy ostatnio lubelski skansen. Miejsce odrealnione, wyidealizowane, pachnące drewnem, sianem i ziemią. Wspaniałe na pikniki. Idealne na ucieczkę z miasta do prostej, uroczej sielskości.














































































